Oberża pod Rozbrykanym Ogrem

Gry Wyobraźni - "Purgatorium [Gra]"

Aktualnie w Osadzie: Ognisko jest zgaszone.
Osada 'Pazur Behemota' > Gry Wyobraźni > Purgatorium [Gra]
Wędrowiec: zaloguj, wyszukiwarka
,  dodaj nowy wątek
Wiwernus

Wiwernus

14. maja
Post ID: 83071

Życie (NIE)Codzienne

17 Września 1991 r., Berlin

Domyślają się.

Nie łatwym było wsparcie podejrzeń o jakiekolwiek logiczne argumenty, ale intuicyjnie wyczuwał, że jego współpracownicy każdym swoim gestem i zmianą zachowania sygnalizują zaintrygowanie jego sobą. Dotąd łączyła ich chłodna, pragmatyczna relacja biznesowa, dopiero po godzinach naznaczona uprzejmościami i koleżeńskimi pogadankami. Søren co prawda jako osobnik wyjątkowo społeczny i wygadany zaskarbił sobie sympatię oraz szacunek, ale teraz postrzeganie jego osoby zmieniło się. Jedni odwracali głowy, by oddać się plotkom. Drudzy wodzili za nim wzrokiem, bojąc się każdego jego ruchu. Niektórzy zagadywali, wyczekując prawdopodobnie ujawnienia się. Zastanawiał się w jaki sposób jego podwójne życie wyszło na jaw oraz czy da się odwrócić wyciek sekretu, o ile w ogóle byłoby to możliwe i czy w ogóle opłacalne. Przy takim rozroście kultu oraz dosyć niespodziewanej nadgorliwości niektórych członków utrzymanie mistyczno-filozoficznego ugrupowania zdawało się być poza jego możliwościami.
- To Horst połączył fakty. - zdradził napotkany w toalecie Joseph, znany z tego, że jako multilingwista w żadnym języku nie tłumaczył dobrze, a jak na złość dostawał największe dzieła i tłumaczył je w zawrotnym tempie, czyniąc tak wiele zła w tym kulturalnym świecie. Był wyrachowanym karierowiczem i gotów obciążyć swojego zawodowego rywala oskarżeniem dla własnych korzyści, dlatego też nie można mu było wierzyć na słowo. Ciężko było jednak ocenić czy w jego oskarżeniach nie kryła się prawda. Horst był wyjątkowo wścibskim służbistą i lubił wtykać nos w nieswoje sprawy. - Uważaj na niego, zresztą nie tylko na niego. Wielu chciałoby się pozbyć ze swojego grona sekciarza.

Bolesne to były słowa, ale Søren zdał sobie sprawę z kilku plusów takiego obrotu sytuacji. Po pierwsze, dalsza podwójna gra i tak była niemożliwa. Po drugie, datki od Braci i Sióstr czyniły go niezależnym finansowo, przynajmniej jeśli otwarcie by po nie sięgnął. Po trzecie, spółka tłumaczy już w momencie dołączenia Kürenbergera powoli szykowała się do zmiany w pełnoprawne wydawnictwo, które nie zamierzało się zresztą ograniczać wyłącznie do tłumaczenia duńskich klasyków i bestsellerów, ale także sięgać po dzieła wyjątkowo niskich lotów i tykać niesmacznych kontrowersji. W pracy Søren napotykał się ostatnio na osobników zainteresowanych zupełnie innymi krajami niż on, a nawet pochodzących z tych państw. Jednego z takich rodzynków bardzo polubił.

Benito pochodził z Włoch, a dokładniej z targanej wieczną biedą Sycylii i stawiał dopiero pierwsze kroki w Berlinie. W przeciwieństwie do pozostałych członków lingwistycznej grupy nie tłumaczył dzieł obcojęzycznych na niemiecki, lecz przeprowadzał zupełnie odwrotny proces, przenosząc niemieckie dzieła na rynek włoski. Jego tłumaczenia były niewierne i przejaskrawione, gestykulujący namiętnie włoch nie miał nawet oporów w zmienianiu sensu całych wypowiedzi i zdarzeń, jeśli byłoby to zgodne z jego interpretacją dzieła oraz socjalistyczno-chadeckimi poglądami. Poza tym ociągał się niemiłosiernie, zawsze przesuwając terminy. Na swój pokręcony sposób Søren cenił talent gorącokrwistego kompana, bo ten potrafił wydobyć z największych szmir sens, logikę i piękno, a wszystko doprawiał sycylijskim konserwatyzmem i nieufnością wobec jakiekolwiek władzy. Czasami nawet przykro mu było, że niemiecki blitzkrieg na włoskiego czytelnika skazany jest na porażkę od samego początku, co tylko potęgowała ilość czasu spędzona z mężczyżną. Włoch dobrze znał niemiecki w piśmie, ale w wymowie, ze swoim akcentem, był zabawny jak mało kto. Poza tym oboje byli nowi w spółce i dzielili jedno biuro. Kürenberger zastanawiał się w jaki sposób makaroniarz zinterpretuje plotki i jak - szczególnie jako zdeklarowany katolik - zareaguje. Na ten moment zdawał się zupełnie nie mieć pojęcie o niczym i tylko oddawał się ulubionym zajęciom: przerwom w pracy oraz adorowaniu niewiast.

Søren skierował się ku wyjściu. Biuro tłumaczy znajdowało się na dwóch ostatnich piętrach jednej z piękniejszych kamienic Berlina, z której okien dało się zauważyć zarys przeklętego muru. Rozbiórka tego komunistycznego tworu zakończyła się 30 listopada zeszłego roku, kamienica jednak znajdowała się w miejscu, z którego dało się jeszcze zauważyć jeden z sześciu pozostawionych odcinków. Widok ten zawsze wydawał mu się być posępny, niepokojący, ale i piękny. Widziane teraz z punktu widzenia dawnego Berlina Zachodniego miejsce znał dobrze, gdy pomieszkiwał je jeszcze jako student na berlińskim uniwersytecie. Wtedy co prawda przez położenie akademika nie dane mu było ujrzeć kamienicy, a RFN znał tylko z audycji RIASu, to jednak możliwość ujrzenia znanej z młodości części miasta z tej perspektywy sprawiało, że czuł się dziwnie.

Może przede wszystkim z radości możliwością rekrutacji członków z drugiej strony muru. Søren zdawał sobie sprawę, że jako tłumacza ze Wschodniego Berlina niektórzy mogą tutaj traktować go z dozą nieufności, z jego staromodnym ubiorem może nawet jako sowieckiego agenta, lecz już w roli religijno-filozoficzny guru może jedynie intrygować egzotycznością. Było to tym bardziej zabawne, że bliższy zdawał mu się być artystyczny Magdeburg, nawet jeśli znał go już po oszpeceniu w latach 1954-1956 w ramach krzewienia socrealizmu w zabudowie, jak i wszystkim innym – Berlin wschodni nie był mu tak bliski jak sądzili inni.

Od rozważań na tematy polityczne i wspominek oderwała go Amanda, piękność podzielająca duńskie zainteresowania Sørena, lecz wyjątkowa słaba w tłumaczeniach. Jasnowłose dziewczę mogłoby być dzieckiem Kürenbergera i dotąd nie było mowy o tym, że mogłoby między nimi dojść do jakiejkolwiek głębszej interakcji lub intymności, to dla obu stron było oczywiste. Najwyraźniej jednak plotki o religijnych ekscesach Sørena sprawiły, że przez niezrozumienie kobieta zaczęła interesować się Braćmi i Siostrami, nawet jeśli w typowy dla większości ludzi sposób nie brała ugrupowania za mistyczne bractwo filozoficzne, a bardziej jak okultystyczną, hedonistyczną i pogańską sektę. Rozmowa z nią, mimo tego faktu, kleiła się, nawet jeśli nie mówili o religii i działalności Sørena nazywając je po imieniu. Tłumacz powoli zaczynał zdawać sobie sprawę, że dezinformacja i niezrozumienie jego osoby przechodzą wszelkie pojęcie. Nie tylko nie rozumiano tego co robił, to jeszcze jego kult najwyraźniej mylono z innymi, tworząc z Braci i Sióstr Abbadona rytualną sektę. Ostatnio jedno z takich ugrupowań dopuściło się brutalnego morderstwa, po którym Berlin nie mógł się otrząsnąć. Sama myśl, że Kürenberger może być teraz postrzegany jako jeden z tych skrzywionych dewiantów była nietuzinkowa, choć zaintrygowana Amanda zdawała się być wyłącznie zafascynowana.
- Rzuć tłumaczenia w diabły i zajmij się pisaniem we własnym zakresie. - zasugerowała. - Nie jeden chciałby cię poznać od... tej strony.

Pod kamienicą odnalazł swoje zaparkowane auto, ale niestety jego Mercedes-Benz 190 otoczony był przez grupkę gapiów. Ich odgonienie odsłoniło Sørenowi masakrę jaka dokonała się na jego poczciwym pojeździe. Samochód został nie tylko wyjątkowo złośliwie porysowany, to jeszcze wybito szybę, maskę obito, zabrano osobiste rzeczy ze schowka i Abbadon wie co jeszcze. Żaden z obserwatorów nie był bezpośrednim świadkiem aktu wandalizmu, więc Søren odgonił wszystkich, by we wnętrzu pojazdu sprawdzić jak ma się jego czarne cacko. Był pewny, że do „ataku” doszło nie tak dawno temu, może jeszcze gdy powoli schodził po schodach z Amandą, która zresztą przerażona (ale i podekscytowana) oddaliła się dyskretnie. Jej miejsce jako towarzysza krótko zajął Carl Pringsheim, zmierzający dumnie do kamienicy na umówione z tłumaczami spotkanie. Koordynator sprzedaży miał być kamieniem węgielnym dla nowo powstałego wydawnictwa. Zatrzymał się przy samochodzie, poznając przelotnie widywanego Sørena. Poklepał go po ramieniu przez wybite okno i szybko wręczył wizytówkę do dobrego warsztatu.
- Nie jechałbym na twoim miejscu bez sprawdzenia przewodów hamulcowych. To mi nie wygląda na rabunek, lecz coś o wiele gorszego. Wolę nie wiedzieć komu pan podpadł. - uśmiechnął się słabo. - Proszę się powołać na mnie. Mój brat to solidny fachowiec i na pewno spuści panu z ceny. Lubi takie wyzwania.

Pomocnym okazał się być nie tylko Pringsheim. Otrzymywane przez bliskich wsparcie okazało się być niemal przesadne. Wierni z kultu Abbadona na widok zniszczonego auta zareagowali obrzydzeniem wobec takiego obrazoburstwa, a kilku najbardziej nadgorliwych gotowych było wytropić złośliwca i ukarać go. Przodownikiem w tej grupie był osobnik zwany Dużym Bratem, fanatyk nie do końca rozumiejący filozoficzne podstawy religijnego ugrupowania, świeży nabytek z pobytu w Zachodnim Berlinie, który wolę Sørena brał za absolutne imperatywy. Jeżeli ten nakazałby mu porzucić rodzinę, wytropić odpowiedzialnego za wandalizm i połamać mu wszystkie palce u nóg i rąk – ten by to zrobił bez większego zawahania. Znaleźli się też tacy, którym incydent przypomniał o ludzkiej stronie Sørena. Na szczęście spora część Braci i Sióstr została na wschodzie, więc nie można było mówić o tym, że zmieniło się nastawienie wszystkich członków religijnego ugrupowania.

To był dopiero jednak początek ekscesów i zwrotów wydarzeń, które życie szykowało Sørenowi w najbliższych dniach.

...

Przesiadywał na kanapie, próbując odetchnąć po ciężkim dniu pracy w warsztacie, lecz bez większych efektów. Po pierwsze, umordował się zbyt mocno, najwyraźniej znów oddając się naprawie z takim oddaniem, jakby od najmniejszej usterki miało zależeć czy dojdzie na jednej z niemieckich autostrad do karambolu czy nie. Po drugie, nie przebywał u siebie, lecz u swojej starszej siostry, która poprosiła go, aby rzucił okiem na dzieci pod jej nieobecność. Zajęcia w szkole odwołano po tym jak jednego z uczniów brutalnie zamordowano po rytualne jednej z krwawych sekt, co wykorzystała, aby odpocząć od stresu na krótkim urlopie. Problemem pozostały jej tylko dzieci, które miała ostatnimi czasy zupełnie dość i co w jakiś sposób Jörg był wstanie zrozumieć.

Carl jako najstarszy z osieroconego rodzeństwa podniósł się i zaopiekował familią, wyrastając na zaradnego, dobrodusznego i zdolnego do wychowania we właściwy sposób swe bliźnięta mężczyznę. Pilnował swe pociechy jak oczka w głowie i nigdy nie dałby ich pod opiekę Jörga, który z pewnością zabrałby je do pełnego smarów i niebezpieczeństw warsztatu. Elisa niestety nigdy nie porzuciła żałoby, stała się sfrustrowana i przytłoczona wyzwaniami, a wieczna udręka stała się ciężarem dla jej męża, jak i dzieci. Jörg kochał całą trójkę, a one kochały jego. Nie dziwił im się, że pragnęły odżyć przez psoty, choć nie był pewny czy droga jaką obrały była właściwa. Stella udzielała się w sekcie i jej zapał nie zmalał po głośnym morderstwie, Harald bratał się z nazistami, a Truda jako najbardziej powściągliwa i umiarkowana ograniczała się tylko do miękkich narkotyków.

Tego dnia nie miał problemów z buntownicza młodzieżą, grzecznie oglądała z nim telewizję, niestety jednak w odbiorniku przyszło mu zmagać się tylko i wyłącznie z reklamami produktów oraz uśmiechniętymi, pięknymi i urodziwymi twarzami kształtującej się kasty celebrytów. Z ulgą odebrał telefon od Carla, który doskonale zdawał sobie sprawę z pobytu brata u Elisy. Zdradził, że niedługo odezwie się do niego jeden z tłumaczy wydawnictwa, by dokonać naprawy, ot zastrzyk gotówki, po który wystarczyło schylić się na ulicy. Porozmawiali krótko, a potem mechanik wrócił na kanapę, by oglądać anielski ryj Bulmy, nie mógł tego określić w żaden inny sposób. Bulma, jak to Bulma, był gwiazdą, która parała się za równo aktorstwem, śpiewaniem, modelingiem i tańcem. Niczym malowany ptak żył na łamach kobiecych czasopism, szczerząc ząbki i oślepiając urodą. Jeżeli w ogóle przerywał śnieżnobiały uśmiech, to tylko po to, aby podzielić się jakie to nowe auta przyszło mu kupić, jak bardzo wyremontował swoją rezydencję oraz jak układa się jego bujne życie erotyczne. Najwyraźniej rodzeństwo również gardziło ideałem mas, ale zmiana kanału przyniosła tylko smutek.

Jörg poznał Go. Wada samochodu dostawczego nie była co prawda zależna od kierowcy, ale ten doskonale zdawał sobie sprawę ze stanu pojazdu i ruszył w trasę, by zakończyć ją karambolem, w którym zginęli Pringsheimowie, a jadący z nimi przyjaciel rodziny stał się kaleką. Tylko On przeżył, zresztą sprytnie wymigując się od odpowiedzialności karnej. Nigdy nie przeprosił, nigdy nawet nie skontaktował się z rodziną ofiar. Teraz znowu brylował w telewizji. Jörg zdawał sobie z tego sprawę, że sprawca ostatnio stał się symbolem przemian. Carl zresztą od roku odciągał uwagę młodszego brata od Niego, ale najmłodszy z rodzeństwa teraz w końcu ujrzał piękne lico „oprawcy” w telewizyjnym reportażu. Zadbany, schludnie ubrany, z tylko małą, ledwo widoczną blizną po wypadku. 175 samochodów ciężarowych, 65 dźwigów, 55 koparek i 13 buldożerów Bundeswehry wyjechało wtedy, aby zburzyć mur, a On, po przekwalifikowaniu w następstwie wypadku, był jednym z kierowców koparki. I stał się, w niejasny dla Jörga sposób, jednym z symboli przemian, znajdując się w odpowiednim czasie i miejscu, objęty przez kamery i aparaty – miły, skromny i przyjemny dla oka.

W takich chwilach pocieszał się, że On był tylko ręką, głową był Alois Ferenz, żydowski przedsiębiorca, który zdawał sobie doskonale sprawę ze stanu pojazdów jego firmy transportowej i podejmował podobne ryzyko bez większych oporów, jakby to była formalność. Ba, do podobnych zaniechań dopuścił się w innych, należących do niego miejscach pracy. Sprawiedliwość nigdy go nie dosięgła, a nawet jeśli bogaczowi wytykano rzadko jego grzeszki, to tylko wspominano o tym feralnym pożarze. Nigdy nie wspomniano nawet słowem o tragicznym wypadku.

Westchnął.

...

Jadł w samotności, sfrustrowany faktem, że nawet tak starannie przygotowany przez niego posiłek nie zdołał rozbudzić jego zmysłu smaku. Nie odczuł nic specjalnego, mimo wysiłku włożonego, aby uczynić danie jak najlepszym i jeszcze większego nakładu przeznaczonego na naukę gotowania. Dotąd dogadzała mu żona, wtedy może nawet był wstanie coś poczuć, ale teraz czuł się jakby żuł umoczony w wodzie chleb. Brakowało mu bodźców, brakowało mu ich coraz bardziej. Przeklął pod nosem, ale nawet to nie przyniosło ukojenia, gdy usłyszał swój soczysty bluzg stłumionym. Potrafił dać upust agresji – i w boju, i w słowie, miał ku temu talent, ale nawet to mu odebrano. Starzał się, coraz szybciej, a doznania zmysłowe oddalały się, co go przerażało. Nawet seks nie był taki sam. Poranek z taką refleksją musiał być więc wyjątkowo ponurym.

Udał się do swojego gabinetu, by odzianym w płaszcz SS, delektować pisaniem. Wstał, by ruszyć po notatki i osobiste zapiski, które już wstępnie wydał w nielegalnym obrocie jako swoistą zapowiedź. Nazistowska subkultura przyjęła jego pióro jako wybawienie, nie pozostało nic innego jak przeredagować niektóre fragmenty i ruszyć z literacką ekspansją. Kilku wiernych, oddanych nazibratów zaproponowało, aby ukryć sens dzieła przez zawiłą symbolikę, ale swój pomysł obrali w tak durne słowa, że miał ochotę ich zdzielić. Na samą myśl przemiany tak dobrego dzieła w coś innego, przefarbowania go, odczuł dyskomfort.

Skierował się do komody, w której trzymał swoje dzieło. Był gotów do pisania. Otworzył szufladę. Ani śladu po jego pierwszym dziele. Zaklął tak, że tym razem usłyszał dobrze wszystkie niuanse śpiewnego niemieckiego.

...

Kiedy czytasz ten list, mnie już nie ma. Nie wiem po ilu latach przyszło ci otworzyć wiadomość, ale z pewnością już jako osobnik wolny, pozbawiony traum przemierzania kolejnych pokoi i mierzenia się z dawnymi grzechami. Nie pamiętasz ich, odrzuciłeś je na drodze własnego wyboru, tak samo jak pamięć o mojej osobie. Znaliśmy się jak łyse konie, nienawidziliśmy przez odmienne poglądy i skrajne postawy, ale jestem pewien, że szanowaliśmy się. Ty byłeś liderem, ja samotnym wilkiem. Ty chciałeś wolności, ja pieniędzy, choć tylko dla zabezpieczenia siebie i bliskich, a także, jak się teraz dowiesz, także was. Nigdy nie wybrałbym wolności od tamtych doznań, niezależnie jak złe były.

Teraz, kiedy już gryzę piach i to w końcu na dobre, proszę cię o przyjęcie mojej ostatniej woli. Majątek, oczywiście pochłonięty przez zachcianki moje i mojej nieświadomej familii, zostanie rozdzielony między was, rodzinę po drugiej stronie lustra. Korzystaj, Osiołku.

Blitzkrieg

Piontek raz jeszcze spojrzał na dzisiejszą pocztę. Rachunek, zaproszenie na koncert z okazji zjednoczenia, pocztówka starego znajomego z jego wrześniowego urlopu. I list od osobnika, którego w ogóle nie znał, a ku jego zaskoczeniu skierowany bezpośrednio do niego, wymienionego z imienia nazwiska Waltera Piontka. W nim dziwna wiadomość, potwierdzeniu spadku o wartości 500 000 marek oraz przestrzenna układanka w odcieniach brązu, karmazynu, głębokiej czerni, bieli, złota i indygo, której ostre ściany przemieszczały się pod dziwacznymi kątami.

Odczuł, że coś zmienia się w jego życiu... i w ciele.

...

18 Września 1991 r., Berlin

Nocą dręczyły go sny o tragicznym wypadku, dlatego też wstał przed świtem, aby posprzątać w warsztacie i zająć myśli. Wtedy też, ku jego zaskoczeniu, pojawił się pierwszy klient. Pomruk silnika sportowej machiny usłyszał z daleka. Wyszedł osobnikowi na przeciw i wtedy dopiero zdał sobie sprawę, że poznaje perfekcyjne lico jegomościa. Pełen wyższości uśmiech, swoboda ruchu, błysk w oku i drogie ciuchy. Zebrał myśli, by powiązać osobnika ze słynnym Hansem Bulmą. Gwiazdor wyciągnął drżącą rękę, potem omówił bardzo pośpiesznie wypadek i sięgnął po portfel wypchany markami, których niemałą ilość odłożył Jörgowi. Na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że oferowana stawka znacząco przewyższa koszty naprawy stłuczki, nawet jeśli dosyć poważnej. Dopiero po chwili Pringsheim zdał sobie sprawę, że gwiazdor płaci nie tylko za usługę, ale i milczenie.

Podszedł bliżej celebryty, ustawił się odpowiednio i już miał pewność, że Hans - co mu przez zmęczenie musiało w niewyjaśniony sposób umknąć - był pijany, a całkiem możliwe, że i odurzony jakimiś środkami.

...

Arnolf, za pośrednictwem telefonu, ujawnił osobiście, że to on odpowiada za podwędzenie osobistych notatek swojego nazistowskiego mentora, co nie znaczy, że przyszło mu to z łatwością. Głos drżał mu i ledwo mówił w obawie przed reakcją autorytetu, a ten przez swój słaby słuch ledwo słyszał co ma do powiedzenia mu jeden z ulubieńców, wyjątkowo gorliwy młodzik i świeży nabytek, który nie raz dowiódł wierności sprawie. Ten był jednak wstanie w pokrętny sposób zdominować w rozmowie, bo oznajmił, że spotka się chętnie z Anshelmem, ale na neutralnym gruncie, najwyraźniej by postronne osoby samą swoją obecnością trzymały starszego nazistę w ryzach. Zdradził tylko, że w intrygę zamieszany jest nie tylko on, ale jeszcze kilku fanów nazistowskiej literatury, którzy postanowili wyświadczyć Vollblüterowi przysługę, próbując wydać jego utwór na własną rękę, bez zbędnej zwłoki i w pośpiechu. Oczywistym było, że musiałoby ono ulec poważnej modyfikacji i oprzeć się cenzurze, chcieli dostosować się do panujących reguł, choć jednocześnie liczyli, że mogą istnieć kraje, w których prawo nie może być aż tak restrykcyjne i w nich rozpocząć ekspansję ideologiczną.

W ten o to sposób Anshelm znalazł się pod nowo powstałym wydawnictwem, gdzie też prawdopodobnie chciano zmienić jego dzieło. Jak się potem okazało, do pierwszych rozmów już doszło, co też z dziwną dumą wygłosił spóźniony Arnolf. Towarzyszył mu jeden z nazibratów, rosły kark, po którego minie dało się wywnioskować, że dla dobra nazizmu byłby wstanie wydać książkę nawet w różowej oprawie. Z nim u boku rozmowa musiała być o wiele bardziej stonowana, nawet jeśli Anshelm miał reputację weterana i cieszył się ogromnym szacunkiem. Poza tym – postronne osoby, całkiem sporo postronnych osób wokół.
- Przepraszam cię, ale nie było innego wyjścia. - Arnolf z góry zapobiegł ewentualnym oskarżeniom. Oparł się o poniszczone auto. - Chyba nie masz mi tego za złe?

...

Podzielił się ze współpracownikami świeżymi nowinami o progresie w tłumaczeniu ostatniej pozycji książkowej, jednak mało kto go słuchał. Zaczął zdawać sobie sprawę, że wszystkich interesuje już tylko jego działalność pozazawodowa, a przede wszystkim incydent z autem zniszczonym pod samą kamienicą, który przelał czarę goryczy. Tuzy ze spółki, grupa założycieli i najbardziej zasłużonych lingwistów zaprosiła go w trybie natychmiastowym do sali konferencyjnej, by omówić przyszłość Sørena.
- Oczywistym jest chyba, że albo ograniczysz swoją działalność, albo możemy się pożegnać. - przyznał szczerze jeden z nich. - Nie znaczy to jednak, że nie szanujemy cię i nie dajemy ci drugiej szansy.

Szybko wyjaśniło się, że druga szansa wiązała się nie tylko z wyciszeniem religijnej działalności, ale i przyjęciem w spółce roli osobnika odpowiedzialnego za najgorsze, najtrudniejsze zlecenia i jednocześnie największe szmiry. Tuzy miały w takim posunięciu korzyść - Søren albo zrezygnowałby sam i nie trzeba byłoby go usunąć siłą, albo zajął się zleceniami, które nawet co bardziej pazerni współpracownicy odrzuciliby za niską wartość artystyczną. Przyjęcie oferty byłoby jak przyłożenie ręki do przekształcenia szanowanej, kojarzącej się z kulturą wysoką spółki w masową produkcję chłamu, a może nawet nadanie mu swojej własnej twarzy.

Za nim jednak Søren ustosunkował się do propozycji, zerknął na dwie narzucone mu odgórnie pozycje do przetłumaczenia. Dwie, bo najwyraźniej chciano go odstraszyć także tempem pracy lub stoczyć spółkę w tempie niezwykle zawrotnym, zalewając rynek.

Pierwsza pozycja była inna niż dotychczasowe. Dotąd tłumaczył z duńskiego na niemiecki, teraz zaś miał przenieść niemiecki na duński. Książka ją mu wręczono nie była bestsellerem, krążyła od jakiegoś na czarnym rynku i w obrębie nielegalnych wydawnictw, a najlepszym przymiotnikiem jakim można było ją opisać było jedno słowo - nazistowska. Zerknięcie okiem pozwoliło stwierdzić, że mimo nacechowania ideologią była skierowana do czytelnika inteligentnego i znającego kontekst kulturowy Niemiec. Niezależnie jednak od poziomu literackiego, nie było mowy o tym, aby dało się tę pozycję wydać w sposób legalny. Tuzy jednak zdawały się rozumieć obawy Sørena.
- Potraktuj go jako prototyp, bo książka ulegnie modyfikacjom i będzie przekształcona, aby obejść cenzurę. Drastycznie przekształcona. To zresztą egzemplarz wyrwany od autora, pełen skreśleń, notatek i osobistych zapisków.

Nie pozostało nic innego jak sięgnąć po drugie dzieło, tym razem duńskie. Søren zerknął na tytuł i zaniemówił. Natychmiast rozpoznał Purgatorium, białego kruka i swoisty mit nowoczesnej literatury.

Druga pozycja została wydana w roku 1982, stosunkowo nie tak dawno, a już zdążyła zyskać sławę dzieła wybitnego w swym absurdzie i grafomanii. Jej twórca był zwykły, prosty Duńczyk, do końca swych dni naznaczony traumą po represjach nazistów w zamian za jego nieudolną działalność w Duńskiej Radzie Wolności. Najwyraźniej próbował zracjonalizować sobie własną, indywidualną porażkę przez nieudolne pisarstwo. W ramach autokreacji i szeroko pojętej sztuki niszczenia literatury, wydał fabularyzowane dzienniki traktujące o jego osobie. Feralna Trylogia Duńskiej Okupacji okazała się być niesprzedawalnym gównem, ale odcisnęła swoją rolę w świecie sztuki jako smaczek w bujnej biografii „pisarza”, preludium do Purgatorium, które E. Karlsen popełnił przed swoją śmiercią, gdy jego ciało i umysł całkowicie się zdegenerowały. Przebywał wtedy w Zachodnim Berlinie, który odwiedzał wtedy w cyklicznych miesięcznych odstępach, aż ostatecznie zniknął, rozpłynął się, nie zostawiając żadnego śladu. Jego notatki z szacunku do jego opozycyjnej działalności zebrano i wydano w niemal nienaruszonym stanie jako mistyczną baśń, tak absurdalną i pokręconą, że z miejsca zmarginalizowaną i zapomnianą. Dopiero teraz, na fali mody na fantastykę i science fiction, odkryto w Purgatorium sens i metafizykę, których prawdopodobnie nigdy w tej opasłej powieści nie było.

Søren znał tylko zarys tego małego rarytasu, czasami zastanawiał się czy podołałby zinterpretować je we właściwy sposób i nadać mu sens zgodny z pierwowzorem. Przyrównywano go do słynnego Jabberwocky L. Carolla, tak pełne było neologizmów, zbitek i absurdu. Inni nadawali mu cechy wyjątkowo krwawej baśni Andersena, jeszcze inni niemal biblijny charakter, a obecnie widziano w autorze protoplastę nowoczesnego, absurdalnego science fiction, gdzie opisy machin i zjawisk były jak ze złotej ery gatunku, a stylistyka godna modernistycznego, zaćpanego grafomana. Podobno w Danii założono stowarzyszenie, które niczym religijna grupa próbowała rozszyfrować sens tej słownej łamigłówki, pozbawionej zresztą logicznej narracji, fabuły i sensu.
- To kostka rubika literatury. Doceniona dopiero dekadę po śmierci autora. Wspaniała. - przerwał myśli Sørena jeden z tuzów. - Mówią, że to Enigma literatury. Tym razem nie złamią jej Brytyjczycy, lecz my, Niemcy!

Purgatorium jako tytułowe miejsce akcji było zresztą kostką w dosłownym znaczeniu. Nieuchwytna fabuła rozgrywała się w nietrzymającym logiki i sensu miejscu jakim było wnętrze wielkiej, mechanicznej ryby, gnijącej i rozpadającej się. Na lokacje składały się różnorodne organy i części ciała stwora, w których to panowały zupełnie różne prawa fizyki, cechowały się innym „ekosystemem” oraz stawiały przed połkniętymi wyzwania i doznania. Autor nie opisał w jaki sposób główny bohater i reszta pobocznych postaci znajdowała się w monstrualnej rybie i opuszczała ją, skupiał się w całości na opisywaniu dziwnych zjawisk i sposobów radzenia sobie z nimi. Trup ścielił się gęsto, to na pewno dało się wywnioskować z tej niejasnej lektury. Kürenbergera najbardziej zaintrygował kiedyś jeden z niuansów tego dzieła, a mianowicie mechanika działania dryfującej przez otchłań machiny. Organy nie następowały po sobie w logicznej kolejności, ciągle przemieszczały się, zmieniając położenie. Søren usłyszał niegdyś ciekawe wytłumaczenie tego zjawiska. Rybę dało się podzielić na trójwymiarowej osi, wyszczególniając kolejne elementy, które mogły dowolnie się przemieszczać, przez co nie mające żadnego logicznego sensu następstwo mechaniczno-organicznych bebechów stworzenia nie były przejawem szaleństwa i niespójności wykreowanego świata, a wizjonerskiego umysłu.

Nikt nie potrafił określić w jakim celu powstało to dzieło. Najpopularniejsze były trzy teorie: jako terapia autora, jako satyra na nowoczesną literaturę i jako grafomańskie magnum opus E. Karlsena. Pierwsza i trzecia teoria były całkiem logiczne, co prawda główny bohater miał na imię Jonasz, ale nazwisko bez większych oporów zyskał po swoim autorze. Niekiedy zastanawiano się czy poboczne postaci nie są przypadkiem również odbiciem rzeczywistych postaci, szczególnie niezwykle barwny Vollblüter.

Sięgnął po oryginalne wydanie dzieła. Rozkoszował się absurdem i bezsensem, powstrzymując się w pierwszych oględzinach przed oceną. W końcu miał ten antycud w swoich rękach! Czytał w skupieniu, ignorując tuzów, ledwo klejąc zdania zupełnie nieprzypominające szlachetnego duńskiego tworu. I wtedy też zdał sobie sprawę, że jako mistyk, filozof i osoba o większych horyzontach odczytuje w Purgatorium coś więcej, jakby cała działalność religijna prowadzić miała go do tej lektury. Szyfrowano w niej, podobnie jak w dziele nazisty, coś większego. Wziął głęboki oddech i zastanowił się czy właśnie na to liczyły tuzy.

...

Tego dnia poranny spacer nie był taki długi, ale z pewnością intensywny. Trasa wiodła przez co bardziej wymagające części Berlina, które zmuszały go do zmagań z topografią terenu i ciągłymi górkami. Lekko zmęczony, świeżo upieczony dziedzic fortuny Blitzkriega postanowił, że odpocznie sobie na ławce, by móc potem przebyć jeszcze dwie, może trzy mile w średnim, ale konsekwentnym tempie. Sięgnął po sześcienną układankę i spróbował ułożyć jedną ze ścian, dopasowując odpowiednio metale. Wpatrywał się w wygrawerowane znaki runiczne. Kiedy dopiął celu, powietrze nad układanką zafalowało niczym rozgrzane, a z boków urządzenia wypłynęła krwawa, lepka i dziwnie pachnąca wydzielina. Schował przedmiot do kieszonki i wrócił do spaceru.

Niestety nie znalazł w aktywności radości. Na ulicach zrobiło się wyjątkowo tłoczno, a wzmożony ruch zmuszał go do przepychania się. Czuł, że słabnie, co nie zdarzało mu się zbyt często, dokończył jednak wyznaczony sobie cel i dotarł w okolice starych kamienic, gdzie już tylko stał i łapał nerwowo oddech, niepokojąc się o własny stan coraz bardziej. Wokół pełno było ludzi, ale mało kto zwracał na niego uwagę, a co dopiero można było mówić o udzieleniu starszemu mężczyźnie pomocy. Jak gdyby nigdy nic jakiś trzech oprychów przy poniszczonym aucie rozmawiało głośno, gestykulując. Z jednym z nich, oszpeconym mężczyżną o stalowo-szarych oczach, zetknął się spojrzeniem, by odwrócić wzrok. Osobnik wydał mu się znajomy, przerażająco znajomy. Wtedy odczuł jak pulsują mu palce.

Uniósł w zwolnionym tempie rękę i spojrzał na pomarszczone dłonie. Gęsia skórka, drżenie i poczucie błogiego ciepła. Wstrząsnął rękami, a wszystko wokół zawirowało. Zmysły połączyły się w ramach synestezji, wszystko nabrało kolorów i intensywności, percepcja tak mu wyostrzyła, że odkrywał kolejne wymiary w przestrzeni. Déjà vu towarzyszyło nękającymi go odczuciami i było tak intensywne, jakby Walter przeżywał już kiedyś swój obecny stan wielokrotnie, w cyklicznych odstępach czasu. Oddychał głęboko, delektując się przepływem powietrza. Zajęło mu kilkanaście sekund, aby zdać sobie sprawę, że upadł i wije się po ziemi. Nikt do niego nie podszedł, choć każdy go widział.

Tabris

Tabris

18. maja
Post ID: 83076

Uczucie powoli wyparowywało z Waltera. Tak się czuł, jakby coś wchłonął i teraz to się ulatniało. Ale nie do końca... Zadziwiająco nawet dla siebie szybko wstał, otrzepał się i rzucił uwagę o tym, że chyba kręciło mu się w głowie. Nikt jednak nadal nie zwracał na Waltera uwagi, zarówno przechodnie jak i trio przy landarze zignorowali co się stało, chociaż... szarooki mężczyzna w międzyczasie dokądś sobie poszedł.
~~
- To ta maź, z tego czegoś - powiedział sam do siebie Walter. Namyślał się, czy nie wyrzucić układanki, ale coś nakazywało mu ją zachować i zbadać. Tym niemniej postanowił robić to w bardziej sterylnych warunkach, przede wszystkim nie dotykać bezpośrednio przedmiotu. Jak najszybciej postanowił wrócić do domu, co oznaczało skorzystanie z komunikacji miejskiej. Walter posiadał bilet miesięczny, więc nie stanowiło to problemu, choć po "zjednoczeniu" Berlina zaczęto łączyć obydwa systemy komunikacyjne... Powoli, rozglądając się nerwowo wokół siebie skierował się w kierunku najbliższego przystanku. Tam miałby autobus którym mógłby podjechać do kolejnego przystanku, przy którym zatrzymywały się pojazdy linii która podjeżdżała niemalże pod blok Waltera.
~~
Jak się okazało, na odpowiedni autobus musiałby czekać pół godziny. Zaczął się zastanawiać, czy nie skorzystać z taksówki. Pomyślał, że to co ma w kieszeni to może być coś w rodzaju granatu. Nie wiadomo jak może zadziałać. No i nie wiadomo czy to uczucie nie wróci. Poszedł na stanowisko taksówek. Przeniesione. Klnąc w myślach na "zjednoczenie", taksówki i podarunek anonimowego kogoś wrócił na przystanek. "Skoro nazwał się Blitzkrieg i wspominał o odmiennych diametralnie poglądach, pewnie był jakimś faszystą." - rozmyślał. Odrzucona myśl o wyrzuceniu kostki powróciła. Autobus nadal nie nadjeżdżał. Walter pojął zaś, że jedyną osobą, która czeka z nim na przystanku jest szarooki osobnik.

Fimrys

Fimrys

21. maja
Post ID: 83079

"Och jakże głupcy utrudniają życie!"

Søren miał dziś wyjątkowo kiepski dzień. Wyciek informacji o jego pozazawodowej działalności sam w sobie nie byłby aż tak problematyczny, gdyby operował rzetelnymi danymi. A tak to wszyscy mieli szczątkowe informacje, w części nieprawdziwe, niepotwierdzone i niepewne a podjęcie kroków w celu wyjaśnienia jeszcze bardziej pogorszyłoby sytuację i zwróciło większą uwagę na do tej pory zwyczajnego tłumacza. Tłumaczył sobie, że kiedyś to i tak miało wyjść na światło dzienne. Tyle że okoliczności ujawnienia były niezmiernie nieprzychylne, bo jakaś inna sekta postanowiła dokonać mordu.

"Niech zaraza pochłonie tych głupców, którzy akurat teraz postanowili złożyć swemu bałwanowi ofiarę. Tylko żałosne bóstwo wymaga ofiar z krwi niewinnych. Mogliby złożyć ofiarę z ludzi mających zbliżoną do nich inteligencję, zrobili by wielką przysługę mi, samym sobie i światu."

Takimi myślami wyładowywał gniew Søren. Nie mógł jawnie okazywać utrzymywanego wewnątrz uczucia, więc zapytany o zdanie przy każdej rozmowie o tym nieszczęśliwym wydarzeniu odpowiadał jedynie, że w końcu policji uda się ich złapać i zostaną ukarani. Wolał nie napominać, że osobiście chętnie sprzątnąłby ich ze świata żywych.I w dodatku ta akcja z samochodem. To nie wzmogło zbytnio jego gniewu, raczej odczuwał skrajne zniesmaczenie ludzką prymitywnością. I teraz musiał się jeszcze spotkać z szefostwem, którego pomysły i postawa często wzbudzały rozdrażnienie, nie tylko u niego. Postanowił być jednak w miarę spokojny, bo gdy na świat spada plaga, trzeba być opanowanym. Wybór dalszego działania był dla Sørena z początku oczywisty - trzeba było porzucić ograniczającą spółkę i wziąć się w pełni za rozwój religijnego ugrupowania. Jednakże książki, które mu podali mocno go zaintrygowały i sprawiły, że wybór nagle przestał być jasny.

Działał już z krótkimi tłumaczeniami z języka niemieckiego, ale wydanie pełnej książki byłoby dużym krokiem w przód. W dodatku treść była nawet interesującą, gdyż zawsze przy spotkaniach z neonazizmem uśmiechał się lekko i zastanawiał nad żywością idei wyższości rasy wśród obecnego społeczeństwa, idącego raczej w przeciwnym kierunku. W dodatku dostał mu się oryginalny rękopis, co było niespotykane. Wolał nie zastanawiać się, jaką drogę przebyło to dzieło głodne przekładu, by trafić przed jego oblicze.

Druga pozycja to już było zaskoczeniem w pełnym tego słowa znaczeniu. Skąd oni w ogóle wytrzasnęli taką rzadkość? I dlaczego chcieli powierzyć pracę nad tym akurat jemu? Søren uznał, że nic nie jest przypadkowe i powinien dobrze się zastanowić nad podjęciem działania. Odrzucenie takiego wyzwania byłoby wręcz splunięciem w twarz Fortunie, która ewidentnie wystawiała go na próbę. Zastanawiał się w milczeniu dłuższą chwilę, wertując dzieło i analizując skutki podjęcia się tej pracy, by w końcu rzec, patrząc przełożonym głęboko w oczy:

-Zajmę się tym.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

21. maja
Post ID: 83084

- Za złe? Nie… - odpowiedział łagodnie Anshelm i spróbował się uśmiechnąć, ale podczas gdy jego lewy kącik ust ledwie drgnął, prawym uniósł się wysoko, przez co musiał wyglądać jak psychopata.
Mężczyzna powolnym krokiem zbliżył się do Arnolfa. Kiedy dzielił ich około metr odległości uśmiech znikł z twarzy Anshelma.
- Ale następny razem, kiedy będziesz chciał zrobić coś podobnego bądź tak miły i mnie wcześniej ostrzeż. – Tym razem w jego głosie zabrakło łagodnego tonu. Chciał strzelić młodzika w pysk, ale przy postronnych nie wypada. Trzeba to będzie odłożyć na inną okazję. Odwrócił się na pięcie i oddalił od adepta. – Nie mam nic przeciwko, ale pod warunkiem, że będę miał wgląd w ostateczną wersję jeszcze przed wydaniem, a po wszystkim oryginał trafi niezmieniony w moje ręce. Przyjmujesz warunki?

Architectus

Architectus

wczoraj, 14:04
Post ID: 83085

Jörgowi zrobiło się przykro Hansa Bulmy, kiedy zaczął rozmyślać, co mogło mu się przydarzyć, że doprowadził się do takiego stanu i takiej sytuacji. Po chwili podjął temat:
- Proszę zaczekać z zapłatą. Chciałbym najpierw przyjrzeć się podwoziu pańskiego automobilu i sprawdzić, czy podczas wpadnięcia na barierkę ochronną nie zostały naruszone jakieś jego ważne komponenty. Może się okazać, że poza klepaniem i lakierowaniem będę musiał zamówić nowe lub - w przypadku ich braku - używane elementy blacharskie. Wtedy oszacuję koszty doprowadzenia auta do wizualnej normy - mechanik spojrzał z troską na samochód i na przybyłego mężczyznę, który nadal pewnie i z uśmiechem trzymał w ręku plik banknotów, na co dodał:

- Jeśli koniecznie chce pan, abym wykonał dodatkowe usługi mogę przyjrzeć się karoserii, jednak to zeszłoroczny model, więc nie przypuszczam aby na jej powierzchnię wdały się jakieś ogniska korozji. Sytuacja jest nagła, do tego jest jeszcze wczesna pora, i wczoraj wykonałem poprzednie zlecenie, więc od razu zajmę się pańskim autem. Na przyszłość, proszę uważać podczas nocnych przejażdżek.
- Jasna sprawa! - śpiewająco odrzekł klient.
- Poproszę kluczyki. Wjadę pańskim pojazdem na kanał naprawczy.

Hans Bulma niemrawo wyszukawszy w kieszeni pęk przedmiotów, o jaki został poproszony, wręczył go mechanikowi. Jörg podziękował i wskazał otwartą dłonią jegomościowi wejście do pomieszczenia biurowego warsztatu, w którym było okno na podwórze z placykiem manewrowym, oraz szyby pozwalające na przyglądanie się postępom naprawy w znacznie wyższej części roboczej budynku. Kiedy weszli do środka zaproponował mu aby spoczął na jednej dwóch obitych brązową skórą kanap. Były one istotnym elementem warsztatowego wyposażenia, gdyż klienci czasami przyjeżdżali zmęczeni albo przed czasem. Mechanik nie zamierzał wypuszczać aktora z warsztatu, kiedy jego zdolność do skupienia słabła w miarę rosnącej ilości godzin bez snu. Przy niemal znikomym ruchu drogowym zdołał dojechać do warsztatu, lecz wkrótce minie pora śniadaniowa i grom mieszkańców Berlina zacznie wyjeżdżać na ulice.

Hanowerczyk rozmyślał jak zająć klienta, aby ograniczyć ilość powodów dla których musiałby odpowiadać na jego pytania, jak również by w spokoju mógł zająć się pracą i wpadło mu do głowy pytanie:
- Czy chciałby pan zatelefonować do kogoś z pańskich bliskich, aby poinformować o późniejszym przybyciu do domu?
- Nie, ale dziękuję za propozycję.
- W takim razie, czy zrobić panu herbatę? Mam w szafie czajnik.

Hans Bulma rozsiadając się na dalszej od drzwi kanapie wesoło pokręcił głową, na znak że nie chce pić. Mechanik wymyślił jeszcze pytanie o rolę nad którą klient teraz pracuje, ale zachował je na później, gdy ustali już co będzie wymagało naprawy w oczekującym wozie, i skierował swe kroki do maszyny. Było to Porsche 964 Carrera 2 z 1990 roku, z wyróżniającym się - na tle szarych kolorów warsztatu - miętowym lakierem. Jego zamek otwierał się gładko, a wnętrze coupé było dla mechanika przestronne. Po przekręceniu kluczyków w stacyjce i ruszeniu z miejsca Jörg poczuł moc silnika niemieckiego samochodu. Zaparkowawszy na jednym ze stanowisk naprawczych powtórzył w myślach wymogi bycia solidnym wykonawcą, wysiadł z pojazdu i rozpoczął jego oględziny.

Rozmiar uszkodzeń okazał się tylko powierzchowny, masywny zderzak przyjął większość energii z kolizji i był wgnieciony oraz posiadał odpryśnięcia powłoki lakierniczej. Maska lekko się odgięła, prawy próg i nadkole były porysowane, a prawa lampa kierunkowskazu - pęknięta. Mechanik uznał, że nie będzie potrzeby wymiany elementów karoserii, lecz konieczne będzie szpachlowanie i lakierowanie zderzaka, a także zamówienie lampy.

Gdy określił sposób i czas naprawy oraz wartość jej kosztu, udał się do pomieszczenia biurowego aby powiadomić porannego klienta. Zastawszy go śpiącego po przebytych wrażeniach, uznał, że nie będzie go budził, ani chwilowo nie będzie dzwonił do znajomego mu handlarza samochodowych części, u którego dostanie lampę do Porsche. Po cichu uchylił jedno ze skrzydeł drzwi od szaf stojących przy ścianach, wyjął z niej koc i przykrył nim gościa by się nie przeziębił. Następnie relaksująco przeciągnął się, nalał wodę do jednego ze stojących na stoliku kubków i niespiesznie wypił ją, uzupełniając płyny po rozmowie z klientem. Po tym opłukał naczynie w umywalce stojącej obok pomieszczenia biurowego, oraz odstawił je na miejsce. Przechodząc ponownie do części roboczej warsztatu wyjrzał jeszcze przez bramę wjazdową do budynku i skupił uwagę na rodzący się z brzasku świt. Nabrawszy sentymentalnego nastroju zaczął szykować sprzęt do wyrównywania blach.

Wiwernus

Wiwernus

wczoraj, 15:31
Post ID: 83086

- Hę? Jaka barierka? - zaśmiał się Bulma po przekręceniu jego opowieści. - Przywaliłem w inne auto. Niech się pan prześpi może.

Nieprzyjemny, pyszałkowaty ton jednak szybko zanikł, bo to Hans udał się do sennej krainy, pozwalając mechanikowi na spokojną pracę. Jörg oddał się ulubionemu zajęciu. Możliwość obcowania z maszyną z takiej półki sprawiła, że ogarnął go swoisty szósty zmysł pozwalający mu całkowicie odciąć się od rzeczywistości. Dopiero po jakimś czasie przeszło go dziwne przeczucie i rutynowo zajrzał do biura, chcąc sprawdzić w jakim stanie jest klient. Koc został bezwładnie zrzucony na podłogę, a wodę opróżniono z niezwykłą starannością – po Bulmie ani śladu. Przez moment Jörg odczuł przerażenie, ale na szczęście nietuzinkowy gość miał się dobrze. Po kwadransie powrócił, targając w reklamówkach trunki wyższej półki, najwyraźniej zakupione w okolicznym sklepie. Bez większego wstydu rozpoczął poranek od otwarcia whisky, którym zresztą ochoczo chciał się podzielić z mechanikiem. Uznał Jörga za równego gościa, takiego co dobrze odwali swoją robotę, zachowa dyskrecję i zaoferuje gościnę, nie żałował, że kierowany licznymi pochwałami wybrał akurat jego warsztat. Poklepał Pringsheim po policzku i ruszył do telefonu. Przez dłuższą chwilę rozmawiał ze swoimi licznymi kochankami, wykręcając kolejne numery w taki sposób, że zaczynał od tych najważniejszych, by kończyć na najbardziej przelotnych dziewczętach. Najwyraźniej w napiętym grafiku miał zaplanowane spotkania z większością z nich, przy czym mało która zdawała sobie sprawę, że istniały inne oraz doszło do wypadku.

Jörg powrócił do pracy, zostawiając klienta sam na sam z telefonem i alkoholem.

Rzut na akcję: Naprawa. Modyfikatory Pierwszorzędne: Zręczność (+1) i Wiedza (0). Modyfikator Drugorzędny-Sytuacyjny: Siła Woli (+2 /2) (Przemęczenie). Bonus za opis podejmowanej akcji (Naprawa): 0,2. Wyniki: 3; 3; 5 -> 4; 3; 6 (po modyfikatorach) -> 13 / 2,5 -> 5,2 + 0,2 -> 5,4. Większościowe Powodzenie!

O ile zmęczenie dało się mechanikowi we znaki i z trudem przychodziło mu wykonanie co trudniejszych elementów naprawy oraz wykorzystanie zdobytej wiedzy, to na szczęście typowy dla niego upór przeważył, szczególnie kiedy miał do czynienia z takim cudem techniki, z takim gościem i z taką szansą. Wyrównanie blachy udało mu się już rano, zaś szpachlowanie i lakierowanie teraz, dokładnie tak jak zamierzał, choć dłużej niż przewidywał. Miał prawo do uśmiechu pełnego zadowolenia.

Oderwał się od pracy, tym razem z większym trudem powracając do rzeczywistości. Zdał sobie sprawę, że Bulma obserwuje go z cichym podziwem, a co więcej od jakiegoś czasu towarzyszy mu śmiele sprowadzony do warsztatu gość – kolejna telewizyjna gwiazda. Rozmawiali od jakiegoś czasu, śmiejąc się ze szczęścia jakie w tym pechu spotkało Hansa i nieokreślonych nowobogackich, obiektu ich drwin i żartów.
- Dobra robota. - Bulma rzucił do mechanika tonem pana chwalącego parobka, ale zmienił go szybko. - Myślę nad zmianą koloru. Da się zrobić?

Łyknął trunku z natchnioną miną.
- I czy dałby się pan kiedyś zaprosić na przejażdżkę, bądź co bądź, uratował mi pan skórę.

...

Na twarzy Arnolfa pojawiło się zakłopotanie. Nie tylko dlatego, że nie był osobą, która mogłaby stawiać warunki autorowi dzieła, ale także dlatego, że wywalczenie z wydawnictwem kompromisu zadowalającego obie strony było niemożliwe. Doskonale o tym zresztą wiedział przed swoim śmiałym posunięciem, teraz musiał się jednak do tego przyznać, a to w przy kontakcie twarzą w twarz łatwe nie było, szczególnie kiedy twarz autorytetu była tak przerażająca.
- Na samym początku zaznaczę, że tylko to raczkujące wydawnictwo zgodziło się na współpracę, żeby nie było pretensji, że mogliśmy znaleźć lepsze, panie Vollblüter. - zastrzegł i zrobił krok w tył. - Najlepiej będzie, gdyby to autor dzieła osobiście ustalił warunki współpracy i podpisał co trzeba.

Nie pozostało nic innego jak ruszyć do biur spółki na ostatnich piętrach pięknej, niemieckiej kamienicy. Za równo nazistom, jak i licznym gapiom, bez większego problemu przyszło zignorowanie starca owładniętego drgawkami i spazmami. Szarooki skierował tylko na moment ucho w jego kierunku, aby wyłapać co ten nieświadomie bełkotał z dziwnym uśmiechem na ustach.
- Wybieram wariant „2”. Wybieram wariant „2”.

O ile biura zrobiły dobre wrażenie na pisarzu swoim profesjonalizmem, o tyle pracownicy wydawnictwa już nie. Szybko wypatrzył osobników o ciemniejszej karnacji, cudzoziemców i element, który bez większych wątpliwości mógł określić jako obcy. Wzdrygnął się mimowolnie, by zdać sobie sprawę, że niemiłe zaskoczenie jest obustronne. Odwracano wzrok od jego oszpeconej twarzy tak wymownie, że poczuł się niekomfortowo.

...

Søren dogadał się z Tuzami, zgadzając na zajęcie aż dwoma wymagającymi dziełami w zamian za przedłużenie współpracy. Pożegnał się oschle, by skierować bezpośrednio do swojego biura, dźwigając pod pachą obie pozycje. Niemal wszyscy odprowadzili go starannie wzrokiem. Przestał go czuć dopiero, gdy zamknął starannie drzwi i zasiadł do biurka, by kontynuować lekturę. Benito siedział odwrócony tyłem i grzebał w papierach. Bardzo szybko Søren uświadomił sobie przykry fakt, że ten dystansuje się od niego. Wyszło na jaw, że Włoch choć nie ma pojęcia o religijnej działalności, to przyjęcie nazistowskiego utworu w zupełności wystarcza mu do tego, aby poróżnić się z przyjacielem.
- Wiem, że ocena tamtych czasów jest trudna, ale zaślepiony pieniądzem nie możesz zmienić wydawnictwa w tubę propagandową nazistów. Co się z tobą właściwie dzieje? - przewrócił kilka kartek bezcennego Purgatorium, jedną prawie odrywając. Potem gestykulował namiętnie, a wściekłość okazywał typowo dla siebie, bo włoskimi wtrąceniami. - Ja wiem co to jest, rollercoaster w gnijącym szkielecie wieloryba, è stato fatto alla cazzo di cane jak się patrzy i to takie lho fatto a caso, z samego założenia i niechlujstwa. Powiem tak, rola wygadanego od szmir była moja, nie musisz iść tą samą drogą. Fai cagare, fai un pirla jesteś, vai a farti fottere i tyle w temacie. Żegnam.

Niejasnym było w jakich proporcjach przez Włocha przemawiała zazdrość, obawa o przyjaciela i niepewność co do dalszych losów wydawnictwa, pewne jednak było, że w najbliższym czasie nie miał zamiaru odzywać się do Sørena. Na szczęście Tuzy zaprosiły go do siebie, a miejsce temperamentnego południowca zajęła o wiele bardziej przychylna Kürenbergerowi adoratorka – Amanda. Zmierzała do coraz bardziej śmiałego filtru, choć maskowała się inteligentną rozmową o dwóch dumnie prezentujących się na biurku dziełach, nawet jeśli nie miała o nich większego pojęcia. Do niczego jednak nie doszło, bo osobisty kącik Sørena niemal zalali goście – Tuzy; Pringsheim ze zniesmaczoną ich działaniami miną; szczupły, żylasty mężczyzna o stalowych oczach i paskudnym obliczu, z gracją i manierą SSmana oraz jego dwaj dziwni kompani.

Anshelm był co najmniej zdezorientowany faktem, że ekspansja dzieła na cztery strony świata będzie wymagała tyle kompromisów. Co kraj, to inne prawo i inne podejście do cenzury, zmuszające go do wydania na swój pokraczny sposób zupełnie różnych książek. Tuzy, elita z wydawnictwa, byli tak śmiali, że zaproponowali mu wprost podzielenie książki na szereg alternatywnych wersji, dostosowując się do prawa i tendencji na różnych rynkach. Nawet tłumacze nie spełnili oczekiwań. Jedni odmawiali mu – mniej lub bardziej otwarcie; drudzy gorszyli go swoją odmiennym pochodzeniem rasowym; trzeci zgadzali się na współpracę, okazując jednocześnie brak szacunku; czwarci albo nie rozumieli sensu dzieła, albo chcieli go zmienić, albo nie mieli odpowiedniego warsztatu, aby udźwignąć ciężar tłumaczenia, w najgorszym wypadku te wszystkie elementy jednocześnie. Przynajmniej wydawnictwo obiecywało góry złota, widząc w kontrowersji spore szanse na spektakularne wyniki finansowe, chociaż niepokoił nacisk na jakość utworu, tak jakby Anshelm już przy debiucie miał dostać literackiego nobla. Szczytem bezczelności było subtelne zaproponowanie usług ghostwritera, który odpowiednio dostosowałby dzieło do cenzury. Niesmak był spory, a co gorsza w otwarte karty grały tylko dwie osoby – niejaki Benito, który z miejsca wskazał w które rejony rzyci mają go ucałować naziści oraz Pringsheim, jako ostoja moralności próbujący odkręcić całą inwestycję.

Spróbowano załagodzić sytuację spotkaniem z tłumaczami skandynawskimi, ale obecny był tylko jeden z nich, Søren. Siedział przy biurko, zaczytując się w jakimś abstrakcyjnym dziele i spędzając czas z urodziwą kobietą, która wzdrygnęła się na widok oszpeconej twarzy.

...

Autobus nie przybywał, co zmusiło do zniecierpliwienia za równo Waltera, szarookiego, jak i coraz liczniejszy tłum berlińczyków. Kiedy w końcu przybył, wszyscy rozpoczęli szturm na wypełniony po brzegi pojazd, do którego ostatecznie udało się wejść tylko części. Piontek był zbyt osłabiony, aby się przepchać, poza tym zareagował z opóźnieniem, gdy jego myśli krążyły wokół niejasnych dla niego obrazów. Poza tym kostka wypadła mu, jakby mimowolnie wysuwając się z jego kieszonki, przez co musiał z oporem zmusić się do sięgnięcia po nią, ograniczając do minimum kontakt z przedmiotem.

Zasiadł ponownie na ławeczce. Jego uwagę zwróciła biała limuzyna z przyciemnionymi szybami – długa, smukła i ekskluzywna, typowe dual cowl. Zwolniła przy przystanku, by w końcu zatrzymać się, niemal na wyciągnięcie ręki staruszka. Dopiero po chwili szyba opuściła się. Walter ujrzał kobietę młodszą od niego o jakieś dwadzieścia lat, smukłą i delikatną, choć o skórze naznaczonej zmarszczkami. Włosy miała kruczoczarne i ozdobione siwymi nitkami, oczy jasnobłękitne, usta wydatne i soczyste. Ogarnęło go coś co mógłby określić jako Déjà Lovu, ponownie przeżywaną miłość. Związek z końca studiów był przy tym jak światło świecy przy słońcu. Znów go prawie zamroczyło, teraz jednak w całkowicie przyziemny i ujmujący sposób. Kobieta wpatrywała się w niego przez chwilę z pełną uwagą, potem powiedziała coś do szofera, szybka opuściła się, a limuzyna odjechała, zostawiając Waltera z dziwnym odczuciem niezrozumienia i niedosytu.

I nic nie wskazywało na to, aby kolejny autobus przyjechał punktualnie, nic.

,  dodaj nowy wątek