Oberża pod Rozbrykanym Ogrem

Gry Wyobraźni - "Purgatorium [Gra]"

Aktualnie w Osadzie: Ognisko jest zgaszone.
Osada 'Pazur Behemota' > Gry Wyobraźni > Purgatorium [Gra]
Wędrowiec: zaloguj, wyszukiwarka
,  dodaj nowy wątek
Wiwernus

Wiwernus

14. lipca
Post ID: 83220

Auto wjechało niemal automatycznie na puste, pozbawione aut skrzyżowanie, akurat gdy przyszły zięć zyskał pewność w kontroli pojazdu i to jeszcze przy cichym przyzwoleniu „ojca”. Wtedy właśnie Otto przeszedł dziwny dreszcz. Podrapał się nerwowo i spojrzał na Tahira, a wtedy miał już pewność. Ten wykonał manewr automatycznie, bez wglądu na barwę sygnalizacji, która umknęła również Kamphausenowi. Ręce kierowcy tańczyły na kierownicy, ale głowa skierowana była w kierunku przejścia dla pieszych i ślicznotki próbującej zdążyć przed zmianą świateł na karmazynową czerwień. Młoda piękność prowadziła malca za rączkę, a ten ledwo nadążał, spowalniając ją. Nie pomagało, że przyszło jej targać liczne zakupy. Otto również rzuciła się w oczy jej kształtna sylwetka, przede wszystkim długie i smukłe nogi, kształtna pupa oraz falowane, długie włosy w pięknym odcieniu czerwieni i brązu. Sam na moment uległ pokusie i przez ułamek sekundy spoglądał na jedną z piękniejszych niewiast w swoim życiu. Był jednak mimo wszystko starszy, bardziej obeznany od Tahira i bardziej odpowiedzialny. Szybko odwrócił wzrok. Radiowa reklama zapętlała się coraz bardziej, a do nerwowego tonu melodii dołączył specyficzny dźwięk przypominający świst lub wystrzelony pocisk, oznaka, że chyba oszalał. Wtedy już pozostało mu tylko wykrzyczeć w myślach wszystkie przekleństwa jakie znał i spróbować przejąć kierownicę. Nadim rozbudził się, ale nie za bardzo wiedział co robić. Dodał tylko gazu, ale w porę jego „instruktor” pchnął jego ręce, wpływając na obrót kierownicy, we właściwą stronę zresztą. Przez bicie serca wydawało się, że zdążą minąć dziewczynę z dzieckiem, wtedy też wyjaśniło się pochodzenie dziwnego dźwięku, a z naprzeciwka wyskoczył im frontalnie cytrynowy pocisk.

Auto Kamphausenów było niczym przy sportowym aucie, które sunęło po drodze z zawrotną prędkością, przecząc wszelkim standardom bezpieczeństwa i zdrowego rozsądku. Niemal odczepiało się od drogi. Co bystrzejsi piesi i gapie odskakiwali, ale na reakcję czasu właściwie nie było, a wielkie szczęście mieli ociągający się i zostający z tyłu. Tam było ich więcej, nie tylko dziewczyna i dziecko zauważył mimo powagi sytuacji Otto.

Piękny zielony wóz przybliżył się z niebywałą prędkością, by wbić się w bok pojazdu Kamphausena. Ten ujrzał tylko kątem oka sylwetkę drugiego kierowcy. Wyleciał natychmiast jak szmaciana zabawka wystrzelona z balisty. Odbił się od maski ich pojazdu, a potem zniknął natychmiastowo, zostawiając po sobie tylko czapkę z daszkiem. Cytrynowy pojazd pozostał na swoim miejscu. Wbił się w bok pojazdu, wyłamując drzwi i powodując potężny wstrząs. Otto po raz pierwszy w swoim życiu odczuł tak intensywny ból. Serce niemal stanęło mu w miejscu. Na ułamek sekundy jego jestestwo ograniczyło się do kręgosłupa łamiącego na wiele sposobów, a potem głowy, która z impetem obijała się od schowka pod skośnym kotem, by do niego przylec. Pas na nie wiele się zdawał przy uderzeniu od boku. Kamphausen czuł jak siła uderzenia odpycha go w kierunku Nadima, co zresztą nie było takie złe, bo maska zielonego wozu napierała coraz bardziej, wchodząc niemal do środka, dzięki temu uniknął całkowitego zmiażdżenia. To jednak nie okazało się być zbyt dobre dla samego Tahira, który po silnym wstrząsie i napierającym bezwładnie teściu ograniczył się jedynie do machania kierownicą w każdym możliwym kierunku. Uczepił się jej jak opętany i wydzierał głośno. Na nie wiele się to zdało. Pojazd przez jakiś czas sunął w bok, ale ostatecznie obie siły tak się zrównoważyły, że w końcu oba pojazdy zaczęły zataczać w łuk. Ciemnoskóry może i chciał się uwolnić ze śmiertelnego uścisku z drugim autem, ale tylko doprowadził do tego, że tył pojazdu z impetem uderzył w kobietę z dzieckiem. Otto nie widział momentu zderzenia. Usłyszał jedynie głośny krzyk kobiety oraz dźwięk odbitego ciała, po którym potem przejeżdżają oba auta. Dało się wyczuć nawet lekki podskok, gdy pojazdy przejechały po niej. Nie było to przyjemne odczucie, choć Otto w pierwszej kolejności skupił się na serii wstrząsów i języku, który najwyraźniej sobie przegryzł. Wydało mu się, że wśród krzyków gapiów z ulicy i okien kamienic wyłapał inne krzyki agonii. Nie był też pewny czy przypadkiem nie połamało mu obu nóg. Złapał się w końcu kierownicy i teraz ona stała się całym jego jestestwem. Potem było niemal przyjemnie. Połączone auta zwalniały, by w końcu zatrzymać się na ścianie jednego ze sklepów.

Nadim uderzył głową w szybę. Łuk brwiowy miał przecięty, ledwo kontaktował, ale dyszał głośno, choć jego stan był marny. Źle zapięty pas tylko pogorszył jego stan. Otto niemal leżał oparty o swojego zięcia. Wypluł jednak krew zbierającą się w ustach, a potem podciągał się wsparty o kierownicę. Pozostawały mu tylko drżące ręce. Nóg i kręgosłupa nie czuł. Opuchniętą, oszpeconą twarz ujrzał w odbicie wybitej częściowo od uderzenia szyby. Wyglądał jak śmierć, a wypadek uwypuklał jego starość i słabość. Nie był pewny czy za sekundę nie utraci przytomności i życia, czy jednak po chwili nie wysiądzie z pojazdu, by powrócić do domu, tak jakby wszystko było tylko snem. Oddychał głęboko, jakby każdy łyk powietrza był jego ostatnim. Robił wszystko, aby się nie puścić. Kątem oka ujrzał tylko jak gapie zbierają się wokół wypadku. Ktoś wzywał pomoc, ktoś inny wyzywał przeszkadzających, inni odwracali wzrok dzieci zaciekawionych hukiem, w oknach pojawiła się cała okolica, a kilku kierowców wyskoczyło z aut po tym jak w chaosie ich pojazdy pozderzały się ze sobą, po tym gdy zahamowali znienacka na widok spektakularnego wypadku. Wydawało mu się, że jedna z tych pomniejszych kolizji także była poważna. Zacisnął zęby – choć kilka musiał stracić, gdy bokiem twarzy odbił się od schowka – potem zaś próbował zebrać myśli. Siły go opuszczały.

Staubsauger! Staubsauger! Ooo, Staubsauger! Przeklęte radio dudniło z coraz większą mocą, tak jakby gałka rozkręciła się przy wypadku do maksimum, trącona ręką jego lub Nadima. Potem demoniczny dźwięk ustąpił w końcu, by prezenter ogłosił kolejny wspaniały wieczór. Odpowiedział mu tylko jęk kobiety pod samochodami. Wtedy Otto zaczął tracić zmysły.

Z pobliskiego sklepu wyskoczył sprzedawca i próbował wybić do końca szybę, a potem wyciągnąć przez nią uwięzionych. Jeden bok pojazdu był wbity w ścianę kamienicy, drugi zaś zablokowany przez wbite w niego auto. Jeszcze ktoś inny próbował dostać się przez tyły pojazdu. Potrząsanie sprawiło, że Nadim zwymiotował, także krwią. Ostatecznie nie można było od niego zbyt wiele wymagać. Jego połamane, powykręcane, stłuczone i zmiażdżone ciało częściowo połączyło się z odłamkami szyby, bocznymi drzwiami i ścianą budynku. Więcej było w nim mięsa i krwi niż człowieka, choć o dziwo jego trzewia niczym nie różniły się od tych Otto.

Staubsauger! Staubsauger! Ooo, Staubsauger! Staubsauger! Staubsauger! Staubsauger! Staubsauger! Dudniło mu dalej w głowie. Piekło.

To jednak wciąż był zaledwie zalążek atrakcji jakie szykowało dla niego życie. Najgorsze dopiero się zaczynało.

...

Czuł, że przeżyje, ale obawiał się, gdyż nie wiedział jak.

Van zwalniał bardzo powoli, odwlekając w czasie moment spotkania. Zdawało się, że już się zatrzymał, ale tylko przez moment eksponował swój przód, by powoli zawrócić i obrócić się z nienaganną precyzją. Nazista i tłumacz zawiesili wzrok na tylnych drzwiach ozdobionych graffiti z wizerunkiem psa, z czego ten pierwszy jeszcze wychylił się na moment, sprawdzając zachowanie kierowcy – ten, choć oczywiście dziwnie ubrany, zdawał się być spokojny i opanowany, nie wzbudzając złych odczuć. To na moment go uśpiło, szczególnie w połączeniu z późniejszym spokojem i rutynowym zachowaniem sekciarzy. Gdy drzwi do pokaźnego bagażnika otworzyły się powoli, musiały minąć sekundy za nim zaczęli rozumieć z jaką sytuacją mają do czynienia. We wnętrzu pojazdu ujrzeli ślady krwi i ludzkich wydzielin, świadectwo tego, że van był przenośnym ołtarzem i miejscem tortur. Za sakralny obiekt fanatycy obrali dwie futurystyczne kolumny z nieznanego, połyskującego metalu. Anshelm przywołał z pamięci fragment identycznej konstrukcji ujrzanej na otrzymanym zdjęciu. Nie wykorzystał jednak przewagi pozyskanej nad tłumaczem i nie zastanowił się nad widokiem „trumien”. Najpierw na dwa oddechy zawiesił się na zwłokach Erika. Sinobladego, pozbawionego ręki, naznaczonego śladami tortur i gnijącego wypchnięto, mimo pokaźnych rozmiarów i sztywności, jak szmacianą lalkę. Potem zaś ściśnięci na tyłach bagażnika, w jego ciemnej stronie dziewięciu kultystów wyskoczyło na zewnątrz, a chłodny wiatr podwiewał im szaty. W tym momencie Anshelm bardzo pożałował, że nie ma przy sobie broni palnej. Mógł tylko przyglądać się biernie jak nonszalancko, bez oporów, ale i ze śladem satysfakcji jeden z oprychów podnosi przygotowaną do strzelaniny spluwę, najprawdziwszy karabin szturmowy. Wystrzelił, nie przemęczając się, ledwo podnosząc na odpowiednią wysokość lufę i bez specjalnego mierzenia, posyłając krótką serię przerwaną konsekwencjami odrzutu. Kule przeszły przez ciało jak przez papier, rozbryzgując na grobie i Anshelmie krew, fragmenty kości i narządów wewnętrznych tłumacza. Ten odleciał bezwładnie, zatrzymując się dopiero na pobliskim drzewie. Zsunął się po nim do pozycji siedzącej, zostawiając na korze krwawy ślad. Anshelm wolał obserwować jak pewnie pół tuzina sekciarzy trzyma go na muszce, ale kątem oka ujrzał ogrom obrażeń jakich doznał jego towarzysz. Kule przeszły przez wątrobę, klatkę piersiową, bark, zahaczyły również o twarz i przerwały rdzeń kręgowy, nie dając Sorenowi żadnych szans na przeżycie. Wił się w ostatnich konwulsjach ze śladową świadomością, która pozwoliła mu w ostatnich kilkunastu sekundach podsumować utracone życie, na szczęście ze śladem zrozumienia z czyjej ręki przyszło mu zginąć i w jakich okolicznościach.
- Nie powinieneś tego robić ot tak, z miejsca, winnyśmy byli mu ogłosić wyrok i dać kilka wskazówek. - warknął jeden z sekciarzy do drugiego, wykonując kilka kroków. Nadepnął ciężkim butem na głowę Erika i nie wiele sobie z tego faktu zrobił.
- Zasłużył, jak żadna z naszych ofiar.
- Wytłumaczysz się Amfie osobiście. - odparł „lider” i zawiesił wzrok na Anshelmie, którego wciąż trzymano na muszce. Rozpoczął z nim wyjątkowo krótką konwersację. Czterech jego kompanów wciąż mierzyło do nazisty. Pozostała czwórka podzieliła się na dwie pary. Pierwsza ruszyła do ciała tłumacza, druga podzieliła się obowiązkami w następujący sposób – pierwszy otwierał trumny, drugi zaś rozpoczął modły i wymachiwał kadzielnicą. Kierowca pozostał na swoim stanowisku, pochłonięty grzebaniem przy radiostacji. - Obserwowaliśmy cię od dawna, zawsze jednak bagatelizując twoje grzechy. Potem jednak zaczęła się literacka ofensywa, a gdy wyszło na jaw, że twoi kompani utrzymują kontakt z tym – wskazał na zwłoki tłumacza – innowiercą, Amfa uznała, że musisz pójść śladami ojca. Jaką lekcję z tego wyniesiesz, twoja sprawa, niech się dzieje wola Psa. Za nim wykonam wyrok chciałbym tylko ogłosić oficjalnie, że za akty rozboju, propagandę ideologiczną na rzecz upadłej III Rzeszy, strzelaniny i herezję zostajesz skazany na śmierć. Życzę ci szczęścia w pokojach przemiany. Przestrzegaj Psich Zasad, działaj zgodnie ze swoją wolą i nie wątp w instrukcje Pana. Wypowiedz ostatnie słowa, a dokona się, synu.

...

- W niebie. I przede wszystkim piekle, choć nie wiem czy akurat trafiłem *bzz* do mojego. Słu*...*

Potem nagła cisza poprzedzana krótkim sygnałem dźwiękowym. Przerwane połączenie wprawiło mechanika w przeraźliwy niepokój, ale w końcu brat wrócił na łączę, choć dało się usłyszeć tylko jego szloch i bełkot oraz dźwięk wyrywanej słuchawki. W postacie tle rozpoczęły walkę o telefon i po chwili absolutnego chaosu wyłonił się zwycięzca. Jego z pewnością Jorg się nie spodziewał.

- Alois Ferenz przy telefonie, moje serdeczne us*szzzz*anowanie. Zagramy w grę, na wyjątkowo psich zasadach. Mamy tylko minutę. - jego glos przeszył mechanika aż do kości. Zniekształcony przypominał nonszalancki, pełen gracji pomruk samego szatana. Od tego momentu mówił już tylko potokiem słów, choć z perfekcyjną dykcją i zaskakująco zrozumiałych. Nawet rwący sygnał zdawał się być mniej uciążliwy. - Wybrałem cię, bo do pieniędzy przecież nie zadzwonię. Ale mam też inne powody. Po pierwsze, ten kryjący się *...* ścianą śmieć chciałby mnie z pewnością zmusić do *zzz* win i przeprosin, niech wie, że *szzzz* nie ugnę, choćby skały srały. Po drugie, jeśli coś go przekona, aby dał mi spokój, to może być to tylko i wyłącznie wybaczenie. Ogłoś, wszem i wobec, że wybaczasz mi wszystko i błogosławisz mi, tak jak tylko błogosławić można mordercy rodziny.

Im pewniej mówił, tym czystszy był sygnał. Albo ucho mechanika przyzwyczaiło się do hałasu.

...

Grymas na twarzy Ley rozczulił staruszka, wspominał go do samej śmierci. Zmarszczyła brwi i odwróciła się, tyłem wchodząc na jezdnię. Ręką próbowała przyciągnąć Waltera do siebie, ale zrezygnowała niemal natychmiast, czując jego upór. Był gotowy nie tylko odłożyć spotkanie z rodziną wilka w czasie, co nawet nigdy się go nie podjąć. Spojrzała na niego z wyrzutem.
- Najpierw dajesz mi kawałek wolności, a teraz chcesz mi go zabrać? Nie matkuj mi!

Z wyzywającym uśmiechem zrobiła jeszcze kolejne kilka kroków i wróciła do właściwej pozycji, obracając się. Jej kroki były szybkie i prawie zrównała się z atrakcyjną dziewczyną z malcem pod ręką, której najwyraźniej śpieszyło się, szczególnie z niesfornym malcem. Lea zatrzymała się niemal natychmiast, wyczuwając, że coś jest nie tak. Walter jako pierwszy, wśród wszystkich przechodniów - kilku nagle zdążyło dobiec do przejścia, licząc, że zdążą przed powrotem czerwonego, choć nie wszyscy wbiegli na jezdnię – zauważył pojazd Kamphausenów. Ciało przeszyło dreszcz.

Kątem oka zauważył jak bardzo uwagę ciemnoskórego kierowcy oraz siedzącego obok niego staruszka pochłonęła atrakcyjna piękność, choć początkowo nie zrozumiał, że nie chodziło o jego „córkę”. Ze zmrużonymi oczami obserwował jak jego rówieśnik sprawnie zapobiega potrąceniu dziewczyny z dzieckiem, zmieniając minimalnie kierunek jazdy. Na moment wszystko wokół zamilkło, by nagle z zupełnie innej strony rozległ się ryk silnika, a cytrynowy pojazd wyskoczył, by wbić się w pojazd, na milimetry przed ciałem dziewczyny. Następne sekundy nie były dla Piontka zrozumiałe, prawdopodobnie pojazdy połączyły się, a brak kontroli kierowcy i jego niedoświadczenie sprawiły, że stalowa bryła z dwóch maszyn obróciła się, boleśnie uderzając kobietę, a następnie wciągając ją pod koła. Śmieć na miejscu, poprzedzona agonią. Potem zaś Déjà vu. Najwyraźniej dla odmienionego Waltera widok brutalnego zgonu, choć niekoniecznie przyjemnego, musiał być chlebem powszednim. Zachował zimną krew. Wystarczającą, by ruszyć w kierunki „córki”, która znalazła się w zasięgu obracającej maszyny. Była o włos od uniknięcia obrażeń, ale jednak stal dosięgła ją, boleśnie raniąc i niefortunnie odpychając. Upadła na ziemię z bolesnym trzaskiem. Jej głowa zalała się krwią. Przybliżył się błyskawicznie i wiedział, że jej mózg z pewnością musi być poobijany. Wszyscy wokół krzyczeli, dwie maszyny zatrzymały się na ścianie budynku, ktoś próbował wyciągnąć uwięzionych w pojazdach rannych, gdzieś z tyłu kilka aut zahamowało gwałtownie, wpadając na siebie. Seria wyjątkowo niefortunnych zdarzeń. I wtedy zrozumiał.

Podejmując decyzję, uchronił się przed kalectwem lub śmiercią. Nie wiedział jednak czy godząc się jednak nie ruszyłby wraz z Leą wolniej, pozwalając im się uchronić przed wypadkiem.

Podniósł głowę i ujrzał księżyc w pełni. Natchnęło go. Czuł, że można uratować córkę, choć za straszliwą cenę. Nie miał jednak pojęcia jak i mógł zdać się tylko na instynkt. Powoli wracała do niego normalność i przeciętność, pozwalając spojrzeć na sytuację bez mistycznej otoczki.

Malec jakby ulotnił się z jego percepcji i pamięci.

Fimrys

Fimrys

15. lipca
Post ID: 83221

"Albo mi się uda, albo to już koniec"

Kiedy van się zatrzymywał Søren dokonywał krótkiej kalkulacji swych doczesnych dokonać. Zostawił dobry dorobek, z tego był dumny. Stworzył zintegrowaną wewnętrznie społeczność z mistyczno-filozoficznym systemem wartości. Na wspomnienie szarych mieszczan tkwiących po śmierć w biurach, ludzi staczających się na dno alkoholowej bądź narkotykowej choroby, pseudotwardzieli ginących w głupich bijatykach lub gnijących w więzieniach, czuł się dowartościowany. w dodatku wiara utwardzała go w momencie próby, gdyż wiedział o rozpoczęciu pewnego procesu. Wierzył, że Bracia i Siostry Abbadona będą dalej funkcjonować po jego zniknięciu, ale troszkę obawiał się, że dziwni kultyści mogą ich wytropić jak jego. Nagle ziemski świat wydał my się błahy - "Vanitas vanitatum et omnia vanitas", jak mawia pismo. Wszystkie jego prozaiczne czynności codzienne, dążenia do zysku, obserwacje socjologiczne, wszystkie czynności społeczeństwa, pragmatyzm Anshelma, i w końcu głupota rodzaju ludzkiego wydały mu się marnością wobec ostateczności. W tym momencie jak nigdy poczuł, że nadchodzi czas, studnia otchłani się otwiera i przychodzi pan zarazy, jedyny zbawca ludzkiego rodzaju. Wyobraził sobie po raz któryś już nową formę człowieka, czystą od obecnych przywar i nawet pozwolił sobie na lekki uśmiech, gdyż wszelkie tendencje regresyjne głupców nie są w stanie powstrzymać wspaniałego procesu oczyszczenia, ponieważ są jedynie marnością. Kiedy otworzyło się wnętrze pojazdu i ujrzał krew oraz zmasakrowane ciało odczuł jedynie pogardę i całe starania sekty wydały mu się wręcz śmieszne. Przyrównywał ich w myślach do małego dziecka próbującego uderzeniami rączek, tupaniem nóżek i płaczem powstrzymać hardo postępującego spiżowego kolosa.

"Jeszcze będziecie się dławić własną krwią"

Szaleństwo postępowało, oczy dziwnie mu rozbłysły. Poczuł natchnienie, podobne do tego jakiego doznawał podczas pracy pisarskiej bądź wygłaszania swej sekcie kazania. Wstępował weń szał wiary i gdyby właściciele vana dali mu szansę, z pewnością wygłosiłby im pełne mocy i potępienia kazanie.

Ale szansy takowej nie dostał.

Już cisnęły mu się na usta słowa:

"Nie jesteście w stanie powstrzymać Abbadona!"

Zostały one jednak zahamowane przy bezpośredniej konfrontacji z drzewem i wieloma pociskami. Z początku zarówno jego ciało jak i umysł przeszło absolutne zdziwienie, ale potem zostało zastąpione krótkim spazmem bólu. Zdał sobie sprawę, że to już koniec, Kyrie eleison. Kule całkowicie zniszczyły jego ukochany płaszcz i znajdujące się w kieszeniach drobiazgi, wraz z szałwią do nalewki a jedna nawet strąciła mu z głowy wyblakły kapelusz. Kolejny pocisk całkowicie zniszczył bezcenny srebrny medalion z pentagramem, roztrzaskując go na kawałki i wszystko obryzgując krwią. Z początku przestał czuć w ciele jakiekolwiek bodźce. Przed oczami miał ostatnią wizję, znów na omglonym wzgórzu. Ale mgła w szaleńczym wirze zasłoniła wszystko ciemnością i przestał widzieć, a jego oczy pozostały wpatrzone w niebo z szaleńczym błyskiem. Jego ostatnie głębokie tchnienie rozeszło się niczym upragniona przezeń zaraza, a szaleńcza muzyka osiągnąwszy swe apogeum w umyśle zamilkła.

A gdy Baranek zdjął siódmą pieczęć nastało na niebie milczenie jakby na pół godziny.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

16. lipca
Post ID: 83223

Oszukali mnie. To już koniec.
Anshelm wiedział, że tym razem się nie wywinie. Nie czuł strachu. Czuł dumę z tego, że dobrze spełnił swoją rolę na ziemi i żal. Żałował, że lepiej nie zdążył zwiedzić świata. Jego życie w znacznej większości ograniczało się do Berlina. Dalekie podróże odkładał na starość, a teraz okazało się, że nie doczeka starości.
Co go czeka po drugiej stronie?
Nigdy się nad tym nie zastanawiał. Wychowanie w duchu nazistowskim nie sprzyjało religijności.
„Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju.”
Zaraz się przekonamy.

Anshelm spróbował zacisnąć pięści i zauważył, że przecież ma ukryty w dłoni sztylet. Zupełnie o tym zapomniał. Nie dałby rady nikogo zadźgać, za nim go zastrzelą. Ale mógł rzucić. Potrafił rzucać nożami i całkiem dobrze mu to wychodziło. Teraz będzie musiał wykorzystać tę umiejętność po raz ostatni. W sumie będzie to ostatnia umiejętność, jaką wykorzysta. Wykonał trzy głębokie, medytacyjne oddechy, żeby przegnać drżenie rąk, które mogło negatywnie wpłynąć na trajektorię lotu sztyletu.
- Meine Ehre heißt Treue. – Powiedział, odginając prawą rękę do tyłu i wypinając pierś. Z punktu widzenia sekciarzy postawa ta mogła wyglądać na pokaz dumy i odwagi w oblicz śmierci. W rzeczywistości jednak Anshelm szykował się do rzutu.
Napiął mięśnie niczym cięciwę łuku i wyrzucił rękę do przodu, ciskając ojcowskim kordzikiem w stojącego naprzeciwko lidera grupy. Celował w gardło. Wraz z ruchem ręki przymknął powieki, gotowy na śmierć.

Wiwernus

Wiwernus

16. lipca
Post ID: 83225

Pierwszy na druga stronę przeszedł Kürenberger. Wsparty o drzewo zsunął się, by umrzeć ostatecznie w pozycji leżącej. Jego ostatnie myśli krążyły wokół oczyszczenia, marności błahych spraw oraz prześmiewczej litości do godnych pożałowania fanatyków. Ostatni obraz jego myśli przygasł, przysłonięty mgłą i ciemnością.

Drugim był Vollblüter – z poczuciem żalu związaną z odwleczeniem zwiedzenia świata, ale dumą z dobrze wypełnionego obowiązku. Ostatnimi słowami doprowadził najważniejszego z obecnych sekciarzy do niemej furii, choć nie w sposób, który zasygnalizowałby im niebezpieczeństwo, bardziej pychę i przywiązanie do grzechu. Potem cisnął sztyletem po trzech oddechach, które tchnęły w niego poczucie bycia żywym, tak intensywne jak nigdy dotąd.

Rzut na akcję: Ostatnia walka – rzut sztyletem
Modyfikatory Pierwszorzędne: Zręczność (+1), Siła (0), Siła Woli (+1)
Wyniki: 7; 3; 5 -> 8; 3; 6 (po modyfikatorze) + 0,1 (bonus za opis) -> 17,1 / 3 -> 5,7 -> Większościowe Powodzenie!

Wyrzucił broń tak szybko, że nie pozostawił żadnego czasu na reakcję, przy czym bez mierzenia nakierował ostrze idealnie w kierunku gardła, dzięki przyjęciu nienagannej pozycji i opanowaniu. Kiedy sztylet leciał w kierunku swojego celu uświadomił sobie, że jest niesamowicie spokojny, może nawet za bardzo, bo nie włożył w atak siły, która mogła wystarczyć. Na szczęście minimalny błąd tylko przyniósł mu radość, bo dzięki niemu kapłan nie zmarł od razu, lecz musiał namęczyć się z paskudnym bólem i fałszywą nadzieją, że zdoła wyjąć ostrze głęboko zatopione w krtani.

W ostatnich sekundach Anshelm uświadomił sobie, że nikt nie spodziewał się tak śmiałego oporu i gdyby wcześniej rozważył dalsze posunięcia, to może byłby wstanie dobiec jeszcze jednego z dwóch fanatyków przybliżających się do zwłok tłumacza. Miał jednak powód do dumy, bo jego śmierć była niemal bezbolesna i osłodził go widok ostatnich konwulsji fanatyka. Zadowolił oczy jego męką, a potem ze spokojem przyjął wyprowadzone z kilku karabinów jednocześnie serie. Przeszyły go tak błyskawicznie, że poczuł tylko łaskotanie, przyjemność w porównaniu do feralnej strzelaniny, która naznaczyła go bliznami. Za nim jego postrzępione bebechy spadły na ziemię, już nie żył.

Po tym już nikt się nie modlił, jedynie wrzucano zwłoki do ciemnych wnętrz szklanych trumien, rozważając co zrobić z feralnie zmarłym kapłanem.

...

Purgatorium

Pokój Narodzin

Zmarł w ciemności, czując paskudną woń spalenizny i w atmosferze naukowego skupienia, czasem tylko przerywanej rozbłyskami świateł, niepewnością oprawczyni oraz własnymi krzykami. Ze śmierci płynnie przeszedł do drugiego żywota, choć uświadomił to sobie dopiero, gdy zauważył, że nie tylko rozważa wszystko co się zdarzyło, lecz także odruchowo, kierowany pierwotnym instynktem czołga się, pełza i sunie przez skręcony tunel. Miał i myśli, i ciało.

Łatwiejsze, długie odcinki przeplatały się z krętymi wzniesieniami po ciasnych ścieżkach, które musiał rozciągać własnymi rękami, niemal rozrywać, doprowadzając je do krwawienia. Czuł się jak szczur w kanalizacji lub ślimak pełzający po dnie oceanu, z czasem jednak zyskując na siłach i umysłowej świadomości pozwalającej przedrzeć się przez labirynt organicznych rur. Poziom trudności rósł, napotykał się na bruzdy, cysty, fałdy, ropnie, krew zbierającą w pulsujących bąblach, czasem jego brzuch drażnił dotyk postrzępionych kości i kwasów żołądkowych, przywykł jednak i nawet poczuł się w nowej rzeczywistości jak w domu, a wraz z tą świadomością wszystko wydało mu się łatwiejsze. Nie było już ślepych zaułków, nie natykał się na rozdroża i labirynty, w których mógł tylko kierować się wzmocnionym węchem i orientując w przestrzeni przez dźwięk bijącego serca enigmatycznego bytu. Nawet ściany tunelu zrobiły się w jednym momencie tak szerokie, że mógł przyjąć pozycję siedzącą i wyciągnąć ramiona, a wciąż pozostałoby mu kilka centymetrów zapasu. Absolutna ciemność zaczęła ustępować delikatnej czerwieni i brązom wnętrzności, pozwalając dostrzec żyjący tu ekosystem oraz własne, pełne fałd, błon oraz powłok ciało, które nieustannie się zmieniało i pulsowało. Wiedziony jasnym światłem na końcu tunelu dotarł do miejsca swego przeznaczenia.

...

Wyszedł z dziury niemal z gracją, potem jednak opadł bezwładnie na plecy i leżał długo, oddychając intensywnie, choć z niebywałą lekkością. Mrowiło mu całe ciało. Początkowo brał ten stan za efekt przemęczenia i oślepienia światłem, dopiero potem jednak zrozumiał, że mimowolne podniecenie utrzymuje się, a oprócz tego dochodzi mu synestezja. Barwy przeplatały się z kolorami, dźwięki z zapachami, a te ostatnie ze smakami. Im więcej zmysłów miał, tym więcej robiło się między nimi więcej związków, niemal wykładniczo wzmacniając ich potencjał, choć Coldberg był wyłącznie przytłumiony i oszołomiony, ledwo z nich korzystając. Spróbował wykryć czy w nie ma przypadkiem jakiś nowych zdolności percepcji, a wtedy jakby pod dyktando jego myśli odkrył, że całkiem możliwe, choć nie był w stanie się nimi posłużyć. Powtórzył manewr, ale tym razem próbując poszerzyć horyzonty myślowe i emocjonalne, z pozytywnym efektem. Mimo dogłębnego oszołomienia własną, niespodziewaną śmiercią i wyczerpaniem, rozumiał już, że wszystko wokół jest intensywniejsze, każdy oddech wydawał mu się odpowiadać setce za życia, a każde mgliste wspomnienie czynu popełnionego w pokoju było klarowniejsze niż największe z przeżyć w Berlinie. Spojrzał na swoje ciało, uświadamiając sobie, że pośmiertne mimo wszystko jest identyczne z jego ziemskim. Podniósł się powoli i rozejrzał po pokoju.

Konsekwentnie utrzymany w ciemnych i gustownych brązach, uspokajających zieleniach, seksualnych czerwieniach i oślepiającym złocie zachwycał konsekwencją. Błyskawicznie dostrzegł w każdym detalu, odległości przedmiotów i mebli, kompozycji barw idealne proporcje i wzorce, nie przeoczając iście barokowego przepychu, choć dopiero po chwili zrozumiał, że w niemal gargantuicznej formie. Pierwszym wrażeniem nie było więc przebywanie w enigmatycznej komnacie zamkowej, bardziej ekskluzywnym salonie, choć odnalazł także elementy, które w oczach innych mogłyby dawać przesłanki, że pokój jest pomieszczeniem w galerii sztuki, zamtuzem lub świątynią. Spróbował ocenić jak duży jest pokój, ale nie był jeszcze wstanie, bo odległość ścian wydłużała się i skracały w zależności od jego skupienia. Ruszył na obchód, próbując zapoznać się ze wszystkimi elementami pomieszczenia.

Podłoga z drewnianych paneli, jasnokremowych i odbijających światło świec żyrandoli zawieszonych na suficie. Wszędzie wokół rozsianych pełno staromodnych mebli o tygrysiej barwie, z czerwienią, czernią i brązami układającymi się w kompozycje zmyślnych pasów. Krzesła gustowne, z pięknymi zawijasami oparć i zdobieniami, oparcia obszyte karmazynowym futrem, podobnie w przypadku przytulnych foteli o niebywałej miękkości. Szafy i gabloty przejrzyste dzięki kolorowym szkłom, przez które przypominały wystawy tematyczne różnych przedmiotów – od najdroższych alkoholi, kosztowności, przedmioty kolekcjonerskie, przez relikwie i przedmioty z antyku ze wszystkich stron świata, aż po wystawy narkotycznych substancji, po które tylko można było sięgnąć. Zwrócił wzrok na ściany. Wtedy ukazało mu się bogactwo pokazowych zbroi; łowieckie trofea w postaci łbów i głów; wypchanych ciał niezwykłych istot; sugestywne i dwuznaczne obrazy ukazujące wojny, orgie, rytuały, spiski i emocje w najczystszej postaci; z czasem także piękno zielonych paproci o intensywnym zapachu i zmyślnie skonstruowane akwaria, w którego jasnych wodach swoim życiem zajmowały się kolorowe rybki. Zatrzymał się przy jednym z obrazów, dostrzegając w nim styl Boscha i nabierając przeświadczenia, że ma do czynienia z jednym z jego zaginionych dzieł. Dalsze obserwacje tylko upewniły go, że wszędzie pełno jest bezcennych, niedostępnych dla świata przedmiotów, ale i skradzione dzieła literatury. Przytłoczyło go, więc zasiadł na fotelu. Wpatrywał się przez moment na pokaźną biblioteczkę, potem zaś dwa najważniejsze elementy pokoju, które w dziwny sposób mu umknęły – łono, sześć drzwi oraz suto zastawiony stół na podwyższeniu pod kominkiem i w otoczeniu zielonych paproci.

Łono musiało umknąć mu zaraz po tym, gdy się z niego wygrzebał, pewnie przez fakt, że uspokoiło się i przestało pulsować, teraz tylko drżąc i czasem wydając charakterystyczne pomruki. Zawęziło swój otwór, choć jeszcze przed chwilą zmieściłoby dorosłego człowieka, teraz ledwo zatopiłby w nim pięść. Wrócił do jego obserwacji dopiero po tym, gdy dokładnie zbadał zawartość suto zastawionego stołu. Takiego bogactwa egzotycznych dań nie widział nigdy, a jego ilość oraz zastawy ze zdobionej porcelany i złota upewniły go, że ktoś szykował ucztę dla większej ilości gości niż Mathias, coś przy czym przyjęcia jego ojca były dziecinną igraszką. Spojrzał na zegary, ale nie wierzył w ich skuteczność mierzenia czasu, a na dalsze czekanie nie miał cierpliwości – czasu już jak najbardziej. Postanowił sprawdzić co jest poza pokojem.

Zatopił palec w bitej śmietanie i oblizał go delikatnie w ramach szybkiego posiłku, prawie ścięło go z nóg, rozkosz miała wymiar niemal seksualny, choć nie miał pewności czy wynikało to z molekularnej kompozycji dania czy odmienionego ciała spożywającego. Podszedł do jednych z czterech drzwi, pozostałych dwóch umieszczonych nie brał pod uwagę – umieszczone na suficie było niedostępne, zaś te w podłodze, bardziej przypominające klapę, wywoływało dziwny niepokój. Najpierw spojrzał na piękne zdobienia. Drewno było inne, nie z tygrysiej odmiany, lecz przeplatało biel i czerń jak ying i yang. Klamka była ukształtowana na wzór złotej czaszki, ruszała mimowolnie szczęką i wodziła za nim wzrokiem czerwonym światłem w oczodołach. Próbował ją złapać, ale wtedy rozbłysła fioletowym światłem, którego delikatna poświata musiała mu umknąć. Cofnął się mimowolnie, natychmiastowo i nie miał zamiaru wrócić – ból nie miał wymiaru fizycznego, lecz był manifestacją wszystkich jego lęków i traum, które nękały go aż do momentu puszczenia. Niezależnie jakby się zaparł, nie byłby zdolny ich otworzyć. Spojrzał na pozostałe drzwi. Każde inne. Wtedy po raz pierwszy wydało mu się, że łono rozszerza się. Przetarł oczy i ruszył do wielkiej szafy, bo właśnie zauważył ślad bitej śmietany na sobie.

Po śmierci odrodził się w ubraniu, tym samym jakie miał przy śmierci. Teraz zatopiony wśród fraków, futer, marynarek, kamizelek i skór z wiktoriańskich epok mógł zmienić swoją prezencję. Szybko jednak wyskoczył z tygrysiego mebla, gdy usłyszał dźwięk spuszczanego powietrza, a potem odgłos przypominający wybuch gazów jelitowych. Spojrzał na łono, a to rozrastało się, wytapiając z siebie tłuszcz, pulsując i wydając kolejne odgłosy. W tym momencie barokowy pokój wydał mu się bardziej żywym organizmem, biologiczną klatką niż martwym pomieszzeniem. Postacie na obrazach zawiesiły wzrok na łonie, świece przygasły, a rośliny w reakcji na półmrok zmieniły kształt i wydały piękne kwiaty. Obserwował powtórne narodziny i był to widok piękny. Najpierw dłoń wyrwała się z łona, potem zaś smukła postać rozszerzyła je i resztką sił wspięła się, by opaść na brzuch. Ogień w kominku buchnął wszystkimi kolorami tęczy, świece rozbłysły, obrazy wróciły do normalności, a klawesyn zaczął grać samoistnie. Wszystko wróciło do normalności. Mathias musiał zastanowić się czy podobny spektakl nie umknął mu, gdy sam nie rodził się na nowo.

Podszedł do kobiety. Sylwetka kształtna, z wzorcowymi proporcjami, wysoka i z długimi nogami, przy czym szczupła. Dłonie delikatne, z długimi palcami; wypięta pupa kształtna; włosy w barwie miedzy czerwienią i brązem, długie i piękne. Twarz skierowana ku panelom była zasłonięta, ujrzał ją dopiero po tym, gdy obróciła się na bok. Okazała się mieć kształt serca. Oczy jasne i niewinne, niemal krowie; usta małe i soczyste; nos krótki i kształtny. W połączeniu z miłą dla oka sukienką młoda dziewczyna – możliwe, że rówieśniczka Mathiasa – wydawała się być cudem natury, a w nowym ciele wzbudzała żądze niemal absolutne u każdej męskiej istoty. Wymienili się spojrzeniami i choć prawdopodobnie nie była słaba na umyśle, może nawet inteligentna, to nie było mowy z nią o żadnym kontakcie. Coldberg był tylko pewny co do jej specyficznego akcentu i nie mniej traumatycznej od niego śmierci, nie znał jednak żadnych szczegółów. Dziewczyna najpierw rzuciła się na poszukiwanie zaginionego brata, potem zaś skuliła się pod jednym z foteli i płakała, nie zwracając zupełnie uwagi na liczne cuda pokoju i rzadkie dobra dostępne na wyciągnięcie ręki. Tylko raz spróbowała wydostać się przez jedne z drzwi, poddała się niemal natychmiast, choć zaskakując Mathiasa w aż dwu i półsekundowym oporze trzymania klamki.

Zamknięte łono otworzyło się raz jeszcze, wzbogacając towarzystwo o niskiego, niezwykle drobnego blondyna w okularach. Początkowo również nie było z nim kontaktu, jąkał się i nie mógł dobrać odpowiednich słów na pytanie o swoją śmierć, zmieniając ciągle wersje, ale w końcu wydukał, że „utopił się przypadkiem i jakoś tak wyszło”, dowodząc, że nawet we wrześniu jeziorka pod Berlinem mają swoich amatorów. Potem, zaskakująco rzeczowo, zaczął dopytywać jaka jest godzina i czy wszyscy zmarli tego samego dnia. Ujście dla stresu znalazł w grze na klawesynie, podatnym jego palcom i woli. Następne akty narodzin dla Mathiasa powszechniały, choć różniły je krótsze interwały.

Czwartym był osobnik o stalowych oczach, przy którym niewysoki Herman wydawał się być malcem. Lewa część twarzy obwisła mu i naznaczona była paskudnymi bliznami, które tak dobrze wychwyciły nowe oczy Coldberga. Jego pokaźne, choć już starsze ciało ozdobił gustowny płaszcz. Anshelm wydawał mu się być o wiele bardziej opanowany od pozostałych zmarłych i w tym elemencie górował nawet nad Mathiasem. Widać było w jego zimnym spojrzeniu z jaką wnikliwością wodzi po cudach zamkniętego pokoju. Naziście ten przypominał łowiecki salon, a także gotyckie zamczysko, choć również nie umknęły mu mistyczne elementy, dzieła sztuki z niemieckiej (i nie tylko) kultury oraz łoża z baldachimami przywodzące na myśl ekskluzywny zamtuz. Niemiecki tak tylko mógł określić w myślach tak pięknie uporządkowanych w tym chaosie pokój, choć elementy orientalne i egzotyczne przywodziły mu na myśl Indie, w mniejszym stopniu Tybet. Jego widok ukoił go po tym jak musiała rękami wydzierać sobie drogę przez ciasne tunele, a kolejne przejścia zamykały mu się i zrastały. Jeszcze niedawno trzy ostatnie oddechy były dla niego cudowne, tutaj jeden był wspanialszy czterokrotnie.

Zaraz po nim wyłonił się Kürenberger, którego pierwszym widokiem był Herman w całkowitym skupieniu sunący po klawesynie, ogrywający w improwizowany sposób Ivesa i to w sposób tak barwny, czysty i zmyślny, że aż mu zaparło dech. Długo zajęło mu odwrócenie uwagi od młodzieńca i dopiero po chwili zorientował się, że piękny pokój nie jest wizualizacją przy słuchanej muzyce i dzieli go z młodym mężczyzną z wyższych sfer, rozpłakaną pięknością i Anshelmem, a grający istnieje naprawdę. Na moment zapomniał o tym, że dopiero co przedarł się przez zamglone, drżące jak zawieszone w próżni kołyszące mosty tunele.

Xelacient

Xelacient

17. lipca
Post ID: 83229

Otto zamrugał oczami, w obecnym stanie nawet tak banalną czynność wykonywał z trudem. Dotąd wszystko co robił, było odruchowe… kierowane instynktem nabytym przez kilkadziesiąt lat jeżdżenia samochodami. Dopiero teraz miał czas na zebranie myśli i zrozumienie co właściwie się stało.

Nawet jeśli tego czasu zostało mu nie wiele.
„To wszystko przez tego araba!” Pomyślał obracając głową w jego stronę, przez ten jeden ruch jego ciało (przynajmniej tą część, którą czuł) zalała fala nowego bólu. Ból ograniczał percepcję, sprawiał, że Otto przestało obchodzić co się wokół dzieje. Był tylko on i jego niedoszły zięć, Tahir. Przeklęty arab, który chyba był bardziej zmasakrowany niż sam Der Chemiker . Paradoksalnie ten widok pokrzepił starego Kamphausena, w takim stanie nie był już zdolny do bałamucenia jego córki. Zatem zgodnie z ukrytymi pragnieniami Otto sprawa niechcianego zięcia sama się rozwiązała!
Chociaż nie, jego córka była już z nim w ciąży. Istniało ryzyko, że i tak będzie chciała z nim zostać.
A gdyby go tak dobić? Poderżnąć gardło kawałkiem szkła? Uratowałby jedno ze swoich dzieci przed marnym losem!
Prędzej zabije araba, niż powie córce, że nie powinna spotykać się z kimś takim, logiczne, prawda?

Zamrugał oczami jeszcze raz i przesunął gałkami ocznymi. Ujrzał maskę samochodu, wciąż była na nim czapka z daszkiem, „pamiątka” po drugim kierowcy, winowajcy karambolu... winowajcy tego wszystkiego. Gdy Kamphausen sobie o nim przypomniał to od razu opuścił go gniew na araba, a nawet się uspokoił. Wszystko było logiczne i sprawiedliwie, tak jak lubił. Kierowca przekroczył prędkość, kierowca spowodował wypadek, kierowca zginął na miejscu (bo w jego zgon po takim wyskoku nie budził wątpliwości). Wszystko zaczynało układać się jak na diagramie. Przekroczenie norm, awaria, jej skutek i faza usuwania szkód. Jeśli agonalny ból przebudził w inżynierze Kamphausenie jakąś część jego osobowości do której nawet sam przed sobą się nie przyznawał to ta właśnie zaczęła się z powrotem osuwać w odmęty jego podświadomości. Jego umysł wskoczył na dobrze znany sobie tok rozumowania. Teraz już Otto mógł robić to w czym był najlepszy, odtwarzać posiadaną wiedzę. Co robimy gdy zdarzy się katastrofa? Ano postępujemy wedle odpowiednich instrukcji! Co prawda jako poszkodowany Otto nie miał zbytniego pola manewru. Był połamany, obity, poraniony i zakleszczony, ale właśnie znalazł sobie coś na czym mógł się skupić. Selekcjonowanie informacji zajęło gna tyle, że wręcz zapomniał o bólu.
- Nie wyciągać wbitych w ciało elementów, bo to spowoduje krwawienie – rzekł do siebie niewyraźnie, minimalnie ruszył przy tym szczęką, ale ból powrócił z nową siłą, skrzywił się, ale spróbował mówić głośniej, ale od bólu, aż go zamroczyło, wyjące radio nie poprawiało sytuacji.
Dlatego też Otto podjął tytaniczny wysiłek. Używając wolnej ręki spróbował sięgnąć radia, by je wyłączyć, lub chociaż ściszyć. Wtedy będzie mógł powiedzieć tym dobijających się do nich ludziom, żeby nie próbowali ich wyciągać przez szyby, bo to tylko pogorszy sytuację. Tylko, żeby ten sklepikarz i ten gość z tyłu zawiadomili odpowiednie służby, które już wyciągną wszystkich jak trzeba, po kolei.
Nawet minimalne poruszanie się wywoływało falę przejmującego bólu, ale Der Chemiker się nie poddawał. Jeśli ma umrzeć to ma się to stać w ciszy!

Fimrys

Fimrys

18. lipca
Post ID: 83231

Filozof pamięta brodzenie w ściśle otaczającego go mrocznej mgle. Nie potrafił określić, czy znajduje się w materialnym świecie, czy znów w kolejnej sennej wizji, gdyż czuł się zanurzony w obydwie naraz. Czuł dziwaczne podłoże i przeszkody, ale coś ponadzmysłowego kierowało go naprzód w swoistym labiryncie, aż w końcu mroki wypluły go na światło i mgła przesłaniają umysł zaczęła powoli się rozwiewać. Kiedy poczuł przestrzeń i twardy grunt pod sobą rozłożył się na plecach i zaczął szeptać. Z początku cicho, ledwie słyszał własny głos w ogólnym szumie jaki zastał w pomieszczeniu, jednakże z rosnącą głośnością. Pławiąc się błogością każdego oddechu, bełkotał znane mu łacińskie wyrażenia w chaotyczny i nielogiczny sposób.

Otworzył oczy i wszystko wydało mu się mgnieniem oka. Pierwszym obrazem, jaki ujrzał w nowym świecie był klawesynista i dopiero to sprawiło, że w ogólnym szumie odbieranym przez jego uszy wyklarowały się cudowne dźwięki instrumentu. Ze stanu otępienia zmysły przeszły do stanu odbierania ponad normę, a umysłowi zaczęło wracać logiczne myślenie. Søren powoli wstał i wyprostował się, zachłannie łapiąc powietrze do płuc. Dawno nie czuł się tak rześko. Odżył, czuł w sobie pełnię siły mimo zachowania swego podstarzałego ciała. Rozejrzał się łapczywie pożerając otoczenie wzrokiem i jego uwaga skupiła się z początku na postaciach ludzkich, potem dopiero zaczął zastanawiać się nad otoczeniem. Po spotkaniu z sekciarzami, którzy zostawili na nim nienajmilsze wrażenie, ludzie w pomieszczeniu wydali mu się nawet przyjaźni, nawet Anshelm ze swą zwyczajowo chłodną twarzą.

"Doprawdy, jakież piękne przyjęcie"

Był wręcz absurdalnie zadowolony z sytuacji jaką zastał, gdyż stanowiła ona diametralny kontrast do jego zejścia ze świata. Wtedy włączył mu się tryb krytycznego umysłu i chwilę rozejrzał się po sali, rejestrując barwy i przedmioty, z wyszczególnieniem ewentualnych kierunków nadejścia zagrożenia lub jakichkolwiek dynamicznych akcji. Gdy ujrzał, że akcja przed nim jest raczej statyczna i nawet tajemnicza cielesnoćś za nim się uspokaja, postanowił zdobyć jakieś informacje od innych przebywających w pomieszczeniu, gdyż swą bytnością samoistnie zaznaczali większą wiedzę na temat obecnej sytuacji w pomieszczeniu. Zwrócił się do jedynego znanego mu człowieka.

-Witam, panie Vollblüter. Jak rozumiem, pan wyszedł na "wymianie" z tajemniczymi osobnikami równie kiepsko. Jest mi pan w stanie krótko zrelacjonować, co się właściwie stało dalej? - posłał pytające spojrzenie w stronę swojego kompana z cmentarza, po czym skierował swój wzrok ku innym osobnikom w pomieszczeniu. - Z państwem jeszcze się nie znam, ale sytuacja wydaje mi się nader zachęcająca do zawarcia znajomości. - mówił ze spokojem i nieprzesadzoną uprzejmością, którą zawsze stosował przy przyjmowaniu nowych gości w biurze. Każdy potencjalny kompan, który nie pragnie go zabić, był na wagę złota, a ludzi w pokoju, mimo widocznego zdziwienia z zaistniałej sytuacji określił jako "ogarniętych". Utwierdził się w przekonaniu, kiedy swymi świdrującymi oczami, z których już zszedł wzrok fanatyka, spotkał się z inteligentnym spojrzeniem młodego blondyna.

Na drugim planie mózg poddawał analizie sytuację "nowego świata", jak go sam określił. Rzecz jasna wierzył w irracjonalne wydarzenia i że śmierć to nie koniec, toteż zbytnio nie dziwił go fakt znajdowania się "po drugiej stronie", ale raczej forma tego bytowania. Spodziewał się czegoś innego, ale przyjął, że to jakiś pośredni wymiar (który miejscami przywoływał mu na myśl znajome skojarzenia). Będzie nad tym kontemplował podczas medytacji w wolnej chwili.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

19. lipca
Post ID: 83235

Anshelm poruszył najpierw palcami u rąk i nóg. Nie poczuł bólu, ani oporu. Czuł, że z powrotem ma na sobie ubranie, choć jeszcze przed chwilą jego ciało było nagie i pulsowało w dziwny sposób, jakby galareta z bijącym wewnątrz sercem.

Poruszył dłońmi i stopami, a następnie zgiął łokcie i przykurczył kolana. Ponownie nie poczuł nic nieprzyjemnego, choć mógłby przysiąc, że dostał kulkę w kolano jeszcze… no właśnie – ile minut temu? A może godzin? Nie miał pojęcia ile czasu minęło, od kiedy umierał padając na cmentarną ziemię i rozkoszując się agonią jednego z sekciarzy.

Rozchylił nogi i poruszył barkami. Nic. Dłońmi czuł, że leży na podłodze, która nie była tak miękka jak ciepła tkanka tworząca kręty korytarz, przez który przedzierał się pełzając konwulsyjnie jak przecięta na pół gąsienica.

Spróbował usiąść. Przyszło mu to z niezwykłą łatwością, mimo, że doskonale pamiętał jak jego brzuch i klatkę piersiową dziurawią dziesiątki pocisków. Wziął głęboki oddech – wydawało mu się, że najprzyjemniejszy w jego życiu – a następnie otworzył oczy. Szybko spostrzegł, że zmysły mu się wyostrzyły. Czyżby…
Dotknął dłonią lewego policzka.
Nie. Wciąż czuł pod palcami wypukłości blizn.

Pokój, w którym się znajdował utrzymany był w ciepłych i ziemistych barwach, piękny i bogato urządzony. Kiedy spojrzał na ściany dojrzał na nich piękne, późnośredniowieczne zbroje, które sprawiły, że pokój wydał mu się komnatą zamkową; łby zwierzęce, przywodzące raczej na myśl szlachecki domek myśliwski i obrazy.
Mnóstwo obrazów, w tym wiele o dziwnie znajomym stylu, choć nie mógł stwierdzić o nich nic pewnego. Nie był specjalistą w dziedzinie malarstwa artystycznego, ale nie potrzeba tu było konesera, żeby stwierdzić, że to dzieła sztuki. Olbrzymia kolekcja, niczym zbiór dzieł skonfiskowanych przez Sztab Operacyjny Rosenberga.
Do tego wiele pięknych mebli, butelek z drogimi alkoholami i wszelkiej maści innych ekskluzywnych przedmiotów. Wszystko to sprawiało, że z pokoju biła wyraźna niemieckość, z domieszką egzotyki.

Następnie jego uwagę zwrócili ludzie.
Młoda kobieta płakała skulona pod fotelem. Drobny blondyn w okularach grał na niedużym fortepianie z niezwykłą wprawą. Stojący obok młodzieniec przyglądał mu się z zaciekawieniem.
Anshelm wstał i rozejrzał się ponownie, gdy nagle z łona mieszczonego w ścianie za nim wydostał się znajomy tłumacz, tak jak on chwilę temu.

- Co się stało? Nic szczególnego. Oszukali mnie, wygłosili przemowę i rozstrzelali. – Nie miał powodu, żeby zdradzać Sørenowi więcej szczegółów.
Anshelm nigdy nie był osobą towarzyską, ale po wypowiedzi tłumacza zapadła niezręczna cisza przerywana szlochem skulonej na podłodze kobiety i poczuł, że musi zacząć pierwszy.
- Nazywam się Anshelm Vollblüter i zostałem zastrzelony. – Z uśmiechem skłonił się mężczyźnie siedzącemu przy instrumencie i podał rękę stojącemu obok młodzieńcowi.

Garett

Garett

19. lipca
Post ID: 83236

Mathias kręcił się po całym pomieszczeniu wypróbowując swoje nowe, lepsze zmysły. Jego umysł zdawał się jakby został uwolniony od ograniczeń cielesności... Chociaż wciąż je posiadał. Ale czy to było jego ciało, czy nowa powłoka, powstała by zastąpić tę starą, spaloną? A może była to projekcja jego umysłu, żeby łatwiej mu było przyzwyczaić się do nowego stanu? Tego nie wiedział,. Mimo wszystko jednak aż dziwił się z jakim spokojem myślał o tym, że jeszcze przed chwilą umarł, a teraz znajdował się... No właśnie gdzie? W Niebie? Na pewno nie w chrześcijańskim, biorąc pod uwagę jego stosunek do religii. W Piekle? To mimo wszystko nie pasowało na Piekło. Czy w ogóle można było nazwać to miejsce Zaświatami? Heh, cóż za kuriozum, że człowiek nauki jakim był teraz zastanawiał się nad tak metafizycznymi konceptami. Ale jednak w gruncie rzeczy jego sercu bliżej było to praktyki niźli teorii, więc w sumie nic dziwnego, że z taką łatwością przyszło mu odrzucenie konceptów, które doktoranci na jego Uniwersytecie uznawali za świętość.
- Nie ma różnicy między teoretykiem a terrorystą, gdyż w ich rękach ginie nawet najgorętsze z pożądań – powiedział sam do siebie oblizując swój palec ze śmietany i delektując się zupełnie nowymi doznaniami smakowymi.

Oczywiście wszystko to mogło być tylko wytworem jego umysłu. I to nie takim w rodzaju tych, które mają mu pomóc przejść bez strachu na drugą stronę. Równie dobrze porażenia mogły uszkodzić mu mózg i teraz jego prawdziwe ciało śliniło się w jakimś szpitalu podczas gdy świadomość osiadła na rubieżach umysłu.
Nie miał jednak czasu tego dokładnie przemyśleć, bo surrealistyczne łono zaczęło wydawać z siebie dziwne dźwięki, by następnie wypluć z siebie dziewczyną. Całkiem urodziwą musiał przyznać. Przez chwilę czuł jakby ciało miało go zdradzić, ale całą swoją siłą woli jakoś udało mu się opanować. Na szczęścia sama dziewoja przypadkowo mu w tym pomogła. Najpierw zaczęła histerycznie wspominać wypadek i wypytywać o brata, a następnie skuliła się na fotelu w pozycji embrionalnej by zacząć ryczeć. W tym momencie pożądanie niemalże całkiem zniknęło, przytłoczone przez poczucie wyższości względem tej kobiety.
Następny gość nie był wcale lepszy, ale ten przynajmniej zdołał się uspokoić po kilku minutach. To przy okazji obaliło teorię Mathiasa, że w nowym ciele jest się bardziej opanowanym. Najwyraźniej Coldberg sam z siebie lepiej dostosowywał się do sytuacji od innych ludzi. Jeszcze bardziej podbudowało to jego i tak już wielkie ego, acz przy okazji sprawiło, iż stracił nadzieję, że znajdzie się tu jeszcze ktoś kto nie będzie dla niego kompletną kulą u nogi. Na szczęście mylił się w tym aspekcie, bo następni dwaj dżentelmeni byli bardziej opanowani od histeryczki i Hermana. Zwłaszcza podobało mu się to jak zachowywał się ten wysoki w gustownym płaszczu. Pomimo szkaradnej twarzy w jego oczach widać było subtelny błysk inteligencji, insynuujący, że stoi tu ktoś więcej niźli żołnierz poorany bliznami. Drugi starszy mężczyzna zdawał mu się natomiast zbyt zadowolony z sytuacji jaką zastał. Nie było zaciekawienie, jak u Mathiasa, a typowe zadowolenie. No cóż, może myślał, że trafi gorzej. Z drugiej strony jednak to miejsce zdawało się kryć za sobą coś niepokojącego, zwłaszcza biorąc pod uwagę właściwość klamki.

Z zamyślenia wyrwał go oszpecony, który przedstawił się i podał dłoń Mathiasowi.
- Mathias Coldberg... - odwzajemnił uścisk Anschelma. - Można powiedzieć, że zostałem śmiertelnie porażony.... Ech, cóż, skoro wszyscy zginęliśmy i jakimś cudem znaleźliśmy się w tym pokoju, bez możliwości wyjścia, to chyba pozostaje nam czekać na naszego demiurga, który wyjaśni nam cel naszej egzystencji czy coś w ten deseń. Oczywiście zakładając, że wszyscy nie jesteśmy jedynie wytworami jednego chorego umysłu, acz tego nie da się raczej udowodnić empirycznie w zaistniałych okolicznościach, więc pozostaje mi wierzyć, iż znajdujemy się tutaj naprawdę.

Coldberg odsunął się od osobników i podniósł nóż ze stołu z zamiarem ukłucia się w palec aby sprawdzić czy jego nowe ciało jest wytrzymalsze od starego... Albo czy zmysł bólu także uległ wzmocnieniu.

Wiwernus

Wiwernus

20. lipca
Post ID: 83237

Berlin
Najpierw było rozbudzenie podświadomości, dotąd uśpionej aż do wyzwolenia przez agonalny ból. Względna sprawność umysłowa i trzeźwość umysłu niespodziewanie jednak wróciły, pozwalając na podjęcie próby wyłączenia radia i wezwania pomocy, choć obawiał się, że może nie podołać przez ograniczenie ruchów w jego obecnym stanie. Nawet tak prozaiczna czynność jak przekręcenie gałki zdawała się wymagać niebywałej precyzji, by uniknąć jeszcze bardziej wzmożonego bólu.

Rzut na akcję: Uciszenie Hansa Bulmy w radio
Modyfikator Pierwszorzędny: Zręczność (+0)
Wynik: 6 -> 6 (po modyfikatorze) + 0,2 (bonus za opis) -> 6,2 / 3 -> 5,7 -> Powodzenie!

Szybkim, ale opanowanym i wykalkulowanym ruchem pozbył się zapętlonej reklamy ciągnącej w nieskończoność, choć akurat w momencie, gdy ustępowała ona innej, środka na hemoroidy, takiej przy której nikt normalny nie chciałby umierać. Po tym mógł w godnych warunkach i względnej ciszy dogadać się z „wyzwolicielami”, którzy najchętniej wyciągnęliby go siłą z auta. Tak skonfundował ich swoim spokojem i rzeczowością, że niemal się przestraszyli. Nie mieli pojęcia, że w sytuacji kryzysowej „atak spokoju” nie jest odosobnionym zjawiskiem, a u kogoś pokroju Otto niemal przewidywalnym. Dostosowali się do jego zaleceń i ostatecznie właściwej pomocy udzieliły mu właściwe służby, na które czekał z umierającym Nadimem u jego boku. Wystarczyło sprawdzić jego tętno, by uświadomić sobie, że ciemnoskóry odszedł do swojego Pana. Z takim towarzystwem odgłos pogotowia wydał mu się być niemal wybawieniem. Przeniesienia do pojazdu i podróży, nie licząc zanikających szybko w jego pamięci przebłysków, nie zdołał utrwalić w świadomości.

Obudził się, przynajmniej częściowo, gdy otoczony gromadką lekarzy i pielęgniarek pchany był na specjalnym łożu do pomieszczenia o nieznanej mu funkcji – prawdopodobnie sali operacyjnej lub miejsca odpoczynku dla osób po ciężkich wypadkach. Nie wiele zrozumiał z głośnych rozmów, był jednak przekonany, że prawdopodobnie rozmawiano o skali karambolu i licznych ofiarach. Usnął beznamiętnie.

Drugie, prawie pełne obudzenie nastąpiło już w sali odpoczynku, gdzie przebywał jako jedyny. Nie miał siły podnieść rąk, ale czuł (i miał pewność co do swego osądu), że pozbyto się z jego ciała odłamków, a także starannie je zrekonstruowano, co sygnalizował mu nieustający ból. Wzrokiem sięgnął za okno. Najwyraźniej nie minął jeszcze 24 Września, bo wspomnienie karambolu było świeże, a księżycowa poświata przebijała się do pomieszczenia. Pomyślał o tym co się wydarzyło, zrobił rachunek sumienia i przyjął gorzką prawdę, że najprawdopodobniej jest sparaliżowany od pasa w dół.

Przewidział to za nim wyłożono mu smutną nowinę wprost. Wizytę złożył mu wychudzony osobnik w w średnim wieku, w kitlu, charakterystycznymi zakolami i szarymi, krzaczastymi brwiami. Sprawiał wrażenie tak nijakie, że nawet Otto przy nim bladł w tym rzadkim talencie. Osobnik przedstawił się jako ceniony specjalista w zakresie neurochirurgii, łączący sprawnie swoje obowiązki z pracą w szpitalnym prosektorium. Jego nudna twarz wyrażała cień zawodu, pozbawione wyrażeniu oczu jednak miały w sobie iskierkę nieoczekiwanego dla niego samego zadowolenia.
- Robiłem co mogłem, ale nie udało mi się Panu pomóc. Został pan skazany na ciężar dalszego życia. Będąc bardziej ścisłym – pańska górna połowa. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. - był szczery do bólu. - Pański towarzysz o ciemnym obliczu zmarł, jak się Pan z pewnością domyśla. Pańska rodzina nie została jeszcze poinformowana o Pańskim losie, za czym stoi pewna przesłanka. Mianowicie, tam gdzie kończy się medycyna konwencjonalna, tam zaczyna się Purgatorium, a tam gdzie kończy się stół operacyjny, zaczyna się szklana trumna.

Przybliżył się i wykonał bolesny zastrzyk, po którym nastąpiło na moment tak intensywne orzeźwienie, że Otto dostał niemal wizji podróży po Antarktydzie, a potem synestezji, odrętwienia i błogiej przyjemności, które szybko jednak przestały łączyć się z mistycznymi przeżyciami. Wizje ustąpiły, ból jednak nie wrócił. Odczuwał delikatną przyjemność, ale jego umysł był trzeźwy.
- To... ”purgatorina” w odmianie nie powodującej otępienia. Pozostanie Pan całkowicie trzeźwy na umyśle, może nawet rozwinięty intelektualnie bardziej niż kiedykolwiek w życiu i zdolny do właściwej analizy swojego życia, tego przeżyte i tego, które może nastąpić. Musi być pan w odpowiednim, niezmąconym bólem stanie, aby podjąć właściwą decyzję. - schował strzykawkę i wyjął kolejną. - Jestem swego rodzaju przewoźnikiem, który oferuje drugą szansę. Może Pan przyjąć propozycję jaką Panu złożę i wybrać się do krainy pełnej wyzwań, gdzie u boku ciemnoskórego towarzysza i innych kompanów będziecie walczyć o godny żywot. Jeśli zda pan tamtejsze testy, wtedy powróci pan zdrowy na ciele, choć niekoniecznie na duszy. Może mi Pan oczywiście odmówić, wtedy użyję drugiej strzykawki i zapadnie pan w sen, który wyprze wszystkie doznania z ostatnich kilku godzin. Nie ma żadnego przymusu. Musi mieć Pan jednak świadomość, że w obecnym stanie będzie Pan ciężarem dla bliskich. Proszę nie traktować tego jako sugestii, chcę być możliwie jak najbardziej profesjonalny i dać możliwość wyboru, po którym nie będzie mógł mi Pan zarzucić niewłaściwego postępowania. To tylko oferta kuracji, nic więcej.

Lekarz po tych słowach sięgnął po walizkę, otworzył ją na kolanach i wyjął kostkę-układankę o ścianach w różnych kolorach. Nakręcił zmyślną zabawkę, a potem zmyślnie ułożył na wyciągniętym pionowo wskazującym palcu, by wyćwiczonym ruchem niczym koszykarz wprawić ją w obrotowy ruch. Jego pozbawione wyrazu oczu obserwowały jak Otto zareaguje, gdy przedmiot niespodziewanie wzniesie się w powietrze, a osiągając najwyższy poziom zacznie wytracać prędkość i opadnie na palec w momencie, gdy niezdolny będzie już do dalszych piruetów. Ten krótki pokaz dobitnie udowodnił, że tajemniczy lekarz wymyka się racjonalnym prawom rządzącym rzeczywistością.
- Życie lub śmierć i odrodzenie z szansą na pełną sprawność. Pogodzenie z losem lub ryzyko, które może skończyć się brakiem i dolnej, i górnej połowy ciała. Albo, Albo. – westchnął, schował kostkę i palcem wskazał na księżyc w pełni. - Czas leci. Proszę podjąć decyzję. Mało kto ma taką możliwość, nawet pod moim... charonatem.

Pokój Odrodzenia
Tłumacz dał się poznać jako osobnik dziwnie zadowolony ze swojego losu, przy czym spokojny i rzeczowy. Wzbudził zainteresowanie. Kiedy zasiadł do swoistej medytacji, wytrącił z rozpaczy nawet szlochającą piękność. W tym stanie mógł w pełni oddać się analizie obecnej sytuacji, dzięki czemu uświadomił sobie fakt, który dotąd mu utknął – znał to miejsce. Początkowo nie dowierzał, ale każdy z tutejszych przedmiotów miał swoje odzwierciedlenie w opisie głównego pokoju w wielorybiej układance, miejscu akcji Purgatorium. Przeleciał wzrokiem wszystkie zakamarki pomieszczenia i jego elementy uświadamiając sobie, że właśnie znajduje się w realiach tłumaczonego dzieła. To wiązało się z tym, że czekają go (i pozostałych) przeżycia na mistycznym niemal poziomie, ale miejsce do którego trafił jest nie tylko niebem, ale i przerażającym piekłem, które skali mógł się domyślać, interpretując zmyślne fragmenty Purgatorium.

Muzyk, słysząc wymianę powitań i powód śmierci, bardzo niepewnie przerwał pobrzękiwanie i dołączył się do pozostałych. Bał się nazisty jak ognia, choć co zabawne, najbardziej bał się płaczącej kobiety.
- Herman R. S Bach. Utopiła mnie woda. - powiedział i wycofał się w kierunku kominka. Zamyślił się. - Czym jest ten Degurg?

Mathias nie odpowiedział mu natychmiast, bo zajęty był zadawaniem sobie bólu. Zatopił ostrze w palcu, szybko uświadamiając sobie, że jego ciało jest wytrzymalsze, choć nie był wstanie ocenić o ile, bo złoto nigdy nie było dobrym metalem do wyrobu ostrych narzędzi. Prawdopodobnie jednak wytrzymałość wyrównywała się z siłą. Już po dwóch sekundach krew tryskała obficie z jego palca. Miał już pewność, że ból spotęgowany jest tak samo jak cielesna rozkosz. W przypadku otrzymanej rany zwielokrotnione było właściwie mrowienie, ale miał pewność, że z większym ostrzem i większą raną nie byłoby mu wesoło. Sugestywną miną przelał swoje przemyślenia na nazistę, tłumacza i skupionego na ogniu melomana.

Kilka kropel spadło na skurczone łono i podkarmiło je, rozbudzając momentalnie. Zwiększyło swoje rozmiary i uaktywniło, aż wystawiło swój długi szorstki jęzor oraz kilka rzędów ostrych zębów skrytych za fałdami i wywleczonymi na zewnątrz wargami sromowymi. Byt nie tylko zmieniał swój kształt, ale i kolory oraz zapachy. Uspokoił się dopiero podczas narodzin kolejnego gościa, czemu towarzyszyła oczywiście cała spektaklowa otoczka. Najpierw z łona wystrzeliła wysoko w górę charakterystyczna czapka, potem zaś z mięsistej części ciała ospale, ale z gracją i luzem wyłonił się znany wszystkim mieszkańcom Niemiec gwiazdor, aktor i muzyk Hans Bulma. Wyszczerzył śnieżnobiałe ząbki; przeczesał dłonią dłuższe, lekko przetłuszczone włosy; założył i poprawił czapkę; potem zaś po przeleceniu wzrokiem wszystkich pokojowiczów ruszył na krótki obchód. Bogactwa nie zrobiły na nim specjalnego wrażenia, ale docenił je delikatnym uśmieszkiem, bo lubił błyskotki i dobry gust.
- Gdzieś tu muszą być jakieś kamery. - rzucił, szczerząc się do paprotki. Skulony poszukiwał w niej mikrofonu lub rejestratora. - To jakieś telewizyjne show, nie? Chyba mnie ominęło coś, wiecie o co tu właściwie chodzi?

Każdym gestem zdradzał, że stara się przypodobać ewentualnym obserwatorom, jednocześnie bardzo dobrze wczuł się w wizji dziwnego programu. Czasem trudno było zorientować się kiedy gra swoją rolę, a kiedy po prostu był sobą – telewizyjna kreacja i jego prawdziwe ja były niemal nierozróżnialne, przy czym prawdziwy on był momentami durniejszy niż można było oczekiwać. Nadrabiał jednak wyraźnie luzem oraz aparycją, będąc męskim odpowiednikiem płaczącej piękności.
- Dobra, mały. Zostaw to pianinko, bo mi relaks nie wychodzi. - rzucił żartem, zasiadając do stołu i rozpoczynając jadło od najdroższego rumu, nieokreślonego pochodzenia mięsiwa i jakieś zmyślnej mieszaniny lodowo-warzywnej. W tej właśnie kolejności. Dawał upust swej hedonistycznej naturze. - Kim wy właściwie jesteście? Jesteście moimi fanami, którzy mnie porwali? Ostatnie co pamiętam to urodziny tego... Tam się kończy moja pamięć. Więc chyba to oni mnie zwabili i porwali.

Herman nienawidził Hansa od samego początku i nawet się z tym nie krył. Zazdrościł mu sławy, gardził tym co uczynił muzyce i brzydził się jego skłonnościami do używek. Bulma szybko podchmielił się, potem bez większych oporów wyjął małego murka (tak mówił pieszczotliwie o skręconej niedbale zieleninie), na końcu zaś odważył się spróbować jednego ze środków w gablocie pełnej narkotyków. Intensywny początek był jak na kokainie, potem zaś było przygaszenie i dłuższy, swobodniejszy ciąg tripu, jednak wciąż niezwykle intensywny i nieporównywalny z niczym innym. Wciągnięty do nosa specyfik emanował intensywną wonią.

Następnego odrodzonego Mathias poznał bardzo szybko, choć nie natychmiastowo, Anshelm zaś przejrzał w nim wzorcowy przykład żyda bez większych problemów. Pojawienie się gościa poprzedził dym wydobywający się z łona. Okazało się, że to nie część ciała paliła się, lecz w jej środku przybysz postanowił ukoić nerwy papierosem. Dymna zapowiedź Aloisa Ferenza wprawiła wszystkich w osłupienie. Niski, chudy starzec o chytrych oczach i paskudnym, bardzo subtelnym uśmiechu przeraził wszystkich. Oczy miał podkrążone i gniewne, czego Coldberg dotąd nie doświadczył, poznając go w zupełnie innej sytuacji. W pewnym momencie nawet tłumacz rozpoznał słynnego przedsiębiorce i bogacza, był dość popularną postacią. Znano go nie tylko z sukcesów biznesowych, ale i plotek o wyzyskiwaniu podwładnych, szantażach, nielegalnej działalności oraz narażaniu życia pracowników dla jego interesów. Nie jeden zakład i stocznia spaliły się podczas jego kariery, z czego on sam nigdy sobie zbyt wiele nie robił. Wyglądał na takiego, który byłby zdolny do wielu paskudnych czynów. Długo taksował wzrokiem każdego z pokojowiczów.
- Jakie niewinne twarze. Aż mi was żal. - parsknął i sięgnął po kolejnego papierosa. - Jeżeli trafiliście do tego samego miejsca co ja, to znaczy, że wdepnęliście w niezłe gówno i czeka was kawał nieprzyjemnego piekła, jeżeli Bóg faktycznie jest sprawiedliwy. Spodziewam się, że nie, ale kto wie.

Zasiadł do stołu, rozpoczynając krótki posiłek. Nawet nie zauważył nowych właściwości swojego ciała, choć papierosy wchodziły mu jak nigdy. Potem bez większych oporów wyjął sterty kartek papieru i bawił się w rozliczenia finansowe, wymianę biznesowej korespondencji oraz wydziedziczenia, które szykował dla niewdzięcznych dziedziców. Ci najwyraźniej nie złożyli mu odpowiedniej wizyty przy jego traumatycznym zgonie.

Mathiasa w końcu rozpoznał, choć z wątpliwościami.
- O, kogo ja widzę. Nawet cię nie poznałem, Coldberg. - rzucił. - Będę ci musiał rzucić kiedyś inne światło na tamten samochodowy ambaras podczas przyjęcia. Chodź tutaj, siadaj, może w tobie znajdę towarzystwo w tym nudnym piekle.

Ostatni gość również zwiastował zupełnie nowe spektrum wrażeń. Początkowo wystająca głowa wydała się być łbem włochatego potwora, ale okazało się, że to łonowe włosy przykryły jajowatą, łysą i pofałdowaną glacę. Jajogłowy osobnik wyróżniał się na ten moment najbardziej. Oczy miał szalone, a jego ciało zdobił wymyślny strój łączący rytualne szaty hippsowskiej sekty i gangu motocyklowego. Na jego widok nazista i tłumacz wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Mieli do czynienia z tym samym osobnikiem, którzy przewodził grupce sekciarzy z vana. Jego reakcja na widok pokoju była nietuzinkowa. Najpierw dezorientacja, potem wzruszenie, a potem nie wyjawiony wprost, ale sygnalizowany każdym gestem zawód, którego nie chciał zdradzić oraz nutka strachu, wyjątkowo cuchnąca.
- To wspaniałe miejsce. Błogosławmy Pana, który przyjął mnie w obręb swoich komnat. - wygłaszał krzykiem na kolanach, ale wzrokiem niepewnie krążył między wszystkimi kątami. Czasami bardziej próbował się wkupić w łaski, niż po prostu wielbić. - To zaszczyt, największy z możliwych. Niech święte będzie Psie Imię, naszego umiłowanego Światłonoścy. Jeżeli to wszystko jest próbą, jestem gotów, jak każdego dnia. Wyrzekam się grzechów.

I wtedy wzrokiem spotkał się z osobnikiem, który go zabił. Złapał się mimowolnie za gardło, potem wstał powoli, zmierzył Anshelma wzrokiem i chwycił za jedno z obitych futrem oraz pełne rubinów krzesło. Zamachnął się tak mocno, że przewrócił Bulmę, potem już tylko nacierał na nazistę. Za Vollblüterem znajdowała się paradna zbroja wśród paproci i akwariów. Najbliżej niego byli Søren oraz płaczące dziewczę.

Łono zawibrowało i przygotowało się do otwarcia, co poprzedził półmrok przygasających natychmiastowo świec i kominka. W tych trudnych warunkach do rozdzielenia walczących pierwszy rzucił się Bulma, czyniąc przy tym tyle problemów, ile tylko się dało.

Architectus

Architectus

20. lipca
Post ID: 83238

Wysłuchał odpowiedzi brata i kiedy nastała cisza w słuchawce, począł zastanawiać się czy ma odebrać słowa jako majaczenie wywołane zamęczeniem, czy jako tajemny szyfr oznaczający miejsce przebywania, z rozwiązującym kodem znanym tylko im dwóm, którego oprawcy się nie domyślą. Rozważał berlińskie lokalizacje, o jakich rozmawiali w ostatnich miesiącach. Piekło kojarzyło im się z czymś niemiłosiernie gorącym, jednakże przyrównanie go w tym samym zdaniu do nieba może dotyczyć lodowego odpowiednika miejsca gehenny.

Jörg szybko wydumał, iż podczas jednego ze wspólnych wypadów na zakupy - uściślając ramowo - w sklepie mięsnym, z dzielnicy Treptow, rozmawiali o chłodni na zapleczu, gdzie magazynowane są zapasy przeznaczone na sprzedaż. Dialog został wywołany zagajeniem Carla do ślicznej dziewczyny, bez obrączki na palcu, stojącej za nimi w kolejce. Mechanik przypomniał sobie jak ta niespodziewana sytuacja wywołała u niego zarumienienie się, i łącząc ten fakt z zeszłonocnym działaniem brata zorientował się, że wtedy także kierowała nim myśl o zbliżeniu serc dwójki osób stanu wolnego.

Myśl o tym dodała mu otuchy, która została brutalnie rozerwana kiedy usłyszał szloch. Wtedy pełną siłą swojego rozumu odgonił panikę spowodowaną ogarniającą go bezsilnością wobec sytuacji w jakiej znalazł się Carl. Mięśnie słuchacza zaczęły sztywnieć od długotrwałego napięcia, a płytki oddech stał się częstszy. Gdy po drugiej stronie łącza odezwał się Alois Ferenz hanowerwczyka ogarnęło rozumowe skołowanie, w pierwszej chwili nie rozumiał jakie treści słyszy, a gdy doszły do jego uszu ostatnie słowa o morderstwie przeszedł go po plecach zimny i cucący myśli dreszcz.

Nabrawszy głębszego wdechu ułożył w myślach odpowiednio konkretne i krótkie zdania, by jasno się wyrazić i zmieścić się w limicie czasowym, oraz niezachwianie podzielił się nimi:
- Dobry wieczór. Przykro mi, że pan również jest w podbramkowej sytuacji. Szanuję psy, a skoro zagrożenie występuje po przeciwnej stronie barykady niż moja i pańska, dołączę do rozgrywki. Wybaczyłem panu śmierć moich bliskich i kładę panu dłoń na głowie życząc aby w dalszym życiu nie doprowadził pan do następnych tragedii. Jak mogę jeszcze panu pomóc?

Fimrys

Fimrys

wczoraj, 11:14
Post ID: 83239

Na odpowiedź Anshelma filozof tylko kiwnął obojętnie głową. Nie miał zbyt wysokiego mniemania o wrogiej sekcie, więc taka bezceremonialność niezbyt go wzruszyła, chociaż żałował niemożności wygłoszenia im ostatecznego kazania. Postanowił za przykładem reszty również dokonać groteskowego przywitania.
- Jestem Søren Kürenberger, onegdaj byłem tłumaczem i filozofem, ale teraz jestem martwy. Rozstrzelano mnie, ale uderzenie o drzewo złagodziło moją przeprawę na drugą stronę. To miejsce jest... niesamowicie intrygujące. Muszę się dłużej nad nim zastanowić.

Søren usiadł zwyczajowo w lotosie do medytacji i rozpoczął dumanie nad sytuacją. Ku jego zadowoleniu kobieta przestała szlochać, co ułatwiło mu pełne skupienie i wyciszenie. Regularne i głębokie oddechy napełniały życiem całe jego nowe ciało, a w głowie zawirowały myśli.

"Czy jest możliwe, że to forma przejściowa? Może coś na kształt tego, co katolicy nazywają czyśćcem. Może i? Czego żądasz ode mnie, Panie? Nie przypomina to Studni Otchłani. Zbyt kolorowo, wystawnie i poczet ludzi tu zastanych raczej nie pasuje do piekielnej domeny, a więc to jeszcze nie ostateczny czas. Czy jestem na jakimś etapie przejścia między materialną rzeczywistością a zjednoczeniem z kosmicznym bytem? Raczej wszystko tu przypomina Ziemię, więc bliżej mi do egzystencji materialnej niż duchowej. Hmmm, pewnikiem to jeden ze szczebli zarządzany przez jakiś pomniejszy kosmiczny byt. Czyściec? O Abbadonie, daj mi siłę. Hmmm, nie piekło, nie niebo ale czyściec... non caelum, non infernum, ergo purgatorium..."

Kiedy rozważał łacińskie nazwy doznał olśnienia. Już wiedział, czemu miejsce wydało mu się dziwnie znajome. Przecież to Purgatorium! Przeklęty Karlsen, całe to miejsce było identyczne z jego opisem świata wewnątrz wieloryba. Tłumacz otworzył oczy i wszystko nabrało sensu. Wzrokiem poszukiwał odwzorowań szczegółów z książki i znalazł każdy nawet najmniejszy element w tym miejscu, w którym znajdował się w dziele. Były nawet tajemnicze, napawające niepokojem drzwi, które zawsze przypominały mu legendę o Zamku Sinobrodego. To rzucało całkiem nowe światła. Zatem znajdowali się "W Piekle i Niebie zarazem" To rzucało całkiem. Postanowił, że podzieli się swymi spostrzeżeniami z resztą, bo żadnych innych sensownych opcji nie widział. Może w grupie łatwiej wyjdzie przetrwanie wszystkich niesamowitości jakie gotował im ten świat. Kiedy ujrzał wzrok Mathiasa samego zadającego sobie rany, oznajmij:

-Wydaje mi się, że choć po części wiem, co to za miejsce. Wszystko tu jest kropla w krople identyczne z "Purgatorium", enigmatycznym arcydziełem duńskiej literatury spod pióra szalonego geniusza - E. Karlsena. Więc albo to wyłączna projekcja mojego umysłu, bo śmiem twierdzić, że jako jedyny znam tę książkę, albo szanowny pan Karlsen nie opierał swej fikcji na wyobraźni. Albo - albo.

Tłumacz jednak nie zdążył dokończyć swego wywodu, gdyż w tym momencie do pokoju przybyła kolejna postać. Całkowicie nie spodziewał się tu spotkać Hansa Bulmy, którego znał z reklam. Osobiście zawsze oglądał go z politowaniem, bo we wszystkich programach dawał upust swej durnocie, ale czuł swego rodzaju dziwny szacunek do jego wybicia się spośród tłumu i zdobycia sławy wraz z bogactwem. Søren tylko gładził bródkę obserwując kolejne poczynania aktora, którego przybycie naruszyło mistyczny nastrój w pokoju. Tłumacz postanowił doń zagadać, zanim ten całkiem odleci w narkotykowym tripie.

-Panie Bulma, może pan mieć więcej racji niż się wydaje. Wszyscy trafiliśmy do tego pomieszczenia i jeszcze nie znamy swojego celu, ale może faktycznie jesteśmy obserwowani... ale podejrzewam, że nie przez ludzi przed telewizorami, ale jakąś głębszą siłę.

Następny przybyły był jeszcze większym zaskoczeniem niż aktor-półgłówek. Już sam fakt zapalenia papierosa przed przyjściem na świat uświadomił Sørenowi, że ma do czynienia z całkowitym nihilistą. Kiedy rozpoznał znanego kontrowersyjnego biznesmena tylko utwierdził się w przekonaniu. Na tego trzeba uważać, bo choć nie ma tu swoich kontaktów i fortuny, dalej jest groźnym graczem, a wbijanie sztyletów w plecy ma opanowane do perfekcji. Tłumacz postanowił nie wchodzić z nim w głębsze interakcje.

"Swoją drogą, ciekawe co się stanie, jeśli człowiek umrze w tym wymiarze"

Nie miał ochoty sprawdzać tego empirycznie, ale postanowił podumać nad tym zagadnieniem i przypomnieć sobie zdarzenia z właściwej akcji "Purgatorium". Kürenberger już powoli przyzwyczajał się do dziwacznych narodzin, więc przy kolejnym przyjściu na świat tylko spokojnie obserwował.

"O Abbadonie, kogo jeszcze przyjdzie mi tu spotkać?"

Kiedy postać wyłoniła się w pełni, aż u dech zaparło na sekundę. Z oczywistych względów nie miał zbyt wiele czasu przyjrzeć się swym oprawcom, ale te szaty rozpoznawał aż za dobrze. Modły tajemniczego przybysza tylko utwierdziły go w przekonaniu, że to jeden z sekciarzy z vana. Rzucił wymowne spojrzenie swemu towarzyszowi z cmentarza i wstał.

"A więc zginęliśmy w imię psiego boga? Kyrie eleison, obyś miał dobre wytłumaczenie..."

Kiedy zobaczył jak szaleńczo przybyły szturmuje na Anshelma ruszył wraz z Bulmą do zatrzymania, ale kroki stawiał spokojnie i używał aktora jako swego rodzaju osłony, gdyż nie chciał oberwać krzesłem. Powiedział do reszty:

-Musimy go zatrzymać! Ale nie obijajcie go zbyt mocno, bo przyda nam się żywy!

Tabris

Tabris

wczoraj, 15:35
Post ID: 83242

Księżyc znajdował się w pełni, krwawo świecąc nieco nad horyzontem. Technicznie mówiąc po wschodzie obiekt zawsze wydaje się ciemniejszy, ale w takich okolicznościach... Z drugiej strony radio grało debilną piosenkę o odkurzaczu. Z pewnością Walter pomyślałby z niechęcią o zachodniej muzyce, która z piosenek zrobiła wystawę sklepową, ale chyba nawet nie usłyszał jazgotu.

Lea. Gdyby ją powstrzymał, gdyby on ją chwycił, gdyby on jej matkował, gdyby on nie dał jej uciec. Gdyby powiedział jej o swoich podejrzeniach, tak, to by ją zatrzymało. Po to szukała tych wilków, nie miałaby powodu, by przechodzić przez jezdnię. Jeśli ona...

- To moja wina.

W czasie tych chaotycznych myśli starszy człowiek postarał się ułożyć Leę w wygodniejszej pozie. Próbował do niej przemówić, ale nie słyszała, jego urywki słów też były cokolwiek bełkotliwe. Na dłoniach miał ciemną krew dziewczyny. Nie potrafił zrobić nic więcej, nie miał do tego umiejętności i środków. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę jak ważna jest dla niego dziewczyna. Od momentu gdy wtargnęła do jego mieszkania wielokrotnie zmieniał o niej zdanie. Teraz to była czysta miłość. Nie wiedział CZY jest jego córką, ale CHCIAŁ żeby tak było.

Wtedy ją zobaczył, wybrzuszenie w kieszeni. Kostka! To od niej wszystko się zaczęło. Była czymś nienormalnym, a on potrzebował cudu. Ostrożnie wyjął przedmiot z kieszeni, następnie nacisnął nań lekko się raniąc. Spojrzał na układ ścianek. Chyba był taki sam jak w tamtej kawiarni. Jednym ruchem zmienił układ ścianek i przywrócił ponownie by wywołać układ, jak mniemał, "lewitujący".

Nie wiedział na co liczy. Chyba chciał wezwać innych, bowiem nie dało się ukryć, że jakoś od momentu gdy zaczął przesuwać ścianki zaczęto go bez trudu namierzać. Jako, że sięgał irracjonalnego środka racjonalne tłumaczenie jego podjęcia było ułomne.

Księżyc świecił zaskakująco jaskrawo, a muzyczka, chyba dla podkreślenia dramatyzmu, umilkła.

Xelacient

Xelacient

wczoraj, 23:45
Post ID: 83243

Otto zamrugał pełnymi niedowierzania oczami. Lekarz w swojej nijakości emanował chłodnym profesjonalizmem, kogoś kto jest niekwestionowanym autorytetem w swojej dziedzinie , zaskarbiło to zaufanie inżyniera, nawet jeśli mówił i pokazywał… mało racjonalne rzeczy. Kamphausen pod wpływem nagłego orzeźwienia spowodowanego „purgatoriną” spróbował podnieść się do siadu na swoim łożu, ale tylko minimalnie się uniósł i zaraz opadł z powrotem , bólu może nie czuł, ale nie znaczyło to, że był w pełni sił.

- Na początku chciałbym podziękować Panu i reszcie personelu za odratowanie mnie, może to był wasz obowiązek opłacany z moich składek, ale i tak się cieszę, że po takim wypadku mam szansę jeszcze normalnie porozmawiać – zaczął z lekkim uśmiechem – co prawda wciąż wierzę, że ta sztuczka z kostką była oparta na magnetyzmie, zaś „kuracja” ma polegać na użyciu substancji o silnym biologicznym działaniu, tak silnym, że równie dobrze może mi zregenerować nerwy jak i nieodwracalnie zmienić mózg, albo od razu spowodować zgon. Jednak ta właśnie racjonalność nakazuje mi nie tracić czasu, tylko od razu się zgodzić, bez tracenia czasu na dociekliwość. W chemii jest wiele reakcji, których nie znamy dokładnego mechanizmu, ale jakoś znaleźliśmy dla nich praktyczne zastosowanie – dodał z szerszym uśmiechem, nawet w takim momencie musiał się odwołać do swojej chemicznej wiedzy – Zatem niech mnie pan „przewiezie” – dodał z rozbrajającą szczerością.

Zapadła chwila ciszy.

- Szybko mi to przyszło, prawda? – zaczął znów Der Chemiker – cóż, ten środek rzeczywiście pomaga w myśleniu, to szybko podjąłem decyzję. Jeśli jednak „aż tak bardzo” nam się nie śpieszy, a jest Pan zainteresowany moim tokiem rozumowania to mogę się Panu wyspowiadać… rachunek sumienia już zrobiłem! – spróbował zażartować, ale jakoś mu nie wyszło.

Lekarz nic nie odpowiedział, ale wyraźniejszy błysk zainteresowania w jego oczach oraz silniejsze nachylenie się nad nim zachęcił Otto do kontynuowania wywodu.

- Cóż… ja nie widzę, żadnego „albo,albo”, ja tylko widzę działania, których konsekwencje muszę ponieść. Gdybym był dobrym ojcem to czwórka moich dzieci miałaby ułożone życie i wspólnie daliby sobie radę z kalekim ojcem. Niestety, są ze sobą skłócone… mniej lub bardziej, zagubione… i to raczej bardziej oraz niespecjalnie im się wiedzie. Sparaliżowany od pasa w dół mógłbym tylko bezsilnie obserwować jak się staczają… już mi lepiej umrzeć teraz niż tak żyć – dodał rozgoryczony – może moja żona i matka dadzą radę coś zdziałać, ale na pewno nie wtedy, gdy będą zabsorbowane opieką nade mną – dodał z westchnięciem.

- Co prawda – dodał po chwili – mógłbym jakoś żyć mając rentę ze swojego zakładu pracy, a także mógłbym zagrać na poczuciu winy swojej najmłodszej córce, ale w tych obu kwestiach też już sobie ukręciłem bata na swój tłusty tyłek. Niedawno zmieniłem sobie stanowisko, przez co renta będzie niska… zbyt niska, by pokryć koszty mojego utrzymania… i to pod warunkiem, że w ogóle ją dostanę, a córka… cóż, spodziewa się bliźniaków. Jeśli mam wybierać to niech niańczy dwoje małych Kamphausenów, a nie jednego starego!

W tym momencie Otto zamilkł na minutę uśmiechając się błogo, jakby myśl, że (prawie) się doczekał wnuków jakoś napełniła go otuchą w obliczu śmierci.

- Chyba jednak ma Pan rację… jednak jest „albo, albo”, albo stary Kamphausen, albo dwoje młodych Kamphausenów. Stary się usuwa robiąc miejsce młodym… dobry interes, chyba najlepszy w moim życiu, bo widzi Pan, na końcu zostaje argument najbardziej żałosny, choć najważniejszy. Żyłem pracą, przed problemami rodzinnymi uciekałem w dylematy produkcyjne, co prawda ostatnio chciałem to zmienić, ale to było późne… zbyt późne. A teraz, nagle pozbawiony możliwości pracy nie miałbym co ze sobą zrobić. Bo co mi by zostało? Zbudowanie dostoswanego do mojego kalectwa laboratorium i produkowanie narkotyków? – zapytał retorycznie, ale po tym umilkł na dłuższą chwilę. Było widać, że dopiero w tej chwili się zawahał, jakby dopiero to miałoby go trzymać przy kalekim życiu. Jednak w końcu pokręcił głową, jakby chciał odgonić tą wizję.

- Nie, nawet gdybym miał tyle pieniędzy, by coś takiego zbudować to nie mam już dość sił w rękach, by tylko nimi poruszać moje grube cielsko i jeszcze uczyć się życia bez sprawnych nóg… toteż jestem pewny. Lepiej mi umrzeć teraz niż żyć w obecnym stanem, a jeśli jest Pan mi w stanie zaproponować coś co daje mi szansę ozdrowienia, nawet minimalną to zamierzam z niej skorzystać! – dodał tak pewnym głosem na jaki był się w stanie zdobyć.

Inżynier w końcu westchnął, zamknął oczy, jakby potrzebował chwili odpoczynku po tak długim mówieniu, po czym dodał:

- Na koniec mam tylko dwa pytania i jedną prośbę. Po pierwsze, zakładam, że to całe „Purgatorium” nie jest refundowane ze składek zdrowotnych, zatem czego Pan oczekuje w zamian za zastosowanie tej „kuracji”? Po drugie, wspomniał pan, że spotkam swojego ciemnoskórego towarzysza, ale co on tam ma robić skoro umarł? Czyżby ta „kuracja” umożliwiałaby powrót do żywych? Co prawda ten arab budził tylko moje politowanie, ale jest ojcem dzieci mojej córki, a moją córkę kocham nad życie… może jego powrót byłby nawet lepszym rozwiązaniem? – dodał krzywiąc się niepewnie jakby sam w to nie wierzył – a co do prośby, chciałbym zostawić list pożegnalny… na wypadek gdybym już nie „wrócił”... pewnie to zabobonne bydło, będzie obwiniać moją córkę o śmierć ich syna i ją odrzuci. Nie chce, by moja żona i matka z rozpaczy popełniły ten sam błąd. Może te bliźniaki będą śniade, ale mają po mnie być Kamphausenami! Dobrze mówię Panie Kostek?

Otto nie wiedział skąd mu nagle do głowy wskoczyło imię rozmówcy, miał tylko niejasne wrażenie, że to kostka-układanka mu je podpowiedziała.

,  dodaj nowy wątek