Oberża pod Rozbrykanym Ogrem

Gry Wyobraźni - "Purgatorium [Gra]"

Aktualnie w Osadzie: Ognisko jest zgaszone.
Osada 'Pazur Behemota' > Gry Wyobraźni > Purgatorium [Gra]
Wędrowiec: zaloguj, wyszukiwarka
,  dodaj nowy wątek
Architectus

Architectus

10. sierpnia
Post ID: 83317

Czuł radosną lekkość słysząc jak bystry Garland jest zdolny wyrażać swoje potrzeby, i poniesiony nią uchylił okno w sali. Podziękował z szerokim uśmiechem za miłe słowa uznania względem wykonywanej pracy i ucieszył się, że chłopiec jest zainteresowany warsztatem jaki prowadzi, a następnie wyraził chęć oprowadzenia go po nim, oraz dodał, że nie ma własnego samochodu, ale mogą przejechać się autem któregoś z jego rodzeństwa, a nawet popływać kajakiem. Zapytał go czy pamięta jak zgubiony aparat wyglądał i zaproponował, że mogliby razem kupić taki sam model i wręczyć jego siostrze.

Pełen podziwu wyraził, że chyli czoło wobec gotowości chłopca by ratować siostrę. Westchnął odpowiadając, że nie wie kto stoi za porwaniami. Zdumiało go pytanie o bycie jego szwagrem i nieśmiało zanegował. Znając z wizyt lokalny ogród zoologiczny potwierdził, że są tam lamy. Zapytał czy już odwiedził z siostrą to miejsce. Wyraził swój smutek wobec okropnych snów Garlanda i zatrwożony potwierdził posiadanie podobnych koszmarów. Z trudem wyjaśnił jak kawałki samochodu poraniły jego twarz. Zaprzeczył podglądaniu dziewczyn, stwierdzając że sam nie chciałby być podglądany, gdyż jest to dla niego przykre. Dodał również patrząc w dal, że nagość uważa za magicznie piękne zjawisko, jednakże czasami nawet oglądanie jej z przyzwoleniem bywa smutne.

Po otrzymaniu pytania o kuchnię francuską sięgnął pamięcią po wspomnienia związane z tym tematem i przyznał:
- Nie jadłem zbyt wielu potraw z tego menu, ale podoba mu się francuski zwyczaj przyrządzania ciepłych kolacji. Do tego, podczas jednego z rodzinnych spotkań moja siostra przygotowała ratatouille, które mi zasmakowało i nauczywszy się przepisu robię sobie je w domu od czasu do czasu. Ach! Słyszałem, że we Francji są robione naleśniki na cieniutkim cieście. Chciałbym kiedyś ich skosztować - zabujał w obłokach na krótką chwilę, po której powróciwszy spytał - Garlandzie, chciałbyś posmakować niemieckiej kuchni?

Podczas dalszych rozmów delikatnie zganił chłopca za przykre słowa wobec pań pielęgniarek, wyjaśniając że te panie zadbały o to, aby mógł on wypocząć w suchym łóżku ze świeżą pościelą. Dodał, że wiek zmienia człowieka, i że też kiedyś będzie w podobnym stanie. Zaniepokoił się słysząc jak chłopiec zna bicie i ma przykre skojarzenia z rodzicami. Stwierdził, że zamiast bicia woli przytulanie, po czym z ciężkim sercem dodał, iż nie wie czy oni przyjadą do szpitala. Zmartwił się słysząc, że chłopca coś boli. Chcąc ustalić kiedy można ruszać na poszukiwania, a przy tym z dalszym zwiedzaniem miasta, zapytał pani pielęgniarki robiącej obchód, co dolega Garlandowi i kiedy może wyjść ze szpitala.

Po przybyciu siostry Garlanda Jörg rozweselił się widząc, że jest cała. Mimo to, dopytał czy jej coś doskwiera, następnie zreflektował się, że nie poznał jej imienia, i dodał pytanie o nie. Dociekanie o to, jak się znaleźli w tak niebezpiecznej sytuacji byłoby nietaktowne, dlatego odsunął je na później. Czule docenił jej serdeczną wdzięczność oraz okazywanie wrażeń co do soku agrestowego i nie zwracanie uwagi na blizny. Zapytał, czym innym chciałaby ugasić pragnienie. Przy każdym zwracaniu się do dziewczyny wahał się nad odpowiednimi sformułowaniami i mówił do niej per pani. Wciąż o tym myśląc spytał, czy dziewczyna chciałaby powiadomić rodzinę, i czy ktoś jeszcze z jej bliskich został porwany.

Obecność dziewczyny łagodziła zmartwienie mechanika, a jej przemyślane gesty i słowa osładzały nadmiar goryczy jaki mu towarzyszył od wielu godzin. Podczas spaceru po korytarzu z Jörga zaczęło schodzić napięcie, pozwalając mu na jaśniejsze myślenie, czym podzielił się z uczestniczką wspólnej rozmowy:
- Garland zasugerował mi, abym starał się o pani względy. Myślę, że sytuacja zagrożenia jaka nastała powoduje, że flirtowanie z panią byłoby w najbliższym czasie niewłaściwe, mimo że odbieram panią jako miłą i piękną. Nawet jeśli niebezpieczeństwa czyhają każdego dnia, aktualnie według mnie warto zachować szczególną czujność, ponieważ nie chciałbym wywoływać ryzyka jakiemu można zapobiec - wpatrując się w śliczne oczy dziewczyny zarumienił się, więc szybko odwrócił wzrok i patrząc przed siebie odzyskiwał umykające myśli.

Powróciły one kiedy dziewczyna wręczyła mu klucz od Carla. Słysząc o dumie jaką miał względem tego przedmiotu mechanik zmarszczył brwi w intensywnym skupieniu. Kształt narzędzia zszokował hanowerczyka, przypominając mu makabryczne sceny połączenia ciała z maszyną po wypadku sprzed wielu lat. Z szeroko otwartymi oczami przyjął podarunek. Przyglądał mu się z uwagą i obracał w dłoniach trzymając go mocno, jak gdyby miał wyskoczyć o własnych siłach z jego uchwytu. Kiedy usłyszał o podobieństwie do brata, zadrżał ze wzruszenia, jednak nie na tyle by nie zdołać stabilnie spojrzeć w oczy dziewczynie i uśmiechem podziękować jej za sprecyzowanie wypowiedzi względem braterskiego podobieństwa, a nie do klucza. Wtem widząc śmiejącego się i bawiącego Garlanda poczuł ciepło w sercu. Nie chcąc psuć chwili na beztroski oddech dla całej trójki, dopytywaniem o genezę tajemniczego oprzyrządowania, milczał, odsuwając dociekanie na później, i delektował się opromienionym widokiem siostrzanej troski u dziewczyny stojącej obok niego.

- Tak, możecie zamieszkać - odpowiedział po dłuższym namyśle. - Mam dodatkowe zestawy pościeli, gdyż odwiedziny członków rodziny z nocowaniem zdarzają się u mnie nierzadko, choć mieszkanie w bloku, na czwartym piętrze z samymi przyprawami i ziołami kuchennymi w doniczkach zamiast kwiatów, nie jest wysokich lotów - rozważył kolejne słowa do wypowiedzenia. - Czy macie coś na przebranie? Pytam, gdyż mam parę ubrań siostrzeńca i siostry, które mogą być dla was za duże, ale chociaż będzie coś w zapasie. Możecie spać razem w dużym pokoju lub oddzielnie w dwóch wolnych pokojach. Tylko przy jednej kanapie jest lampka nocna, więc mogę przynieść drugą z mojego pokoju, abyście w razie nagłego przebudzenia i przestraszenia w nocy mogli rozświetlić ciemności - spoglądał raz na chłopca raz na jego siostrę. - W swoich książkowych zbiorach mam atlas kosmosu oraz psów, Garland będzie mógł je poczytać by się uspokoić. A pani, chciałaby także mieć książkę blisko siebie?

Xelacient

Xelacient

12. sierpnia
Post ID: 83326

- Widzisz Tahir!? Jak się skupisz to potrafisz! – Otto głośno pogratulował zięciowi (niedoszłemu), chyba pierwszy raz czuł zadowolenie, że ktoś taki spotyka się z jego córką. To, że arabowi omsknął się palec było dla Kamphausena szczegółem niegodnym uwagi.

Zadowolenie urosło jeszcze bardziej przechodząc wręcz w zawstydzenie gdy ciemnogłoskóry odstąpił piękności swoją pigułkę. Otto postąpił wręcz przeciwnie, czując, że ta należąca do niego topi mu się w ręku zaczął ją od razu konsumować, bojąc się, że zaraz zostanie z niej mokra plama. Zresztą to była premia przeznaczona dla niego!

Podczas ostrożnej konsumpcji premii w formie loda przysłuchał się uważniej głosom „Tuzów”, Otto całe życie przepracował w wielkich zakładach gdzie przez cały czas było słychać buczenie wielkoprzemysłowej aparatury albo odgłosy dziesiątków rozmów, więc jego umysł automatycznie ignorował „szumy we tle”. Na lekarzy komentujących przebieg operacji to oni nie brzmieli, za to kwoty jakimi się przerzucali robiły wrażenie.

- Gdyby takie pieniądze otrzymałaby moja rodzina to umarłbym w spokoju - mruknął ni to do siebie ni to do zgromadzonych gdy zjadł pigułę – moja matka spokojnie mogłaby dożyć swoich dni i nie miałaby mi za złe tego całego wypadku.

W tym momencie nagle się zreflektował, dlaczego myśląc o rodzinie w pierwszej chwili pomyślał o matce? I dlaczego tak bardzo się przejmował jej opinią? W tym momencie Der Chemikier zastygł w zdumieniu. W końcu zrozumiał co takiego czuł od momentu pojawienia się w tym pokoju, a nie potrafił nazwać. To była WOLNOŚĆ! Nie wyostrzone zmysły, nie sprawniejsze ciało, nie bystrzejszy umysł lecz właśnie wolność sprawiała, że od początku czuł się tutaj tak dobrze, mimo, iż to miejsce drwiło ze zdrowego rozsądku. Po pięćdziesięciu latach życia w końcu wyrwał się spod kontroli matki! Kobiety, która skrupulatnie zaplanowała i kontrolowała jego życie, zaś on (nie licząc odchyłu w nauki chemiczne) dokładnie realizował. Nawet jego najdłuższe wakacje życia czyli miesiąc miodowy, który miał spędzić tylko ze swoją żoną skończył się na tym, że jego matka w ostatniej chwili „dołączyła” się do nich! Pierwszy raz w jego życiu jego matka nie wiedziała gdzie jest, ani kiedy wróci do domu!

A to, że sam tego nie wiedział to była inna sprawa.

Roześmiał się serdecznie, a nawet wykonał parę tanecznych ruchów, co w jego wykonaniu wyszło raczej pokracznie. Dopiero zdziwione spojrzenia zgromadzonych sprawiły, że się opamiętał i przystanął z zakłopotanym uśmiechem. Jednak euforia, która nadeszła wraz z uświadomieniem sobie jego nowego stanu wciąż trwała, dzięki czemu z nietypową jak na niego radością oraz pewnością siebie zaczął przemawiać do zgromadzonych. Słyszał w swoim życiu wystarczająco wielu „motywujących przemówień”, by na poczekaniu mógł stworzyć własne.

- Drodzy Współpojowicze! Nie wyszło nam z tymi walizkami, ale nie ma czego żałować! Niczego przecież nie straciliśmy! Co zyskała tamta trójka? Gumowe stroje? Na co komu one? Do brodzenia w zbiorniku z kwasem? Ja już bym wolałbym założyć coś takiego – dodał wymownie wskazując na potrzaskane zbroje – Godna uwagi była tylko broń! Przedmioty jakie otrzymał Walter sugerują, że w tym zadaniu będziemy potrzebowali broni! Nie otrzymaliśmy jej, ale kto powiedział, że nie możemy jej sami sobie wziąć?! – dodał biorąc nogę od połamanego stołu i unosząc ją w górę – Niech każdy mężczyzna z tutejszych mebli zaimprowizuje sobie taką pałkę… Nie, Jajogłowy, Ty nie! – dodał oskarżycielsko wskazując bronią na kultystę – nawet jeśli moje przewidywania są błędne to będziemy mieli czym ogłuszyć tego fanatyka… gdyby znów zaczął sprawiać problemy – dodał mierząc go groźnie wzrokiem, pałka w rękach dodawała Kamphausenowi pewności siebie, była to komfortowa broń, z jednej strony dawała poczucie siły, a z drugiej nie służyła do okaleczania i zabijania jak miecz i pistolet lecz jedynie do ogłuszania przeciwnika. Taka broń służyła porządkowi!

- Jako inżynier od razu zaproponuje jedno ulepszenie w celu poprawy ergonomii – dodał podchodząc do jednego z foteli, który był obity jakimś wytwornym materiałem, po czym za pomocą nożyka udarł z niego pasmo materii, którym następnie owinął jeden koniec swojej pałki tworząc wygodny uchwyt – dzięki temu będziecie pewniej trzymać broń, aha i niech każdy weźmie ze sobą po nożyku z tutejszej zastawy, na pewno się przydarzą. Gdy wszyscy będą gotowi to wyruszamy, bo czas płynie! Jest nas tutaj trzynaście, czyli trzy czwórki i… Jajogłowy, którego pognamy na czele! Następnie pójdę ja z Panem Vollblüterem. Coś czuje, że to zadanie jest… przygotowane specjalnie dla nas – głos Ottowi lekko się załamał gdy nagle go dopadły wspomnienia dziwacznych koszmarów o nazistowskiej symbolice – towarzyszyć nam mogą Pan Søren i Pan Coldberg. Następie będzie szła druga czwórka, Tahir, zajmiesz się naszą towarzyszką, dobrze? – zapytał posyłając zięciowi (niedoszłemu) porozumiewawcze mrugnięcie, mieli zadanie od Kostka to trzeba było je wykonać – weźmiesz lamę. Pani Tutta będzie wam towarzyszyć, podtrzyma na duchu naszą współpokojowiczkę, prawda? Panie Bulma, Pan będzie prowadził ostatnią czwórkę, czyli siebie, Pana Hermana, Pana Aloisa i Pana Pringsheima. Wszystkim pasuje taki układ? – zapytał na koniec, nawet jeśli nie przekona zgromadzonych do swoich pomysłów to chociaż mógł dać impuls do wymarszu. Po tej przemowie Der Chemiker umilkł, ponieważ zaczął czuć coś dziwnego. Czyżby piguła, którą zjadł zaczynała działać?

Tabris

Tabris

14. sierpnia
Post ID: 83336

- Nie potrafię powiedzieć co może być przyczyną bólu, ale może są to przyczyny związane z Twoją przeszłością. Chyba domyślasz się już kto jest Twoim ojcem. - Walter westchnął ciężko - jestem nim ja.
~~~
W końcu to zrobił, przekuł balon, który rozrósł się stanowczo za bardzo. W sumie nie wiedział, że dla Lei to takie istotne.

Przynajmniej zajął się czymś ważnym ale też odpędzającym myśl o zadaniu, które miał przed sobą. Teraz zrozumiał co znaczyły te słowa o siekaniu setek zombi. Nie podobało mu się to. Chyba oznaczało to że będą się przebijać przez hordy powolnych i odpornych wrogów aż do ich przywódcy. Kozioł miał klasę Pies to gówniarz. Parę rzeczy wymagało przemyśleń ale na to nie miał czasu. Czekając na reakcję Lei usłyszał wycie szaleńca - odruchowo ustawił bólopistolet na połowę mocy.

Garett

Garett

15. sierpnia
Post ID: 83337

-Ach, więc mówisz, że to Sara mnie zabiła? A to ciekawe... Może więc mi powiesz, jak według ciebie jest: to pistolet zabija, czy ten kto pociąga za spust? – odparował Janikowi.

Zdenerwowany Coldberg kopnął pył jaki pozostał po walizkach. Nie miał jednak sobie za wiele do zarzucenie, wszakże był studentem psychologii, a nie matematyki. Nie, jego irytacji wynikała z głupoty Carla, który jak ostatni debil zniszczył kilka walizek wpisując losowe liczby. Miał ochotę mu przywalić tym pogrzebaczem za pomocą którego wyciągnęli z kominka walizkę Ferenza. Niestety nie mógł sobie na to pozwolić, bo reszta uznałaby go za niebezpiecznego dla otoczenia i zaczęła traktować jak Jajogłowego.
W dodatku Arab uznał monolity za Czarny Kamień... Mathias miał nadzieję, że nie mówił o tym do końca na poważnie, bo mogą być z nim kłopoty. Szczęście w nieszczęściu, że najwyraźniej był totalną ciapą, bo pomimo rozwiązania zagadki spalił swoją walizkę źle wpisując kod.

-Mówisz, że smak ma tylko odwracać uwagę? Hmm, ale któreś z właściwości tej pigułki chyba musi nawiązywać do efektu jaki powoduje... Może chodzi o temperaturę?

W tym samym czasie Chemik połknął swoją pigułkę. Mathias był nieco rozdarty widząc to. Z jednej strony nie mógł uwierzyć jak ktoś, kto zajmuje się takim zawodem może tak zupełnie bez pomyślunku połknąć dziwną pigułkę niewiadomego pochodzenia ni efektu. Z drugiej strony jednak, to jak zadziała na Otto może potwierdzić lub zaprzeczyć teorii Coldberga, że temperatura pigułki wiąże się z jej efektem.

W czasie kiedy Otto dzielił się swoim planem z Pokojowiczami, Mathias chwycił pogrzebacz i wszedł do szafy. Skoro będą tu musieli walczyć z zombie, to dobrze by było znaleźć coś wytrzymałego do ochrony, aby te żywe trupy nie mogły ich pogryźć (bo na 99% będą to te amerykańskie zombie zarażające ludzi wirusem poprzez ugryzienie). Najlepszy będzie chyba jakiś gruby skórzany płaszcz.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

15. sierpnia
Post ID: 83338

Rozwiązanie wymyślone przez araba było proste i logiczne, więc zapewne poprawne. Anshelm obserwował go dokładnie, kiedy ten wprowadzał kod do walizki. Dzięki temu dostrzegł, że ostatnią cyfrę mężczyzna wprowadził błędnie. Niestety walizka nazisty przepadła, tak jak i cała reszta.

Anshelm poszedł za namową chemika i oderwał od jednego z krzeseł ciężką, drewnianą nogę. Następnie wziął ze stołu pozłacany nóż i z jego pomocą wyciął z fotela pas skóry, który wykorzystał do wykonania rękojeści prowizorycznej pałki. Nóż schował za pazuchę - tam, gdzie kiedyś nosił sztylet - i dla pewności zabrał ze stołu jeszcze jeden, który wetknął za pasek spodni, pod połą płaszcza.

Dziwne pigułki zaciekawiły Anshelma, tym bardziej, że on swojej nie dostał. Z zaintrygowaniem patrzył na Otta połykającego pigułkę, czekając na pierwsze oznaki efektów ubocznych.

Wiwernus

Wiwernus

15. sierpnia
Post ID: 83340

25 Września 1991 r., Berlin

Pani Joanna Levittoux-Charpentier.

Wyjawione z pięknym francuskim akcentem imię oraz dwuczłonowe nazwisko zachwycały. Każda chwila spędzona z pięknością była dowodem na jej uprzejmość, taktowność i troskę wyrażoną komuś tak nieśmiałemu jak Pringsheim. Miał prawo do zafascynowania, mimo to jednak zachowywał kulturę – nie naciskał, tytułował ją Panią, nie był nachalny i nie domagał się informacji o losie swojego brata.

Zaskoczył ją jednak delikatnym – ale i jak konkretnym! - zasygnalizowaniem swoich emocji, ta jednak przebiła go rozbrajającą szczerością.
- Nie, Panie Pringsheim. Mój brat ma rację. Właśnie dlatego z powodu tego ryzyka i niebezpieczeństw powinniśmy kierować się głosem serca, bo potem możemy tego żałować. Strach trzeba odegnać.

Od tego momentu był niemal pewny, że kupno aparatu to właściwy ruch, zdołał nawet porozmawiać z Garlandem na osobności i ten zasugerował mu kilka dobrych propozycji, które z pewnością zachwyciłyby Panią Joannę. Każda z nich jednak cechowała francuskim rozmachem, mechanik słabo znał się na aparatach, ale nie było trzeba być ekspertem, aby przewidzieć jak liczne i tłuste zera będą zdobić ceny aparatów opisywanych przez chłopca.

Okazało się, że malec musi zostać w szpitalu jeszcze tydzień, nawet nie względu na jego stan zdrowia, który był dobry, lecz procedury i fakt, że sprawa karambolu cieszyła się zainteresowaniem prasy. Niemieckie posłuszeństwo nakazywało przestrzegać reguł i uniknąć niepotrzebnego skandalu. Pierwotnie zakładano nawet dwukrotnie dłuższy pobyt, ale Joanna w kilku językach zbeształa personel, a potem jeszcze postraszyła francuskimi mediami. Długie siedem dni okazało się być kompromisem i powodem do radości, choć malec nie mógł doczekać się momentu, gdy ujrzy warsztat i uda się ze Szwagierem na kajaki.
- Weź mi atlas kosmosów i psów, a także taką gazetkę ze sklepu, pokażę ci jakie zabawki możesz mi kupić.

Garland pozostał w szpitalu, dzielnie wytrzymując ciężar pożegnania, zaś duet JoJo udał się do mieszkania mechanika. Tematem ich rozmowy nie był zbyt miłosny, dotyczył przede wszystkim rozdziału ubioru po rodzinie Pringsheima. Dziewczyna nie miała przy sobie prawie nic, sygnalizowała także braki w gotówce, choć możliwie najdelikatniej. Obiecała, że za wszystko odpłaci się w przyszłości i przepraszała, że W Y Ż S Z E O K O L I C Z N O Ś C I zmusiły ją do przedłużenia pobytu w Berlinie. Wycieczka, atrakcja dla malca, zmieniła się w koszmar. Próbowała jednak zachować humor.
- Porównaj tylko moje oczy do księżyca w pełni, a dostaniesz kuksańca. - wskazała na okazałego satelitę.

Nie wiedział jaka była jej reakcja na tymczasowe mieszkania - nawet się po nim nie rozejrzała, gdy pokazał pokój przeznaczony dla niej i Garlanda. Zamierzała w nim spać wraz z braciszkiem i niczego więcej nie potrzebowała. Zamknęła się w łazience i oddała bardzo długiej kąpieli, podczas gdy mechanik obrócił się w słup soli i wraz z kluczoślimakiem obserwował trzy wielkie szklane obiekty, które w niewyjaśniony sposób pojawiły się w jego domostwie. Było to tym bardziej zastanawiające, bo nie było najmniejszego śladu włamania, a jego włości na czwartym piętrze były dobrze strzeżone przez „ludzki monitor osiedlowy”, ten sam który tak bardzo interesował się jego tragicznym życiem oraz nagłym przybyciem z obcą pięknością.
- Da. - purchnęła pijawka w charakterystyczny sposób.

Dziewczyna w końcu wyszorowała się i wypłakała w samotności. Brak zapachu ryb i soli pozwolił cieszyć się jej pięknem w stu procentach, zaś przydługie ubranie po siostrzenicy mechanika tylko dodało jej uroku. Okazało się, że to ona zamówiła na jego adres kilka „pamiątek” i kazała ich pilnować jak oka w głowie, za co zresztą przepraszała – ciepłym słowem, przytuleniem i pocałunkiem w oba policzki. Było jej wstyd za to, że wprosiła się do niego przed udzieleniem właściwej zgody. Nie tłumaczyło to w żaden sposób skąd miała jego adres, w jaki sposób przeniesiono tu szklane obiekty i do czego właściwie służyły. Unikała tego tematu, obiecując powrót do niego w stosownej chwili.

Zasiedli na kanapie. Kobieta nie wiedziała jak poradzić sobie z własnymi myślami, więc włączyła telewizor. Śledziła dziennik informacyjny, analizując dziennikarski warsztat Niemców.

Dzisiejszego dnia doszło do niespodziewanego, zabawnego, choć przede wszystkim przerażającego incydentu. Niezidentyfikowany mężczyzna – na ekranie pojawił się wizerunek osobnika z kamery, bardzo niewyraźny i uniemożliwiający rozpoznanie – postanowił umilić sobie nudny żywot i przedostał przez barierkę w Berlińskim Zoo. Liczni świadkowie zauważyli go dopiero po tym jak jak znalazł się na wybiegu niedźwiedzia brunatnego, zresztą potulnie wtulony w niego i wypoczywający w cieniu z wystawionymi dumnie nogami. Prawdopodobnie spali tak bardzo długo w krępująco bliskim kontakcie, ale mężczyzna w końcu obudził się i dostał ataku paniki, po czym z trudem umknął niedźwiadkowi. Co za wydarzenie!

Joanna przewróciła oczami.

Nowe informacje dotyczące karambolu – pojawiło się ujęcie z helikoptera na zatamowane skrzyżowanie – według najnowszych doniesień liczba ofiar śmiertelnych to...

Jednym kliknięciem zmieniła kanał. Obserwowali w krępującej ciszy reportaż o kary śmierci, którą w NRD zniesiono dopiero ostatecznie w Grudniu 1987 roku, po tym jak sprytnie po egzekucjach wypisywano ataki serca, czasem po prostu strzelając w tył głowy. Ponura atmosfera dokumentu, ciemne barwy, kamera prowadzona z trzęsącej ręki, niska jakość nagrania w przytłaczających więzieniach – atmosfera grozy narastała, aż siedzący między „parą” kluczostwór ożywił się, wyraźnie czerpiąc energię ze strachu i mroku. Lektor grobowym głosem próbował odpowiedzieć na pytanie czy kara śmierci ma sens – ekonomiczny, moralny, czy jest sprawiedliwa, czy faktycznie nieistnienie jest karą i ostatecznie czy warto zaryzykować skazanie niewinnego.
- Jakie jest twoje zdanie? - spytała, gdy prezentowano kilka bestii objętych niespodziewaną dla nich amnestią. Pedofile, mordercy, zdrajcy stanu. - Pozbyłbyś się takiego i miałbyś po tym wyrzuty?

Mógł przemyśleć jej słowa, bo uznała, że czas na sen. Pocałowała go delikatnie w usta i udała się do łóżka, po czym zasnęła natychmiast. Wyglądała niesamowicie rozłożona bezwładnie i oddychająca ciężko. Udał się do siebie i próbował uczynić to co ona. Gdy w końcu mu się to udało, poczuł, że coś pieści go po nodze. Początkowo uznał to za zaloty kobiety, wymęczony i ospały nie stawiał oporu, a „ona” powoli wędrowała coraz dalej i dalej. Nie przeszkadzało mu to, choć wydała mu się miejscami tłusta, oślizgła niczym ryba. Zareagował dopiero, gdy odczuł zimny metal i basowe, przerażające „Da”. Kluczpijawka miała rozmiary wołu, wyrosły jej ociekające ropą i kwasowym śluzem macki, skrępowała go szybko i dusiła niczym wąż, aż do momentu połamania wszystkich żeber i bolesnego uśmiercenia.

Zerwał się, przebierając nogami. Kopnął leżącego w jego nogach kluczoślimaka, faktycznie większego odjedzenia jego strachem, lecz wciąż malutkiego i niegroźnego, niemal martwego i bliższego przedmiotowi niż żywej istocie. Stworzonko groźnie wymachiwało stalowym elementem, z którego pyszczka zaczęły wyrastać małe, pordzewiałe czujki. Da wpatrywało się w niego, choć nie miało oczu. Wstał i udał się zobaczyć co u nowej lokatorki. Spała, choć z pewnością nie zbyt dobrze, bo łózko było zmoczone. Przez sen bredziła o kluczach, zombie, Lisiej Pani oraz Tahirze.

Wrócił do łóżka, mijając telefon, który nagle zadzwonił. Pamiętał już ostatnie nocne rozmowy i ich konsekwencje, szybko jednak chwycił słuchawkę, nie chcąc obudzić nowego domownika.
- Masz 29 dni na przemyślenie sobie wszystkiego, Joanno. Inaczej cię zamorduję.

Sygnał urwał się natychmiastowo, a Pringsheim wiedział już, że nigdy nie zapomni tego silnego, kobiecego głosu. Nie zasnął do rana, przez co umknął mu jeszcze jeden telefon, tym razem odebrany z samego świtu przez piękność. Na szczęście zakradł się w miarę szybko i usłyszał chociaż część poufnej pogadanki, w ciszy i mającej go z pewnością nie zbudzić.

26 Września 1991 r., Berlin
- No, to na pewno nie twoje apartamenty, ale nie o to mi chodziło. Jest tu bezpiecznie.
- Tak, tak.
- Jakoś przyjął do wiadomości. Musiał. Mimo wszystko jest aspołecznym osobnikiem w średnim wieku, do którego życia nagle wtargnęła egzotyczna dziewczyna. To czy z dzieckiem, ślimakiem czy trumnami – jaka różnica. Przygarnął z dobrodziejstwem inwentarza. Nie zrozum mnie źle, ja się z tym paskudnie czuję, bo gram na jego słabostce, ale to cena, którą muszę płacić za stabilizacje. W szczególności dla Garlanda.
- No, Garlanda.
- Brata.
- Wiem, że masz go w „cul”. Dla mnie jest najważniejszy i otrzyma w końcu dobre warunki do życia.
- Tak, przyjął go jak swojego brata, właściwie to nawet syna.
- A co cię tak na czułostki i relacje międzyludzkie wzięło? Kto jak kto, ale po tobie... Tak, tak, właśnie po tobie...
- No, co ja mam ci powiedzieć. On nie jest piękny, ale jest dobry; czuły i opiekuńczy. Bardzo wrażliwy, jeśli chodzi o siłę charakteru to mógłby konkurować z Wagnerem. Ale ma też upór i taką męskość, jest konkretny i robi swoje, gdy już się zawzie. Nie zostawił mnie. Kto zareagował na mnie w Pokoju? Widzieli mnie wszyscy, jak na świeczniku, a nie zrobili nic. Jemu wystarczył mój głos w środku nocy i szczera prośba.
- Nadim to co innego.
- No.
- Są wyjątki, ale mało który taki jak Jörg.
- Jest łysy, pełen blizn, podbródek zniekształcony, nawet trudno mi powiedzieć czy on w ogóle go ma czy, czy jest wyciśnięty czy zagnieżdżony w środku głowy. To nie ma znaczenia. Byłam młodocianą miss universe i fumier z tego miałam. Piękno nie ma znaczenia.
- Chciałabym, nie będę nawet ukrywać. To dobry mężczyzna, wiem, bo mam porównanie z wieloma zalotnikami w życiu doczesnym i ignorantami z pokoi. Gdybym była „wolna”, to mogłabym z nim być. Kochać jako kobieta, może nawet kochać dosłownie, operacje plas...
- To nie pytaj.
- Nie, nie wiem jeszcze kogo. Nie mam nawet pomysłu. Nad „wariantem” również się nie zastanawiałam.
- Myślę nad tym, ale nie wiem czy starczy mi sił, aby go w to wciągnąć. Byłby przydatny, szczególnie zmanipulowany.
- Rozważam nagłe zniknięcie. Zostawię mu ckliwy list, żeby zapomniał o mnie, bo gardzę takimi potworami. Jest prostolinijny i łyknie to, jest takim młodszym Carlem, wybaczy wszystko. Wiesz o tym najlepiej. Tylko co jeśli zaatakuje wcześniej?
- Dziczeje. Zmienia się, nie potrafi zaspokoić. Słyszałeś Janika. Wolę nie ryzykować zdrowiem i życiem Pringsheima.
- Ciszej, bo nas usłyszy.
- Jeśli będzie trzeba, obronię go.
- Nie, nie powiedziałam o Carlu.
- Zamierzam,
- Taka jest cena.
- No, wszystko jest lepsze od alternatywy. Wolę to niż bycie gwiazdą muzyczną.
- Chyba się obudził, dobra, kończę.

Udawała, że kontempluje doniczki z ziołami. Nie pozwoliła sobie na dłuższą rozmowę. Zjedli śniadanie, przy czym zdawało się ono jej w ogóle nie smakować. Potem pożegnała się i udała do brata, rolą mechanika zaś było zostawić ją z nim samemu, zresztą i tak musiał zajrzeć do warsztatu, by załatwić sprawę z klientem. Kontakt z nim wydał mu się dziwnie przyziemny. Pożegnali się, a potem ruszył do domu.

Dryń-Dryń. Podszedł do drzwi, ale nie zastał Joanny, lecz kobietę w średnim wieku, z charakterystycznymi zakolami, ciemnoczerwonymi włosami splątanych w kuca, gargantuicznych lenonkach, bladą i wampirzą cerą oraz krwistą kamizelką na białej koszuli. Była pod krawatem, nosiła się po męsku, nawet paliła długą fajkę. Oglądał to dziwo z zaciekawieniem, podobnie jak stojący obok jego nogi ślimakoklucz, ona jednak zachowywała się jakby nie widziała dziwnego stwora.
- Pan Jörg Pringsheim, brat Carla Pringsheima. Na mocy węzłów krwi przysługują panu... jego fanty, obole.

Podała kopertę zalakowaną wizerunkiem poczciwej psiny. Początkowo uznał podarunek za dziwny żart. Chciał się nawet spytać kobiety o co właściwie chodzi, ale jakby rozpłynęła się powietrzu. Otworzył przedmiot i ze zdumieniem w oczach ujrzał pieniądze, które starannie przeliczył, dokładnie 80 000 marek.

Joanna powróciła chwilę po kobiecie. Ożywiła się po kontakcie z bratem, który najwyraźniej wypytywał o Szwagiera. Opowiadała, namiętnie gestykulując, jak malec dobrze się czuł, tak że nawet wdał się w bójkę z innym chłopcem, większym od siebie dwukrotnie grubasem. Dostał kilka bolesnych kuksańców, ale nawet po tym odgrażał się, że jego brat George przyjdzie i sklepie jegomościa, a potem zademonstruje mu wszystkie blizny. Według jego fantazyjnego opisu blizny mechanika miały swoje własne blizny.

Telefon zadzwonił. Zerwała się, odbierając szybko. Nie dzwonił jednak do niej tajemniczy osobnik, lecz szwagierka mechanika, najwyraźniej besztająca ją. Piękność oddała słuchawkę.
- Jörg, co tam się odwaliło na tym przyjęciu, tego idioty wciąż nie ma w domu! Może i był dotąd grzeczny, ale ma przyjechać mamusia, potrzebuję kogoś do pomocy w domu, a on takie coś. Jeśli wegetuje u ciebie na kanapie, to go ubiję jak śmietanę. - warknęła, a potem dodała. - A co to za panna, he, he, he?

Pokój Narodzin

Janik Eckstein

Zabiłem cię ja, zabiła cię Sara, a przede wszystkim bezmyślne posłuszeństwo, które Milgram chciał znaleźć w Niemczech, a odkrył u całego gatunku ludzkiego. Z tą siłą nie miałeś prawa wygrać.

Nadim najwyraźniej potrzebował sukcesu i docenienia, a najmocniej ze strony Otto. Ten dotąd mobilizował go do działania, teraz zaś jasno wyraził swoje zadowolenie i zignorował omsknięcie palca. Wzmocniona inteligencja interpersonalna pozwoliła mu we właściwy sposób odebrać sygnały „ojca” oraz samemu odpowiedzieć mu wdzięcznością, choć potrzebował do tego zaledwie kilku spojrzeń, gestów i min. Nawiązała się między nimi specyficzna więź porozumienia, wzmocniona jest faktem posiadania tego samego Charona. Co prawda o wiele łatwiejsze było dla nich „połączenie się” z Kostkiem, to jednak możliwym było również pójście o krok dalej i sięgnięcie myślą do innych podopiecznych Charonity. Teść i zięć synchronizowali się telepatycznie.

Der Chemiker zaś swoją postawą przybliżył się popularnością wśród głosów do poziomu tłumacza. Nie chodziło nawet o łaskawość wobec zięcia, ale naturalność jaką miał z powodu zdolności ignorowania komentarzy w głowie. Nikt nie miał powodu wątpić, że w pokojach odnalazł wolność i jest pociesznym, dobrotliwym, ale i pragmatycznym człowiekiem. Jego taniec wywołał euforie, a kiedy sprytnie podzielił trzynastu pokojowiczów na drużyny i odpowiednio zmobilizował je do wyekwipowania się, otrzymał namacalną pomoc, choć przegapił ją, jak większość głosów zresztą. Jeden z Tuzów, zadziwiająco kulturalny i dobrotliwy, zadeklarował finansowe wsparcie godne tak „dobrze tańczącego indywiduum”.

Podział Pokojowiczów spotkał się z entuzjazmem obserwatorów, w samym założeniu miał wiele pozytywów, ale nie pozbawiony był wad wynikających ze złego rozdziału. Drużyna Pierwsza – z chemikiem, nazistowskim pisarzem, studentem-geniuszem i mistycznym tłumaczem – była różnorodna i silna. Potrafiła przełożyć ostateczny cel ponad błahe spory. Uzbrojona w sztućce i elementy mebli po odpowiednich usprawnieniach stanowiła zwartą, dobrze zapowiadającą się grupę. Drużyna Druga – z turkiem, pięknością, miliarderką i lamą – stanowiła raczej zbieraninę pozbawionych większej roli osobników, nad którymi opiekę roztaczać miał ciemnoskóry, zresztą co szło mu całkiem przyzwoicie, nawet jeśli skupiał się w większości na dziewczynie. Udało jej się nawet dobrać elementy uzbrojenia. Nadim okuty w stal wyglądał niczym czarny rycerz, wzbudzał jednak przede wszystkim podziw, nie śmiech, a z mieczem u boku czuł się zaskakująco pewnie. Beata wybrała bardziej paradne i wymyślne zbroje, Lama poszła jej drogą i wyglądała niczym rumak turniejowy, Joanna jako jedyna pozostała przy krótkim nożu. Za nim ruszyli, Tutty zrobiła wszystkim zdjęcia, a potem jeszcze dyskretnie pstrykała fotografie Nadimowi i jego towarzyszce. Drużyna Trzecia – z żydem, celebrytą, upośledzonym społecznie muzykiem oraz niestabilnym Carlem – szybko jednak zaczęła zwiastować kłopoty. Alois był wściekły, że ktoś narzucił mu kompanów, szybko jednak przejął pałeczkę lidera, tym samym odwlekając w czasie nadciągające kłopoty, zresztą bardzo dobrze wyekwipowane. Tylko dzięki niemu udało się odroczyć konflikt do następnego pokoju. Drużyna Trzecia darowała sobie elementy pancerzy na rzecz zwierzęcych skór i futer z szafy, ale w przypadku broni była o wiele bardziej fantazyjna. Carl postawił na młot bojowy, Hans na długą włócznię paradną, Wagner wybrał kiścień, a Alois sięgnął po kuszę, którą zawiesił sobie na plecach. To właśnie oni zabrali wszystkie najlepsze narzędzia mordu z Pokoju Narodzin, skazując Drużynę Pierwszą na mniej wymyślne uzbrojenie.

Przynajmniej oddzielenie Jajogłowego od wszystkich było dobrym posunięciem, ten nawet zarzekał się, że sobie poradzi i nie potrzebny mu zbędny balast. Półnagi, z obolałymi nogami, wydawał się być nie zbyt groźny, ale dmuchanie na zimne było rozsądne.

Po kolei wszyscy przekroczyli próg oddzielający Pokój Narodzin od Cmentarnego. Vanitas vanitatum et omnia vanitas głosiła sentencja nad drzwiami. Nazista pomyślał, że w końcu doczekał się upragnionej podróży, a Der Chemiker uświadomił sobie, że nawet jeśli początkowo nie poczuł smaku pigułki, to z każdą chwilą błogie poczucie szczypiącego chłodu rozchodzącego się po jego ciele staje się przyjemniejsze i przyjemniejsze.

Pokój Cmentarny

Mała kraina jaką przyszło im odwiedzić przypominała cmentarną metropolię skąpaną w świetle świtu. Marmurowe groby przeznaczone dla graczy, niedoszłych graczy i wciąż grających przytłoczyły ich swoją liczebnością i różnorodnością. Każdy ozdobiony był inną sentencją i zwłokami skrytymi za czarnym szkłem. Te młodsze niemal świeciły się. Starsze i zrujnowane obrosły mchem, pokojowymi paprociami oraz żywą, nadgniłą tkanką. Gargulce je zdobiące popękały i ściemniały, ich wyrazy twarzy zrobiły się złowieszcze i smutne. Niekiedy kruki przysiadywały na nich i spoglądały wygłodniałym wzrokiem na trupy. Było złowrogo, ale i mistycznie, na tyle by uwaga wszystkich skupiła się na obserwowaniu grobów. Z drobnymi wyjątkami – Anshelm podziwiał liczne flagi III Rzeszy i zrujnowane tygrysy obrośnięte mięsem i warstwą zakrzepłej krwi; Alois knuł swoje intrygi; Goebbels zaś skupił się na zajadaniu paprociami, przy każdym ruchu hałasując swoją zbroją.

Janik Eckstein

Pokoje w samym założeniu są niezmienne, można wyróżnić w nich stałą tematykę i cechy w nich pozostające bez zmian, za każdym razem jednak wywołują inne odczucia i są dla grających czymś zupełnie innym. Przepływająca odnoga krwawego Styksu czy ukształtowanie terenu nie zmieniają się, ale elementy nazistowskie są tu jednak nowe. Z każdą misje na pokój nakładana jest „skórka” zgodna z tematyką misji, która odmienia pomieszczenie, pozwalając uczynić go wyjątkowym i ukryć nowe wyzwania, tak aby ci doświadczeni nie czuli się nigdy bezpiecznie nawet w znanych sobie pokojach. Co więcej, dostosowanie Pokoju do potrzeb Mistrza Gry ma także charakter indywidualny wobec grających. Każdy zawsze znajdzie w nim coś dla siebie, coś co będzie go przyciągać i odwracać jego uwagę.

Miał rację. Tłumacz jako pierwszy zwrócił uwagę na grób E. Karlsena, przy którym zresztą zatrzymał się Jajogłowy w ramach odpoczynku. Fanatyk nie chciał zdradzić, że przede wszystkim odpoczywał po marszu i straszliwie bolały go nogi, dlatego sprawiał pozory, że odbył pielgrzymkę do Ewangelisty. Mimo wyrachowania i paskudnego charakteru, faktycznie go cenił, a kontakt z miejscem pochówku dodał mu sił. Odstąpił miejsca Guru, który starannie obejrzał pamiątkę po twórcy Purgatorium. Twarz zwłok wyrażała strach i szaleństwo, sentencja była niejasna jak twórczość autora, 10 zdobytych punktów również nie zachwycało. Zauważył jednak, że marmur zachował się całkiem dobrze, nie gnił i nie pokrywał roślinnością. Oczywistym było, że ci zapamiętani przez graczy i bliskich z doczesnego żywota mają lepsze, ozdobione kolorowymi kwiatami, płomieniami pamięci i ozdobami groby. Najwyraźniej jego barwna postać utrwaliła się w pamięci Berlińczyków.

Najbardziej zadbany był grób na podwyższeniu należący do młodego mężczyzny o nazwisku Lünar. W jego przypadku kwiaty tworzyły harmonijną kompozycję, ławka do siedzenia była ze złota, a gargulce wokół pilnowały go niczym straż. Najwyraźniej obdarzano go niewyobrażalną pamięcią i uczuciem, silnym nawet w tej chwili, bo ulegał licznym przemianom w oczach, a marmur zmieniał formy. Groby dostosowujące się do pamięci, czasu oraz zdobytych punktów fascynowały. I odwracały uwagę, zabierając cenny czas.

Wiele czasu odebrać miały Drużynie Drugiej. Nadim starał się wykorzystać więź z Kostkiem, aby z daleka wyczuwać nastroje Drużyny Trzeciej, sam pomysł był świetny, ale w wykonanie gorsze. Niemądrze zdradził Joannie, że Hans zupełnie zignorował grób swojej narzeczonej, ofiary karambolu, która była bliska wybrania do gry przez neurochirurga. Osoby takie jak ona, jak i nie wybrani do rozgrywki nawet po złożeniu w ofierze, znajdowali się tu licznie. Młoda dziewczyna uparła się, że musi sprawdzić czy wśród takich ofiar nie ma jej braciszka i upierała się nawet po tym jak Kostek otwarcie wyznał, że kobiety nie „odesłał”, bo nie wydała mu się odpowiednia, niezbyt barwna i wolał oszczędzić jej niepotrzebnych męk, tym bardziej dlatego nie wysłał tu chłopca. Uparła się jednak, że woli się upewnić i nie wierzy komuś kto skazuje zmarłych na takie zaświaty. Mistrz Gry przewidział podobny obrót sytuacji i mącił, tworząc groby małych chłopców podobnych do jej brata, mające ją spowolnić. Nadim zapewniał telepatycznie zięcia, że wybije jej głupie pomysły z głowy, ale wyczuwalnym było, że nie potrafił tego uczynić w taki sposób, aby jej nie zranić.

Z podobną sztuczką musieli uporać się nazista z tłumaczem. Pies odwzorował idealnie grób Stalookiego Seniora, dbając o wszystkie szczegóły. Znaleźli się przez to w iluzji miejsca swojego zgonu, choć w scenerii bogatszej o roślinność, światło poranka oraz szczury i kruki. Wydawało im się, że byt próbuje ich nastraszyć, w tle puszczając cichy odgłos nadjeżdżającego Vana.

Wtedy też tłumacz, mądrze przewidujący wcześniej istnienie siódmych i sekretnych drzwi, zauważył, że za płytą nagrobną znajduje się delikatne wybrzuszenie, które okazało się być klamką. Pociągnął ją delikatnie, a wtedy marmur przemienił się w sekretne, choć wąskie i małe drzwi, do których ledwo co się przecisnął. Klamka ukształtowana na podobieństwo róży, pochwaliła go.

Janik Eckstein

Każdy pokój ma połączenie z sześcioma innymi, ale w środku niekiedy znajdują się wewnętrzne drzwi prowadzące do sekretnych pomieszczeń. Sprawne oko i bystry umysł pozwolą je zauważyć, choć niekiedy, aby przejść trzeba spełnić odpowiednie warunki. Jedne drzwi przepuszczą tylko atrakcyjną kobietę. Inne zadziałają o świcie, jeszcze inne pod wpływem komplementów, groźby lub szantażu. Są takie, które wpuszczą tylko mordercę; znajdą się i takie, które będą zadawać zagadki; słyszałem nawet o takich, które skazane na wieczną samotnością, zmuszały do wspólnego śpiewania na dwa głosy, wytykając boleśnie każdy fałsz. Te wydają się być zadowolone samym faktem dostrzeżenia. Drzwi do takich pomieszczeń czekają, aż ktoś spełni warunki i przejdzie przez nie, potem zaś giną, co przychodzi im z reguły łatwo, bo ich żywot nie jest szczęśliwy. Spełnione, zadowolone z wypełnienia swojego zadania przepadają, ale sekretne pokoje pozostają. Z czasem Mistrz Gry tworzy do nich kolejne połączenie i nowe drzwi, z innymi wymaganiami. dla kolejnego pokolenia graczy. Dba o to, aby zawsze w pokojach znajdowały się sekrety, często upamiętnia kluczowe wydarzenia, tworząc odpowiadające im wewnętrzne, sekretne pokoje. Hadesi są sentymentalni. Niekiedy sekretne, wewnętrzne pokoje mają swoje własne sekretne pokoje. Trzeba uważać, aby się w nich nie zatopić zbyt głęboko, bo potem trudno jest wyjść. Choć nagrody... są kuszące.

Pomieszczenie było małą, podziemną kryptą, miejscem pochówku jednej z uczestniczek gry. Nie potrafił odczytać jej imienia, jedynie przydomek – Persefona. Z sentencji wynikało, że była miłością ówczesnego Hadesa, Kozła IV i choć nie zdobyła zbyt wielu punktów, to jej grób niemal promieniował białą poświatą wydobywającą się z okalającego ją nurtu. Jej ciało było piękne, przyozdobione średniowieczną suknią, ale coś jeszcze wspanialszego znajdowało się w jej niewinnym spojrzeniu, pełnym wrażliwości i mądrości. Nie dziwił się, że taka osoba zachwyciła samego Pana Podziemi i otrzymała odosobnione miejsce spoczynku, choć nie umknął mu fakt, że nawet miłość Boga nie uchroniła jej przed śmiercią. Westchnął, a potem wyciągnął ręce do obu rąk pięknej rzeźby wojownika z kozim łbem, który miał jej pilnować. Znajdowały się w nich dwie pigułki – Słodyczowa, z czekolady, pokryta lukrem, z posypką, nadzieniem karmelowym oraz bitą śmietaną oraz Mięsna, pełną żyłek, z panierką, ostrymi przyprawami, zmyślnym farszem i nadzieniem serowym, lekko oblana sosem. Stanowiły podarunek za odnalezienie sekretnego pokoju. Gdy go opuścił, marmurowe drzwi rozsypały się na popiół, a duch żyjący w klamce-róży pożegnał go.
- Żyłam krótko, powołano mnie jako pierwszy sekret na waszej drodze, mający doprowadzić was do zapomnianego już pokoju, ale doczekałam się należnej uwagi. Nie długo byłam marmurem i szybko przemieniłam się w piękną różę. - umierała z godnością i pogodą ducha. - Dziękuję, że pozwoliłeś mi się przemienić i umrzeć w tak pięknej postaci, niż trwać tutaj przez wieki jako jeden z nieodkrytych, pominiętych przez pośpiech sekretów.

Dotknął marmuru, ale nie przemienił się on już w drzwi, był zimny i twardy. Potem spojrzał na pigułki, a potem na Der Chemikera. Miał prawo nabrać wątpliwości.

Lodowy smakołyk zjedzony przez Otto zadziałał pod nieobecność tłumacza. Der Chemiker leżał na ziemi, przemieniony w lodową bryłę. W tej formie jego ruchy były znacząco ograniczone i spowolnione. Pod wpływem temperatury otoczenia topniał. Każdy gwałtowniejszy ruch mógł połamać jego lodowe kości. Trudno było go dotknąć, bo był tak zimny, że wszystko wokół niego parowało. Widać było, że cierpi, ale i próbuje zaradzić sytuacji, co zdradzał nerwowy ruch jego niebieskich – po przemianie – oczu. Nie całkowicie niebieskich.

Mathias zauważył, że jego półprzezroczyste ciało jest przejrzyste. W oku dostrzegł istnienie małego, czarnego stworzonka przypominającego ślimaka lub pijawkę, narastającego pod wpływem przerażenia chemika i wyraźnie lubiącego chłód. Stwór po zauważeniu stał się dla zlodowaciałego mężczyzny wyczuwalny, powodując ból w jego lewym oku. Tłumacz na sam ten widok znów mimowolnie odczuł, że podobny pasożyt w jego stopie również narasta, diagnozę przeprowadzili również szybko student i nazista. Mathias intruza miał w języku, Anshelm zaś skrytego wymyślnie w jego bliznach.

I w tej właśnie chwili Nadim zaczął bombardować Otto informacjami o losie Drużyny Trzeciej. Okazało się, że Carl w końcu nie wytrzymał towarzystwa oddającego się paleniu Murka i zażywaniu podebranego cytrynowego narkotyku gwiazdora. Obwinił go o karambol – co gwiazdora zaskoczyło – potem jeszcze pokłócił się z Ferenzem o jakiś inny wypadek samochodowy i doszło do małej bitki w miejscu, gdzie Styks robił się najbardziej zdradliwy, a groby zapomnianych uczestników zanurzone były pod krwią. Kruki zerwały się momentalnie, szczury podobnie, a potem razem czekały na ofiary starcia. Bulma mimo bycia atakowanym, przejął inicjatywę. Kaleczył włócznią agresora z dystansu, dotkliwie raniąc go serią pchnięć, ale nie zabijając. Coś ty narobił obwiniał Nadim teścia, nie wyczuwając nawet jego osobliwego stanu. Potem było jeszcze gorzej. Gwiazdor nie chciał zabić Carla i ten w końcu przejął inicjatywę. Jednym wymachem uderzył go tak dotkliwie, że prawie go zabił. W tym momencie Herman wskoczył do Styksu i próbował się w nim skryć, zaś Alois zyskał w końcu odpowiedni pretekst do działania. Sięgnął po kuszę i wymierzył do mężczyzny. Zawahał się, ale tylko na moment. Strzelił mu w ramię, aż ten wypuścił młot i zaczął wić się w mękach. Ból przesiąkł na Kostka, częściowo także na jego podopiecznych – Joannę, Nadima, Otto, Waltera i Leę oraz ogłuszonego częściowo Hansa.

Wątek Waltera

Lea zareagowała upadkiem i dopiero po chwili zrozumiał, że udzielił jej się ból innych podopiecznych Kostka. Nie zareagowała tak w reakcji na jego słowa. Sytuacja ta jednak uniemożliwiła im rozmowę, choć był pewny, że powoli oswaja się z informacją, którą uznała za prawdziwą. Tuzy przekrzykiwały się w zmyślnych reakcjach na ujawnienie pokrewieństwa, ojciec z córką jednak skupili się tylko i wyłącznie na sobie.
- Od kiedy masz pewność? Wiedziałeś od początku i mnie zwodziłeś? Dokąd sięga twoja pamięć? O co w tym wszystkim chodzi? - zacisnęła dłoń na kataszabli. - Czy masz inne dzieci?

Ruszyli dalej, docierając do końca pokoju i jedynych dostępnych, nie pokrytych fioletową barierą drzwi, co nie znaczy, że nie było żadnej – była, cytrynowa. Oznaczało to wyzwanie, było trzeba spełnić odpowiednie wymogi, aby przejść dalej. Każde drzwi były inne, tak samo jak wyzwanie. I duch żyjących w drzwiach. To dla Waltera było oczywiste.

Najwyraźniej Niema już wykonywała zalecenie drzwi stworzonych z marmurowej płyty nagrobnej. Przycisnęła Psa do ziemi i próbowała wyciąć mu z jego szyi wijący się, organicznometalowy element. Im mocniej wił się i bał szaleniec, tym dziwo narastało i zyskiwało na sile. Kobieta mimo wszystko starała się być delikatna, w pewnym sensie. Ostatecznie jednak Pies nie zostawił jej wyboru i boleśnie wyrwała mu spory kawałek skóry, z którego wyjęła oślizgłą pijawkę zakończoną kluczem. Potem dezaktywowała kostium i wycięła katoszablą w swoim brzuchu małą dziurę, by potem wydobyć z niej kolejny, inny klucz. Walter miał okazję dobrze przyjrzeć się jej purgatoryjskiemu tatuażowi z odpowiadającymi jej osobie nurtami, szybko jednak zasłoniła go. Oba dopasowała do przyporządkowanych im otworach. Drzwi najwyraźniej domagały się osiemnastu kluczy, co zresztą potem otwarcie przyznał ich opiekun. Kobieta zostawiła Psa w krwawym błocie, minęła Waltera i udała się na cmentarz, palcem tylko grożąc i nakazując dostosowanie się do zaleceń drzwi. Przekręciła pokrętło w bólostrzelbie do samego końca.

Piontek nie pamiętał tego ducha, ale on go tak. Lisi pysk klamki był gadatliwy i najwyraźniej wiecznie pijany. Mówił z silnym, utrudniającym komunikację akcentem. Dopytywał Waltera o jego żywot i czy w ogóle go pamięta, a także jak się ma pani duch drzwi po drugiej stronie cmentarza.. W końcu jednak zdradził, że aby przejść dalej w bebechach drzwi muszą znaleźć się wszystkie klucze, które Mistrz Gry zasiał w ciałach pokojowiczów. Masochistyczne wyzwanie wymagało przełamania strachu przed okaleczeniem i przezwyciężenia bólu. Wyjaśniło się już co wyrastało w dłoni Waltera i piersi Lei oraz pozostałych pokojowiczach.
- Czcigodny Mistrz Gry, he he, zawsze był zmyślny. Im bardziej się boisz, tym ślimakoklucz jest bardziej zawzięty. Im dłużej odwlekasz próbę, tym narasta większy. Czasami zatopiony jest tak, że samemu nie da się go wyjąć lub jego usunięcie może okaleczyć. On to, hehe, miał zawsze pomysły. - lisia klamka gadała jak najęta. - Kierowniku, hehe, tam po drugiej stronie za mną, w Wątrobowym Domku na Kurzej Nóżce, jest Lisia Pani. Mistrz Gry kazał mi przekazać, że lubi ludzkie mięsko.
Lea zbladła, a jej entuzjazm opadł. Dezaktywowała kostium i próbowała wyciąć klucz, ale zatrzymywała się, gdy zimna purgatoryjska stal dotykała sutka.
- Ty to zrób. - błagała. - Między ojcem i córką nie ma wstydu.

Lisiej klamce wydało się to wspaniałym pomysłem, aż gwizdnęła zbereźnie.

....

Limit Czasowy

94:59

Tabris

Tabris

17. sierpnia
Post ID: 83351

Walter zdjął z siebie górną część kostiumu. Położył ją na bezczelnej klamce. Zwrócił się do obnażonej Lei:
- Widzisz, moja droga, prawda jest taka, że pewnego dnia dostałem list, pół miliona zachodnioniemieckich marek i kostkę. Tę kostkę. Od tego, w moim odczuciu, wszystko się zaczęło. Syn Stalookiego, Twoja matka, lewitacje, wypadek i zaatakowanie doktora Charona, ten pokój i to wszystko... to jest dla mnie nowe. No i Ty. Jesteś najjaśniejszym punktem tej historii. Domyśliłem się gdy wspomniałaś o chorobach uszu, które zbierały żniwo w rodzinie mojej matki. Od tego momentu chciałem poznać prawdę o Tobie, Twojej matce i mnie...
~~~
Piontek celowo pominął niektóre aspekty sprawy. Chciał skupić się na przeszłości, to miało pomóc odwrócić uwagę od pasożytów w ciele Lei i jego. Prosta sztuczka, której używał w czasie pobierania krwi. Wspominał swe mazurskie dzieciństwo. Tym razem nie był to niewinny zabieg, ale liczył że się uda. Nawet nie kombinował by uniknąć jego wykonania. Gest Niemej nieco to zirytował, ale to też było dobre - wszystko było lepsze od uświadomienia sobie posiadania pasożyta w ciele, który żywił się strachem.
~~~
Kończąc swą przemowę nagle zamachnął szablą. Celował możliwie precyzyjnie tak by wykonać nacięcie dość głębokie, aby łatwo wyjąć intruza. Mając do wyboru odcięcie sutka lub późniejsze grzebanie w nim wolał to pierwsze.

Xelacient

Xelacient

18. sierpnia
Post ID: 83353

-Że niby co ja narobiłem? - odparł chłodno Otto ciemnoskóremu - jak zaproponowałem podział na grupy to nikt nie protestował! To, że bez powodu zaczęli walczyć między sobą to jest ich wina! Jeśli nie potrafią przezwyciężyć wzajemnych animozji to niech lepiej już teraz się wybiją nawzajem! - ciągnął Kamphausen, ni to mamrocząc, ni to głośno myśląc, nigdy dotąd nie porozumiewał się za pomocą myśli, więc wychodziło mu to tak połowicznie - a Ty Nadir lepiej się skup na chronieniu naszych dam!

Reakcja Der Chemikera była nad wyraz zimna, ale w obecnym stanie miał większe problemy. Na przykład, że jego ciało zamienia sie w bryłę lodu! Do tego dochodził ból lewego oka oraz ramienia. No i leżał na ziemi, a podnieść się nie mógł, bo przy najmniejszym ruchu lodowe stawy trzeszczały ostrzegawczo.

Wyglądało na to, że jego nadmierne zaufanie do społeczeństwa wyszło mu bokiem. Pigułka-premia wcale nie okazała sie taka korzystna, a czterech dorosłych facetów wzięło sie za łby bez wyraźnego powodu. Co prawda Kamphausenowi Bulma jakoś dziwnie kojarzył się ze sprawcą wypadku, ale on, prawdziwy Niemiec nie pozwolił, by jakieś niejasne podejrzenia przesłoniły aktualne problemy!

Zresztą co on się przejmuje? Przecież właśnie zyskał wolność, dlaczego ma ryzykować, by pomóc tym pieniaczom? Czy tu w ogóle trzeba działać drużynowo?

- Panie Kostek - spróbował nawiązać kontakt z neurochirurgiem - czy do pomyślnego ukończenia kuracji są potrzebni wszyscy gracze? Wszyscy albo nikt? Uspokoić pieniaczy? Zostawić pieniaczy? Każdy za siebie? - próbował "zadawać" coraz prostsze pytania, w razie gdyby te dłuższe nie "dotarły" do lekarza. W sumie i tak pytał się jedynie z przyzwoitości, bo Kostek bez słowa opuszczający grupę, dał do zrozumienia, że nie jest zainteresowany grą drużynową.

Dopiero po próbie nawiązania komunikacji Otto spróbował wstać. Nie mógł przecież leżeć tak bez końca! W spokojniejszych warunkach zapewne zafascynowany gapił się na swoje półprzezroczyste ręce, ale ból odbierał mu radość z obserwowania zjawiska przeczącemu prawom chemii (i fizyki w sumie też). Najpierw spróbował powoli obrócić się na brzuch. Chrupał gorzej niż stawy jego matki nad ranem, ale się nie poddawał. Następnie spróbował stanąć na czworakach. Wtedy spróbował sięgnąć swoją pałkę, a następnie użyć jej jako punkt podparcia, by stanąć w pozycji wyprostowanej. Jeśli odzyska mobilność to będzie mógł zastanawiać się co dalej.

Garett

Garett

19. sierpnia
Post ID: 83354

Droga przez cmentarz obfitowało w kilka ciekawych widoków... A przynajmniej dla reszty grupy Coldberga, gdyż wbrew temu co mówił Janik, żaden grób nie zwrócił na siebie jakiejś specjalnej uwagi studenta. Może był odporny na sentymenty? Oczywiście nie mógł powiedzieć, że całkowicie ignorował groby, bo jednak przyjrzał się miejscu pochówku niejakiego Lünara. To miejsce ewidentnie opierało prawom natury, choć mistyczną aurę całego Purgatorium psuły komentarze Tuzów. Bardziej by pasowali do jakiegoś amerykańskiego reality show niźli do miejsca mającego być czymś w rodzaju czyśćca. Coldberg zastanawiał się czy ten świat zawsze tak wyglądał, czy też zamieszkujące go byty zmieniły po natrafieniu na ludzi, których niedoskonałość wypaczyła je. Eckstein mówiąc o rodzajach drzwi wspomniał o Hadesach, liczba mnoga, więc gdzie znajdują się inni? I kim są ci więksi od nich, o których Kostek wspomniał, że to ich wolę wypełnia Demiurg? Tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi. Mathias chciał przez chwilę zasypać Janika pytania, ale zreflektował się. Przecież nie miał pewności czy Eckstein go nie okłamie w tej materii, tak jak okłamywał go wcześniej. Albo czy w ogóle odpowie. Nie, Coldberg musiał odkryć tajemnice tego świata na własną rękę.

Rozmyślania studenta przerwało gruchnięcie chemika o ziemię. Pigułka którą zjadł zaczęła działać, i to w niezbyt pozytywny sposób, bo zamieniła go w lodową rzeźbę. I to w całości, a nie tylko powierzchnię ciała. Było z jednej strony fascynujące, a z drugiej nieco irytujące, bo chemik stał się teraz balastem. Mimo wszystko Mathias nie potrafił się nie uśmiechnąć z zadowolenia, że jego teoria się sprawdziła.
Wtedy zobaczył „to coś”. I poczuł jakiś ruch wewnątrz swojego języka. Zaklął siarczyście i zirytowany kopnął pobliski nagrobek.
-Cholera, a się zastanawiałem o co mu chodziło z tym „uzdrowieniem po zakończeniu zadania”, skoro nasze ciała już są zdrowe. Pomyślałem, że może chodzić o wyleczenie ran odniesionych w walce z tymi zombie, ewentualnie choroby, jeśli roznoszą swój wirus poprzez ugryzienie, tak jak w amerykańskich horrorach. Wygląda jednak na to, że zostawił nam niespodziankę wewnątrz naszych ciał... - Student patrzył jak pasożyt wije się i rośnie w oku chemika. - Szlag by to, jeśli będzie tak rosnąć, to nas wszystkich zabije zanim skończy nam się czas. I jak na złość jedynego chirurga nie ma akurat kiedy jest potrzebny!
Coldberg zdjął skórzany płaszcz i owijając nim sobie ręce, zatrzymał Kamphausera przed wstaniem.
-Niech pan się lepiej na razie położy, najwyraźniej zimno bardzo mu się podoba... - student rozłożył swój płaszcz na ciele Otta, żeby się nie poparzyć od zimnej skorupy jaką było teraz ciało chemika. - Panie Vollblüter! Zdaje się, że potrafi pan posługiwać się nożem. Niech pan wytnie mu tego intruza z oka , a ja z panem Kürenbergerem go przytrzymamy aby się nie wyrywał. Pasożyt cały czas rośnie, a jest w takim miejscu, że może uszkodzić mózg, więc oko to i tak mała cena! Zresztą sami panowie widzą! Mam tylko nadzieję, że u panów znajduje się on w mniej newralgicznym punkcie... - mruknął na koniec skrzywiony, mając na myśli zarówno oko Otta, jak i swój język. W obu przypadkach nie da rady wyciągnąć pasożyta w warunkach polowych bez wycinania całości.

Fimrys

Fimrys

19. sierpnia
Post ID: 83355

Przekaz podprogowy monolitu przypadł Sørenowi do gustu. Miał cichą nadzieję, że w końcu mądrość okaże się najwyższą z wartości i pomoże mu przetrwać chore przygody w tym pokrętnym wymiarze. Znał dobrze swój kompas moralny, bo ten był mu przychylny i dzięki temu nie popadał w skrajności, a skoro sam bóg tego wymiaru polecał go używać, postanowił nie naginać ich specjalnie. Swoją drogą, zastanowił go w tym momencie sam bóg tego wymiaru i nie byłby sobą, gdyby nie poddał go lingwistycznej analizie.

"Gott - Hund; Gud - Hund; Deus - Canis; God -Dog ... hmmmmm, interesujący zabieg. Czyżby taki odwrót był celowym żartem naszego gospodarza?"

Ogólna atmosfera dała mu lekkie uczucie nadziei, a więc emocji której zdawało się brakować w Purgatorium. Szczególnie pozytywny wpływ miały głosy, którym spodobało się lubiane przez tłumacza słowo "decorum" oraz ciepło, z jakim przyjęła go Tutty. Pragnął pozyskać ją jako sojuszniczkę, więc chętnie przystał na propozycję trzymania się blisko. Na zdjęciach pozował wręcz aktorsko, czasem z zadziorną miną, czasem z pogodnym uśmiechem, a czasem po prosty przez przypadek, przykładowo w sytuacji nieumyślnego uderzenia się o kant stołu. Kiedy odezwał się kobiecy głos w głowie, był lekko zaskoczony, bo ostatni jego komunikat nie zapowiadał takiego obrotu spraw. Wysłuchał uważnie przekazu i tylko skłonił się lekko. Na Anshelma postanowił mieć dozę rezerwy i czujne oko, skoro absolutnie wszystko w tym wymiarze wydawało się go nienawidzić, a do wykonywanie poleceń władcy tego wymiaru zamierzał przystąpić z energią (z jednej strony dla tego że to po prostu WŁADCA, a z drugiej mogło dać mu to sporą korzyść w następnym życiu) i postanowił być silny jak kapłan, co prawda nie w tak ślepym stylu.

"Jedynie wiara poparta rozumem może nas prowadzić!"

Fakt destrukcji wszystkich walizek, w tym kilku w naprawdę głupich okolicznościach, przyjął z lekkim niesmakiem, który rzecz jasna zachował dla siebie, gdyż na zewnątrz okazał jedynie spokój i pozwolił sobie na pogratulowanie Arabowi odkrycia przynajmniej prawidłowego kodu. Fakt niezdobycia przydatnych broni i stroi była rzecz jasna niekorzystną okolicznością, ale Sørenowi i tak się one zbytnio nie podobały. Zresztą wychodził od założenia, że skoro nie udało mu się ich zdobyć tak to musi je zrobić sobie samemu. I tak przystąpił do zbrojenia się. Prędko wskoczył do szafy by odnaleźć odpowiedni strój i wyszedł odziany już w coś odpowiadającemu jego poszukiwaniom. Był to zwiewny chiton w stylu greckim, jednakże z ekstrawaganckim wycięciem naśrodku i srebrzystymi nićmi na bokach, którego już samo włożenie na się dawało poczucie swobody i lekkości ruchów. Pod spodem widoczna była jego stara marynarka, jednakże nieposiadająca rękawów. Tłumacz postanowił poświęcić jeden ze swych standardowych garniturów, aby lepiej wpasować się w modę purgatorium. To samo stało się z koszulą oraz spodniami, które skrócił złotym nożem powyżej dolnego poziomu chitonu by zdobyć skrawki materiału, które postanowił wykorzystać. Buty zachował swoje, gdyż były sprawdzone i mocne, a chodzenie boso po tym świecie zdawało się co najmniej mało rozsądne, a strój dopełnił lekkimi elementami metalowego pancerza. Nie brał na się ciężkiej zbroi, bo ta była by mu zbyt wielkim obciążeniem a on sam nie pragnął walczyć w bliskim starciu z wrogiem. Pancerne elementy czyli naramienniki, nagolenniki, karwasze oraz rękawice, które okazały się najlepszym elementem ze względu na niekrępowanie ruchów palców i dodatkową ich ochronę z góry z pomocą metalowych łusek, miały chronić go przed lekkimi ranami i otarciami, mogącymi powstać przy słabszych uderzeniach, upadkach czy ucieczce. Ostatni guzik koszuli miał rozpięty, na wierz wyjął swój medalion z pentagramem jako swoisty wskaźnik duchowy, a ze szmaragdowo zielonego krawatu wykonał opaskę na czoło. Na koniec włożył swój już nieśmiertelny kapelusz i przystąpił do oględzin swego odzienia. Czuł się w tym swobodnie, gdyż nie krępowało ruchów, grecki krój w stylu filozofa przypadł mu do gustu mimo całkowitego przemieszania różnych rodzajów odzienia. Wiedział, że jego absurdalny strój wyda się zabawny, w szczególności głosom, bo będąc swoistym połączeniem antycznego myśliciela, XX wiecznego pracownika biura, średniowiecznego żołnierza oraz mistycznego tybetańskiego mnicha - wojownika, wpasowywał się idealnie w całą konwencję tego łamiącego decorum świata.

Przystąpił do zdobycia broni. W tym momencie Pan Otto przystąpił do wygłoszenia swej improwizowanej mowy. Retoryka była jedną z ulubionych dziedzin Sørena, więc wsłuchiwał się uważnie wyłapując dobrze użyte zwroty i błędy początkujących. Uznał Niemca za nieźle radzącego sobie mimo braku doświadczenia i nawet poklaskał z uznaniem pod koniec. W kwestii broni miał rację, toteż filozof upatrzył sobie piękny bok rzeźbionego stołu zniszczonego przez lamę, który okazał się być wręcz idealną laską z sośniny. Narzędzie do podpierania się i długi mocny kij do trzymania natrętów z daleka - idealny wybór dla podstarzałego człowieka. Ale uznał, że to za mało. Przypomniały mu się walki uliczne, które ogarnęły cała Europę w dobie upadku komunizmu, w których to naprzeciw dobrze uzbrojonym siłom milicyjnym występowali licho uzbrojeni demonstranci. Dla Sørena ich najlepszą bronią były silnie destrukcyjne, a więc zabójczo skuteczne koktajle Mołotowa, które można było łatwo zmajstrować. Jego znajomy - stary weteran takich właśnie starć ulicznych pokazał mu nawet jak profesjonalne takie wykonać, więc tłumacz przystąpił do produkcji. Zdziwiło go trochę, że jako jedyny wpadł na pomysł ich zmajstrowania, ale spokojnie i precyzyjnie umieszczał w szyjkach butelek z mocnymi alkoholami ze stoły skrawki materiału odzyskane z garnituru. Cztery tak spreparowane koktajle Mołotowa przyczepił do sporego pasa wyjętego z szafy, który przewiesił przez ramię tak, by butelki znalazły się na plecach. Wykonał jeszcze dwa miniaturowe ze szklanych piersiówek, które już umieścił przy swym pasie pod chitonem. O ogień nie musiał się bać, gdyż miał w kieszeniach zapalniczkę oraz zapałki, których używał do rozpalania świeczek. To była broń godna kapłana Abbadona, sam pieszczotliwie nazwał butelki "oddechem Abbadona". Trzymał się z daleka od Hansa Bulmy, który mógłby wpaść na "genialny" pomysł wypicia jego uzbrojenia (zresztą dla spragnionego Hansa wypełnił specjalnie swoją już prawie pustą metalową piersiówkę, zwyczajowo używaną na nalewkę szałwiową, purgatoryjskim spirytusem 98,666%) i Aloisa Ferenza, którego paskudny nałóg mógł doprowadzić do przedwczesnego zapalenia uzbrojenia. Do kieszeni spakował jeszcze łyżkę i widelec, a do pasa przypiął dwa złote noże. Czuł się jak prawdziwy bojownik nowego świata i nieskrępowanie pozował aparatowi Tutty. Był gotów do wymarszu.

Nawet entuzjastycznie przyjął podział drużyn, gdyż znalazł się w tej o największym spektrum możliwości. Czystokrwisty Niemiec przejmujący czynności dowódcze był dlań bardzo korzystny, gdyż sam nie chciałby prowadzić. Od nazisty, który miał niezbędną w tych warunkach tężyznę fizyczną, co prawda polecono trzymać mu się daleko, więc tłumacz szedł kilka kroków za nim. No i jeszcze pan Coldberg, któremu co prawda nie wyszło rozwikłanie szyfru, ale który jednak swym intelektem mógł niezmiernie pomóc. Brakowało mu jednak Tutty, więc trzymał się blisko z grupą drugą, starając się aby obie szły jak najbardziej nierozdzielnie. Zwiedzanie grobów było niezmiernie refleksyjnym i tłumacz przemierzał cmentarz nucąc przy obserwacji grobów łacińskie sekwencje z mszy żałobnych. Przy grobie E. Karlsena zatrzymał się mimowolnie, gdyż to on pośrednio wprowadził go w ten świat. podziękował mu w duchu za opisy Purgatorium, gdyż było mu to pomocne w obecnej rozgrywce.

"Obym miał tyle szczęścia co pan, panie Karlsen, abym wydostał się z Pokoi, ale o tyle więcej, żebym nie oszalał"

Kiedy wraz z Anshelmem znaleźli się w scenerii przypominającej miejsce zgonu i niespodziewanie pojawił się odgłos vana, po Sørenie przeszedł mimowolny dreszcz. Wtedy też przypomniało mu się ciało obce w środkowej części lewej stopy. Całe to miejsce przypomniało mu o ostatnim biblijnym wersecie, jaki słyszał donośnym głosem w głowie w chwili śmierci: "A gdy Baranek zdjął siódmą pieczęć nastało na niebie milczenie jakby na pół godziny." W głowie zaczęło mu się układać wszystko w jedność: wers, wizja w monolicie, konieczność przemiany, i droga ucznia. Będąc Guru, musiał stać się w tym wymiarze uczniem i właśnie pojął jedną z rzeczy, które jako nowicjusz musi pojąć. Za życia ziemskiego zajmował się rozwojem duchowym, więc nieobca mu była znajomość wirów energii w ciele ludzkich zwanych na wschodzie i coraz częściej na zachodzie "czakrami". On sam wolał określanie ich pieczęciami, a proces "otwierania" odpieczętowywaniem. Najwidoczniej śmierć zatrzymała jego prace nad energią duchową, co zmuszało go ponownego ich otwierania w tym wymiarze. W tym momencie wyobraził sobie, jakie tutaj mógłby osiągnąć rezultaty w posługiwaniu się zmysłami duchowymi podczas medytacji po otwarciu wszystkich siedmiu. Jego droga ucznia wiodła również po sferze wewnętrznej, więc postanowił na nowo przemierzyć ścieżkę ducha. Potrzebował tylko odpowiednich ku temu warunków. Wtem dostrzegł interesujący kształt nagrobka i jakby boskim zrządzeniem losu odnalazł ukrytą kryptę.

Uważnie przyjrzał się piękności w grobie i wpadł w zadumę. Wyjął małą czerwoną świeczkę z kieszeni marynarki i ostrożnie ją odpaliwszy postawił przed grobem. Przystanąwszy złożył ręce i krótką chwilę tak stał, po czym przeszedł do siadu i zdjąwszy buty skrzyżował nogi. Odosobniony grobowiec wydał mu się idealnym miejscem do medytacji i co ważniejsze - złamania pierwszej pieczęci - pieczęci ziemi u podstawy kręgosłupa. Z początku przeszedł do wyciszenia i uzyskał stopień oderwania od świata, gdyż wszystko wokół jakby zwolniło i nawet głosy w głowie przechodziły do spowolnionego artykułowania z początku samych sylab, potem już tylko pojedynczych dźwięków podobnych do pękających baniek z mydła. Był bardzo spokojny, bo dodatkowo wiedział na czym stoi i jaki jest jego cel w tym świecie. Krypta okazała się idealnym miejscem do pracy nad czakrą podstawy, gdyż była wręcz zanurzona w pierwotności ziemi i emanowała mocno materializmem cielesności. W wizji znalazł się w medytacyjnej pozycji na łące pełnej róż, na której czuł pierwotną więź z naturalnymi siłami ziemi. Wydychał ciężko krwistoczerwone powietrze, zajmując się oczyszczeniem pieczęci. Przed nim zmaterializował się byt, który wyczuł w swej stopie, więc przyjrzał mu się porządnie. Wyglądał na swego rodzaju półżywy klucz-pijawkę. Zrozumiał, że to z pewnością ważny element sprytnej gry psiego boga. Uśmiechnął się, gdyż wiedział, że jest tylko jeden sposób pozbycia się go z ciała - wyjęcie poprzez okaleczenie stopy. Nie czuł strachu i był gotów podjąć takie poświęcenie w postaci bólu i rany, byle tylko pozbyć się obcego bytu z organizmu. Wiedział, że to element rozgrywki i konieczność do przejścia dalej. Nie planował zrobić tego jednak konwencjonalnie, gdyż znajdował się w medytacyjnym stanie znacznego ulepszenia zmysłów i właśnie otwierał pieczęć ziemi, z którą robak zdawał się związany. Zwizualizował wykorzystanie swych talentów retorycznych w celu przemówienia do szczątkowej i słabej świadomości pół-stwora-pół-klucza. Za pomocą nowego zmysłu wszystkie środki mowy, których w charyzmatycznej retoryce używał w celu uzyskania korzyści, a więc: żarty, pochlebstwa, blagi, blefy, zastraszenia, obelgi i uwodzenia zlały się w charyzmatyczną jednolitą mówczą siłę. Wylały się w czerwonym strumieniu z gardła i okrążały go wirem. Wtedy użył rąk do skierowania skondensowanego strumienia "nadgadaniny" na obiekt w ciele, by skłonić go do wyjścia, w niestety krwawy sposób ze stopy na świeże powietrze.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

19. sierpnia
Post ID: 83356

Po przejściu przez drzwi Anshelm zwrócił uwagę najpierw na rozmiar pokoju, a potem dopiero na osobliwą scenerię. Początkowo wydawało mu się, że wyszli na zewnątrz i dopiero po pewnym czasie zorientował się, że cmentarz znajduje się w pomieszczeniu. Ogromna ilość grobów z czarnego szkła była ciekawym widokiem, ale dla Anshelma znacznie ciekawsze były elementy w tle. Kiedy dostrzegł pierwszą flagę Trzeciej Rzeszy Niemieckiej wyraźnie się ożywił. Szybko zobaczył więcej flag, a w zarośniętym i pokrytym mięsem kształcie, który początkowo wydawał mu się pagórkiem, rozpoznał sylwetkę czołgu.
Panzerkampfwagen VI, potocznie zwany tygrysem.
W czasie spaceru przez cmentarz widział jeszcze kilka podobnych.
Czy te elementy są związane z tematyką misji? A może pokój dostosowuje się do osoby, która w nim przebywa i każdy zobaczy tu coś innego? Reszta jest raczej pochłonięta nagrobkami, więc to chyba nie to.
Po chwili dostrzegł kątem oka znajomy kształt. Grób ojca - dokładnie taki sam jak na Ziemi. Obok niego stał tłumacz. Sytuacja była tak podobna do tej, która spowodowała ich pojawienie się tu, że Anshelmowi wydawało się, że słyszy w oddali odgłosy nadjeżdżającego vana. Uznał to jednak za wytwór wyobraźni. Takie miejsce jak to musiało mocno działać na wyobraźnię.

Z zamyślenia wyrwał go widok leżącego na ziemi, półprzezroczystego Otto.
Wygląda na to, że pigułka zaczęła wreszcie działać.
Chemik próbował się podnieść, ale szło mu to bardzo powoli. W tym momencie Anshelm zauważył coś w jego oku i wydawało mu się, że reszta też to dostrzegła. Drobny ciemny kształt wijącego się robaka.
Wraz z jego zauważeniem nazista poczuł nieprzyjemne mrowienie w lewym policzku. Dotknął swoich blizn i poczuł pod palcami wydłużony, wijący się obiekt. Obiekt zapewne poczuł jego dotyk, bo zaczął poruszać się intensywniej sprawiając ból w dotychczas nieczułej części jego twarzy.
Wróciły wspomnienia.

Lars wyważył drzwi kopnięciem i usunął się na bok. Reszta wbiega do budynku gęsiego. Anshelm jest drugi. Drewniana podłoga w dużym domu na odludziu skrzypi pod ich stopami. W głębi domu słychać gwar i stukanie. Komuniści zorientowali się, że coś jest nie tak. Pierwszy wyłania się z drzwi po prawej. Spojrzenie jego głupawych, wyłupiastych oczu, w których skrzy się iskierka strachu spotkało się z zimnym spojrzeniem stalowych oczu Anshelma Vollblütera. Nazista napawa się strachem komunisty. Napawa się nim za bardzo, gdyż w pierwszym momencie nie dostrzega, wystającej zza poły jego skórzanej kurtki, kolby pepeszy. Wszystko stało się bardzo szybko. Za szybko, żeby Anshelm zdążył wycelować. Odrzut przewraca trzydziestoletniego na oko komunistę. Widać, że nigdy nie strzelał z broni palnej, a już na pewno nie z tak potężnej jak PPSz. Pierwsze kule serii poleciały w stronę grupy neonazistów. Ostatnie wbijają się w sufit. Anshelm jednak już tego nie zauważa. Leżąc na drewnianej, skrzypiącej pod ciężkimi butami jego kolegów podłodze zanurza się w wilgotnej ciemności.
Nowo narodzony Anshelm przytrzymuje się szklanego nagrobka i próbuje przegnać uciążliwe zawroty głowy.

Nazista wyjął złoty nóż zza pazuchy płaszcza i usiadł na brzuchu przytrzymywanego chemika niczym nocna zmora. Pochylił się i przyjrzał dokładnie oku towarzysza.
-Nie mam ani narzędzi, ani umiejętności, które pozwoliłyby mi usunąć to... ciało obce z jego oka. - Oparł ostrze noża na policzku mężczyzny. - Muszę usunąć całe oko.
Dobrze, że wziąłem z poprzedniego pokoju dwa noże. Nie chciałbym rozcinać swojego policzka tym samym ostrzem, które zaraz zanurzę w jego oku.
Na samą myśl o naruszeniu nożem blizn przeszedł go zimny dreszcz.

Wiwernus

Wiwernus

19. sierpnia
Post ID: 83357

Walter

Jak na złość Kostek, w chwili wymagającej największego skupienia i właściwego przygotowania do „operacji”, postanowił wzmocnić telepatyczne połączenie i pokazać swoimi oczami ofiary, które przez odesłanie go do pokoi poszły na marne. Walter ujrzał małą polankę otoczoną z każdej strony lasem mięsistych drzew, na której znajdowały się groby wszystkich osób wysłanych do Purgatorium – niezależnie czy wybranych czy też nie przez Mistrza Gry – rękami neurochirurga. Odliczając symboliczne, puste groby przeznaczone dla aktualnie grających ofiar (w tym samego Kostka) dało się naliczyć co najmniej tuzin miejsc pamiątkowych, choć sygnał i skupienie Osiołka nie były na tyle mocne, by mógł mieć pewność co do ich ilości.

Najwyraźniej neurochirurg chciał mu wbić szpilę, to uczucie przechodziło na niego bez większych problemów, wyczuwał jednak także pragnienie ukarania oraz nauczenia emeryta, że jego powinnością jest podtrzymanie chłodnej współpracy. Poczucie winy miało go mobilizować.

Wyczuł też, że neurochirurg przez jego oczy podgląda obnażoną Leę, wolał jednak skupić się na operacji, a Kostek szybko stracił zainteresowanie i sam rozegrał się, manualnie zdejmując górną połowę kombinezonu, by z wzorową precyzją wyciąć klucz znajdujący się w jego brzuchu. Jego sprawne ruchy i opanowanie były inspiracją. Charonita obiecał przekazać swoim „podopiecznym” informacje o zadaniu wyznaczonym przez drzwi. Jak sam przyznał „im szybciej się pozbędą pasożyta, tym mniejszy będzie i łatwiejszy do wyjęcia”. Nie pozostało nic innego jak zająć się Leą.

Rzut na akcję: Wycięcie ślimakoklucza z piersi córki
Modyfikatory Pierwszorzędne: Zręczność (-1), Siła Woli ( 3), Charyzma (0)
Wyniki: 1; 4; 2 -> 0; 7; 2 (po modyfikatorach) - 0,2 (kara za opis) -> 8,8 / 3 -> 2,93 -> Niepowodzenie!

Plan był prosty. Precyzyjne, ale pewnie i nagle wykonać nacięcie pozwalające wyjąć żywy klucz, wykorzystując odwrócenie uwagi córki rozmową. Szybko jednak zrozumiał, że nie będzie łatwo. Dla większej skuteczności katoszablę trzymał w dominującej dłoni, ta jednak była naznaczona ślimakiem, który wił się przy każdym przejawie jego strachu. Również mina córki z każdą sekundą zdradzała, że nie jest zadowolona z krótkiej odpowiedzi i pominięcia pytania o ewentualne inne dzieci. Gdy zamachnął się, wiedział już, że nie uległ strachowi, wymierzył jednak tak nieporadnie jak tylko się dało, a jego pociecha jak na złość odsunęła się, przez co jego nieudolna próba wyrównania wymachu tylko pogorszyła sytuację. Ostra, purgatoryjska stal przecięła pół piersi, daleko wykraczając poza miejsce zagnieżdżenia ślimaka.

Lea upadła na ziemię i wiła się z bólu w konwulsjach, łapiąc za pozostałą część piersi. Ta, która odpadła po kontakcie z zimną katoszablą, wiła się, choć trochę dalej, razem z nią. Pasożyt nie miał już połączenia z jej ciałem i psychiką, przez ułamek sekundy jednak tak nakarmił się jej strachem, że urósł w oczach i miał dość sił, aby rozerwać większość swojego tłuszczowego domostwa i wygryźć się z niego. Żwawo próbował uciec w gąszcze wysokiej, krwistej trawy i pokojowych paproci, wydając przy tym metaliczny odgłos.

Wtedy też Walter ujrzał przed oczami ciemny błysk, uchylił się instynktownie kierowany swoim alter ego i dopiero po chwili uświadomił sobie, że z bólospluwy wystrzelono w miejscu oddalonym z daleka od drzwi. Mimowolnie nawiązał kontakt z Kostkiem, który był celem ataku. Pochylił się również, choć śladowo poświata naznaczyła jego policzek, którego wybuch w spazmach bólu był tylko kwestią sekund. Neurochirurg został zaatakowany w momencie wyjęcia kluczoślimaka, gdy jego górna połowa ciała była pozbawiona kostiumu, zrzuconego na jeden z licznych z grobów. W pierwszym odruchu próbował po niego skoczyć, w porę jednak przewidział, że to samo uczyniłby każdy myślący na jego miejscu i w ostatniej chwili uskoczył w przeciwnym kierunku, unikając kolejnej wiązki. Szybko obrócił głowę i miał już pewność z której strony skryty jest napastnik. Walter zauważył delikatny ruch wysokiej trawy i skupił się na oglądaniu widowiska. Neurochirurg znalazł się zbyt daleko od kostiumu, wykorzystał jednak założoną jeszcze połowę, aby unikać kolejnych wiązek, przy pokrętle przekręconym do końca ledwo dostrzegalnych i prawie niemożliwych do uniknięcia. Uskoczył za największe groby, wykorzystując je jako tymczasową zasłonę. Przekręcił swoją spluwę na najwyższe parametry, a pochwę z katoszablą wygodnie ułożył, umożliwiając sobie jej szybkie wydobycie. Po kilku seriach jego osłona jednak wybuchła, to samo też stało się z jego policzkiem, który najpierw zawrzał niczym gotowana zupa, zaczął pęcznieć i narastać, by w końcu sczerniałym i zwęglonym wybuchnąć, powodując przy tym paskudny ból. Walter poczuł tylko jego ułamek, był on jednak straszliwy. Udzielił się także Lei, wzmacniając jej męki.

Niema ujawniła się, błyskawicznie skracając dystans i stawiając na walkę kontaktową przy pomocy ostrzy. Neurochirurg osłonił się w ostatniej chwili, potem desperacko cofał, próbując wytrzymać ból, omijając pałętające się pod nogami nagrobki, walcząc z nierównościami terenu oraz grząskim krwiobłotem. Szybko uświadomił sobie fakt, że kobieta ma przewagę w technice i sile wynikającej z posiadania górnej połowy kombinezonu, przez co spróbował ucieczki, wykorzystując posiadaną dolną część kombinezonu. Przykucnął, a potem wyskoczył, przelatując nad grobami i rozpoczął odwrót. Między nagrobkami i lasem była jednak otwarta przestrzeń, przez co stawał się łatwym celem dla spluwy. Zrezygnował i postanowił ponownie spróbować walki. Błyskawiczne, niezwykle precyzyjne i wyprowadzane pod najwymyślniejszymi kątami pchnięcia nękały go, a pierwsza poważna rana była kwestią sekund. Ukłuła go w bok, potem nacięła mu głęboko skórę na czole, zalewając oczy krwią. Gdyby nie szybkie odchylenie głowy, straciłby ją.

Wtedy Neurochirurg zaatakował, ale Waltera. Próbował wciągnąć go telepatycznie do siebie, zalać jego świadomością swoje ciało i zmusić do walki, wykorzystując legendarne talenty Osiołka. Błagał o wsparcie, jednocześnie próbując wywołać wszystkie wspomnienia związane z Niemą. Walter ujrzał białowłosą kobietę w innych pokojach, a każda ze scenek tylko udowadniała jak idealną jest wojowniczką. Nie była tak silna jak Stalooki Senior, nie miała bystrości i sprytu Waltera, cechowała się jednak jego uporem i niespotykaną precyzją. Neurochirug zalewał jego myśli kolejnymi wycinkami jej potyczek z przeróżnymi monstrami, przez co w Osiołku rozbudziło się jego alter ego i zaczęło interpretować styl kobiety. Ten oparty był przede wszystkim o zmyślnie, trudne do przewidzenia pchnięcia w punkty witalne. Praca nóg szybka, ale łamiąca rytmikę i schematy. Ciało ustawione bokiem, czyniąc z niej wyjątkowo mały cel. Cechował ją talent do błyskawicznego rozpracowywania przeciwnika. Styl Kostka przejrzała już na wylot i właściwie tylko się z nim już bawiła, czekając aż krew zaleje mu całkiem oczy.

Wiedział, że może wykorzystać osłabienie operacją, otrzymanymi ranami, dekoncentracją i próbami przesłania mu obrazów Niemej przez Kostka. Jeśli tylko zapragnąłby, mógłby wrócić do swojego ciała i zostawić go na pastwę losu kobiety. Miał wybór. Jeśli zdecydowałby się na walkę w ciele neurochirurga musiał jednak liczyć się z kilkoma utrudnieniami.

Po pierwsze, Charonita był leworęczny i choć w ciałach Purgatorium szybko można było przestawić się z jednej ręki na drugą dzięki niezwykłej pracy półkul mózgowych, początki byłyby bardzo trudne. Synchronizacja z innym ciałem zresztą sama w sobie stanowiła trudność, nawet jeśli neurochirug był młodszy i sprawniejszy.

Po drugie, krew zalewała nieustannie oczy. Kostek wpadł na pomysł, aby przywołać najbliższego „podopiecznego” i wykorzystać dzięki telepatii jako zewnętrzny wzrok, wymagało to jednak czasu, doboru najlepszego kandydata i dobrego połączenia. Zaproponował Nadima i Leę, licząc, że przełamie ból i zbierze się w sobie.

Po trzecie - Lea. Płakała i błagała go o wsparcie, dodatkowo jeszcze czyniąc mu wyrzuty. To dekoncentrowało.

Drużyna Pierwsza
„- Panie Kostek - spróbował nawiązać kontakt z neurochirurgiem - czy do pomyślnego ukończenia kuracji są potrzebni wszyscy gracze? Wszyscy albo nikt? Uspokoić pieniaczy? Zostawić pieniaczy? Każdy za siebie? - próbował "zadawać" coraz prostsze pytania, w razie gdyby te dłuższe nie "dotarły" do lekarza. W sumie i tak pytał się jedynie z przyzwoitości, bo Kostek bez słowa opuszczający grupę, dał do zrozumienia, że nie jest zainteresowany grą drużynową. „
- Aby wygrać, trzeba wypełnić cel wyznaczony przez Hadesa, w tym przypadku powiesić obraz zabrany od Hitlera. Równie dobrze może uczynić to tylko Lama, wtedy i tak wygramy wszyscy. - odpowiedział Charonita. - Byłem tu cieleśnie tylko raz. Powiem tak. Są różne doktryny. Niektórzy widzą w grze zespołowej maksymalizacje szans, chociażby przez mnogość talentów zupełnie odrębnych jednostek. Czasami jednak kompania okazuje się być balastem. Kiedyś podobno było trochę lepiej, różne stany społeczne, płcie, rasy, wyznania, wiek, to jeszcze się dało przezwyciężyć, ale pochodzenie z różnych stron muru? Prywatne niesnaski, jak w przypadku Carla, Bulmy i Aloisa? Musisz sam odpowiedzieć sobie jaka taktyka jest najmoralniejsza i najbardziej skuteczna. Ja gram samotnie, bo stawiam na pośpiech, a wy jesteście opieszali. Słabsi się wyeliminują, a reszta zrozumie jaka jest stawka i szybko mnie dogoni.

Moralna zagwozdka stanowiła pozwoliła Otto na rozmyślanie, choć ciężko było rozstrzygać podobne dylematy, gdy rosły nazista przystawiał nóż do oka. Ciężko ocenić było kto miał trudniej, choć głosy uznały jednomyślnie, że Der Chemiker. Anshelm był oswojony z brutalnością, zaś jego pacjent nie mógł okazać cienia strachu, aby nie nakarmić pasożyta i nie zacząć się topić. Wszyscy zamarli w bezruchu, a tuzowie cicho dodawali otuchy Otto, jednemu ze swoich nowych ulubieńców.

Rzut na akcję: Wycięcie Oka
Modyfikatory Pierwszorzędne: Zręczność ( 1) [Rzut Nazisty], Siła Woli (-1) [Rzut Chemika][/i]
Wyniki: 4; 3-> 5; 3 (po modyfikatorach) - 0,2 (kara za opis) -> 7,8 / 2 -> 3,9 -> Brak Efektu!

Nie można było odmówić naziście skupienia i opanowania, pewnie zatopił nóż w lodowym ciele i podważał topniejące od tarcia oko, starając się zwalczyć efekt przymarznięcia ostrza do lodu. Z operowanym było już gorzej, bo pod wpływem emocji jego ciało ogarnęło ciepło, przez co bladoniebieskie ciało zarumieniło się i powoli topniało. Karmiony strachem - choć nie w pełni nasycony - pasożyt nabrał sił i rozpraszał nazistę swoim potrząsaniem. Ostatecznie doprowadziło to do sytuacji, w której nie osiągnięto żadnego efektu i operację było trzeba odroczyć w czasie do momentu uspokojenia się przez Otto, co odebrało kolejne cenne sekundy.

Chwila przerwy. Ślimak oderwany od strachoposiłku uspokoił się, Otto niekoniecznie, ale był w lepszym stanie i już nie topniał. Przynajmniej nie od emocji. Nikomu nie przyszło do głowy, aby skryć go w cieniu. Uchroniłoby go to chociaż częściowo przed ciepłym, przypominającym żar prawdziwego słońca promieniem wymyślnej lampy zawieszonej na imitującym karmazynowe niebo suficie. Wprawne oko mogło zauważyć nawet chmury tworzące się z gazów. Wylatywały z maszyn pod sufitem, zwiewne i niestabilne, sunąc wraz z zimnym wiatrem. Od tego czekania zaczęło padać, a spływająca po lodowatym ciele krwista woda zaczęła się z nim łączyć, tworząc z niedawno stopniałego Der Chemikera jeszcze dziwniejsze indywiduum. Odwleczenie operacji w czasie i druga próba miały jeszcze jeden niekorzystny efekt – Niema zaatakowała Kostka, co Der Chemiker wyczuł, podobnie jak echo bólu Lei. W takich warunkach najmniejszy błąd mógł okazać się kluczowy.

Rzut na akcję: Wycięcie Oka, ponowienie próby
Modyfikatory Pierwszorzędne: Zręczność ( 1) [Rzut Nazisty], Siła Woli (-1) [Rzut Chemika][/i]
Wyniki: 6; 2-> 7; 1 (po modyfikatorach) -> 8 / 2 -> 4 -> Częściowe Powodzenie!

Tym razem się udało, w większości dzięki doświadczeniu nazisty i jego szybkości, bo Kamphausen mentalnie miał się jeszcze gorzej. Utracone oko przynajmniej nie bolało w lodowym ciele, tak samo jak blizny zostawione po nożu. Nie pozostało nic innego jak zademonstrować pozostałym członkom drużyny pijawkę uwięzioną w okrągłej kostce lodu. Stwór zareagował strachem na oddzielenie od swojego właściciela i słabł w oczach. Wtedy tłumacz zademonstrował swój własny klucz, którego pozbył się podczas pobytu w sekretnym pomieszczeniu.

Rzut na akcję: Tłumacz i jego mentalna operacja
Modyfikatory Pierwszorzędne: Mądrość ( 2), Siła Woli (0), Inteligencja ( 1)
Modyfikator Drugorzędny: Charyzma ( 2)
Wyniki: 6; 5; 1; 6 -> 8; 5; 2; 8 (po modyfikatorach) 0,3 (bonus za opis) -> 23,3 / 3,5 -> 6,65 -> Powodzenie!

Myślą kształtował postrzeganie krypty, płynnie przechodząc do wizji ogrodu. Czas zwolnił, pozwalając mu przeprowadzać procesy myślowe bez pośpiechu. Powoli przelewał swoje myśli i retorykę na proste, ale wyjątkowo bystre stworzenie, które zaczęło ulegać jego woli. Pieczęć zrywała się niemal bez bólu, nie licząc jednego momentu, gdy wydawało mu się, że pękł mu kręgosłup. Uwolniony, z odpieczętowaną bramą, nie miał większych problemów z przekonaniem ślimakoklucza, aby zerwał umocowanie obślizłym ciałem z nerwami i mięśniami. Stwór sam, z minimalizacją bólu, wygryzł się z jego stopy przy pomocy wydzielanego kwasu, a potem jeszcze zalepił małą dziurę inną wydzielaną przez pory wydzieliną, tym razem o leczniczych właściwościach.

Tłumacz zademonstrował przypisany mu klucz oraz półśpiącą, podatną jego woli pijawkę. W tym momencie wszyscy wyczuli, że musiał przejść w wewnętrznym pokoju znany tylko sobie rytuał, bo jego spojrzenie było mgliste i wymykające się normalnemu postrzeganiu. Sam zresztą był świadomy, że odmienił się, a uwolnienie pieczęci wzmacnia za równo jego ciało, jak i ducha, zgodnie z harmonią wschodu opierającą się o współpracy tych dwóch elementów. Miał też świadomość, że tylko ktoś o jego walorach intelektualnych, samoświadomości i inteligencji intrapersonalnej, a także zdolności zachowania spokoju w tak specyficznej sytuacji zdolny jest do podobnego manewru. Samo posiadanie ciała z Purgatorium było dla niego krokiem w rozwoju, teraz wykonał kolejny. Jego talenty wzrosły, choć zdawał sobie sprawę, że jego stan to obciążanie dla organizmu i dla własnego zdrowia powinien w odpowiednim momencie zamknąć bramę.

Drużyna Pierwsza miała świadomość, że Kostek toczy bój na śmierć i życie, a Carl, Hans i Leia wiją się z bólu, o czym poinformował ich Otto przytłumiony skalą własnego cierpienia, a jeszcze dwójka z nich musi pozbyć się swojego pasożyta.

Efekt tabletki zaczął zanikać. Ciało Der Chemikera nabierało ciepła i kolorów, jednocześnie nie roztapiając się, choć nie o było się bez efektów ubocznych.

Rzut na akcję: Powrót do zdrowia
Modyfikator Pierwszorzędny: Wytrzymałość (-1)[/i]
Wynik: 3 - > 2 (po modyfikatorze) -> 2 / 1 -> 2 -> Niepowodzenie!

Wstał, zgodnie ze swoim mądrym planem i oparciu się o pałkę, wiedział jednak, że jego stan jest marny. Gdyby zachował spokój i schowano go w cieniu, to zachowałby swój pierwotny kształt i pełną sprawność, niestety jednak jego ciało stopniało i zdeformowało się, a wraz z końcem efektu stało się znów mięsiste w stanie jaki zastało. Miejscami zwisały mu mięsne sople, skóra była rozciągnięta nienaturalnie, szron przemienił się we włoski, a cera nabrała barw typowych dla odmrożeń – bieli, czerni, czerwieni i błękitu. Nie wyglądał niczym potwór, dla niektórych z pewnością byłby i tak ładniejszy od nazisty czy brata Carla, wydawał się być jednak teraz wyjątkowo rozlazłym, nieproporcjonalnym staruszkiem. Przywyknięcie do nowego ciała nie było łatwe. Wiedział, że staje się ciężarem dla swojej Drużyny.

Nadim wraz ze swoimi podopiecznymi przybliżył się do Drużyny Trzeciej, próbując zaradzić bitce. Zastał jednak Carla i Hansa otumanionych bólem, podczas gdy Alois dręczył Hermana i topił go w Styksie. W jego piasku odkryli drzwi do sekretnego pomieszczenia i próbowali je otworzyć, próbując zrozumieć o co chodzi klamce, która porozumiewała się z nimi przez kolorowe pęcherzyki powietrza o różnych kształtach, szybkości i odcieniu.
- Alois pozbył się swojego pasożyta. Hansa nie kontaktuje prawie w ogóle, zresztą pewnie to czujesz, wyciągnę z niego co trzeba. Z Carlem też dam sobie radę, uspokoił się po tym bełcie. Gorzej z Hermanem. Mój klucz już jest wyjęty, Pani Beaty też, nie wiem kiedy go wyciągnęła, ale przekazała mi go. - powiadomił Nadim. - Tylko co z Lamą? Nie boi się mnie, ale gdy tylko dotknę wystającej pijawki, to ucieka. Z Joanną jest nawet gorzej. Co mam robić?

....

Limit Czasowy

88:48

Xelacient

Xelacient

21. sierpnia
Post ID: 83359

Otto powoli dokuśtykał do najbliższego nagrobka, po czym ciężko się o niego oparł. Był poważnie osłabiony, ale przynajmniej chodził o własnych siłach. I tak trzymał się nieźle jak na wyłupienie oka i zmianę fazy.

Mimo wszystko zjedzenie tej pigułki wyszło mu na dobre, Otto miał gorzką świadomość, że gdyby nie jego zmieniona forma to operacja przebiegłaby dużo, dużo gorzej. W normalnym stanie pewnie zacząłby się wyrywać pod wpływem atawistycznego strachu, a tak był na to zbyt słaby, zaś "pasożyt" był doskonale widoczny. Dodatkowo uniknął dzięki temu krwawienia z rany.

Szukanie pozytywów jego opłakanej sytuacji nieco go pokrzepiło, niemniej czuł się nieswój ze swoim oczodołem, toteż nożykiem uciął pas ze swojej wyjściowej marynarki (dobrze, że jego ubranie się z nim nie zrosło) i zrobił sobie z niego opaskę. Zajęło mu to chwilę, ale ta z pozoru błaha czynność pozwoliła mu się oswoić z bólem, a także zebrać myśli.

- I tak oto zostałem piratem - rzekł z kwaśnym uśmiechem - dziękuje Panie Coldberg za zauważenie tego paskudztwa w moim oku, a także panu, Panie Anshelm za jego sprawne usunięcie. Jednak obawiam się, że teraz musicie się uporać z nowym niebezpieczeństwem. Jeśli Niema zabije Kostka to my możemy być następni! Lepiej, żeby nas nie zaatakowała gdy będziecie zajęci kolejnymi operacjami, ma w końcu niebezpieczną broń, prawda? - spytał retorycznie - ja w tym czasie będe miał oko na parszywce - dodał wskazując na pijawkoklucze oraz Jajogłowego - bo w obecnym stanie na więcej mnie nie stać - dodał z ciężkim westchnięciem.

A może jednak nie? Zawsze zostawała komunikacja za pomocą myśli. Dotąd Otto traktował to jako kolejne udziwnienie, ale skoro i tak nie zostało mu nic innego to mógł spróbować to wykorzystać i zostać he... he... he... neuroprzekaźniekiem he... he... he...

- Kostek. Ja. Przysłać. Pomoc. Ja. Teraz. Ustalić Twoja Lokacja. - przesłał wiadomość. Tym razem zamiast konglomeratu powtarzających się pytań, spróbował formułować dobitne komunikaty. Ze zdziwieniem odkrył, że bez jednego oka było to łatwiejsze. Może mniejsza ilość bodźców ułatwiała skupienie? Tknięty tą myślą, zamknął zdrowe oko, i zasłonił uszy dłoniami. Pewnie głupio tak wyglądał, i do tego głośno powtarzał sobie "nadawane" komunikaty, przez co każdy dookoła niego dobrze go słyszał. Jednakże teraz Otto nie przejmował się skrytością. W końcu po chwili skupienia spróbował wyczuć gdzie jest Kostek. Jeśliby mu się nie udało to spróbował zapytać się o to neurochirurga, choć wiedział, że ten zajęty walką może nie być w stanie w odpowiedzieć.

Nieoczekiwanym efektem tych wysiłków było to, że Otto poznał myśl przeznaczoną dla Waltera, Kostek chciał Nadima albo Leę! Kamphausen od razu uznał swojego zięcia (niedoszłego!) za lepszego kandydata do pomocy toteż nawiązał z nim połączenie.

-Tahir. Jest Kryzys. Niema. Zatakować. Kostek. Oddawaj klucze. Alois. Biegnij. Pomoc. Kostek. Tylko on może bezboleśnie usunąć klucze lamie i Joannie - dodał szybko, trochę zbyt szybko, przez co ostatnie zdanie mogło ulec "zamazaniu". Jednak czas naglił, Otto spróbował jeszcze raz ustalić miejsce gdzie znajduje się Kostek. A następnie pokierować Tahira, a także drużynę pierwszą w jego stronę.

Oczywiście to czy ruszą mu na pomoc zależało już od ich woli. On nie mógł ich zmusić, co najwyżej naprowadzić.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

24. sierpnia
Post ID: 83364

Anshelm pochylił się i wsunął czubek noża między gałkę oczną, a dolną powiekę. Ostrze przymarzało do galaretowatej tkanki, więc starał się nim delikatnie poruszać, co z kolei sprawiło, że oko zaczęło szybko topnieć. Robak też się poruszał, ale nie do rytmu, co jeszcze bardziej utrudniło operację. Mężczyzna domyślał się, że na zachowanie pasożyta mogą wpływać intensywne emocje, więc po paru nieudanych próbach wyjął nóż z oczodołu Otta, pozwalając mu się uspokoić.
Samemu Anshelmowi chwila odpoczynku też zrobiła na dobre. Chętnie przeciągałby ją w nieskończoność, ale widok kałuży tworzącej się pod ciałem chemika zmobilizował go do działania.
Powtórzył operację wsuwając ostrze w lodowy oczodół. Tym razem szło znacznie łatwiej, ponieważ lód zwilgotniał i zrobił się śliski. Wbił nóż w ciało szkliste i wyciął większą część gałki ocznej, starając się nie uszkodzić nerwu wzrokowego, tak jak ścina się trzon grzyba, pozostawiając kawałek w ściółce.

Po wyciągnięciu robaka zamkniętego w szklanej kulce z ciała chemika, Anshelm usiadł na ziemi i oparł się o nagrobek, próbując uspokoić drżenie rąk. Nóż, którego używał w czasie operacji schował za pazuchę i powoli wysunął drugi zza paska spodni. Na samą myśl o tym, co go czeka poczuł delikatny ból w pokrywającej policzek plątaninie blizn powstałej po długotrwałych próbach wyciągnięcia pocisku. Ból mógł być spowodowany przez robaka, który wyczuł strach nazisty, ale równie dobrze mógł go wywołać jego własny mózg.
Anshelm uklęknął na cmentarnej ziemi i odwrócił się w stronę nagrobka z czarnego szkła. Na powierzchni nagrobka znajdowała się drobna płaskorzeźba przywodząca na myśl ośmiornicę, a pod nią napis: George Angell.
Szkło było półprzejrzyste i odbijało twarz nazisty, jednak niezbyt wyraźnie. To niestety musiało mu wystarczyć. Nie mógł pozwolić nikomu innemu na wycięcie sobie pasożyta. Musiał to zrobić sam.

Dotyk zimnego metalu na oszpeconym policzku wzbudził u Anshelma dreszcz i zawroty głowy. Robakowi się to wyraźnie podobało. Nie mógł dać za wygraną.
Zrobił trzy głębokie, medytacyjne oddechy, tak jak chwilę przed śmiercią i wbił ostrze w skórę, otwierając starą bliznę. Próbował wchłaniać ból i odganiać wszelkie myśli. Podobno przeklinanie pomaga znieść silny ból. Anshelm jednak nie mógł poruszać ustami, bo mogłoby to przeszkodzić w operacji. Nie mógł też zacisnąć powiek. Wpatrywał się w swoje odbicie w nagrobku z kamienną twarzą i w pełnym skupieniu, zagłębiając ostrze w tkankę. Ból przyniósł sobą wiele wspomnień, tak jak gołębica przyniosła Noemu listek oliwny na dryfującą bo bezkresnym oceanie arkę.
Anshelm jednak nie mógł dopuścić tych wspomnień do swojej świadomości, przez co kłębiły tuż pod jej powierzchnią jak stado żmij.

Od dawna nie czuł się tak źle.

Wiwernus

Wiwernus

24. sierpnia
Post ID: 83365

Pokój Cmentarny

Otto, dzięki zmyślnej minimalizacji bodźców, wlał się w ciało Kostka, próbując przekazać mu wiadomość i zlokalizować neurochirurga na własną rękę, niezależnie od jego odpowiedzi. Konsekwencją było zamieszanie w procesie przejmowania ciała przez Waltera. Der Chemiker przez moment poczuł się jak stłamszony ślimakoklucz zagnieżdżony gdzieś między przelewającymi się świadomościami i nie było to uczucie przyjemne, bo przytłaczające i brutalnie uświadamiające ryzyko do jakiego doprowadził. Ostatecznie jednak znalazł dla siebie mały kącik w wąskim kanaliku świadomości, a fizycznie przejął tylko jedno oko, które choć zalane krwią, pozwoliło mu przyjrzeć się cmentarnej polanie. I Niemej, wprawionej w boju, niezwykle precyzyjnej i diabelnie szybkiej.

Znał już miejsce potyczki, za równo wizualnie, jak i przestrzennie, gdyż udało mu się oszacować jego odległość i kierunek dzięki wykorzystaniu mocy sygnału telepatycznego jako punktu odniesienia. Kiedy w podobny sposób połączył się telepatią z Nadimem - już tylko z delikatnym, odruchowym zagnieżdżeniem się w ciele – z jego poziomu nawiązał delikatny kontakt z walczącym Kostkiem (Walterem?), w ten sposób upewniając się w swoich wyliczeniach i ostatecznie stając jednooką nawigacją.

Okazało się jednak, że zorganizowanie pomocy w postaci Nadima wcale się nie zakończyło. Jego strach był wyczuwalny, za równo o siebie, jak i w konsekwencji Larkę, którą by przez własną śmierć opuścił. Gotów był do porzucenia sprawy, licząc na to, że Niema załatwia tylko prywatne porachunki. Argumenty w postaci kluczowej roli neurochirurga w operacjach przekonywały go, ale nie wystarczająco. Szukał wymówek.
- Nie zdążę tam dobiec. To trzecia część pokoju. Przyjdzie mi tylko obejrzeć trupa lekarza. - westchnął głośno, jednocześnie przekazując w uproszczony sposób wiadomość do „teścia”. Imitował go wyraźnie, zasłaniając uszy i oczy oraz skracając treść do kilku odseparowanych słów. - Jedyne co wskóram to zasygnalizowanie kobiecie, że byłem przeciwko niej. Wy byliście.
- Ser Nadim Spóżniony. - uśmiechnął się Alois, wyciągając rękę po klucze i przyglądając ciemnemu rycerzowi. Oderwał się na moment od sekretnych drzwi w Styksie. - Ona nie ma dostępu do twoich myśli, a rozmawiać nie jest chyba fizycznie w stanie. Powiesz jej, że chciałeś ją wesprzeć zaraz po tym, gdy wyczułeś kłopoty Kostka. Opowiesz jak bardzo nienawidzisz go za to przeniesienie.
- To jest jakieś wyjście, gdybym nie zdążył.
- A zdążyć, zdążysz. - zapewnił Ferenz. - Początkowo myślałem, że te pokoje to moje prywatne piekło, do którego ktoś was wpakował, ale teraz wydaje mi się, że to wszystko jest snem. A sny rządzą się własnymi regułami. Każdy z was to swego rodzaju projekcja mojego umysłu. Bogata miliarderka, której zazdroszczę. Mój nijaki prywatny lekarz. Egzotyczne zwierzę, jedna z moich fanaberii. Nawet pozbawiony wartości syn. - wskazał na Wagnera. - Każdy z was jest częścią mojej osobowości, każdy was odgrywa jakąś rolę i aby z niej nie wypaść słucha się zewnętrznego głosu. Myślę, że masz do odegrania jakąś rolę w tym całym konflikcie osobowości. Odwróć się, a potem spójrz za siebie. Przy tej synestezji, omamieniu czasem masz wrażenie, że za każdym razem wszystko się zmienia? Ja mam. To jak przy sprawdzaniu rzeczywistości w świadomych snach. Zamykasz oczy i za każdym razem godzina jest inna, masz inną ilość palców, postacie znikają. Sądzę, że niezależnie od tego czy tym wszystkim kieruje moja świadomość czy boski reżyser, to z pewnością umożliwi ci kontakt z lekarzem i niemową. Poddaj się intuicji, nie oglądaj za siebie, zdaj na instynkt, a z pewnością wszystkie przeszkody tak się osuną, a krwawe drogi dostosują, byś znalazł na miejscu potyczki. I nikt nawet nie pomyśli, że to nie ma sensu. Algorytm działa w ten sposób, że poddaje się twojej woli tylko w sytuacji, gdy nie ma z tobą osoby, która zauważyłaby coś dziwnego.
- Jeśli uważasz, że wszyscy jesteśmy jakimiś projekcjami, to znaczy, że nie masz nic do stracenia. - rzuciła nagle Joanna. - I to ciebie czyni to najbardziej niebezpiecznym.

W tym momencie wszyscy zamarli, bo musiało minąć ponad trzydzieści minut i nie wiadomo ile czasu przed misją, aby piękność powiedziała coś z sensem. Ten moment zaskoczenia skrupulatnie wykorzystał Nadim, rozważając słowa żyda. Zasłonił uszy i oczy – ale nie wtórował myślom słowami – informując teścia, że o ile nie podziela teorii Aloisa, to ten ma wiele racji. Przyjrzał się licznym zegarom zmyślnie wtopionym w cmentarne tło i był niemal pewny, że w berlińskiej rzeczywistości czas tak nie biegł. Tutaj sekundy były szybsze, a co gorsza, z czasem ich prędkość narastała. Czarny Kamień zwodzi nas. Na pewno nie mamy pełnych 120 minut. Wzbudził nas w fałszywe poczucie bezpieczeństwa.

Dlatego postanowił zadziałać szybko i zgodnie z senną teorią przedsiębiorcy dostać na pole walki. Jeśli zdąży – stanie się oczami, a może i fizycznym wsparciem Waltera. Jeśli nie – zadeklaruje, że on, Ferenz i „inni” odesłali go z pomocą. Próbował zabezpieczyć się, tworząc podwalinę pod awaryjny, choć niepożądany sojusz. Chciał być jednak w porządku wobec pozostałych i nie decydować za nich, dlatego spytał się wszystkich zebranych kto jest gotów zapewnić przez niego o swojej „wierności” wobec niemowy, przy czym nie krył się z faktem, że jej ekwipunek, talenty i doświadczenie pozwalają jej górować nad niemal każdym innym pokojowiczem. O podobną konsultację w Drużynie Pierwszej poprosił Der Chemikera. Potem zaś ruszył na polanę, trzymając kurczowo dłoń na rękojeści miecza. Dobre stosunki z Niemą zapragnął mieć kierowany korzyściami Alois oraz strachliwy Herman. Carlowi i Hansie nie w głowie były teraz sojusze, Lama nie zdolna była wyrazić swoje myśli, miliarderka zaś zapewniła, że nie potrzebuje żadnego wsparcia i mogą zrobić w jej sprawie co tylko zapragną. Joanna za to znów ujęła wszystkich niewinnością, chcąc pogodzić Niemą i Kostka.

W ten o to sposób Der Chemiker stał się łącznikiem między Nadimem i Drużyną Pierwszą oraz nawigacją. Miał czas dobrze przyjrzeć się zegarom i operacji Anshelma oraz przypilnować ślimakoklucze.

...

Rzut na akcję: Samooperacja Nazisty
Modyfikatory Pierwszorzędne: Zręczność (+1), Wytrzymałość (0), Siła Woli (+1)
Wyniki: 1; 6; 2 -> 2; 6; 3 (po modyfikatorach) + 0,2 (bonus za opis) -> 11,2 / 3 -> 3,73 -> Brak Efektu!

Wykonanie zabiegu usunięcia ślimakoklucza na kompanie, a samym sobie, okazało się być doświadczeniem nieporównywalnym. Najmniejszy dotyk blizn przypominał o feralnym postrzale. Im bardziej się denerwował, tym bardziej karmiony uczuciem ślimakoklucz wił się, sygnalizując swoją obecność. Wykorzystanie nagrobka jako lustra było sprytne, zapomniał jednak, że czarny materiał podobnie jak monument przy dłuższym wpatrywaniu ukazywał patrzącemu jego sukcesy i porażki. W tym przypadku jednak głównie wszystkie bolesne chwile, co w połączeniu z widokiem zwłok dekoncentrowało. Nawet otoczenie wykazało się złośliwością, jakby kierowane czyjąś wolą. Mięsiste drzewa zaczęły pokrywać się ropiejącymi cystami, z błota wyrosły wodzące za jego ruchami ślepia, nawet na suficie dostrzegł pęknięcia przypominające jego blizny. Zmagał się i z bólem, i ze wspomnieniami, i ze złośliwością pokoju.

Remis. O ile zdołał znieść początek, gdy otoczenie nie było takie okrutne wobec niego, a wpływ medytacyjnych oddechów był jeszcze silny, to potem jednak padł na ziemię i próbował się uspokoić po kilku wyjątkowo niefortunnych ruchach. Ból zniósłby, w typowy dla siebie sposób, ale nie gdy palce doprowadzały do kolejnych pomyłek w trudnej chirurgicznej sztuce. Rzucił tylko okiem na swoją jeszcze brzydszą twarz, a potem padł na nagrobek. Ponowił próbę dopiero po tym jak uspokoił się, a ból stępił.

Rzut na akcję: Samooperacja Nazisty, raz jeszcze
Modyfikatory Pierwszorzędne: Zręczność (+1), Wytrzymałość (0), Siła Woli (+1)[/i]
Wyniki: 1; 7; 4 -> 2; 7; 5 (po modyfikatorach)-> 14 / 3 -> 4,66 -> Częściowe Powodzenie!

Już po kilku sekundach wiedział, że znów zdradziły go własne ręce. Przeklinał je, jak i nieporęczne, złote narzędzie. Przy takich pokładach niebywałej odporności na fizyczny ból darował sobie dalsze próby zabawy w chirurga i dał tuzom upragnione widowisko, zatapiając siłą nóż w bliznach i rozdrapując raną w najbardziej obrzydliwy ze sposobów. Wydłubał tłustego ślimaka, doprowadzając go do śmierci.

Wymioty były natychmiastową reakcją, choć nie na ból, lecz fetor szybko rozkładającej się pijawki. Nikt nie miał prawa go za nie winić, nawet jeśli wymiocinami pokrył trumnę - smród był nie do zniesienia. Dzięki temu przynajmniej nie musiał już oglądać zwłok w szyderczym wyrazie i swojego jeszcze paskudniejszego oblicza w czarnym lustrze. Niestety połowa twarzy opuchła mu i zdrętwiała, doprowadzając do otępienia i nieustannej wizualizacji tego jak może wyglądać, tak zmyślnej jak ponadprzeciętna wyobraźnia w pokojach przemiany. Zachował jednak wystarczającą trzeźwość umysłu, aby zrozumieć konsekwencje śmierci pasożyta, który najwyraźniej również miał przeżyć operacje. Nie tylko rozkładał się, to razem z nim jego klucz pokrywał się rdzą, sygnalizując, że bardzo szybko może ulec zniszczeniu, a przynajmniej znaczącemu odkształceniu. W konsekwencji mogło to uwięzić całą drużynę w pokoju już na zawsze.

Mathias przez to był jednym z tych, którzy mieli najgorsze warunki do operacji. Nie tylko ponaglał go limit czasu oraz presja zbierającej coraz więcej kluczy grupy, ale fakt, że musi jeszcze utrzymać ślimakoczłeka przy życiu. Jego miał się w języku całkiem dobrze i choć nie narastał dzięki strachu na objętości, wydawał się raczej rozwijać intelektualnie, co musiało być wymyślnym odniesieniem do swojego wygadanego, inteligentnego właściciela.

Janik Eckstein

Pośpiesz się. Stanowisko Charonitów jest jednogłośne. Kostka trzeba uratować.

...

Limit Czasowy

84:55

Nitj Sefni

Nitj Sefni

24. sierpnia
Post ID: 83366

Muszę dotrzeć do wyjścia, zanim klucz ulegnie całkowitemu zniszczeniu. To jedyna szansa na wydostanie się z tego pokoju. - Pomyślał Anshelm i niewiele myśląc włożył do kieszeni klucz, razem ze zdechłą pijawką. Palcami wyczuł tam coś jeszcze.
Ciastko! Zupełnie o nim zapomniałem. Obawiam się, że po kontakcie z robakiem nie nadaje się już do spożycia.
Przełożył klucz i pijawkę do drugiej kieszeni.

Nazista stanął przed poważnym dylematem. Z jednej strony czuł, że powinien trzymać się przydzielonej grupy, bo zwiększa to jego szanse na przetrwanie. Z drugiej strony wiedział, że samemu dotrze do drzwi znacznie szybciej. W czasie, kiedy Mathias będzie ciął sobie język, a Otto z zakrytymi uszami rozmawiał z powietrzem, klucz może ulec autodestrukcji. Każda minuta jest cenna.

Kiedy Anshelm się pozbierał po feralnej operacji i mdłościach, spróbował ustalić gdzie znajdują się drzwi do pierwszego z pokoi. Wydedukował, że drzwi do następnego pokoju znajdują się dokładnie po drugiej stronie komnaty. Kiedy ustalił kierunek, z którego przyszli, podniósł z ziemi maczugę, przeprosił swoich towarzyszy i rzucił się biegiem w kierunku przeciwnym - tam, gdzie spodziewał się znaleźć wyjście.

Architectus

Architectus

25. sierpnia
Post ID: 83367

Rozmyślając nad konieczną sumą do wyłożenia na sprzęt fotograficzny przywołał wspomnienia rozmów z rodzeństwem na temat wsparcia ich dzieci, oraz jak zaoferował podczas jednej z nich, że od kiedy zaczną one chodzić do szkoły będzie odkładał pieniądze na nagłe sytuacje. Od rozpoczęcia zbiorów, rocznie więcej zachowywał niż wydawał, więc wykalkulował, iż jak zakupi jeden z aparatów nadal zachowa zapasowe fundusze. Może nawet pytając się, zdoła zdobyć u jednego z fotografów używany model.

Wnętrze trzypokojowego mieszkania Jörga nie było zbyt duże, jednak rozmieszczenie pomieszczeń sprawiało, że zdawało się być ono większe. Poza zwykłymi sprzętami codziennego użytku oraz drewnianymi meblami, w każdym pokoju znajdował się inny wzorzysty dywan przykrywający drewnianą mozaikę parkietową, poza łazienką i kuchnią gdzie były wyłożone szare płytki. Dodatkowo, w łazience był też dywanik pod umywalką, chroniący od zimna i poślizgów. Z naściennych dekoracji nie było obrazów, tylko nad wejściem głównym wisiał przybity krzyżyk.

Podczas wieczornej rozmowy mechanik stwierdził, że jest przeciwny karze śmierci, jednak wątpi aby w nagłej sytuacji zdołał ją przemyśleć i powstrzymać się przed pozbawieniem okrutnika życia, w ekstremalnym momencie. Dodał z wahaniem w głosie, iż mógłby mieć po tym ciążące wyrzuty sumienia.

Nad ranem, zasłyszawszy głos pani Joanny Levittoux-Charpentier, pogodził się z myślą, że może odejść wraz z bratem. Tłumaczył sobie wtedy, że miał zadania przed sobą, w tym auta były do naprawienia. Nie poruszył tematu rozmowy telefonicznej, oraz nie chciał się zbliżać do nowych lokatorów w znacząco niepewnych czasach, bo może go zabraknąć w przyszłych momentach ich potrzeby wobec obecności jego osoby. Mimo tego logicznego wywodu i świadomości o ciężkości życia, czuł jak chce być również dla nich kimś, kto sprawia, że zapominają o bólu. Aby nie pogrążyć się w smutkach przed pójściem do pracy, zważył potencjalną pogodę, jaka może nadejść, i zamiast płaszcza przebrał się w zwyczajową skórzaną kurtę.

W ciągu dnia, zadziwiało go towarzystwo kluczostworka, jednakże mając w pamięci słowa pani Joanny Levittoux-Charpentier o odganianiu lęków, oraz druzgoczącą nocną interakcję, przybrał podejście do maleńkiej istoty jak do domowego zwierzątka, i przy pracach nad samochodem zdobył się na pogłaskanie go po główce.

Po tajemniczym spotkaniu z kobietą przypominającą mechanikowi literackiego wampira, radował się ożywieniem przybyłej po niej znanej mu dziewczyny. Żywiołowość tych chwil nastroiły go - w pewnym sensie - do następującej po niej intensywności wypowiedzi bratowej, w odbieranej słuchawce telefonu.

- Cześć, Gabriele - przywitał się z łagodną powagą na ustach. - Carl... - przerwał, patrząc w oczy stojącej obok niego dziewczyny, by się zastanowić nad kolejnymi słowami. - Zeszłej nocy został porwany. Natomiast pani, z którą przed chwilą rozmawiałaś, również była ofiarą tego okropnego czynu. Porywacze poprzez wypowiedzi Carla i paru innych osób kontaktowali się ze mną. Przygotowuję organizowanie odzyskania twojego małżonka, aby wrócił do domu jak najszybciej i zdążył pomóc w przygotowaniach do odwiedzin.

Xelacient

Xelacient

27. sierpnia
Post ID: 83372

Otto przewrócił jednym okiem, odpowiedź Tahira wydała mu się taka… pasterska. Byle znaleźć sobie wymówkę od zaangażowania się i od wystawienia na ryzyko. A przecież gdyby Niema miałaby porachunki z Kostkiem to jedno albo drugie jakoś wcześniej okazałoby to w obecności tego drugiego. Zresztą bez względu jakie miała powody, jeśli bez ostrzeżenia chce wykończyć jednego współpokojowicza, to bez ostrzeżenia może zaatakować kolejnych. Jednak Otto sprzeczki uznał za bezcelowe, toteż tylko podchwycił myśl Aloisa.

- Jeśli. Kostrzek. Zginąć. Ja. Brać. Odpowiedzialność. Ty. Mówić. Moja. Wina. Ty. Mówić. Ja. Grozić. Ty. Ty. Mówić. Ja. Ciebie. Zmusić. Pomoc. Kostek. Ja. Potwierdzić. Twoje. Słowa.

Tak, był starszy i bardziej doświadczony, podejmował decyzje to musiał brać odpowiedzialność. Mając nadzieję, że to ostatecznie przekona zięcia (niedoszłego!) do działania. Następnie pokierował Tahira w kierunku walczących, po czym dodał, że spróbuje przekonać drużynę pierwszą do pomocy.

Akurat zainteresował się na powrót otoczeniem w momencie gdy nazista kończył operację na sobie. Do Kamphausena doleciał odór, przez który ścisnęło go w gardle, ale dzięki temu, iż „ostatnio” tylko wypił piwo i zjadł pigułkę to na tym się skończyło. Jednak zaraz zapomniał o tych niedogodność jak tylko zauważył, że klucz zaczyna rdzewieć.

- Panie Anshelm, proszę zaczekać! – zawołał widząc, że nazista chce biec w stronę drzwi – mam tu coś co może powstrzymać rdzewienie! – dodał zdejmując pasek, przez co spodnie opadły mu do kostek ukazując obwisły brzuch oraz szare gacie, jednak niezrażony Otto ciągnął dalej – jestem chemikiem, znam się na procesach korozyjnych! – dodał wycinając nożykiem klamrę, po czym intensywnie zaczął nią szorować po powierzchni nagrobka – metal o niższym potencjale standardowym redukuje ten o wyższym, przy czym sam się utlenia! Klucz nie śniedzieje, nie pokrywa się patyną tylko rdzewieje czyli wykonany jest ze stopu żelaza, zaś klamra mojego pasa jest wykonana z aluminium. Aluminium będzie redukować żelazo, bo ma niższy potencjał standardowy! – dodał szorując drugą stronę klamry – proszę dać mi to do ręki, jeśli nie odwróci to procesu rdzewienia to przynajmniej powinno to spowolnić… tylko proszę tego nie wycierać! Krew i inne płyny ustrojowe zawierają sól, dzięki czemu będą pełnić funkcję elektrolitu! Dzięki elektrolitowi elektrony mogą z atomów aluminium płynąć do atomów żelaza, dzięki czemu tlenki żelaza, czyli rdza zaczną się redukować z powrotem do żelaza!

Co prawdaw tej „symulacji” dzieją się rzeczy przeczące prawom fizyki, ale skoro na razie oddziaływania grawitacyjne działały bez zarzutu to może jeszcze oddziaływania elektrostatyczne też przez chwilę podziałają jak trzeba?

Otto przynajmniej wierzył w to, że tak będzie. Taki sam stan wiary w swoją wiedzę, przeżywał gdy będąc nastolatkiem spróbował za pomocą tej samej sztuczki przywrócić blask sczerniałemu łańcuszkowi ze srebra, który był w posiadaniu jej matki. Wtedy użył aluminiowych gwoździ i roztworu soli kuchennej, sztuczka zadziała. A zachwycona matka z uznaniem wyraziła się o wiedzy syna. Otto dobrze to pamiętał, bo to był pierwszy raz gdy jego matka pozytywnie wypowiedziała się na temat jego pasji. Kamphausen mimowolnie na to wspomnienie się uśmiechnął, ale zaraz się otrząsnął i wrócił do rzeczywistości… czy tam symulacji.

Jeśli nazista dał się przekonać, to Der Chemiker po prostu weźmie dwa metaliczne przedmioty na dłoń, tak by się stykały i zacznie obserwować czy korozja klucza zaczęła ustępować. Jeśli tak to spróbuje całą Drużynę Pierwszą przekonać do ruszenia na pomoc Kostkowi, argumentując przy tym, że jego zięć (niedoszły!) już mu ruszył na pomoc. Jeśli nie, to zaproponuje, żeby jednak to Pan Coldberg pobiegł z kluczem do drzwi, a żeby Pan Anshelm ruszył walczyć.

Następnie Otto skupił się na skoordynowaniu wszystkich, w końcu nic więcej zrobić nie mógł. Przez chwilę rozważał próbę „wymacania” umysłu Niemej i próbę jej dekoncentracji, ale zaraz to odrzucił uznając, że to zbyt ryzykowny pomysł. Zarówno dla niego, jak i dla Tahira i Kostka.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

29. sierpnia
Post ID: 83383

Anshelm podał klucz chemikowi, choć niechętnie. Otto z pewnością wiedział, co mówi, ale czy to zadziała? Sam fakt, że klucz był w jakiś sposób powiązany z życiem pasożyta wskazuje na to, że nie jest to zwykły kawałek metalu i może się wymykać prawom fizyki, czy chemii. Anshelm miał nadzieję, że gdyby sposób Otta nie zadziałał, zdąży jeszcze dobiec do drzwi.

Fimrys

Fimrys

29. sierpnia
Post ID: 83384

"Udało się!"

Tłumacz pomyślnie wykonał proces mentalnego użycia swej retoryki, który nazwał "nadgadaniną", na ślimakokluczu.. Poczuł wyjście ciała obcego przez stopę, ale ból był tylko chwilowy. Pomyślnie zakończył się również proces odblokowania pierwszej czakry - pieczęci ziemi, co objawiło się w przeniesieniu się ze zwizualizowanego pola róż do świata rzeczywistego. Z początku ujrzał przed sobą brunatnoczerwone wrota, które uległy otwarciu. Były masywne i twarde, gdyż symbolizowały świat materialny i przywiązanie do ziemi. Otwierały się ze zgrzytem charakterystycznym dla dawno nieużywanych i nieoliwionych zawiasów i powolnych ruchem ukazywały coraz więcej swej karmazynowej głębi. Duchowa wizualizacja ciała Sørena przekroczyła je na różanej ścieżce i wtedy nastąpiło przeniesienie do krypty. Czas wrócił do normy i filozof obserwował niezmieniony wygląd wnętrza grobowca, po czym wstał, zebrał swój sprzęt oraz intrygujące tabletki, wykonał delikatny ukłon w stronę trumny zmarłej i wyszedł zostawiwszy zapaloną szkarłatną świecę. Dopiero kiedy wyszedł na otwartą przestrzeń pokoju i spotkał się z resztą drużyny, poczuł różnicę, jaka w nim zaszła. Czuł potęgę, większą od tej którą został przywitany przy "ponownym narodzeniu". Widział że reszta drużyny również przyuważyła odmianę, którą sygnalizowało ciało przez oczy. Jednocześnie nasiliło się uczucie rozdwojenia jaźni i wyobcowania, jakby częściowo był nieobecny w tym świecie. Wtedy zrozumiał jak działa otwieranie pieczęci w Purgatorium. Każda czakra była reprezentowana przez bramę, możliwą do otwarcia i zamknięcia, przy czym najcięższe jest pierwsze otwarcie, co w przypadku łamania pierwszej pieczęci ziemi było szczególnie widoczne, gdyż Søren nie znał w tym momencie jeszcze tego mechanizmu. Poza uczuciem mocy, czuł, jakim obciążeniem dla ciała jest działanie z otwartą Bramą Ziemi. Akcje wykonywane z otwartą tylko jedną bramą były ryzykowne i męczące, gdyż wprowadzały dysharmonię ciała i ducha. Jedynie po pracy nad wszystkimi siedmioma można by bez ryzyka korzystać z dobrodziejstw duchowych zmysłów.

"A więc w tym wymiarze nawet własny duch może nas okaleczyć, niebywałe!"

Przed przystąpieniem do pomocy przy operacji, przysiadł na płycie grobowej by się chwilowo skupić i zamknąć Bramę Ziemi, żeby nie obciążać organizmu. Kiedy postrzeganie wróciło do normy, poczuł lekką ulgę i zauważył różnice w percepcji. Wszystko wydało my się ciemniejsze, co wiązało się zniknięciem z reszty drużyny swego rodzaju półwidocznej poświaty. Zanurzył się porządnie w rzeczywistość podczas pomocy przy dziwnej operacji przeprowadzanej na chemiku. W tym momencie nabrał sporych wątpliwości co do efektów mięsnej i deserowej pigułki, które miał w kieszeni. Rad był z tego, że ze swoim pasożytem nawiązał swego rodzaju pokojową relację, kiedy obserwował cierpienie Otta i krwawą samooperację twarzy nazisty. Odetchnął z ulgą kiedy zobaczył, że Otto, mimo tragicznego stanu, żyje. Jednakże pozytywne odczucia zniknęły niemal natychmiastowo (co zdarzało się w tym przeklętym wymiarze nad wyraz często), gdy dowiedział się o zaatakowaniu Kostka przez niegadatliwą kobietę. Ustąpiły one wewnętrznemu rozgoryczeniu. Od początku wyczuwał w niej negatywną energię i widział w niej balast dla drużyny, ale kiedy okazała się realnym zagrożeniem, zmieszały się w nim uczucia gniewu i zażenowania, wynikające z zagrożenia powodzenia jego misji,
a po trochę z bezsilności. Zachował kamienną twarz wysłuchując różnych planów dalszego działania. Na wieść o możliwej konieczności sojuszu wzdrygnął się lekko, ale chłodnym tonem wyraził ewentualną możliwość jego wstąpienia weń. Pragmatyczna natura i wrodzona skłonność do blefu znów się odezwały, gdyż gdyby udało jej się zabić lekarza, byłaby to może jedyna szansa na przetrwanie, gdyż niemowa górowała ekwipunkiem i siłą nad Sørenem.

-Jeśli nie będzie wyjścia, mogę przyłączyć się do tego "wątłego pokoju". ale zdecydowanie lepszym będzie, jeśli teraz się jej pozbędziemy.

Zastanowił się, w jaki sposób może pomóc. Fizycznie nie był w stanie, gdyż mimo nowego ciała nie był aż tak dobry w walce wręcz. Mógł dać jedną butelkę "Oddechu Abbadona" komuś zręczniejszemu w rzutach z drużyny, ale wątpił w skuteczność zwyczajnego ognia w starciu z dziwnym kostiumem dającym niesłychaną odporność. Nie był też w stanie zaatakować jej umysłowo, gdyż nie czuł i nie chciał nawiązać takiej więzi jaka widocznie łączyła ich z Ottonem i Arabem. Kiedy Otto zaczynał działać z kluczem Anshelma, a sytuacja nad rzeką trochę się ustabilizowała odsunął się o kilka grobów od reszty by pomyśleć, w jaki sposób może okazać się przydatnym w zwalczeniu Niemej. Wtedy przypomniał sobie słowa kobiety z głowy "Bądź silny, tak jak Jajogłowy". Zrozumiał, że musi zadziałać gorliwością, więc rozpoczął modlitwę do swego Pana. Znał uczucie gniewu, ale porzucił jego chaotyczną i prymitywną naturę utożsamianą z wybuchowymi ludźmi słabej woli. Wiedział, że w z opanowaniem gniew jest doskonałym narzędziem dającym energię. Z oddali wyglądał jak zwykły modlący się nad grobem, ale w duchu kontaktował się ze swoim bóstwem - Abbadonem.

"Panie, ześlij nam swą siłę. Jesteśmy zagrożeni i potrzebujemy twego wsparcia, o Aniele Otchłani. Niech piekielny ogień zstąpi przez nas na bluźnierczą niemą kobietę by strawić ją i jej niepomocną duszę. Wciągnij ją w mrok, z którego nie będzie w stanie nam przeszkodzić. Proszę, daj mądrości zwyciężyć!"

Krótką, ale pełną gniewnego żaru, modlitwę zakończył wstając plecami do reszty drużyny w oddali. W momencie szczytowego natchnienia modlitewnego uniósł ręce w górę i wyrzekł dziwnie odmienionym głosem:"Sczeźnij w ogniu!". Kiedy zakończył modlitwę, przypomniała mu się Apokalips św. Jana i fragment o zdjęciu pierwszej pieczęci i przybyciu pierwszego z Jeźdźców Apokalipsy.

,  dodaj nowy wątek