Oberża pod Rozbrykanym Ogrem

Gry Wyobraźni - "Purgatorium [Gra]"

Aktualnie w Osadzie: Ognisko jest zgaszone.
Osada 'Pazur Behemota' > Gry Wyobraźni > Purgatorium [Gra]
Wędrowiec: zaloguj, wyszukiwarka
,  dodaj nowy wątek
Wiwernus

Wiwernus

14. maja
Post ID: 83071

Życie (NIE)Codzienne

17 Września 1991 r., Berlin

Domyślają się.

Nie łatwym było wsparcie podejrzeń o jakiekolwiek logiczne argumenty, ale intuicyjnie wyczuwał, że jego współpracownicy każdym swoim gestem i zmianą zachowania sygnalizują zaintrygowanie jego sobą. Dotąd łączyła ich chłodna, pragmatyczna relacja biznesowa, dopiero po godzinach naznaczona uprzejmościami i koleżeńskimi pogadankami. Søren co prawda jako osobnik wyjątkowo społeczny i wygadany zaskarbił sobie sympatię oraz szacunek, ale teraz postrzeganie jego osoby zmieniło się. Jedni odwracali głowy, by oddać się plotkom. Drudzy wodzili za nim wzrokiem, bojąc się każdego jego ruchu. Niektórzy zagadywali, wyczekując prawdopodobnie ujawnienia się. Zastanawiał się w jaki sposób jego podwójne życie wyszło na jaw oraz czy da się odwrócić wyciek sekretu, o ile w ogóle byłoby to możliwe i czy w ogóle opłacalne. Przy takim rozroście kultu oraz dosyć niespodziewanej nadgorliwości niektórych członków utrzymanie mistyczno-filozoficznego ugrupowania zdawało się być poza jego możliwościami.
- To Horst połączył fakty. - zdradził napotkany w toalecie Joseph, znany z tego, że jako multilingwista w żadnym języku nie tłumaczył dobrze, a jak na złość dostawał największe dzieła i tłumaczył je w zawrotnym tempie, czyniąc tak wiele zła w tym kulturalnym świecie. Był wyrachowanym karierowiczem i gotów obciążyć swojego zawodowego rywala oskarżeniem dla własnych korzyści, dlatego też nie można mu było wierzyć na słowo. Ciężko było jednak ocenić czy w jego oskarżeniach nie kryła się prawda. Horst był wyjątkowo wścibskim służbistą i lubił wtykać nos w nieswoje sprawy. - Uważaj na niego, zresztą nie tylko na niego. Wielu chciałoby się pozbyć ze swojego grona sekciarza.

Bolesne to były słowa, ale Søren zdał sobie sprawę z kilku plusów takiego obrotu sytuacji. Po pierwsze, dalsza podwójna gra i tak była niemożliwa. Po drugie, datki od Braci i Sióstr czyniły go niezależnym finansowo, przynajmniej jeśli otwarcie by po nie sięgnął. Po trzecie, spółka tłumaczy już w momencie dołączenia Kürenbergera powoli szykowała się do zmiany w pełnoprawne wydawnictwo, które nie zamierzało się zresztą ograniczać wyłącznie do tłumaczenia duńskich klasyków i bestsellerów, ale także sięgać po dzieła wyjątkowo niskich lotów i tykać niesmacznych kontrowersji. W pracy Søren napotykał się ostatnio na osobników zainteresowanych zupełnie innymi krajami niż on, a nawet pochodzących z tych państw. Jednego z takich rodzynków bardzo polubił.

Benito pochodził z Włoch, a dokładniej z targanej wieczną biedą Sycylii i stawiał dopiero pierwsze kroki w Berlinie. W przeciwieństwie do pozostałych członków lingwistycznej grupy nie tłumaczył dzieł obcojęzycznych na niemiecki, lecz przeprowadzał zupełnie odwrotny proces, przenosząc niemieckie dzieła na rynek włoski. Jego tłumaczenia były niewierne i przejaskrawione, gestykulujący namiętnie włoch nie miał nawet oporów w zmienianiu sensu całych wypowiedzi i zdarzeń, jeśli byłoby to zgodne z jego interpretacją dzieła oraz socjalistyczno-chadeckimi poglądami. Poza tym ociągał się niemiłosiernie, zawsze przesuwając terminy. Na swój pokręcony sposób Søren cenił talent gorącokrwistego kompana, bo ten potrafił wydobyć z największych szmir sens, logikę i piękno, a wszystko doprawiał sycylijskim konserwatyzmem i nieufnością wobec jakiekolwiek władzy. Czasami nawet przykro mu było, że niemiecki blitzkrieg na włoskiego czytelnika skazany jest na porażkę od samego początku, co tylko potęgowała ilość czasu spędzona z mężczyżną. Włoch dobrze znał niemiecki w piśmie, ale w wymowie, ze swoim akcentem, był zabawny jak mało kto. Poza tym oboje byli nowi w spółce i dzielili jedno biuro. Kürenberger zastanawiał się w jaki sposób makaroniarz zinterpretuje plotki i jak - szczególnie jako zdeklarowany katolik - zareaguje. Na ten moment zdawał się zupełnie nie mieć pojęcie o niczym i tylko oddawał się ulubionym zajęciom: przerwom w pracy oraz adorowaniu niewiast.

Søren skierował się ku wyjściu. Biuro tłumaczy znajdowało się na dwóch ostatnich piętrach jednej z piękniejszych kamienic Berlina, z której okien dało się zauważyć zarys przeklętego muru. Rozbiórka tego komunistycznego tworu zakończyła się 30 listopada zeszłego roku, kamienica jednak znajdowała się w miejscu, z którego dało się jeszcze zauważyć jeden z sześciu pozostawionych odcinków. Widok ten zawsze wydawał mu się być posępny, niepokojący, ale i piękny. Widziane teraz z punktu widzenia dawnego Berlina Zachodniego miejsce znał dobrze, gdy pomieszkiwał je jeszcze jako student na berlińskim uniwersytecie. Wtedy co prawda przez położenie akademika nie dane mu było ujrzeć kamienicy, a RFN znał tylko z audycji RIASu, to jednak możliwość ujrzenia znanej z młodości części miasta z tej perspektywy sprawiało, że czuł się dziwnie.

Może przede wszystkim z radości możliwością rekrutacji członków z drugiej strony muru. Søren zdawał sobie sprawę, że jako tłumacza ze Wschodniego Berlina niektórzy mogą tutaj traktować go z dozą nieufności, z jego staromodnym ubiorem może nawet jako sowieckiego agenta, lecz już w roli religijno-filozoficznego guru może jedynie intrygować egzotycznością. Było to tym bardziej zabawne, że bliższy zdawał mu się być artystyczny Magdeburg, nawet jeśli znał go już po oszpeceniu w latach 1954-1956 w ramach krzewienia socrealizmu w zabudowie, jak i wszystkim innym – Berlin wschodni nie był mu tak bliski jak sądzili inni.

Od rozważań na tematy polityczne i wspominek oderwała go Amanda, piękność podzielająca duńskie zainteresowania Sørena, lecz wyjątkowa słaba w tłumaczeniach. Jasnowłose dziewczę mogłoby być dzieckiem Kürenbergera i dotąd nie było mowy o tym, że mogłoby między nimi dojść do jakiejkolwiek głębszej interakcji lub intymności, to dla obu stron było oczywiste. Najwyraźniej jednak plotki o religijnych ekscesach Sørena sprawiły, że przez niezrozumienie kobieta zaczęła interesować się Braćmi i Siostrami, nawet jeśli w typowy dla większości ludzi sposób nie brała ugrupowania za mistyczne bractwo filozoficzne, a bardziej jak okultystyczną, hedonistyczną i pogańską sektę. Rozmowa z nią, mimo tego faktu, kleiła się, nawet jeśli nie mówili o religii i działalności Sørena nazywając je po imieniu. Tłumacz powoli zaczynał zdawać sobie sprawę, że dezinformacja i niezrozumienie jego osoby przechodzą wszelkie pojęcie. Nie tylko nie rozumiano tego co robił, to jeszcze jego kult najwyraźniej mylono z innymi, tworząc z Braci i Sióstr Abbadona rytualną sektę. Ostatnio jedno z takich ugrupowań dopuściło się brutalnego morderstwa, po którym Berlin nie mógł się otrząsnąć. Sama myśl, że Kürenberger może być teraz postrzegany jako jeden z tych skrzywionych dewiantów była nietuzinkowa, choć zaintrygowana Amanda zdawała się być wyłącznie zafascynowana.
- Rzuć tłumaczenia w diabły i zajmij się pisaniem we własnym zakresie. - zasugerowała. - Nie jeden chciałby cię poznać od... tej strony.

Pod kamienicą odnalazł swoje zaparkowane auto, ale niestety jego Mercedes-Benz 190 otoczony był przez grupkę gapiów. Ich odgonienie odsłoniło Sørenowi masakrę jaka dokonała się na jego poczciwym pojeździe. Samochód został nie tylko wyjątkowo złośliwie porysowany, to jeszcze wybito szybę, maskę obito, zabrano osobiste rzeczy ze schowka i Abbadon wie co jeszcze. Żaden z obserwatorów nie był bezpośrednim świadkiem aktu wandalizmu, więc Søren odgonił wszystkich, by we wnętrzu pojazdu sprawdzić jak ma się jego czarne cacko. Był pewny, że do „ataku” doszło nie tak dawno temu, może jeszcze gdy powoli schodził po schodach z Amandą, która zresztą przerażona (ale i podekscytowana) oddaliła się dyskretnie. Jej miejsce jako towarzysza krótko zajął Carl Pringsheim, zmierzający dumnie do kamienicy na umówione z tłumaczami spotkanie. Koordynator sprzedaży miał być kamieniem węgielnym dla nowo powstałego wydawnictwa. Zatrzymał się przy samochodzie, poznając przelotnie widywanego Sørena. Poklepał go po ramieniu przez wybite okno i szybko wręczył wizytówkę do dobrego warsztatu.
- Nie jechałbym na twoim miejscu bez sprawdzenia przewodów hamulcowych. To mi nie wygląda na rabunek, lecz coś o wiele gorszego. Wolę nie wiedzieć komu pan podpadł. - uśmiechnął się słabo. - Proszę się powołać na mnie. Mój brat to solidny fachowiec i na pewno spuści panu z ceny. Lubi takie wyzwania.

Pomocnym okazał się być nie tylko Pringsheim. Otrzymywane przez bliskich wsparcie okazało się być niemal przesadne. Wierni z kultu Abbadona na widok zniszczonego auta zareagowali obrzydzeniem wobec takiego obrazoburstwa, a kilku najbardziej nadgorliwych gotowych było wytropić złośliwca i ukarać go. Przodownikiem w tej grupie był osobnik zwany Dużym Bratem, fanatyk nie do końca rozumiejący filozoficzne podstawy religijnego ugrupowania, świeży nabytek z pobytu w Zachodnim Berlinie, który wolę Sørena brał za absolutne imperatywy. Jeżeli ten nakazałby mu porzucić rodzinę, wytropić odpowiedzialnego za wandalizm i połamać mu wszystkie palce u nóg i rąk – ten by to zrobił bez większego zawahania. Znaleźli się też tacy, którym incydent przypomniał o ludzkiej stronie Sørena. Na szczęście spora część Braci i Sióstr została na wschodzie, więc nie można było mówić o tym, że zmieniło się nastawienie wszystkich członków religijnego ugrupowania.

To był dopiero jednak początek ekscesów i zwrotów wydarzeń, które życie szykowało Sørenowi w najbliższych dniach.

...

Przesiadywał na kanapie, próbując odetchnąć po ciężkim dniu pracy w warsztacie, lecz bez większych efektów. Po pierwsze, umordował się zbyt mocno, najwyraźniej znów oddając się naprawie z takim oddaniem, jakby od najmniejszej usterki miało zależeć czy dojdzie na jednej z niemieckich autostrad do karambolu czy nie. Po drugie, nie przebywał u siebie, lecz u swojej starszej siostry, która poprosiła go, aby rzucił okiem na dzieci pod jej nieobecność. Zajęcia w szkole odwołano po tym jak jednego z uczniów brutalnie zamordowano po rytualne jednej z krwawych sekt, co wykorzystała, aby odpocząć od stresu na krótkim urlopie. Problemem pozostały jej tylko dzieci, które miała ostatnimi czasy zupełnie dość i co w jakiś sposób Jörg był wstanie zrozumieć.

Carl jako najstarszy z osieroconego rodzeństwa podniósł się i zaopiekował familią, wyrastając na zaradnego, dobrodusznego i zdolnego do wychowania we właściwy sposób swe bliźnięta mężczyznę. Pilnował swe pociechy jak oczka w głowie i nigdy nie dałby ich pod opiekę Jörga, który z pewnością zabrałby je do pełnego smarów i niebezpieczeństw warsztatu. Elisa niestety nigdy nie porzuciła żałoby, stała się sfrustrowana i przytłoczona wyzwaniami, a wieczna udręka stała się ciężarem dla jej męża, jak i dzieci. Jörg kochał całą trójkę, a one kochały jego. Nie dziwił im się, że pragnęły odżyć przez psoty, choć nie był pewny czy droga jaką obrały była właściwa. Stella udzielała się w sekcie i jej zapał nie zmalał po głośnym morderstwie, Harald bratał się z nazistami, a Truda jako najbardziej powściągliwa i umiarkowana ograniczała się tylko do miękkich narkotyków.

Tego dnia nie miał problemów z buntownicza młodzieżą, grzecznie oglądała z nim telewizję, niestety jednak w odbiorniku przyszło mu zmagać się tylko i wyłącznie z reklamami produktów oraz uśmiechniętymi, pięknymi i urodziwymi twarzami kształtującej się kasty celebrytów. Z ulgą odebrał telefon od Carla, który doskonale zdawał sobie sprawę z pobytu brata u Elisy. Zdradził, że niedługo odezwie się do niego jeden z tłumaczy wydawnictwa, by dokonać naprawy, ot zastrzyk gotówki, po który wystarczyło schylić się na ulicy. Porozmawiali krótko, a potem mechanik wrócił na kanapę, by oglądać anielski ryj Bulmy, nie mógł tego określić w żaden inny sposób. Bulma, jak to Bulma, był gwiazdą, która parała się za równo aktorstwem, śpiewaniem, modelingiem i tańcem. Niczym malowany ptak żył na łamach kobiecych czasopism, szczerząc ząbki i oślepiając urodą. Jeżeli w ogóle przerywał śnieżnobiały uśmiech, to tylko po to, aby podzielić się jakie to nowe auta przyszło mu kupić, jak bardzo wyremontował swoją rezydencję oraz jak układa się jego bujne życie erotyczne. Najwyraźniej rodzeństwo również gardziło ideałem mas, ale zmiana kanału przyniosła tylko smutek.

Jörg poznał Go. Wada samochodu dostawczego nie była co prawda zależna od kierowcy, ale ten doskonale zdawał sobie sprawę ze stanu pojazdu i ruszył w trasę, by zakończyć ją karambolem, w którym zginęli Pringsheimowie, a jadący z nimi przyjaciel rodziny stał się kaleką. Tylko On przeżył, zresztą sprytnie wymigując się od odpowiedzialności karnej. Nigdy nie przeprosił, nigdy nawet nie skontaktował się z rodziną ofiar. Teraz znowu brylował w telewizji. Jörg zdawał sobie z tego sprawę, że sprawca ostatnio stał się symbolem przemian. Carl zresztą od roku odciągał uwagę młodszego brata od Niego, ale najmłodszy z rodzeństwa teraz w końcu ujrzał piękne lico „oprawcy” w telewizyjnym reportażu. Zadbany, schludnie ubrany, z tylko małą, ledwo widoczną blizną po wypadku. 175 samochodów ciężarowych, 65 dźwigów, 55 koparek i 13 buldożerów Bundeswehry wyjechało wtedy, aby zburzyć mur, a On, po przekwalifikowaniu w następstwie wypadku, był jednym z kierowców koparki. I stał się, w niejasny dla Jörga sposób, jednym z symboli przemian, znajdując się w odpowiednim czasie i miejscu, objęty przez kamery i aparaty – miły, skromny i przyjemny dla oka.

W takich chwilach pocieszał się, że On był tylko ręką, głową był Alois Ferenz, żydowski przedsiębiorca, który zdawał sobie doskonale sprawę ze stanu pojazdów jego firmy transportowej i podejmował podobne ryzyko bez większych oporów, jakby to była formalność. Ba, do podobnych zaniechań dopuścił się w innych, należących do niego miejscach pracy. Sprawiedliwość nigdy go nie dosięgła, a nawet jeśli bogaczowi wytykano rzadko jego grzeszki, to tylko wspominano o tym feralnym pożarze. Nigdy nie wspomniano nawet słowem o tragicznym wypadku.

Westchnął.

...

Jadł w samotności, sfrustrowany faktem, że nawet tak starannie przygotowany przez niego posiłek nie zdołał rozbudzić jego zmysłu smaku. Nie odczuł nic specjalnego, mimo wysiłku włożonego, aby uczynić danie jak najlepszym i jeszcze większego nakładu przeznaczonego na naukę gotowania. Dotąd dogadzała mu żona, wtedy może nawet był wstanie coś poczuć, ale teraz czuł się jakby żuł umoczony w wodzie chleb. Brakowało mu bodźców, brakowało mu ich coraz bardziej. Przeklął pod nosem, ale nawet to nie przyniosło ukojenia, gdy usłyszał swój soczysty bluzg stłumionym. Potrafił dać upust agresji – i w boju, i w słowie, miał ku temu talent, ale nawet to mu odebrano. Starzał się, coraz szybciej, a doznania zmysłowe oddalały się, co go przerażało. Nawet seks nie był taki sam. Poranek z taką refleksją musiał być więc wyjątkowo ponurym.

Udał się do swojego gabinetu, by odzianym w płaszcz SS, delektować pisaniem. Wstał, by ruszyć po notatki i osobiste zapiski, które już wstępnie wydał w nielegalnym obrocie jako swoistą zapowiedź. Nazistowska subkultura przyjęła jego pióro jako wybawienie, nie pozostało nic innego jak przeredagować niektóre fragmenty i ruszyć z literacką ekspansją. Kilku wiernych, oddanych nazibratów zaproponowało, aby ukryć sens dzieła przez zawiłą symbolikę, ale swój pomysł obrali w tak durne słowa, że miał ochotę ich zdzielić. Na samą myśl przemiany tak dobrego dzieła w coś innego, przefarbowania go, odczuł dyskomfort.

Skierował się do komody, w której trzymał swoje dzieło. Był gotów do pisania. Otworzył szufladę. Ani śladu po jego pierwszym dziele. Zaklął tak, że tym razem usłyszał dobrze wszystkie niuanse śpiewnego niemieckiego.

...

Kiedy czytasz ten list, mnie już nie ma. Nie wiem po ilu latach przyszło ci otworzyć wiadomość, ale z pewnością już jako osobnik wolny, pozbawiony traum przemierzania kolejnych pokoi i mierzenia się z dawnymi grzechami. Nie pamiętasz ich, odrzuciłeś je na drodze własnego wyboru, tak samo jak pamięć o mojej osobie. Znaliśmy się jak łyse konie, nienawidziliśmy przez odmienne poglądy i skrajne postawy, ale jestem pewien, że szanowaliśmy się. Ty byłeś liderem, ja samotnym wilkiem. Ty chciałeś wolności, ja pieniędzy, choć tylko dla zabezpieczenia siebie i bliskich, a także, jak się teraz dowiesz, także was. Nigdy nie wybrałbym wolności od tamtych doznań, niezależnie jak złe były.

Teraz, kiedy już gryzę piach i to w końcu na dobre, proszę cię o przyjęcie mojej ostatniej woli. Majątek, oczywiście pochłonięty przez zachcianki moje i mojej nieświadomej familii, zostanie rozdzielony między was, rodzinę po drugiej stronie lustra. Korzystaj, Osiołku.

Blitzkrieg

Piontek raz jeszcze spojrzał na dzisiejszą pocztę. Rachunek, zaproszenie na koncert z okazji zjednoczenia, pocztówka starego znajomego z jego wrześniowego urlopu. I list od osobnika, którego w ogóle nie znał, a ku jego zaskoczeniu skierowany bezpośrednio do niego, wymienionego z imienia nazwiska Waltera Piontka. W nim dziwna wiadomość, potwierdzeniu spadku o wartości 500 000 marek oraz przestrzenna układanka w odcieniach brązu, karmazynu, głębokiej czerni, bieli, złota i indygo, której ostre ściany przemieszczały się pod dziwacznymi kątami.

Odczuł, że coś zmienia się w jego życiu... i w ciele.

...

18 Września 1991 r., Berlin

Nocą dręczyły go sny o tragicznym wypadku, dlatego też wstał przed świtem, aby posprzątać w warsztacie i zająć myśli. Wtedy też, ku jego zaskoczeniu, pojawił się pierwszy klient. Pomruk silnika sportowej machiny usłyszał z daleka. Wyszedł osobnikowi na przeciw i wtedy dopiero zdał sobie sprawę, że poznaje perfekcyjne lico jegomościa. Pełen wyższości uśmiech, swoboda ruchu, błysk w oku i drogie ciuchy. Zebrał myśli, by powiązać osobnika ze słynnym Hansem Bulmą. Gwiazdor wyciągnął drżącą rękę, potem omówił bardzo pośpiesznie wypadek i sięgnął po portfel wypchany markami, których niemałą ilość odłożył Jörgowi. Na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że oferowana stawka znacząco przewyższa koszty naprawy stłuczki, nawet jeśli dosyć poważnej. Dopiero po chwili Pringsheim zdał sobie sprawę, że gwiazdor płaci nie tylko za usługę, ale i milczenie.

Podszedł bliżej celebryty, ustawił się odpowiednio i już miał pewność, że Hans - co mu przez zmęczenie musiało w niewyjaśniony sposób umknąć - był pijany, a całkiem możliwe, że i odurzony jakimiś środkami.

...

Arnolf, za pośrednictwem telefonu, ujawnił osobiście, że to on odpowiada za podwędzenie osobistych notatek swojego nazistowskiego mentora, co nie znaczy, że przyszło mu to z łatwością. Głos drżał mu i ledwo mówił w obawie przed reakcją autorytetu, a ten przez swój słaby słuch ledwo słyszał co ma do powiedzenia mu jeden z ulubieńców, wyjątkowo gorliwy młodzik i świeży nabytek, który nie raz dowiódł wierności sprawie. Ten był jednak wstanie w pokrętny sposób zdominować w rozmowie, bo oznajmił, że spotka się chętnie z Anshelmem, ale na neutralnym gruncie, najwyraźniej by postronne osoby samą swoją obecnością trzymały starszego nazistę w ryzach. Zdradził tylko, że w intrygę zamieszany jest nie tylko on, ale jeszcze kilku fanów nazistowskiej literatury, którzy postanowili wyświadczyć Vollblüterowi przysługę, próbując wydać jego utwór na własną rękę, bez zbędnej zwłoki i w pośpiechu. Oczywistym było, że musiałoby ono ulec poważnej modyfikacji i oprzeć się cenzurze. Chcieli dostosować się do panujących reguł, choć jednocześnie liczyli, że mogą istnieć kraje, w których prawo nie może być aż tak restrykcyjne i w nich rozpocząć ekspansję ideologiczną.

W ten o to sposób Anshelm znalazł się pod nowopowstałym wydawnictwem, gdzie też prawdopodobnie chciano zmienić jego dzieło. Jak się potem okazało, do pierwszych rozmów już doszło, co też z dziwną dumą wygłosił spóźniony Arnolf. Towarzyszył mu jeden z nazibratów, rosły kark, po którego minie dało się wywnioskować, że dla dobra nazizmu byłby wstanie wydać książkę nawet w różowej oprawie. Z nim u boku rozmowa musiała być o wiele bardziej stonowana, nawet jeśli Anshelm miał reputację weterana i cieszył się ogromnym szacunkiem. Poza tym – postronne osoby, całkiem sporo postronnych osób wokół.
- Przepraszam cię, ale nie było innego wyjścia. - Arnolf z góry zapobiegł ewentualnym oskarżeniom. Oparł się o poniszczone auto. - Chyba nie masz mi tego za złe?

...

Podzielił się ze współpracownikami świeżymi nowinami o progresie w tłumaczeniu ostatniej pozycji książkowej, jednak mało kto go słuchał. Zaczął zdawać sobie sprawę, że wszystkich interesuje już tylko jego działalność pozazawodowa, a przede wszystkim incydent z autem zniszczonym pod samą kamienicą, który przelał czarę goryczy. Tuzy ze spółki, grupa założycieli i najbardziej zasłużonych lingwistów zaprosiła go w trybie natychmiastowym do sali konferencyjnej, by omówić przyszłość Sørena.
- Oczywistym jest chyba, że albo ograniczysz swoją działalność, albo możemy się pożegnać. - przyznał szczerze jeden z nich. - Nie znaczy to jednak, że nie szanujemy cię i nie dajemy ci drugiej szansy.

Szybko wyjaśniło się, że druga szansa wiązała się nie tylko z wyciszeniem religijnej działalności, ale i przyjęciem w spółce roli osobnika odpowiedzialnego za najgorsze, najtrudniejsze zlecenia i jednocześnie największe szmiry. Tuzy miały w takim posunięciu korzyść - Søren albo zrezygnowałby sam i nie trzeba byłoby go usunąć siłą, albo zajął się zleceniami, które nawet co bardziej pazerni współpracownicy odrzuciliby za niską wartość artystyczną. Przyjęcie oferty byłoby jak przyłożenie ręki do przekształcenia szanowanej, kojarzącej się z kulturą wysoką spółki w masową produkcję chłamu, a może nawet nadanie mu swojej własnej twarzy.

Za nim jednak Søren ustosunkował się do propozycji, zerknął na dwie narzucone mu odgórnie pozycje do przetłumaczenia. Dwie, bo najwyraźniej chciano go odstraszyć także tempem pracy lub stoczyć spółkę w tempie niezwykle zawrotnym, zalewając rynek.

Pierwsza pozycja była inna niż dotychczasowe. Dotąd tłumaczył z duńskiego na niemiecki, teraz zaś miał przenieść niemiecki na duński. Książka ją mu wręczono nie była bestsellerem, krążyła od jakiegoś na czarnym rynku i w obrębie nielegalnych wydawnictw, a najlepszym przymiotnikiem jakim można było ją opisać było jedno słowo - nazistowska. Zerknięcie okiem pozwoliło stwierdzić, że mimo nacechowania ideologią była skierowana do czytelnika inteligentnego i znającego kontekst kulturowy Niemiec. Niezależnie jednak od poziomu literackiego, nie było mowy o tym, aby dało się tę pozycję wydać w sposób legalny. Tuzy jednak zdawały się rozumieć obawy Sørena.
- Potraktuj go jako prototyp, bo książka ulegnie modyfikacjom i będzie przekształcona, aby obejść cenzurę. Drastycznie przekształcona. To zresztą egzemplarz wyrwany od autora, pełen skreśleń, notatek i osobistych zapisków.

Nie pozostało nic innego jak sięgnąć po drugie dzieło, tym razem duńskie. Søren zerknął na tytuł i zaniemówił. Natychmiast rozpoznał Purgatorium, białego kruka i swoisty mit nowoczesnej literatury.

Druga pozycja została wydana w roku 1982, stosunkowo nie tak dawno, a już zdążyła zyskać sławę dzieła wybitnego w swym absurdzie i grafomanii. Jej twórca był zwykły, prosty Duńczyk, do końca swych dni naznaczony traumą po represjach nazistów w zamian za jego nieudolną działalność w Duńskiej Radzie Wolności. Najwyraźniej próbował zracjonalizować sobie własną, indywidualną porażkę przez nieudolne pisarstwo. W ramach autokreacji i szeroko pojętej sztuki niszczenia literatury, wydał fabularyzowane dzienniki traktujące o jego osobie. Feralna Trylogia Duńskiej Okupacji okazała się być niesprzedawalnym gównem, ale odcisnęła swoją rolę w świecie sztuki jako smaczek w bujnej biografii „pisarza”, preludium do Purgatorium, które E. Karlsen popełnił przed swoją śmiercią, gdy jego ciało i umysł całkowicie się zdegenerowały. Przebywał wtedy w Zachodnim Berlinie, który odwiedzał wtedy w cyklicznych miesięcznych odstępach, aż ostatecznie zniknął, rozpłynął się, nie zostawiając żadnego śladu. Jego notatki z szacunku do jego opozycyjnej działalności zebrano i wydano po dekadzie w niemal nienaruszonym stanie jako mistyczną baśń, tak absurdalną i pokręconą, że z miejsca zmarginalizowaną i zapomnianą. Dopiero teraz, na fali mody na fantastykę i science fiction, odkryto w Purgatorium sens i metafizykę, których prawdopodobnie nigdy w tej opasłej powieści nie było.

Søren znał tylko zarys tego małego rarytasu, czasami zastanawiał się czy podołałby zinterpretować je we właściwy sposób i nadać mu sens zgodny z pierwowzorem. Przyrównywano go do słynnego Jabberwocky L. Carolla, tak pełne było neologizmów, zbitek i absurdu. Inni nadawali mu cechy wyjątkowo krwawej baśni Andersena, jeszcze inni niemal biblijny charakter, a obecnie widziano w autorze protoplastę nowoczesnego, absurdalnego science fiction, gdzie opisy machin i zjawisk były jak ze złotej ery gatunku, a stylistyka godna modernistycznego, zaćpanego grafomana. Podobno w Danii założono stowarzyszenie, które niczym religijna grupa próbowała rozszyfrować sens tej słownej łamigłówki, pozbawionej zresztą logicznej narracji, fabuły i sensu.
- To kostka rubika literatury. Doceniona dopiero dekadę po śmierci autora. Wspaniała. - przerwał myśli Sørena jeden z tuzów. - Mówią, że to Enigma literatury. Tym razem nie złamią jej Brytyjczycy, lecz my, Niemcy!

Purgatorium jako tytułowe miejsce akcji było zresztą kostką w dosłownym znaczeniu. Nieuchwytna fabuła rozgrywała się w nietrzymającym logiki i sensu miejscu jakim było wnętrze wielkiej, mechanicznej ryby, gnijącej i rozpadającej się. Na lokacje składały się różnorodne organy i części ciała stwora, w których to panowały zupełnie różne prawa fizyki, cechowały się innym „ekosystemem” oraz stawiały przed połkniętymi wyzwania i doznania. Autor nie opisał w jaki sposób główny bohater i reszta pobocznych postaci znajdowała się w monstrualnej rybie i opuszczała ją, skupiał się w całości na opisywaniu dziwnych zjawisk i sposobów radzenia sobie z nimi. Trup ścielił się gęsto, to na pewno dało się wywnioskować z tej niejasnej lektury. Kürenbergera najbardziej zaintrygował kiedyś jeden z niuansów tego dzieła, a mianowicie mechanika działania dryfującej przez otchłań machiny. Organy nie następowały po sobie w logicznej kolejności, ciągle przemieszczały się, zmieniając położenie. Søren usłyszał niegdyś ciekawe wytłumaczenie tego zjawiska. Rybę dało się podzielić na trójwymiarowej osi, wyszczególniając kolejne elementy, które mogły dowolnie się przemieszczać, przez co nie mające żadnego logicznego sensu następstwo mechaniczno-organicznych bebechów stworzenia nie były przejawem szaleństwa i niespójności wykreowanego świata, a wizjonerskiego umysłu.

Nikt nie potrafił określić w jakim celu powstało to dzieło. Najpopularniejsze były trzy teorie: jako terapia autora, jako satyra na nowoczesną literaturę i jako grafomańskie magnum opus E. Karlsena. Pierwsza i trzecia teoria były całkiem logiczne, co prawda główny bohater miał na imię Jonasz, ale nazwisko bez większych oporów zyskał po swoim autorze. Niekiedy zastanawiano się czy poboczne postaci nie są przypadkiem również odbiciem rzeczywistych postaci, szczególnie niezwykle barwny Vollblüter.

Sięgnął po oryginalne wydanie dzieła. Rozkoszował się absurdem i bezsensem, powstrzymując się w pierwszych oględzinach przed oceną. W końcu miał ten antycud w swoich rękach! Czytał w skupieniu, ignorując tuzów, ledwo klejąc zdania zupełnie nieprzypominające szlachetnego duńskiego tworu. I wtedy też zdał sobie sprawę, że jako mistyk, filozof i osoba o większych horyzontach odczytuje w Purgatorium coś więcej, jakby cała działalność religijna prowadzić miała go do tej lektury. Szyfrowano w niej, podobnie jak w dziele nazisty, coś większego. Wziął głęboki oddech i zastanowił się czy właśnie na to liczyły tuzy.

...

Tego dnia poranny spacer nie był taki długi, ale z pewnością intensywny. Trasa wiodła przez co bardziej wymagające części Berlina, które zmuszały go do zmagań z topografią terenu i ciągłymi górkami. Lekko zmęczony, świeżo upieczony dziedzic fortuny Blitzkriega postanowił, że odpocznie sobie na ławce, by móc potem przebyć jeszcze dwie, może trzy mile w średnim, ale konsekwentnym tempie. Sięgnął po sześcienną układankę i spróbował ułożyć jedną ze ścian, dopasowując odpowiednio metale. Wpatrywał się w wygrawerowane znaki runiczne. Kiedy dopiął celu, powietrze nad układanką zafalowało niczym rozgrzane, a z boków urządzenia wypłynęła krwawa, lepka i dziwnie pachnąca wydzielina. Schował przedmiot do kieszonki i wrócił do spaceru.

Niestety nie znalazł w aktywności radości. Na ulicach zrobiło się wyjątkowo tłoczno, a wzmożony ruch zmuszał go do przepychania się. Czuł, że słabnie, co nie zdarzało mu się zbyt często, dokończył jednak wyznaczony sobie cel i dotarł w okolice starych kamienic, gdzie już tylko stał i łapał nerwowo oddech, niepokojąc się o własny stan coraz bardziej. Wokół pełno było ludzi, ale mało kto zwracał na niego uwagę, a co dopiero można było mówić o udzieleniu starszemu mężczyźnie pomocy. Jak gdyby nigdy nic jakiś trzech oprychów przy poniszczonym aucie rozmawiało głośno, gestykulując. Z jednym z nich, oszpeconym mężczyżną o stalowo-szarych oczach, zetknął się spojrzeniem, by odwrócić wzrok. Osobnik wydał mu się znajomy, przerażająco znajomy. Wtedy odczuł jak pulsują mu palce.

Uniósł w zwolnionym tempie rękę i spojrzał na pomarszczone dłonie. Gęsia skórka, drżenie i poczucie błogiego ciepła. Wstrząsnął rękami, a wszystko wokół zawirowało. Zmysły połączyły się w ramach synestezji, wszystko nabrało kolorów i intensywności, percepcja tak mu wyostrzyła, że odkrywał kolejne wymiary w przestrzeni. Déjà vu towarzyszyło nękającymi go odczuciami i było tak intensywne, jakby Walter przeżywał już kiedyś swój obecny stan wielokrotnie, w cyklicznych odstępach czasu. Oddychał głęboko, delektując się przepływem powietrza. Zajęło mu kilkanaście sekund, aby zdać sobie sprawę, że upadł i wije się po ziemi. Nikt do niego nie podszedł, choć każdy go widział.

Tabris

Tabris

18. maja
Post ID: 83076

Uczucie powoli wyparowywało z Waltera. Tak się czuł, jakby coś wchłonął i teraz to się ulatniało. Ale nie do końca... Zadziwiająco nawet dla siebie szybko wstał, otrzepał się i rzucił uwagę o tym, że chyba kręciło mu się w głowie. Nikt jednak nadal nie zwracał na Waltera uwagi, zarówno przechodnie jak i trio przy landarze zignorowali co się stało, chociaż... szarooki mężczyzna w międzyczasie dokądś sobie poszedł.
~~
- To ta maź, z tego czegoś - powiedział sam do siebie Walter. Namyślał się, czy nie wyrzucić układanki, ale coś nakazywało mu ją zachować i zbadać. Tym niemniej postanowił robić to w bardziej sterylnych warunkach, przede wszystkim nie dotykać bezpośrednio przedmiotu. Jak najszybciej postanowił wrócić do domu, co oznaczało skorzystanie z komunikacji miejskiej. Walter posiadał bilet miesięczny, więc nie stanowiło to problemu, choć po "zjednoczeniu" Berlina zaczęto łączyć obydwa systemy komunikacyjne... Powoli, rozglądając się nerwowo wokół siebie skierował się w kierunku najbliższego przystanku. Tam miałby autobus którym mógłby podjechać do kolejnego przystanku, przy którym zatrzymywały się pojazdy linii która podjeżdżała niemalże pod blok Waltera.
~~
Jak się okazało, na odpowiedni autobus musiałby czekać pół godziny. Zaczął się zastanawiać, czy nie skorzystać z taksówki. Pomyślał, że to co ma w kieszeni to może być coś w rodzaju granatu. Nie wiadomo jak może zadziałać. No i nie wiadomo czy to uczucie nie wróci. Poszedł na stanowisko taksówek. Przeniesione. Klnąc w myślach na "zjednoczenie", taksówki i podarunek anonimowego kogoś wrócił na przystanek. "Skoro nazwał się Blitzkrieg i wspominał o odmiennych diametralnie poglądach, pewnie był jakimś faszystą." - rozmyślał. Odrzucona myśl o wyrzuceniu kostki powróciła. Autobus nadal nie nadjeżdżał. Walter pojął zaś, że jedyną osobą, która czeka z nim na przystanku jest szarooki osobnik.

Fimrys

Fimrys

21. maja
Post ID: 83079

"Och jakże głupcy utrudniają życie!"

Søren miał dziś wyjątkowo kiepski dzień. Wyciek informacji o jego pozazawodowej działalności sam w sobie nie byłby aż tak problematyczny, gdyby operował rzetelnymi danymi. A tak to wszyscy mieli szczątkowe informacje, w części nieprawdziwe, niepotwierdzone i niepewne a podjęcie kroków w celu wyjaśnienia jeszcze bardziej pogorszyłoby sytuację i zwróciło większą uwagę na do tej pory zwyczajnego tłumacza. Tłumaczył sobie, że kiedyś to i tak miało wyjść na światło dzienne. Tyle że okoliczności ujawnienia były niezmiernie nieprzychylne, bo jakaś inna sekta postanowiła dokonać mordu.

"Niech zaraza pochłonie tych głupców, którzy akurat teraz postanowili złożyć swemu bałwanowi ofiarę. Tylko żałosne bóstwo wymaga ofiar z krwi niewinnych. Mogliby złożyć ofiarę z ludzi mających zbliżoną do nich inteligencję, zrobili by wielką przysługę mi, samym sobie i światu."

Takimi myślami wyładowywał gniew Søren. Nie mógł jawnie okazywać utrzymywanego wewnątrz uczucia, więc zapytany o zdanie przy każdej rozmowie o tym nieszczęśliwym wydarzeniu odpowiadał jedynie, że w końcu policji uda się ich złapać i zostaną ukarani. Wolał nie napominać, że osobiście chętnie sprzątnąłby ich ze świata żywych.I w dodatku ta akcja z samochodem. To nie wzmogło zbytnio jego gniewu, raczej odczuwał skrajne zniesmaczenie ludzką prymitywnością. I teraz musiał się jeszcze spotkać z szefostwem, którego pomysły i postawa często wzbudzały rozdrażnienie, nie tylko u niego. Postanowił być jednak w miarę spokojny, bo gdy na świat spada plaga, trzeba być opanowanym. Wybór dalszego działania był dla Sørena z początku oczywisty - trzeba było porzucić ograniczającą spółkę i wziąć się w pełni za rozwój religijnego ugrupowania. Jednakże książki, które mu podali mocno go zaintrygowały i sprawiły, że wybór nagle przestał być jasny.

Działał już z krótkimi tłumaczeniami z języka niemieckiego, ale wydanie pełnej książki byłoby dużym krokiem w przód. W dodatku treść była nawet interesującą, gdyż zawsze przy spotkaniach z neonazizmem uśmiechał się lekko i zastanawiał nad żywością idei wyższości rasy wśród obecnego społeczeństwa, idącego raczej w przeciwnym kierunku. W dodatku dostał mu się oryginalny rękopis, co było niespotykane. Wolał nie zastanawiać się, jaką drogę przebyło to dzieło głodne przekładu, by trafić przed jego oblicze.

Druga pozycja to już było zaskoczeniem w pełnym tego słowa znaczeniu. Skąd oni w ogóle wytrzasnęli taką rzadkość? I dlaczego chcieli powierzyć pracę nad tym akurat jemu? Søren uznał, że nic nie jest przypadkowe i powinien dobrze się zastanowić nad podjęciem działania. Odrzucenie takiego wyzwania byłoby wręcz splunięciem w twarz Fortunie, która ewidentnie wystawiała go na próbę. Zastanawiał się w milczeniu dłuższą chwilę, wertując dzieło i analizując skutki podjęcia się tej pracy, by w końcu rzec, patrząc przełożonym głęboko w oczy:

-Zajmę się tym.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

21. maja
Post ID: 83084

- Za złe? Nie… - odpowiedział łagodnie Anshelm i spróbował się uśmiechnąć, ale podczas gdy jego lewy kącik ust ledwie drgnął, prawym uniósł się wysoko, przez co musiał wyglądać jak psychopata.
Mężczyzna powolnym krokiem zbliżył się do Arnolfa. Kiedy dzielił ich około metr odległości uśmiech znikł z twarzy Anshelma.
- Ale następny razem, kiedy będziesz chciał zrobić coś podobnego bądź tak miły i mnie wcześniej ostrzeż. – Tym razem w jego głosie zabrakło łagodnego tonu. Chciał strzelić młodzika w pysk, ale przy postronnych nie wypada. Trzeba to będzie odłożyć na inną okazję. Odwrócił się na pięcie i oddalił od adepta. – Nie mam nic przeciwko, ale pod warunkiem, że będę miał wgląd w ostateczną wersję jeszcze przed wydaniem, a po wszystkim oryginał trafi niezmieniony w moje ręce. Przyjmujesz warunki?

Architectus

Architectus

22. maja
Post ID: 83085

Jörgowi zrobiło się przykro Hansa Bulmy, kiedy zaczął rozmyślać, co mogło mu się przydarzyć, że doprowadził się do takiego stanu i takiej sytuacji. Po chwili podjął temat:
- Proszę zaczekać z zapłatą. Chciałbym najpierw przyjrzeć się podwoziu pańskiego automobilu i sprawdzić, czy podczas wpadnięcia na barierkę ochronną nie zostały naruszone jakieś jego ważne komponenty. Może się okazać, że poza klepaniem i lakierowaniem będę musiał zamówić nowe lub - w przypadku ich braku - używane elementy blacharskie. Wtedy oszacuję koszty doprowadzenia auta do wizualnej normy - mechanik spojrzał z troską na samochód i na przybyłego mężczyznę, który nadal pewnie i z uśmiechem trzymał w ręku plik banknotów, na co dodał:

- Jeśli koniecznie chce pan, abym wykonał dodatkowe usługi mogę przyjrzeć się karoserii, jednak to zeszłoroczny model, więc nie przypuszczam aby na jej powierzchnię wdały się jakieś ogniska korozji. Sytuacja jest nagła, do tego jest jeszcze wczesna pora, i wczoraj wykonałem poprzednie zlecenie, więc od razu zajmę się pańskim autem. Na przyszłość, proszę uważać podczas nocnych przejażdżek.
- Jasna sprawa! - śpiewająco odrzekł klient.
- Poproszę kluczyki. Wjadę pańskim pojazdem na kanał naprawczy.

Hans Bulma niemrawo wyszukawszy w kieszeni pęk przedmiotów, o jaki został poproszony, wręczył go mechanikowi. Jörg podziękował i wskazał otwartą dłonią jegomościowi wejście do pomieszczenia biurowego warsztatu, w którym było okno na podwórze z placykiem manewrowym, oraz szyby pozwalające na przyglądanie się postępom naprawy w znacznie wyższej części roboczej budynku. Kiedy weszli do środka zaproponował mu aby spoczął na jednej dwóch obitych brązową skórą kanap. Były one istotnym elementem warsztatowego wyposażenia, gdyż klienci czasami przyjeżdżali zmęczeni albo przed czasem. Mechanik nie zamierzał wypuszczać aktora z warsztatu, kiedy jego zdolność do skupienia słabła w miarę rosnącej ilości godzin bez snu. Przy niemal znikomym ruchu drogowym zdołał dojechać do warsztatu, lecz wkrótce minie pora śniadaniowa i grom mieszkańców Berlina zacznie wyjeżdżać na ulice.

Hanowerczyk rozmyślał jak zająć klienta, aby ograniczyć ilość powodów dla których musiałby odpowiadać na jego pytania, jak również by w spokoju mógł zająć się pracą i wpadło mu do głowy pytanie:
- Czy chciałby pan zatelefonować do kogoś z pańskich bliskich, aby poinformować o późniejszym przybyciu do domu?
- Nie, ale dziękuję za propozycję.
- W takim razie, czy zrobić panu herbatę? Mam w szafie czajnik.

Hans Bulma rozsiadając się na dalszej od drzwi kanapie wesoło pokręcił głową, na znak że nie chce pić. Mechanik wymyślił jeszcze pytanie o rolę nad którą klient teraz pracuje, ale zachował je na później, gdy ustali już co będzie wymagało naprawy w oczekującym wozie, i skierował swe kroki do maszyny. Było to Porsche 964 Carrera 2 z 1990 roku, z wyróżniającym się - na tle szarych kolorów warsztatu - miętowym lakierem. Jego zamek otwierał się gładko, a wnętrze coupé było dla mechanika przestronne. Po przekręceniu kluczyków w stacyjce i ruszeniu z miejsca Jörg poczuł moc silnika niemieckiego samochodu. Zaparkowawszy na jednym ze stanowisk naprawczych powtórzył w myślach wymogi bycia solidnym wykonawcą, wysiadł z pojazdu i rozpoczął jego oględziny.

Rozmiar uszkodzeń okazał się tylko powierzchowny, masywny zderzak przyjął większość energii z kolizji i był wgnieciony oraz posiadał odpryśnięcia powłoki lakierniczej. Maska lekko się odgięła, prawy próg i nadkole były porysowane, a prawa lampa kierunkowskazu - pęknięta. Mechanik uznał, że nie będzie potrzeby wymiany elementów karoserii, lecz konieczne będzie szpachlowanie i lakierowanie zderzaka, a także zamówienie lampy.

Gdy określił sposób i czas naprawy oraz wartość jej kosztu, udał się do pomieszczenia biurowego aby powiadomić porannego klienta. Zastawszy go śpiącego po przebytych wrażeniach, uznał, że nie będzie go budził, ani chwilowo nie będzie dzwonił do znajomego mu handlarza samochodowych części, u którego dostanie lampę do Porsche. Po cichu uchylił jedno ze skrzydeł drzwi od szaf stojących przy ścianach, wyjął z niej koc i przykrył nim gościa by się nie przeziębił. Następnie relaksująco przeciągnął się, nalał wodę do jednego ze stojących na stoliku kubków i niespiesznie wypił ją, uzupełniając płyny po rozmowie z klientem. Po tym opłukał naczynie w umywalce stojącej obok pomieszczenia biurowego, oraz odstawił je na miejsce. Przechodząc ponownie do części roboczej warsztatu wyjrzał jeszcze przez bramę wjazdową do budynku i skupił uwagę na rodzący się z brzasku świt. Nabrawszy sentymentalnego nastroju zaczął szykować sprzęt do wyrównywania blach.

Wiwernus

Wiwernus

22. maja
Post ID: 83086

- Hę? Jaka barierka? - zaśmiał się Bulma po przekręceniu jego opowieści. - Przywaliłem w inne auto. Niech się pan prześpi może.

Nieprzyjemny, pyszałkowaty ton jednak szybko zanikł, bo Hans udał się do sennej krainy, pozwalając mechanikowi na spokojną pracę. Jörg oddał się ulubionemu zajęciu. Możliwość obcowania z maszyną z takiej półki sprawiła, że ogarnął go swoisty szósty zmysł pozwalający mu całkowicie odciąć się od rzeczywistości. Dopiero po jakimś czasie przeszło go dziwne przeczucie i rutynowo zajrzał do biura, chcąc sprawdzić w jakim stanie jest klient. Koc został bezwładnie zrzucony na podłogę, a wodę opróżniono z niezwykłą starannością – po Bulmie ani śladu. Przez moment Jörg odczuł przerażenie, ale na szczęście nietuzinkowy gość miał się dobrze. Po kwadransie powrócił, targając w reklamówkach trunki z wyższej półki, najwyraźniej zakupione w okolicznym sklepie. Bez większego wstydu rozpoczął poranek od otwarcia whisky, którym zresztą ochoczo chciał się podzielić z mechanikiem. Uznał Jörga za równego gościa, takiego co dobrze odwali swoją robotę, zachowa dyskrecję i zaoferuje gościnę. Nie żałował, że kierowany licznymi pochwałami wybrał akurat jego warsztat. Poklepał Pringsheim po policzku i ruszył do telefonu. Przez dłuższą chwilę rozmawiał ze swoimi licznymi kochankami, wykręcając kolejne numery w taki sposób, że zaczynał od tych najważniejszych, by kończyć na najbardziej przelotnych dziewczętach. Najwyraźniej w napiętym grafiku miał zaplanowane spotkania z większością z nich, przy czym mało która zdawała sobie sprawę, że istniały pozostałe oraz doszło do wypadku.

Jörg powrócił do pracy, zostawiając klienta sam na sam z telefonem i alkoholem.

Rzut na akcję: Naprawa.
Modyfikatory Pierwszorzędne: Zręczność (+1) i Wiedza (0).
Modyfikator Drugorzędny-Sytuacyjny: Siła Woli (+2 /2) (Przemęczenie). Bonus za opis podejmowanej akcji (Naprawa): 0,2.
Wyniki: 3; 3; 5 -> 4; 3; 6 (po modyfikatorach) -> 13 / 2,5 -> 5,2 + 0,2 -> 5,4. Większościowe Powodzenie!

O ile zmęczenie dało się mechanikowi we znaki i z trudem przychodziło mu wykonanie co trudniejszych elementów naprawy oraz wykorzystanie zdobytej wiedzy, to na szczęście typowy dla niego upór przeważył, szczególnie kiedy miał do czynienia z takim cudem techniki, z takim gościem i z taką szansą. Wyrównanie blachy udało mu się już rano, zaś szpachlowanie i lakierowanie teraz, dokładnie tak jak zamierzał, choć dłużej niż przewidywał. Miał prawo do uśmiechu pełnego zadowolenia.

Oderwał się od pracy, tym razem z większym trudem powracając do rzeczywistości. Zdał sobie sprawę, że Bulma obserwuje go z cichym podziwem, a co więcej od jakiegoś czasu towarzyszy mu śmiele sprowadzony do warsztatu gość – kolejna telewizyjna gwiazda. Rozmawiali od jakiegoś czasu, śmiejąc się ze szczęścia jakie w tym pechu spotkało Hansa i nieokreślonych nowobogackich, obiektu ich drwin i żartów.
- Dobra robota. - Bulma rzucił do mechanika tonem pana chwalącego parobka, ale zmienił go szybko. - Myślę nad zmianą koloru. Da się zrobić?

Łyknął trunku z natchnioną miną.
- I czy dałby się pan kiedyś zaprosić na przejażdżkę, bądź co bądź, uratował mi pan skórę.

...

Na twarzy Arnolfa pojawiło się zakłopotanie. Nie tylko dlatego, że nie był osobą, która mogłaby stawiać warunki autorowi dzieła, ale także dlatego, że wywalczenie z wydawnictwem kompromisu zadowalającego obie strony było niemożliwe. Doskonale o tym zresztą wiedział przed swoim śmiałym posunięciem, teraz musiał się jednak do tego przyznać, a to w przy kontakcie twarzą w twarz łatwe nie było, szczególnie kiedy twarz autorytetu była tak przerażająca.
- Na samym początku zaznaczę, że tylko to raczkujące wydawnictwo zgodziło się na współpracę, żeby nie było pretensji, że mogliśmy znaleźć lepsze, panie Vollblüter. - zastrzegł i zrobił krok w tył. - Najlepiej będzie, gdyby to autor dzieła osobiście ustalił warunki współpracy i podpisał co trzeba.

Nie pozostało nic innego jak ruszyć do biur spółki na ostatnich piętrach pięknej, niemieckiej kamienicy. Za równo nazistom, jak i licznym gapiom, bez większego problemu przyszło zignorowanie starca owładniętego drgawkami i spazmami. Szarooki skierował tylko na moment ucho w jego kierunku, aby wyłapać co ten nieświadomie bełkotał z dziwnym uśmiechem na ustach.
- Wybieram wariant „2”. Wybieram wariant „2”.

O ile biura zrobiły dobre wrażenie na pisarzu swoim profesjonalizmem, o tyle pracownicy wydawnictwa już nie. Szybko wypatrzył osobników o ciemniejszej karnacji, cudzoziemców i element, który bez większych wątpliwości mógł określić jako obcy. Wzdrygnął się mimowolnie, by zdać sobie sprawę, że niemiłe zaskoczenie jest obustronne. Odwracano wzrok od jego oszpeconej twarzy tak wymownie, że poczuł się niekomfortowo.

...

Søren dogadał się z Tuzami, zgadzając na zajęcie aż dwoma wymagającymi dziełami w zamian za przedłużenie współpracy. Pożegnał się oschle, by skierować bezpośrednio do swojego biura, dźwigając pod pachą obie pozycje. Niemal wszyscy odprowadzili go starannie wzrokiem. Przestał go czuć dopiero, gdy zamknął starannie drzwi i zasiadł do biurka, by kontynuować lekturę. Benito siedział odwrócony tyłem i grzebał w papierach. Bardzo szybko Søren uświadomił sobie przykry fakt, że ten dystansuje się od niego. Wyszło na jaw, że Włoch choć nie ma pojęcia o religijnej działalności, to przyjęcie nazistowskiego utworu w zupełności wystarcza mu do tego, aby poróżnić się z przyjacielem.
- Wiem, że ocena tamtych czasów jest trudna, ale zaślepiony pieniądzem nie możesz zmienić wydawnictwa w tubę propagandową nazistów. Co się z tobą właściwie dzieje? - przewrócił kilka kartek bezcennego Purgatorium, jedną prawie odrywając. Potem gestykulował namiętnie, a wściekłość okazywał typowo dla siebie, bo włoskimi wtrąceniami. - Ja wiem co to jest, rollercoaster w gnijącym szkielecie wieloryba, è stato fatto alla cazzo di cane jak się patrzy i to takie lho fatto a caso, z samego założenia i niechlujstwa. Powiem tak, rola wygadanego od szmir była moja, nie musisz iść tą samą drogą. Fai cagare, fai un pirla jesteś, vai a farti fottere i tyle w temacie. Żegnam.

Niejasnym było w jakich proporcjach przez Włocha przemawiała zazdrość, obawa o przyjaciela i niepewność co do dalszych losów wydawnictwa, pewne jednak było, że w najbliższym czasie nie miał zamiaru odzywać się do Sørena. Na szczęście Tuzy zaprosiły go do siebie, a miejsce temperamentnego południowca zajęła o wiele bardziej przychylna Kürenbergerowi adoratorka – Amanda. Zmierzała do coraz bardziej śmiałego filtru, choć maskowała się inteligentną rozmową o dwóch dumnie prezentujących się na biurku dziełach, nawet jeśli nie miała o nich większego pojęcia. Do niczego jednak nie doszło, bo osobisty kącik Sørena niemal zalali goście – Tuzy; Pringsheim ze zniesmaczoną ich działaniami miną; szczupły, żylasty mężczyzna o stalowych oczach i paskudnym obliczu, z gracją i manierą SSmana oraz jego dwaj dziwni kompani.

Anshelm był co najmniej zdezorientowany faktem, że ekspansja dzieła na cztery strony świata będzie wymagała tyle kompromisów. Co kraj, to inne prawo i inne podejście do cenzury, zmuszające go do wydania na swój pokraczny sposób zupełnie różnych książek. Tuzy, elita z wydawnictwa, byli tak śmiali, że zaproponowali mu wprost podzielenie książki na szereg alternatywnych wersji, dostosowując się do prawa i tendencji na różnych rynkach. Nawet tłumacze nie spełnili oczekiwań. Jedni odmawiali mu – mniej lub bardziej otwarcie; drudzy gorszyli go swoją odmiennym pochodzeniem rasowym; trzeci zgadzali się na współpracę, okazując jednocześnie brak szacunku; czwarci albo nie rozumieli sensu dzieła, albo chcieli go zmienić, albo nie mieli odpowiedniego warsztatu, aby udźwignąć ciężar tłumaczenia, w najgorszym wypadku te wszystkie elementy jednocześnie. Przynajmniej wydawnictwo obiecywało góry złota, widząc w kontrowersji spore szanse na spektakularne wyniki finansowe, chociaż niepokoił nacisk na jakość utworu, tak jakby Anshelm już przy debiucie miał dostać literackiego nobla. Szczytem bezczelności było subtelne zaproponowanie usług ghostwritera, który odpowiednio dostosowałby dzieło do cenzury. Niesmak był spory, a co gorsza w otwarte karty grały tylko dwie osoby – niejaki Benito, który z miejsca wskazał w które rejony rzyci mają go ucałować naziści oraz Pringsheim, jako ostoja moralności próbujący odkręcić całą inwestycję.

Spróbowano załagodzić sytuację spotkaniem z tłumaczami skandynawskimi, ale obecny był tylko jeden z nich, Søren. Siedział przy biurko, zaczytując się w jakimś abstrakcyjnym dziele i spędzając czas z urodziwą kobietą, która wzdrygnęła się na widok oszpeconej twarzy.

...

Autobus nie przybywał, co doprowadziło do zniecierpliwienia za równo Waltera, szarookiego, jak i coraz liczniejszego tłumu berlińczyków. Kiedy w końcu przybył, wszyscy rozpoczęli szturm na wypełniony po brzegi pojazd, do którego ostatecznie udało się wejść tylko części oczekujących. Piontek był zbyt osłabiony, aby się przepchać, poza tym zareagował z opóźnieniem, gdy jego myśli krążyły wokół niejasnych dla niego obrazów. Poza tym kostka wypadła mu, jakby mimowolnie wysuwając się z jego kieszonki, przez co musiał z oporem zmusić się do sięgnięcia po nią, ograniczając do minimum kontakt z przedmiotem.

Zasiadł ponownie na ławeczce. Jego uwagę zwróciła biała limuzyna z przyciemnionymi szybami – długa, smukła i ekskluzywna, typowe dual cowl. Zwolniła przy przystanku, by w końcu zatrzymać się, niemal na wyciągnięcie ręki staruszka. Dopiero po chwili szyba opuściła się. Walter ujrzał kobietę młodszą od niego o jakieś dwadzieścia lat, smukłą i delikatną, choć o skórze naznaczonej zmarszczkami. Włosy miała kruczoczarne i ozdobione siwymi nitkami, oczy jasnobłękitne, usta wydatne i soczyste. Ogarnęło go coś co mógłby określić jako Déjà Lovu, ponownie przeżywaną miłość. Związek z końca studiów był przy tym jak światło świecy przy słońcu. Znów go prawie zamroczyło, teraz jednak w całkowicie przyziemny i ujmujący sposób. Kobieta wpatrywała się w niego przez chwilę z pełną uwagą, potem powiedziała coś do szofera, szybka opuściła się, a limuzyna odjechała, zostawiając Waltera z dziwnym odczuciem niezrozumienia i niedosytu.

I nic nie wskazywało na to, aby kolejny autobus przyjechał punktualnie, nic.

Architectus

Architectus

24. maja
Post ID: 83087

- Podziękuję za przejażdżkę, wystarczy mi kontakt z autami odwiedzającymi warsztat podczas przeglądów, ale miło mi, że pan spytał - odpowiedział mechanik, po czym dodł rozmyślając głośno - Zmiana koloru lakieru? Mam kilka różnych puszek, więc mogę wspólnie z panem dobrać barwę pasującą do pana oraz atrakcyjną dla pańskich wybranek.
- Znakomicie! - aktor z radości uniósł w górę butelkę whisky.
- Zanim jednak sprawdzę czym dysponuję w magazynie chciałbym coś ustalić - zastanowił się na chwilę nad kolejnymi słowami - Mianowicie mówi pan, że w stłuczce uczestniczył inny samochód, należący do osób które mogły dopiero zarobić na swoją maszynę, a pan swoją aktywnością nie trafił w samą barierkę? - dopytywał się hanowerczyk.
- W rzeczy samej - odparł artysta, sącząc z butelki wysokoprocentowy napój, na co zaskoczony mechanik uniósł wysoko brwi i stwierdził:
- W takiej sytuacji, przed dalszymi pracami jestem zmuszony powiadomić o tym zdarzeniu slużby pomocy drogowej. Nie wiadomo, czy pasażerowie drugiego samochodu potrzebują wsparcia.

Tabris

Tabris

27. maja
Post ID: 83090

Walter postanowił mimo wszystko zostać na przystanku czekając na kolejny autobus. Skoro jeden nadjechał nadjadą kolejne, a on miał czas i cierpliwość. Mógł się też zastanowić nad tym co się stało. Od czasu otrzymania "tego cholernego listu" działy się jakieś niestworzone rzeczy. Miał halucynacje, widok niektórych osób wywoływał skrajne uczucia - lęku, czy zakochania.

Zaczął obawiać się o swą psychikę. Zastanawiał się, czy ktoś jeszcze widział kostkę, albo tą limuzynę. Czy ona nie wyglądała znajomo? Zdecydowanie. Może postarzył swą narzeczoną - Helenę, czy też nie jest to jakaś aktorka? Powoli rosła w nim chęć wyjęcia tajemniczego przedmiotu i pokazania komuś tak aby upewnić się, że to co ma w kieszeni jest rzeczywiście dziwacznym czymś, a nie kostką Rubika choćby.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

27. maja
Post ID: 83091

Anshelm wszedł do biura w otoczeniu kilku grubych ryb z wydawnictwa. Byli z nimi też Arnolf i jego potężnie zbudowany towarzysz. Pomieszczenie było niewielkie, ale ładnie i oszczędnie urządzone, dzięki czemu nie sprawiało wrażenia ciasnego. Wzdłuż ścian stały półki z książkami, podłogę wyścielał dywan, a centralny punkt pomieszczenia zajmowało spore, drewniane biurko. Na jednej ze ścian wisiał portret jakiegoś brodacza.
Siedzący za biurkiem blondyn wydawał się kilka lat starszy od Anshelma, ale trudno było dokładnie ocenić jego wiek. Ku zadowoleniu nazisty, ze swoimi jasnymi włosami i błękitnymi oczami wyglądał na typowego Aryjczyka. Obok niego stała młoda kobieta, która również sprawiała wrażenie czystej rasowo. Kiedy spojrzała na nazistę wyraźnie się wzdrygnęła. Anshelm na co dzień nie myślał o swoich zewnętrznych przywarach, bo i mu one zbytnio nie przeszkadzały, ale spojrzenie kobiety wzbudziło delikatne ukłucie bólu.
- Guten Morgen. – odezwał się do Skandynawa – Czy zechciałby się pan podjąć tłumaczenia mojej książki? Rozmawiałem tu już z wieloma tłumaczami, ale żaden nie nadawał się do tego zadania. Mam nadzieję, że przynajmniej pan ma chęć i odpowiednie kwalifikacje.
Anshelm, po wielu niepowodzeniach, nie miał dużej nadziei na to, że tym razem udało mu się znaleźć kogoś odpowiedniego, ale warto było spróbować. Szczególnie, że ten akurat sprawiał wrażenie porządnego człowieka.

Fimrys

Fimrys

27. maja
Post ID: 83092

"Możesz iść. Nie będę cię tu trzymał, jeśli miałbyś przeszkadzać"

Sørena trochę zdziwiła burzliwa reakcja Włocha, ale uznał to jako logiczne i niemożliwe do ominięcia następstwo przyjęcia zlecenia na tłumaczenie dzieła o tematyce nazistowskiej. Benito, mimo działania pod wpływem emocji, podjął konkretne kroki ku wyprowadzeniu się z biura. Najdrobniejsze sprzęty już pozbierał, część zostawił przy drzwiach, a o niektórych całkowicie zapomniał, co zmuszało go do kilkukrotnego wracania po nie w udawanej obojętności. Ostatecznie zdjął nawet portret Claudia Monteverdiego, wiszący zwyczajowo nad jego stanowiskiem obok portretu Carla Nielsena, wiszącego nad stanowiskiem Sørena. Zagospodarowaniem miejsca na ścianie zajęła się już Amanda, rozwieszając portrety Griega i Sibeliusa, w celu "uskandynawizowania" przestrzeni. Plusem przeprowadzki było wycentrowanie biura Kürenbergera, dające mu wrażenie dominacji nad kawałkiem świata.

"To tak, jakby zarządzać własnym kręgiem piekła, piekła literatury"
- pomyślał o nowym układzie. Dodatkową zaletą była możliwość natychmiastowego mierzenia przybyłych wzrokiem, którą mógł niebawem wykorzystać, gdyż bez pukania przybyła spora grupka. Uwagę przykuł rzecz jasna człowiek idący na czele, mający wyczuwalną aurę wyższości nad resztą zgromadzenia oraz nietuzinkowy wyraz twarzy. W przeciwieństwie do zdegustowania Amandy, na Sørenie nie zrobił większego wrażenia. Po wojnie widywał ludzi w dużo gorszym stanie, a Bracia i Siostry Abbadona czasem mieli "przyjemność" spotkania z ludźmi, który w swych losach stali się mniej lub bardziej "żywi". Domyślił się, kim jest przybysz, gdyż szefostwo zdążyło mu już opisać autora neonazistowskiej publikacji, a przywitanie czystym Hochdeutschem i dumna postawa utwierdziły go w tym przekonaniu. Uznał, że warto się z nim porządnie rozmówić, gdyż tekst wykazywał spory potencjał, w przeciwieństwie do niektórych nazistowskich dzieł pozbawionych literackiego polotu i również zaczął czystą germańszczyzną:

-Myślę, Panie Vollblüter - Tu odłożył Purgatorium na bok i wysunął przed siebie rękopis nazistowskiego dzieła - że jestem w stanie Panu pomóc...

Wiwernus

Wiwernus

28. maja
Post ID: 83093

Służby pomocy drogowej.

Hans uśmiechnął się, szczerząc ząbki, ale wzrokiem zdradził zdenerwowanie. Przypomniał dosadnie, że za dyskrecję już dopłacił oraz zapewnił, że pasażerowie drugiego samochodu mają się dobrze i ich życiu nic nie zagraża. Potem odszedł ze swoim koleżką do biura, gdzie rozmawiali i pili jakiś czas, by dopiero po odejściu drugiej gwiazdy wrócić do nieprzyjemnego tematu. Jörg dobrał już na życzenie klienta intensywną, cytrynową barwę i przystąpił do lakierowania, zaś Hans stał przy aucie i starał się spokojnym głosem wytłumaczyć sytuację, wykorzystując swoje talenty aktorskie i charyzmę.

Rzut na akcję: Manipulacje Hansa i oparcie się im
Modyfikatory Pierwszorzędne (Hans): Charyzma ( 2) i Artyzm ( 2).
Modyfikator Pierwszorzędny (Jörg): Siła Woli ( 2). Kto osiągnie wyższy wynik – wygrywa.
Wynik Hansa: 4 ( 2) 6 ( 2) = 14 / 2 = 7
Wynik Jörga: 2 ( 2) = 4 / 1= 4

Celebryta, nawet jeśli zdradzając nerwowość, zdołał przekonać mechanika, że wzywanie służ może tylko narobić mu kłopotów. Tłumaczył się, że przy jego pozycji kolejne skandale są niepożądane, przynajmniej te z dowodami, bo sytuacja, w której jego wybryki były tajemnicą poliszynela zdawała mu się w ogóle nie ciążyć. Obiecał, że pasażerom drugiego pojazdu nic, kompletnie nic się nie stało i ostatecznie udało mu się przynajmniej odroczyć uprzejmy telefon do służb na najbliższy czas.

Gwiazda wyjechała naprawionym, odświeżonym pojazdem i zdawała się być niezwykle zadowolona z efektów pracy mechanika.

...

Między nazistą i tłumaczem szybko zawiązała się specyficzna nić porozumienia. Krótka rozmowa pozwoliła nie tylko wymienić się uprzejmościami i podstawowymi informacji o sobie, to jeszcze utworzyć fundament pod dalszą współpracę. Amanda zdawała sobie sprawę, że mężczyźni płynnie przechodzą do pracy, więc zostawiła ich samych, a za jej przykładem poszedł Arnolf i jego rosły kompan.

Po krótkiej, godzinnej pogadance postanowili się pożegnać, choć jeszcze naziści zdecydowali się odprowadzić Sørena do auta, co zresztą wiązało się z niepokojącym incydentem. Przy pojeździe czekała grupka dziwnych osobników, ubranych w obcisłe skóry, na które zarzucono nie pasujące zupełnie do całości, rzucające się w oczy szaty. Dziwna subkultura zdawała się łączyć w sobie cechy oprychów z gangu harleyowców, dzieci kwiatów i niepokojącego ugrupowania religijnego. Przez moment nieznajomi wpatrywali się w Sørena, ale najwyraźniej widok nazistów skłonił ich do wycofania się. Odeszli od pojazdu i skierowali do swojego vana, by odjechać z piskiem opon.

Anshelm udał się na przystanek, czego zresztą szybko pożałował, bo autobus uparcie nie przyjeżdżał lub był przepełniony. Arnolf udał się w przeciwnym kierunku, zaś rosły kark wprosił się do zniszczonego pojazdu, gdy tylko dowiedział się, że Søren mieszka w pobliskiej dzielnicy. To właśnie obecność monstrualnego radykała okazała się być tego dnia kluczowa. W połowie drogi tłumacz był już niemal pewny, że van z dziwną grupą śledzi go i to coraz mniej dyskretnie. Nazista zauważył to zjawisko później, ale kiedy już to się stało, zareagował natychmiastowo, wyciągając przez wybitą szybę mocarną dłoń z wyeksponowanym środkowym palcem. Jadący z tyłu Van zwolnił, ale kontynuował śledzenie. Dopiero wtedy oprych wyciągnął klamkę i zademonstrował ją bezceremonialnie. Wtedy van skręcił w boczną uliczkę i nie było już po nim śladu. Søren tak się zestresował, że omal nie wpadł na pstrokaty, sportowy samochód z otwartym dachem, który wyjechał z zawrotną prędkością z naprzeciwka, kręcąc na drodze niebezpieczne zawijasy.

...

Chęć wyjęcia przedmiotu przeważyła. Rozejrzał się po twarzach zebranych wokół osób, kaszlnięciami zwrócił na siebie uwagę, a potem rozpoczął manipulacje kostką, choć mało kogo interesował starzec zajęty ekscentryczną układanką. Kilka nieśmiałych obrotów sprawiło, że przedmiot zawibrował delikatnie, choć niezauważalnie dla znudzonego tłumu gapiów, za wyjątkiem dzieci i najbardziej zmęczonych czekaniem osobników, których wzrok pozostał utkwiony w starcu. Nie poświęcał im przez to potem większej uwagi, jedynie na moment zawiesił wzrok na twarzy szarookiego o wyjątkowo szpetnym obliczu, tak jakby coś podpowiadało mu, że ten powinien wiedzieć więcej od zwykłych śmiertelników. Niestety jednak nie wybił się niczym ponad przeciętność.

Autobus w końcu się pojawił, a Piontek, po dłuższej niż zazwyczaj podróży, dostał się do swojego mieszkania, gdzie natychmiast rozpoczął studiowanie zawiłości kostki. Powoli, precyzyjnymi ruchami przekręcał kolejne ściany, upewniając się, że dla każdego ruchu przypisany jest zupełnie inny ton kliknięcia i jego barwa. Elementy wskakujące na swoje miejsce za każdym razem przyjmowały swoją pozycję w inny sposób. Zauważył, że przy niektórych ruchach runiczne znaki nie tylko świeciły się, ale i zmieniały. Nabrał śmiałości, aż w końcu „nakręcił” kostkę niczym pozytywkę. Znienacka z wnętrza przedmiotu wydobyła się donośna, tubalna i zniekształcona muzyka. Momentalnie zrobiło mu się niedobrze. Odrzucił przedmiot, potem długo zbierał myśli, a gdy muzyka przestała grać, opadł na łóżko i zasnął niemal natychmiastowo.

19 Września 1991 r., Berlin

Śnił mu się szarooki osobnik, o obliczu zimnym, ale pięknym i pozbawionym blizn. Stał prosto i dumnie, a ręce niczym wojskowy trzymał z tyłu, jakby zaraz miał przeprowadzić inspekcje podległego oddziału. Wpatrywał się w Waltera z czułością i radością, której by się u niego nie spodziewał, w dziwnej wizji jednak nie skupiał się na zachowaniu osobnika, lecz tym co nosił. Bez większego skrępowania przywdział na siebie czarny, połyskujący przy kontakcie z jasnym światłem pomieszczenia wieloczęściowy strój. Materiał był opięty i przylegał do ciała, przypominał połączenie lateksu ze skórą zwierzęcia niewiadomego pochodzenia. Idealnie dopasowane ubranie można było równie dobrze określić mianem kombinezonu jak i swoistego munduru, choć teraz przywodził na myśl strój odświętny, szczególnie kiedy ozdobiła go wielka, niepasująca do kompletu mucha. Odczucie groteski sięgnęło zenitu, kiedy osobnik wyciągnął ręce i przekazał kostkę. Walter we śnie znał odpowiednią kombinację niemal na pamięć. Kilka sprawnych ruchów, artefakt otworzył się i jego oczom ukazał się złoty pierścień, przywodzący na myśl tylko jeden typ uroczystości. Sen zakończył się na uczuciu szczęścia jakie go ogarnęło, ale i presji, nacisku jakie wywarł na nim tłum, dotąd przegapionych, gapiów. Odwrócił się, a potem wszystko rozpłynęło się.

Wstał i niemal natychmiast zapomniał większość szczegółów, które z trudem przywrócił podczas śniadania. Był niemal pewny, że to co ujrzał wizji wiązało się z jakąś celebracją, obrzędem i jednocześnie zadaniem, z którego wywiązał się z nawiązką. Kostka leżała obok posiłku, czasem tylko drżała delikatnie lub przewracała się na bok, ale nie reagowała w żaden śmielszy sposób. Siedział tak z nią przez cały ranek i południe, aż w końcu usłyszał dzwonek. Do podobnych zwrotów akcji w jego życiu ostatnio nie dochodziło. Skierował się do drzwi i otworzył je pewnie. Znów ogarnęła go fala niesamowitego pożądania i miłości, także niewytłumaczalnej, choć teraz jakby zupełnie nowej. Spojrzał na młodą damę, jeszcze nastolatkę i nie mógł oderwać od niej wzroku. Smukła i delikatna, oczy jasnobłękitne, włosy przefarbowane na piękny blond odcień. Chwilę zajęło mu, aby zdać sobie sprawę, że dziewczę lekko się garbi i długimi włosami zakrywa odstające uszy, ale to dopiero po tym jak śmiało wprosiła się do mieszkania.

Rozglądała się bardzo starannie, najwyraźniej czegoś szukając. W końcu jednak ich spojrzenia spotkały się.
- Em je Lea. - zaskoczyła, uśmiechając się delikatnie. - Czy mogę zaprosić pana na dużą kawę i dłuższą rozmowę? Mamy sobie coś do wyjaśnienia.

...

Jörg Pringsheim i jego brat spotkali się z samego rana w warsztacie, akurat gdy rozsławiony wczorajszą naprawą mechanik zajmował się ekskluzywnym pojazdem kolejnego celebryty. Rozmowa opierała się głównie o temat zbyt pewnych siebie gwiazd – tych rozbijających się pojazdami, jak i wyjadających swoje coraz bardziej radykalne książki, byle tylko zyskać rozgłos. Carl był już pewny, że ma moralny obowiązek uratować wydawnictwo i wycofać się z niepewnych inwestycji. Od młodszego braciszka oczekiwał rady w jaki sposób to uczynić, ale okazało się, że wsparcie podsunął mu los. Do warsztatu zawitał Kürenberger, aby doprowadzić swojego Mercedesa do porządku. Poznał przelotnie mechanika, zwracając uwagę na jego blizny i kilka podobieństw do brata. Potem Jörg wykonywał już tylko swoją pracę, w większości przysłuchując się rozmowie brata z tłumaczem duńskiego. Ten zachęcał go do sabotażu książki, aby przypadkiem dobrze wykonana praca nie pchnęła spółki w stronę żerującego na kontrowersji chłamu wydawnictwa oraz nie głosiła szkodliwych, radykalnych treści. Søren stanął przed dylematem, szczególnie silnym, gdy zdążył dopiero nawiązać specyficzną relację ze swoim „klientem”.

Mechanik oddawał się pracy, czasem wtrącając swoje przemyślenia lub odpływając myślami do najważniejszych problemów – co zrobić z Hansem i jak zaradzić szkodom na tak przyjemnym cacku.

...

Kolejny dzień i kolejne pozbawione smaków śniadanie, choć tym razem w dziwnym poczuciu, że jego życie wyprostowuje się, a nazistowska rewolucja jest coraz bliżej i to bez ani jednego wystrzału. Skończyło się jak zawsze.

Sygnał telefonu zadudnił mu w uszach. Uniósł słuchawkę i wysłuchał przerażonego głosu Arnolfa.
- Poszedłem do Erika, jak to zawsze z rana, by wychylić kielicha przed strzelnicą. Jego nie m-m-ma, jest tylko pełno krwi, mieszkanie zdemolowane, ślady po kulach i ręka, jebana, ręka. Przyjedź tutaj, proszę cię. Dzieje się coś niedobrego. - wyraził jednocześnie strach, jak i dziwną determinację. - Zaczyna się wojna.

Anshelm mógł wiele złego powiedzieć o karku, ale nigdy nie spodziewałby się, że spotka go kiedykolwiek krzywda, nie kogoś takiego jak on.

Fimrys

Fimrys

6. czerwca
Post ID: 83095

"Hmmm, miejsce zadbane, nawet jak na warsztat pełen fizycznej pracy. Kiedy to ostatni raz oddawałem samochód do przeglądu?"

Søren zostawił auto w pieczy mechanika, gdyż ten wyglądał mu na fachowca. Ciekawym wydał mu się jego brat, podjudzający do sabotażu książki. Kürenberger słuchał argumentów oponenta, ale dokładnie wiedział, jaka będzie jego niewzruszona odpowiedź. Sabotaż pracy nad tłumaczeniem wydał mu się z pragmatycznego punktu widzenia wysoce niekorzystny. Poza tym czuł wzmożony przypływ intuicji, szepcącej gdzieś w podświadomości o ważkości zadania.

-Ależ drogi panie, nie przekonuje mnie pańska idea sabotażu. Tekstu nie jestem w stanie ukazać w świetle, które by panu najbardziej odpowiadało, gdyż byłoby to niezgodne z etosem zawodowym w mym fachu oraz wewnętrznym pragnieniem dokładności. Przeistoczenie treści zabrałoby mi status wiarygodności, jakże ważny w tym zawodzie. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest zwyczajne książka, którą można wrzucić ot tak na rynek. Słusznie pan zauważył, że jest przepełniona ideologią dosyć skrajną, której eskalacja mogłaby się okazać wysoce niekorzystną dla społeczeństwa. Książka, jako nośnik idei jest jedynie narzędziem możliwym do wykorzystania w dwojaki sposób, tak jak można "dobrze" bądź "źle" wykorzystać każde inne narzędzie, jak choćby najzwyklejszy młot, kielnię czy tasak. Moim celem nie jest jednak osądzenie jej. Ja muszę ją przetłumaczyć i pragnę to zrobić jak najdokładniej, bez względu na skutki. To moja praca, tak jak pracą pańskiego brata jest naprawa automobilu. Każdy musi wykonać swoją robotę jak najlepiej, czyż nie?

Tabris

Tabris

7. czerwca
Post ID: 83096

Walter zaczął tak jak należy, czyli od A.
- Aaa... Eee... Hmmm... No wiesz, nie mam kawy. - wydusił z siebie. Cały czas walczył z żądzą, która w wyniku zgrabnych ruchów jeszcze zgrabniejszego tyłka dziewczyny wzrosła dodatkowo. Gdy usłyszał jej głos pojawiło się jednak pewne uczucie... coś jak nostalgia, tylko bardziej optymistyczne.

- Ponieważ, piję kawę zbożową. - powoli zaczynał dochodzić do wniosku, że dziewczę jest cudzoziemką, prawdopodobnie Brytyjką, lub Skandynawką.

Architectus

Architectus

8. czerwca
Post ID: 83098

Pod skrzydła Jörga pozostawiono do przeglądu śliczne białe Audi Sport Quattro z napędem na cztery koła. Hanowerczyk lubił taki kształt samochodów, był dla niego jak piękny element krajobrazu, więc sprawdzanie stanu tego cuda techniki sprawiało mu frajdę. Auto było intensywnie użytkowane przez dwa lata, ale jego zawieszenie i układy podwozia, w tym napędowy, kierowniczy i hamulcowy, zachowały swoją świetność. Podobnie było z oświetleniem, ogumieniem, szybami oraz karoserią.

Merdecesa-Benza W124, czterodrzwiowego sedana prezentującego paskudne uszkodzenia wizualne, którym przybył Søren Kürenberger, mechanik przyjął ze smutkiem. Pół godziny po przybyciu gości hanowerczyk ukończył badanie Audi i odstawiwszy je na parking zabrał się za naprawę nowo dostarczonej maszyny. Wpierw podjął się telefonicznego zamówienia nowej szyby na miejsce wybitej, a przy okazji poprosił o kilka naprawczych materiałów, jakie zużył przy wczorajszej naprawie, by uzupełnić zapasy. Z ulgą usłyszał w słuchawce, iż zaprzyjaźniony kupiec przywiezie wszystko do południa.

Po wykonaniu rozmowy odkurzył elektroluksem okruchy szkła rozsypane we wnętrzu auta i podjął się wyrównywania maski. Krzątając się przy niej słuchał wypowiedzi właściciela auta. Na dźwięki zadanego pytania, na leżaku warsztatowym wysunął się spod auta i spojrzawszy na rozmówców wyraził swoje zdanie:

- Zgadzam się z panem. To, z czego korzystam w swoim miejscu pracy także może mieć inne zastosowanie - zerknął przez okno i zamyślił się chwilę, żeby dobrać słowa łagodzące gości napięcie z ostatnich dni - Co do złego wykonywania roboty, to tak jakby podczas naprawy tego "Baby-Benza" - skinął głową w stronę pojazdu - zamienić jego silnik na egzemplarz z "Beemwicy serii trzeciej" i nadal traktować go jak ten sam samochód - podniósł dłonie na wysokość skroni, równolegle do siebie jakby chciał złapać się za głowę, lecz zatrzymał je na odległość paru cali i szybko wyrzucił je przed siebie do góry, robiąc przy tym duże oczy i dodając - nie do przyjęcia!

Zebrani uśmiechnęli się na ten gest. Hanowerczyk widząc to, wstał i podszedł do brata, spojrzał na niego serdecznie i poklepał go po plecach, mówiąc:
- Carl, moim zdaniem warto pozwolić panu Kürenbergerowi działać w sposób jaki uważa za słuszny - uśmiechnął się szeroko i dodał - spójrz jak panu tłumaczowi błyszczą oczy kiedy myśli o swym zadaniu.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

8. czerwca
Post ID: 83101

Anshelm drżącą ręką odłożył słuchawkę. Czuł się jak we śnie. Wiele razy już znalazł się w sytuacji kryzysowej, ale tym razem było inaczej. Teraz to nie on atakował i nie było tu mowy o policjantach, z rąk których mogło grozić najwyżej aresztowanie.
Mężczyzna wysunął górną szufladę ze stojącego w rogu pokoju kredensu, położył ją na podłodze i sięgnął w głąb mebla. Po chwili jego dłoń wyłoniła się z dziury uzbrojona w Mausera 90 DA. Ta broń była najnowszym krzykiem mody wśród berlińskiego półświatka. Na pierwszy rzut oka niczym nie różniła się od tradycyjnego Browninga HP. Różnica kryła się w nowatorskiej technologii samonapinanego kurka, która czyniła broń gotową do oddania strzału w każdym momencie.

Anshelm przyjechał jak mógł najszybciej i zaparkował swój „Baby-Benz” pod kamienicą, w której mieszkał Erik.
Kark zapewne miał jakichś wrogów, ale mało prawdopodobne, żeby którykolwiek z nich posunął się do morderstwa. To nie była kwestia prywatna, tylko cios wymierzony przeciwko ich wspólnocie.
Mężczyzna wspiął się po schodach możliwie jak najciszej i stanął przed drzwiami mieszkania Erika. Jego dłoń spoczęła pewnie na rączce ukrytego w kieszeni pistoletu.
Puk, puk, puk… puk, puk – wystukał charakterystyczny rytm, przygotowany na takie właśnie sytuacje i oparł się plecami o ścianę obok drzwi, mocniej ściskając broń mokrą od potu ręką.

Wiwernus

Wiwernus

9. czerwca
Post ID: 83107

Carl nie dowierzał. Spodziewał się, że tłumacz może mieć opory przed współpracą z nim, ale niespodziewane wtrącenie brata zbiło go z pantałyku. Oparł się o maskę samochodu w wyjątkowo nonszalancki - jak na tak pozytywną osobę jak on - sposób, założył ręce na piersi i odburknął:
- No świetnie, bardzo ładna wykładnia tego co ja nazywam egoizmem. Robić swoje, nie oglądać się na skutki i nie zadawać pytań, umywając ręce od odpowiedzialności. Nie bierzecie poprawki na to, że ludzie z natury są gnuśni, leniwi i krótkowzroczni, zawsze wybierając najprostsze ich zdaniem rozwiązania. Dopiero co udało nam się połączyć rozdzielone Niemcy, Europa wychodzi na prostą, a wy najwyraźniej godzicie się na to, aby zachwiać panującym porządkiem i dać ułudę w postaci dobrze już poznanego, skurwysyńskiego systemu. Rozumiem chęć zysku i credo zawodowe, ale tu nie chodzi o książkę dla mas, ale zwykłą przyzwoitość, szacunek do milionów ofiar i utrzymanie obecnego ładu. Same Aktion T4 to prawie 100 000 zamordowanych, a wy mi gadacie o własnych zyskach. Otóż nie, na nic się zda pozycja konsekwentnego i dobrego tłumacza, gdy starość będziecie przeżywać w atmosferze agresji wobec obcych, słabych i innych. - aż charknął z oburzenia. - Poza tym, odwróćmy sytuację. Skoro ty tylko wykonujesz swoją pracę, to ja wykonam swoją, ot zadbam o lepszy kierunek dla spółki niż krótkotrwały zysk w wyniku żerowania na trendach i kontrowersji. Po to, aby utworzyć coś trwalszego, z pozycją i wizerunkiem, a nie wzniesionym na trupach żydów, słowian i kalek. I tak się stanie, zapewniam, bo ja nie odpuszczę.

Atmosfera była napięta jeszcze długo, a brat mechanika nie tylko jej nie łagodził, to jeszcze dolewał oliwy do ognia w chwilach uspokojenia, gdy tłumacz mógł podziwiać jak mechanik przywraca jego pojazd do porządku. Chwile kontemplacji nad pięknem maszyny przerywał najstarszy Pringsheim, tym razem jednak kierując swoje uwagi głównie do brata. Jeden z jego komentarzy był wyjątkowo bolesny, dla obu braci zresztą.
- Ten kierowca też tylko wykonywał swoją pracę, nie pomyślałeś o tym? Wykonywał polecenia Ferenza, swojego przełożonego, świadomie wsiadając do pojazdu, w którym mało co było sprawne, byle tylko maszyna jechała i przewoziła towar, wzbogacając szefa, a pracownikowi umożliwiając wyżywienie rodziny. To nie był jakiś duński tłumacz, który się realizował z cynicznym dystansem do rzeczywistości. Prosty człowiek, który nie protestował, bo miał dzieci na utrzymaniu i wolał nie podskakiwać. W porównaniu do pana Sørena, z całym szacunkiem, cechowała go chociaż szczątkowa moralność, a mimo, nawet jeśli mu wybaczyłem, to w żadnym przypadku go nie usprawiedliwiam, bo działał lekkomyślnie, nie musiał robić sobie dzieciaków, nie mając na nie środków. Kürenberger nie ma takiego balastu, ma środki na życie, może żyć ze środków swojej sekty, tłumaczenie dla grafomańskich neonazistów nie jest usprawiedliwione, niezależnie czy świecą mu się oczy czy nie, niech to sobie uświadomi. Mogą się mienić nawet jak latarnia morska, mnie to nie obchodzi - jedynie rodzina, Pan Bóg, naród... i spółka.

Potem powoli uspokajał się i nawet pozwalał sobie na kilka delikatnych uprzejmości wobec Sørena, choć uciekał od wzroku brata, najwyraźniej bojąc się jak ten przyjął wypomnienie postawy kierowcy i Aloisa Ferenza. Uciekł nawet do wnętrza powoli już wykańczane pojazdu, zasiadając obok Kürenbergera. Trochę mu było głupio, że zdradził przed bratem fakt, że jego klient jest religijnym guru, czymś jeszcze abstrakcyjniejszym dla niego od hedonistycznego celebryty.
- Czy nie da się nic zrobić, abyś zrezygnował?

...

Dziewczę wybuchnęło śmiechem, dziwnie znajomym zresztą, ale przywołującym przyjemne skojarzenia. Zażartowała, że jak na bogacza gospodarz jest wyjątkowo słabo zaopatrzony. Sama zaprosiła Piontka na kawę i to do wyjątkowo ekskluzywnego lokalu, nie robiąc z tego faktu nic specjalnego. Lokal oferował trunki z całego świata, dominowały w nim przyjemne odcienie brązu i czerwieni, a gośćmi była klasa wyższa, przede wszystkim zblazowani bogacze, którzy mogli sobie pozwolić na podobne wydatki. Urodziwe dziewczę wprowadziło Waltera w nowy świat, zaczynając od wybrania mu kawy zbożowej lepszej jakości, co ograniczało się do wytypowania bez większej uwagi najdroższej pozycji z menu. Sama była ciekawa co jej zostanie podane, kopi luwak zresztą bardzo jej zasmakowało, ale problem pojawił się, gdy zagadała podającego jej napój osobnika o sposób przyrządzenia. Źródłem aromatu i smaku były rzadkie ziarna pozyskane bezpośrednio z tego... co wydaliły sympatyczne łaskuny - zwierzęta nie mniej rzadkie od samych ziaren zresztą - które specjalnie do produkcji wywaru trzymano w ciasnych klatkach, nie przejmując się wysoką śmiertelnością stworzonek. Tym ostatnim faktem usrany podajnik na kawę, jak sama określiła baristę Lea, się oczywiście nie podzielił, ale dziewczyna - najwyraźniej aktywistka - szybko go (i zresztą słusznie) wydedukowała. Walter - niezależnie jak zareagował na smak i pochodzenie drogiej kawy - był już pewny, że Lea serce ma wielkie i reaguje z bólem na wszelką przemoc i niesprawiedliwość, ale jest także wyjątkowo zajadłą wojowniczką o lepszy świat.

Rozmowa starca i dziewczęcia była odrobinę niezręczna. Wyjątkowa otwarta i uprzejma Lea pozwalał sobie na żarty i wymianę uprzejmości typową dla wyższych sfer, żartując głównie z faktu, że Walter nie zrobił nic, aby spożytkować odziedziczone pieniądze. Szybko przeszła też do konkretów.
- Wiem o panu bardzo niewiele, właściwie jedynie to co podsłuchałam. Dziedziców tego całego Blitzkriega było więcej, ale to moja matka otrzymała najwięcej pieniążków z lustrzanej rodziny, kimkolwiek by ona nie była, co zresztą jest szczególnie zabawne, bo przecież już urodziłam się w luksusach i my tych pieniążków nie potrzebujemy. Szczerze mówiąc, nie mam dobrych relacji z matką, dzielą nas tajemnice absolutne. Nie mam pojęcia nie tylko skąd się wzięła jej fortuna, nie mam pojęcia dlaczego tak izoluje się od ludzi, ba, ja nawet nie wiem kto jest moim ojcem! - mówiła, poganiając jednocześnie usrany podajnik na kawę do zabrania trunku i podania właściwego. - Podejrzewam, że całą lustrzaną rodzinę łączą jakieś szemrane interesy, a wszystkich jej członków poróżniły pieniądze, trawiące je miłości oraz... nagłe, niewyjaśnione zgony i zniknięcia. Podejrzewam, że Blitzkrieg to mój ojciec, a pan to klucz do rozwiązania całej zagadki. Moją matkę czasami odwiedzała jedna z kobiet, którą podejrzewam o bycie częścią tej waszej rodziny, wielokrotnie mówiły o enigmatycznym Osiołku, pierwszym spośród równych. Bardzo mnie te podsłuchane wzmianki intrygowały. Szczerze mówiąc wyobrażałam sobie pana jako swoistego weterana wojennego o seksapilu Jamesa Bonda.

Sięgnęła do drogiej torebki i wyjęła rozerwane w połowie zdjęcie, kolejny dowód na powiązanie Waltera z rodziną Lei, jak i lustrzaną rodziną w ogóle. Ledwo się poznał i nie wynikało to z faktu, że był młodszy o jakieś 15 lat, miał na nim zawadiacki uśmiech i błysk w oku, stał dumnie i pewnie, blisko niemożliwej do zidentyfikowania przez zniszczenie zdjęcia postaci. Prawie go zamurowało.
- Teraz zamieniam się w słuch. Co łączy pana z rodziną, moją matką i czy Blitzkrieg jest moim ojcem? - podsunęła krzesło bliżej. - Niezależnie co pan powie, proszę nie zdradzić matce, że pana wyśledziłam, dobrze?

...

Puk, puk, puk… puk, puk

Czekał bardzo długo, upewniając się, że po drugiej stronie drzwi ktoś jest, ciężko dyszy i najwyraźniej waży każdy swój ruch. W końcu jednak jegomość odpowiedział tym samym kodem, bez najmniejszego zawahania, po czym otworzył drzwi i zaprosił niespokojnym ruchem ręki nazistę do środka. Arnolf był biały jak trup, a oczy miał przekrwione od przerażenia, trząsł się, choć dał się już poznać jako osobnik zdolny przezwyciężyć stres. Teraz jednak uległ emocjom i przez moment Anshelm był wstanie mu wybaczyć. Piękne, staromodne i uporządkowane z niemiecką precyzją mieszkanie zdemolowano z nie wiele mniej niemiecką precyzją, a wszystko przykrywała warstwa krwi, której przelano tutaj wyjątkowo obficie. Potwierdziła się wzmianka o śladach strzelaniny w postaci łusek i dziur w ścianach. Vollblüter wydedukował, że ślady po ciągniętych ciałach zdradzają, że ofiar było więcej niż jedna. Mimo starań jednak nie odnalazł Erika i zwłok agresorów. Została tylko ucięta z wyjątkową precyzją ręka nazisty. Z czymś podobnym się jeszcze nie spotkał.
- O nie!

Arnolf przestraszył Anshelma napadem płaczu, który wynikł z faktu, że zauważył starannie odłożony trunek i przygotowane do popijawy kieliszki - nietknięte podczas strzelaniny świadectwo pięknej relacji łączącej dwóch nazistów. W momencie gdy młody radykał patrzył z przyjęciem na butelkę, ostatni ślad aktywności kompana, Anshelm odkrył w łazience zapisane krwią zabitych ostrzeżenia.
Nazista i okultysta w jednym, chełpiący się przeklętą od pokoleń krwią - zasługujesz na karę, jak i drugą szansę.

Intrygującym była nie tylko treść ostrzeżenia, ale i fakt, że w podobnych ostrzeżeniach widzianych w horrorach na kasetach VHS oprawcy nigdy nie używali myślników oraz starannej interpunkcji, co było niepokojące i śmieszne jednocześnie. Właściwy komunikat jednak znaleziony został nie w łazience, a wsunięty za figurki nazistowskich żołnierzy w gablotce Erika, świadectwie dziecinnej i nostalgicznej części osobowości monstrualnego radykała. Zadziwił się, że przegapił sporej wielkości skrzynkę, która ledwo mieściła się we wnętrzu mebla. Z drewna akacjowego, obita żelazem i ze złotą pokrywą, pełna zdobień i kamieni szlachetnych, przywoływała na myśl arkę przymierza, ale jako świadectwo przymierza z samym Szatanem.

Vollblüter, twój przyjaciel jest z nami. Wydamy go ci, ale musisz współpracować. 24 Września, po zachodzie słońca, przy grobie twojego ojca. Żadnych kompanów za wyłączeniem tłumacza. Wydaj nam go w ramach wymiany, a my damy ci spokój. Nie kontaktuj się z policją.

Mamy dla ciebie prezent na nową drogę życia.

Oprócz listu znalazł płytę gramofonową, którą odtworzył na sprzęcie Erika. Usłyszał muzykę. Wsłuchując się w jej tony, przyjrzał się kolejnym prezentom – abstrakcyjnej kostce pełnej runów i kolorowych ścian z dziwnych metali oraz zdjęciu, które wprawiło go w osłupienie. Nie tylko zaskakiwało jakością niespotykaną w ówczesnych realiach, ale tym kogo przedstawiało – jego ojca, długo przed śmiercią, ale na zdjęciu niezaprzeczalnie martwego, jako zwłoki z dziurą w głowie i licznymi ranami kłutymi na torsie. Leżały na podłodze, a jedyne co się dało zauważyć to skrawek abstrakcyjnej machiny. Jego ojca rozebrano, zostawiając mu tylko płaszcz SS, postrzępiony i zniszczony, ten sam który Anshelm miał teraz na sobie. Ciało, co poznał po odcieniu skóry i braku przebarwień, najwyraźniej było jeszcze świeże. W prawym dolnym rogu niewymiarowego zdjęcia runami wyryto informacje, których odczytać nie był wstanie, ale z pewnością w tym samym języku jaki zdobił kostkę. Był pewny, że jego ojciec zmarł o wiele później i nie w takich okolicznościach, ale nie był wstanie podważyć wiarygodności fotografii.

Arnolf spojrzał przez ramię na zdjęcie, potem na stalookiego, potem znów na zdjęcie, zwymiotował i w końcu wymierzył w desperacji do kompana, choć raczej nie mając zamiaru zrobić nic więcej poza przestraszeniem go.
- Oni na ciebie polują, co żeś ty narobił i komu podpadłeś? - wymachiwał spluwą.

Tabris

Tabris

14. czerwca
Post ID: 83116

Walter spojrzał się Lei prosto w oczy. Po chwili uważnie zlustrował lokal dostosowując się do atmosfery konspiracji…
•••
Odkąd dziewczyna zaprosiła go na kawę z przykrością zaczął nabierać o niej coraz gorszego mniemania. Wyśmianie posiadania kawy zbożowej było w jego uczuciu nietaktem: lubił jej smak, poza tym był już starszym człowiekiem. Potem podróż samochodem, bardzo przyzwoitym Mercedesem, tylko ewidentnie potrzebującym wizyty w myjni. Zamówienie złożone na zasadzie „co macie najdroższego” i wspominanie o „pieniążkach” odebrał jako infantylne i snobistyczne. Powoli, małymi łykami pił luwaka, zastanawiając się kiedy po raz ostatni kosztował prawdziwej kawy. Chyba dwa i pół roku temu, gdy wicedyrektor departamentu odchodził na emeryturę… Filiżankę opróżnił zaledwie do połowy; napar był smaczny, ale po ostatnich omdleniach i przygodach postanowił nie ryzykować, że pod wpływem kofeiny jego serce również przejdzie na emeryturę.
A potem Lea położyła na stole zdjęcie. Po raz kolejny Walter doznał niewymownego uczucia. Coś jakby łączyło się… Piontek poczuł się trochę jakby znalazł się we mgle, w której na pewno ujrzał kształty, ale nie mógł poznać które należą do ludzi, a które do zwierząt, czy roślin. To jest kto? Ja? Kim ja jestem? – przemknęło mu przez głowę. Sam chciał zapytać blondynkę o tym kim jest Blitzkrieg i o lustrzaną rodzinę. Przez moment nadal intensywnie wpatrywał się w fotografię, potem upił drobny łyczek letniego luwaka .
•••
-Oczywiście, że nie powiem jej o tej rozmowie… Żeby jednak móc opowiedzieć Ci co o tym wiem, musisz opowiedzieć mi jak duża jest Twoja wiedza, sama wspominałaś, że jest fragmentaryczna.

Fimrys

Fimrys

18. czerwca
Post ID: 83122

"Aleś jest uparty! Upór bywa dobry, bo generuje działanie, ale niech cię nie zaprowadzi do grobu."

Søren nie czuł się zbyt komfortowo w w warsztacie, będąc cały czas nakłanianym do sabotażu przy odwołania do wyższych moralności w stylu "szacunku do ofiar". Owszem, nie cierpiał idei wojny, ale nie potrafił zrozumieć ostatnio niezmiernie modnego współczucia. Uważał, że II wojna światowa nie powinna iść w zapomnienie, gdyż to mogłoby poskutkować koniecznością jej powtarzania. Jednakże najważniejsze było, żeby patrzeć w przyszłość, a nie żyć przeszłością. Tłumacz postanowił dalej zachować niewzruszoność na swoim stanowisku wobec planu Carla i rozpoczął w pewnych miejscach może zbytnio nacechowany emocją monolog.

-Obawiam się, że nie. Już podjąłem decyzję przyjmując pracę nad tym dziełem. Myślę, że sabotaż tego dzieła poskutkował by u mojego klienta wysokim niezadowoleniem, a to z kolei mogłoby mi... zapewne się pan domyśla, co mogłoby się stać. Poza tym książka jest dobrą wykładnią ideologii, zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest najlepszą pozycją w dziedzinie neonazizmu, gdyż resztę cechuje mizerna wartość literacka, ogrom bezpodstawności i brak logiki. Wierzę, że nie będzie to narzędzie jedynie rozprzestrzeniania ideologii, gdyż ma wartość naukową z punktu widzenia socjologii. Wspomniał pan wojnę. Niech pan nie myśli, że uważam to co się stało za dobre. O nie, zginęło zbyt wiele wartościowych umysłów, rozwój naszego społeczeństwa został drastycznie zahamowany i teraz świat żyje w strachu. I właśnie ten strach blokuje nasz progres. Nie sądzę, żeby tłumaczenie tego dzieła przysporzyło nam tak wielkiego konfliktu. Już raz to przetrwaliśmy i z tego samego powodu się to nie powtórzy. Wierzę, że to co się stało wpłynęło choć trochę na zaściankowe umysły społeczeństwa i nie zmusi nas do oglądania tego ponownie. Wojna jest zła, bo zabija naszych wielkich ludzi, wielkie nadzieje i wielkie szanse. Prym wiedzie bezcelowa destrukcja i ku wielkiej rozpaczy - tryumfuje głupota. Niektórzy uważają, że wojna "oczyściła Europę". To nic nie warte frazesy. Wie pan, co tak naprawdę oczyściłoby naszą Europę?

"Zaraza"

-odpowiedział sam sobie w myślach na własne pytanie.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

18. czerwca
Post ID: 83125

Anshelm dokładnie przyjrzał się zdjęciu, ale nie mógł znaleźć żadnego szczegółu, który wskazywałby na to, że jest to podróba.
Profesjonalna robota – pomyślał nazista, nie dopuszczając do siebie myśli, że to prawdziwa fotografia. Tak było łatwiej.
Przez następne kilka minut siedział na kanapie i myślał przyglądając się kostce. Miał plan, jak wywabić tłumacza na cmentarz. Nie chciał tego robić, ale coś mu mówiło, że to jedyny sposób.
- Erik żyje – powiedział do milczącego przez cały czas Arnolfa – Uratuję go, ale nie możesz nikomu mówić o tym, co tu widziałeś. Unikaj wszelkich rozmów o Eriku, albo wymyśl jakąś bajkę – wszystko jedno. Nikt nie może się dowiedzieć. Jeżeli będziesz cicho, za tydzień zobaczysz go żywego. – Anshelm starał się brzmieć przekonująco, ale sam nie wierzył w swoje słowa. Mimo wszystko zdjęcie zaintrygowało go i musiał dowiedzieć się, o co w tym chodzi.
Wstał i wyszedł z mieszkania bez słowa.

Vollblüter skręcił w wąską alejkę pomiędzy dwoma kamienicami i podszedł do stalowych drzwi umieszczonych w łączącym je murze. Przekręcił masywny klucz i podążył nieoświetlonym korytarzem. Jego ręce błądziły w mroku, aż natrafiły na dębowe drewno.
Puk, puk, puk… puk, puk
Małe okienko w drzwiach otworzyło się i twarz nazisty zalało delikatne światło.
- Masz kwiatki? – odezwał się zza drzwi chrypliwy głos.
- Dziękuję, nie palę. Tylko pistacjowe.
Mężczyzna usłyszał zgrzyt zamka i ciężkie drzwi otworzyły się.
- Witaj Anshelm – powiedział masywny, brodaty dziad w dresach Adidasa. Nie zwrócił uwagi na trzymaną przez Anshelma ozdobną skrzyneczkę.
- Witaj Helmut. Jest ktoś?
- Tylko Remus, ale on siedzi u siebie.
- To się dobrze składa.
Johann Remus od trzech dni prawie nie opuszczał bazy. Żona wyrzuciła go z domu i nie miał się gdzie podziać.
Vollblüter rzucił Helmutowi markę, a ten złapał ją w powietrzu, co było tym bardziej niezwykłe biorąc pod uwagę jego wiek i słabe oświetlenie, a następnie ruszył schodami w dół.

Anshelm kończył przerysowywać runy z kostki na kartkę. Odłożył ołówek i przyjrzał się swojej pracy. Praca zajęła mu dużo czasu, ale wyszło idealnie. Do żadnej z run nie miał zastrzeżeń, nawet ich rozmiar był taki sam, jak na kostce. Mężczyzna włożył wszystkie tajemnicze przedmioty znalezione w mieszkaniu Erika do ozdobnej skrzynki, którą schował do szuflady w biurku. Szufladę na wszelki wypadek zamknął na klucz.

Nazista podjechał pod kamienicę, w której mieściło się wydawnictwo. Po wejściu do środka skierował się do okienka recepcji.
- Zastałem może tego tłumacza z Danii?

Wiwernus

Wiwernus

18. czerwca
Post ID: 83126

- Cicho będę. - odpowiedział Arnolf odwrotnym szykiem, powoli opuszczając broń. - Ale ty zrób co do ciebie należy. To zdjęcie, ta wiadomość... Z jakimi siłami ty zadzierasz?

Strach u młodego nazisty był zauważalny, ale na szczęście zdawał się być gotowym do podporządkowania woli mentora. Za nim wymknął się z mieszkania Erika jeszcze dwa razy obiecał, że będzie milczał, robiąc między zapewnieniami przerwę na zabranie drogocennego trunku. Ten miał być trofeum, który chciał opróżnić ze sprowadzonym na łono „IV Rzeszy” kompanem.

Naziści opuścili skromne progi Erika w czas, bo najwyraźniej ktoś w końcu ośmielił się wezwać służby, które słychać było z daleka po donośnym brzmieniu kogutów.

Anschelm nie zauważył nawet, że charakterystyczny strój ubrudził krwią, przez co wzbudził wzmożone emocje w siedzibie spółki. Panna zajmująca się recepcją zachowała uprzejmość, ale dało się zauważyć pełen przerażenia i obrzydzenia wzrok szeregowych pracowników wydawnictwa. Tylko Włoch pozwolił sobie na kilka ostrych słów, nie uświadamiając jednak naziście obecności karmazynowej ozdoby na jego stroju. Bardzo szybko załatwiono sprawę niepożądanego gościa, bez większych oporów odsyłając go do duńskiego tłumacza, który prawdopodobnie znajdował się u mechanika. Było to zresztą sprytne posunięcie pracowników przeciwnych aktualnemu kierunkowi rozwoju spółki. Anshelm miał zostać odesłany tłumaczowi w obecnym stanie jako dowód jego „złych intencji”, poza tym liczono po cichu, że u mechanika znajdzie się Carl i jego niechęć do oprycha tylko się wzmocni.

Nie zmienia to jednak faktu, że nazista u słynnego ostatnio mechanika odnalazł „tłumacza z Danii”, zastając go zresztą w sytuacji, która umożliwiła mu na dyskretne podsłuchanie jego rozmowy z Carlem. We wnętrzu pojazdu nie dostrzegli, że ktoś złożył im wizytę, pochłonięci rozmową i z ograniczoną częściowo widocznością. Wnioski były tylko jedne – tłumacz dochowa wierności, książkę docenia, a poza tym boi się swojego klienta, nawet jeśli dwuznacznie ocenia ideologię nazistowską.

Carl pierwszy dostrzegł nazistę. Nabrał szybko wody w usta, darując sobie odpowiedź, zresztą powoli rozumiejąc, że obawy tłumacza są uzasadnione. Dowodem na to był naznaczony krwią nazista w całej okazałości, dopiero teraz zdający sobie sprawę, że zdobią go plamki życiodajnego płynu. Najstarszy Pringsheim wymknął się bardzo szybko, zostawiając Anshelma, Sørena i Jörga.

...

Dziewczę odetchnęło z ulgą, gdy Walter zapewnił ją, że jej matka nie dowie się rozmowie - odetchnęła tak mocno, że Piontek poczuł się aż niezręcznie, najwyraźniej zdając sobie powoli sprawę z tego jak ważną decyzję podjął i jakie jej było znaczenie dla dziewczyny. Lea uspokoiła się, ale nie na tyle, aby z łatwością przejść do niuansików jej fragmentarycznej wiedzy. Najpierw musiała się w pełni otworzyć i wyciągnąć ze swojego krótkiego życia wszystkie traumy, a to nie przyszło jej bez wewnętrznych oporów. Zamówiła odpowiednią, zgodną z jej standardami kawę i dopiero potem zaczęła opowieść.
- Kluczem do wszystkiego – nieśmiało odgarnęła włosy, by odsłonić przydługie uszy – są właśnie te dwa ośle narządy słuchu, bo to nimi podsłuchiwałam całe życie z uporem maniaka i to one pchnęły moją matkę do pomnożenia majątku. Najpierw prawie głuche, potem...

Okazało się, że Lea przyszła na świat w warunkach, które sama uznawała za skromne jak na rodzinę bogaczy, nie brakowało jej oczywiście niczego i nigdy nie poznała smaku życia w biedzie, ale musiała przyznać, że tamtego „bogactwa” nijak nie dało się porównać z obecnym i okazało się bardzo problematyczne. Nawet mała fortuna jej samotnej matki nie miała prawa wystarczyć do pokrycia kosztów leczenia – dziewczyna urodziła się z mało poznaną, dziedziczną i wtedy nieuleczalną jeszcze wadą słuchu. Walterowi przybliżone zostało śladowo hipotetyczne źródło choroby, na szczęście jednak był wstanie zrozumieć wywód Lei, bo przypadki takiej samej przypadłości miał wśród krewnych. Oni jednak nie mieli tyle szczęścia co młoda dziewczyna. Jej matka najpierw przetrwoniła majątek na konsultacje z najlepszymi prywatnymi lekarzami, potem zaś jego równowartość w ramach pożyczki straciła na konsultacje, ale już ze znachorami i naciągaczami, byle tylko uratować dziecko.
- W końcu, w niewyjaśniony dla mnie sposób, uciekła widmu finansowego upadku. Do dziś mi nie zdradziła jak tego dokonała, ale nie tylko spłaciła długi, to jeszcze ściągnęła zespół lekarzy z innego kontynentu, stawiając wszystko na jedną kartę. To umożliwiło mi po pierwszym zabiegu częściowo zyskać nowy, nieznany mi prawie zmysł, kolejne zaś pozwoliły mi w pełni doświadczyć wspaniałego świata dźwięku i... tajemnic. - uśmiechnęła się tajemnico - Byłam malutka, ale rezolutna i ciekawska. Matka chyba uznawała, że taka smarkula szybko zapomni co jej opowiadała na noc, dodając otuchy przed kolejnymi zabiegami, prawdopodobnie też liczyła, że nie wiele zrozumiem, za równo przez wiek, jak i wadę słuchu. Ja jednak słuchałam z uwagą tych wspaniałych historii i zapamiętałam ich wydźwięk. Żadnej treści, żadnych szczegółów. Wiem tylko, że przyjaciele mamy robili wspaniale rzeczy. Ty też tam byłeś, dzielny Osiołek. Stalookiego bałam się, zresztą chyba mnie nim czasem mama straszyła, ale ty wzbudzałeś we mnie wiele ciepłych odczuć, mimo że matka raczej unikała wzmianek o tobie. Jesteś dla mnie jak postać z dziecięcej baśni.

Okazało się jednak, że sielanka rodzinna nie potrwała długo, a pomnożona fortuna nie pozwoliła na utworzenie właściwej relacji między matką i córką. Poróżniły je tajemnice, przede wszystkim związane z tożsamością ojca Lei, ale i paniczny lęk przed ujawnieniem źródła pieniędzy rodziny, traumatyczne noce oraz całkowita izolacja rodziny od świata zewnętrznego.
- W jedne noce moja matka znikała. Wtedy też korzystałam z wolności. Nie przychodzi mi się łatwo do tego przyznać, ale nie miałam ani koleżanek, ani kolegów, uczono mnie prywatnie, a wszelkie zabawy miały być dla mnie zbyt niebezpieczne, choćby najbardziej niepozorne. Każda aktywność stanowiła coś na wzór zagrożenia do mojego ciała, a w niektóre dni matka niemal stawała na głowie, byle bym tylko nie opuściła łóżka. Miałam pierwsze komputery, najlepsze zabawki i przysmaki sprowadzane z całego świata do mojej samotni, ale dziecko zawsze woli się pobawić w błocie i wspiąć na drzewo niż jeść i udawać zabawę. Nie imponowało mi to. Uspokajała mnie tylko puszczana z gramofonu muzyka, która pomagała mi uwierzyć, że tej właśnie nocy mojej mamy nie będzie. Pomyśl jakim przeżyciem jest nagle obudzić się po wyczekiwaniu w długiej „niewoli” i uświadomić, że matka w końcu zniknęła. Zwiedzałam wtedy wszystkie zakamarki dworku, zaglądając tam, gdzie dotąd mi nie można było. Zakazane, szczelnie zamknięte pokoje zawsze mnie intrygowały. To właśnie w nich znajdowałam tajemnicze listy, zeznania podatkowe, dziwaczne przedmioty, napisane niezrozumiałym językiem broszury i zaproszenia na bankiety, a nawet zdjęcia. Sądzę, że wtedy mogłam odkryć cały sekret. Nie byłam jednak dość rezolutna i bystra, poza tym nie potrafiłam biegle czytać, a co dopiero rozszyfrować te dziwne kody i enigmatyczny język. Ograniczał mnie też czas, bo matka wracała nad ranem blada jak trup i z podkrążonymi oczami, wzbudzając we mnie dziwny niepokój i strach. Czasem żałuję, że jako małe dziecko wolałam zjeżdżać po poręczy schodów zamiast tylko odkrywać sekrety rodziny. Zmarnowałam wtedy swoją szansę, a większość wspomnień, choć intensywnych, zatarło się.
Odetchnęła głęboko. Dało się wyczuć nutkę zażenowania własną postawą, ale i specyficzną nutkę nostalgii.
- Początkowo matka nie zauważyła, że każdej nocy budzę się i sprawdzam czy zniknęła. Nabrała podejrzeń gdy raz, po swoim nagłym zniknięciu i nie wiele mniej nagłym powrocie, natknęła się na mnie podczas spaceru po posiadłości, czymś wysoce niewskazanym i niebezpiecznym. Przytuliła mnie mocno, jakbym mogła sobie w tym czasie zrobić nie wiadomo jaką krzywdę, potem jednak przebiegle wystawiła mnie próbie. Zainscenizowała swoje zniknięcie, na co się nabrałam. Ujawniła się bardzo szybko, z obłędem w oczach. Pobiła mnie do krwi. Właśnie z powodu takich sytuacji nigdy nie mieliśmy w domu stałej służby, której by mnie powierzono, zresztą matka i tak nie byłaby wstanie jej zaufać, zawsze ograniczając kontakty z ludźmi do minimum.

Zrobiła przerwę na łyk kawy i zebranie myśli. Opowieść robiła się coraz bardziej krępująca i intymna, a fakt, że niespodziewanie matka przestała znikać nocami wcale zdawał się nie cieszyć Waltera, bo dziewczynka bardziej kochała wolne noce od nieustannej, nieprzerwanej opieki rodzicielki. Od tego momentu nie było już chwil poza „niewolą”. Lea dorastała jednak i nabrała charakteru, bardzo boleśnie przechodząc okres młodzieńczego buntu, zresztą do teraz nie zakończonego.
- Matka wiedziała, że nie popuszczę i trochę ukróciła swoją tyranię, pozwalając mi na odnalezienie wentylu bezpieczeństwa. Znalazłam go w postaci wiary. Nowotestamentowy Bóg wydawał mi się być za równo sprawiedliwy i miłosierny, archetyp ojca, który zapewniał to czego matka nie mogła. Byłam wstanie nagiąć jego wyobrażenie do mojej woli i potrzeb. Niestety romans z wiarą matce się nie spodobał. „Boga nie ma, nie takiego” powiedziała mi kiedyś i to z taką pewnością, że jej uwierzyłam. Przetrwała tylko miłość do muzyki organowej, konsekwencja gramofonowego hobby z wieku dziecięcego. - na twarzy Lei pojawił się sadystyczny uśmiech. - To zajęcie się mamuśce spodobało, co oczywiście skończyło się tym, że naściągała mi nauczycieli z całego RFN i katowała Bachem oraz Beethovenem. Nigdy nie zapomnę jak zdzieliła mnie w ucho, gdy zaczęła źle grać księżycową sonatę. Muzyka, zdawać by się mogło dar po operacji, zbrzydła mi i to bardzo szybko, przynajmniej w tej szlachetnej formie. Kontynuowałam jednak ćwiczenia tylko z socjalnych powodów. Miałam w końcu kontakt z nauczycielami, płci męskiej, o wiele starszymi i imponującymi manierą i życzliwością.

Momentalnie Walter uświadomił sobie, że historia prowadzi do kolejnego punktu przełomowego, a mianowicie desperackiej próby nawiązania relacji z mężczyzną, jakimkolwiek. Emocje wzbudził w nim fakt, że Lea bez większego oporu zaczęła opowiadać o oralnym stosunku z nauczycielem, na którym zresztą przyłapała ją matka. Od tego momentu muzykowania nie było, a niewola wróciła, lecz Lea nie pozwalała sobie na wiele. Uznała się za kobietę, co było dla niej kolejnym stopniem w przejmowaniu kontroli nad swoim życiem.
- Matka strasznie się bała niepożądanej ciąży, miała zresztą trochę rację. Wydaje mi się, że nie zostałam poczęta z „chcenia”. Nie mówię o gwałcie, podejrzewam nawet miłość do ojca, ale ja byłam niepożądana w tej relacji. - spojrzała na Waltera, od seksualnych przygód jej spojrzenia zdawały mu się być wyzywające. - Oczywiście nie przeszkodziło mi to jej zacząć grożenia sądem, nastąpiła przez to liberalizacja „niewoli”, utworzyła się między nami nawet specyficzna relacja, ale ozdobiona murem nie mniejszym od berlińskiego. Za nim kryła się tajemnice: ojca, rodzinnych pieniędzy, nocnych zniknięć.

Okazało się, że mur zresztą stał się dla Lei symbolem bardzo ważnym w jej życiu. Śledztwo trwało. Podsłuchiwała oraz umiejętnie odnajdywała ślady korespondencji, którą matka zapomniała właściwie ukryć. Dziewczyna nauczyła się włamywania do zamkniętych pomieszczeń. Miała już pewność, że matka należy do grupy ze specyficzną hierarchią i dziwnymi relacjami, pełną osób z różnych środowisk. Niektórzy nie mieli prawa mieć żadnych związków z je matką, bo znajdowali się... po drugiej stronie muru.
- Myślałam, że wariuję. To nie miało sensu, podejrzewałam, że matka podsuwa mi fałszywe tropy, ale to w jakiś sposób łączyło się w całość. Próbowałam nawiązać kontakt z lustrzaną rodziną, ale pojawiły się problemy – albo poumierali w dziwnych okolicznościach, albo zdawali się zupełnie nie pamiętać mojej matki, szczerze i nieszczerze, albo zbywali mnie, strasząc karą za niewtykanie nosa w nieswoje sprawy, albo od razu zdradzali mojej matce, że próbowałam nawiązać kontakt.. Wszyscy żyjący wydali mi się dziwni, czasami niebezpieczni i zwyrodniali, ale i niezwykle... doświadczeni przez los, pociągający. To było unikatowe doznanie, nawet jeśli niczego się nie dowiedziałam. No nic. Nie udało się w RFN, to postanowiłam ruszyć do drugiej części kraju, a mianowicie tajemniczego NRD. Tam byłeś ty, przerażający Stalooki czy Blitzkrieg, którego listy do matki wydawały mi się być swoistymi wyznaniami miłosnymi. Niekiedy pisał o tobie, doceniał cię, ale nie znosił do granic możliwości.

Zaśmiała się. Teraz wydała się Walterowi nie mniej szalona od matki przedstawionej w długiej opowieści. Chciała dostać się „do krainy za murem”. Co prawda opamiętała się, ale zaczęła uczestniczyć w manifestacjach politycznych bojówek, które walczyły o jedność Niemiec. Z niebywałą gorliwością i zaciekłością, wyróżniając się na tle rówieśników. Nie chodziło tylko o nadgonienie socjalnych kontaktów, ale i umożliwienie sobie dostępu do osób takich jak Walter. W końcu mur upadł, a Piontka przeraziła myśl, że jego osoba mogła się do tego faktu przyczynić, przynajmniej w jakiś minimalny sposób.
- Raz już podjęłam próbę nawiązania z tobą kontaktu, o czym chyba nie wiesz. Śledziłam cię podczas spaceru, ale okazało się, że nie jedyna, bo moja matka w stroju prostej kobiety podążała za tobą. Tak, zaskoczyło mnie to. Spotkaliśmy się wzrokiem. Liczyłam, że mnie nie pozna. Wymknęłam się i zacząłem biec, gdy wydało mi się, że straciła mnie z oczu, ale okazało się, że nie tylko mnie przejrzała, to jeszcze biega jak Etiopczyk. Uderzyła mnie na środku ulicy i kazała trzymać się od ciebie z daleka. Od tego momentu uznałam, że jesteś jednym z ciekawszych osobowości w NRD, czego żałuje, bo trochę mało ruchliwy jesteś, niebohaterski taki i nie zdążyłam przez to zlokalizować Blitzkriega, skupiając się na śledzeniu ciebie. Zmarł, a testament poszedł w ruch. Resztę już znasz.

Nastąpiła chwila milczenia oraz degustacji kawy. Lea wyrzuciła z siebie wszystko. Kilka łez poleciało z jej jasnobłękitnych oczu. Wydała mu się piękna i ledwo się opanował, aby powstrzymać żądze. Rozwaga powróciła i dostrzegł jej bardziej szaloną stronę, najwyraźniej w wyniku traum, z czym zresztą sama się nie kryła.
- Nie kłamię, nie konfabuluję. Przyznaję, że leczyłam się... na głowę, miałam terapię, ale kto by nie miał po takich przeżyciach jak moje. - wydusiła. - To nie zmienia faktu, że mówię prawdę... choć przyznaję, że dziecięcy umysł mógł różnie interpretować to co widział.

Łyknęła kawy, kończąc i ją, i opowieść.
- Raz wydawało mi się, że kostka z zamkniętego pokoju unosi się. - zaśmiała się, próbując obrócić ewentualnie nieścisłości w żart. - Ta wyobraźnia!

,  dodaj nowy wątek