Oberża pod Rozbrykanym Ogrem

Gry Wyobraźni - "Purgatorium [Gra]"

Aktualnie w Osadzie: Ognisko jest zgaszone.
Osada 'Pazur Behemota' > Gry Wyobraźni > Purgatorium [Gra]
Wędrowiec: zaloguj, wyszukiwarka
,  dodaj nowy wątek
Architectus

Architectus

10. sierpnia
Post ID: 83317

Czuł radosną lekkość słysząc jak bystry Garland jest zdolny wyrażać swoje potrzeby, i poniesiony nią uchylił okno w sali. Podziękował z szerokim uśmiechem za miłe słowa uznania względem wykonywanej pracy i ucieszył się, że chłopiec jest zainteresowany warsztatem jaki prowadzi, a następnie wyraził chęć oprowadzenia go po nim, oraz dodał, że nie ma własnego samochodu, ale mogą przejechać się autem któregoś z jego rodzeństwa, a nawet popływać kajakiem. Zapytał go czy pamięta jak zgubiony aparat wyglądał i zaproponował, że mogliby razem kupić taki sam model i wręczyć jego siostrze.

Pełen podziwu wyraził, że chyli czoło wobec gotowości chłopca by ratować siostrę. Westchnął odpowiadając, że nie wie kto stoi za porwaniami. Zdumiało go pytanie o bycie jego szwagrem i nieśmiało zanegował. Znając z wizyt lokalny ogród zoologiczny potwierdził, że są tam lamy. Zapytał czy już odwiedził z siostrą to miejsce. Wyraził swój smutek wobec okropnych snów Garlanda i zatrwożony potwierdził posiadanie podobnych koszmarów. Z trudem wyjaśnił jak kawałki samochodu poraniły jego twarz. Zaprzeczył podglądaniu dziewczyn, stwierdzając że sam nie chciałby być podglądany, gdyż jest to dla niego przykre. Dodał również patrząc w dal, że nagość uważa za magicznie piękne zjawisko, jednakże czasami nawet oglądanie jej z przyzwoleniem bywa smutne.

Po otrzymaniu pytania o kuchnię francuską sięgnął pamięcią po wspomnienia związane z tym tematem i przyznał:
- Nie jadłem zbyt wielu potraw z tego menu, ale podoba mu się francuski zwyczaj przyrządzania ciepłych kolacji. Do tego, podczas jednego z rodzinnych spotkań moja siostra przygotowała ratatouille, które mi zasmakowało i nauczywszy się przepisu robię sobie je w domu od czasu do czasu. Ach! Słyszałem, że we Francji są robione naleśniki na cieniutkim cieście. Chciałbym kiedyś ich skosztować - zabujał w obłokach na krótką chwilę, po której powróciwszy spytał - Garlandzie, chciałbyś posmakować niemieckiej kuchni?

Podczas dalszych rozmów delikatnie zganił chłopca za przykre słowa wobec pań pielęgniarek, wyjaśniając że te panie zadbały o to, aby mógł on wypocząć w suchym łóżku ze świeżą pościelą. Dodał, że wiek zmienia człowieka, i że też kiedyś będzie w podobnym stanie. Zaniepokoił się słysząc jak chłopiec zna bicie i ma przykre skojarzenia z rodzicami. Stwierdził, że zamiast bicia woli przytulanie, po czym z ciężkim sercem dodał, iż nie wie czy oni przyjadą do szpitala. Zmartwił się słysząc, że chłopca coś boli. Chcąc ustalić kiedy można ruszać na poszukiwania, a przy tym z dalszym zwiedzaniem miasta, zapytał pani pielęgniarki robiącej obchód, co dolega Garlandowi i kiedy może wyjść ze szpitala.

Po przybyciu siostry Garlanda Jörg rozweselił się widząc, że jest cała. Mimo to, dopytał czy jej coś doskwiera, następnie zreflektował się, że nie poznał jej imienia, i dodał pytanie o nie. Dociekanie o to, jak się znaleźli w tak niebezpiecznej sytuacji byłoby nietaktowne, dlatego odsunął je na później. Czule docenił jej serdeczną wdzięczność oraz okazywanie wrażeń co do soku agrestowego i nie zwracanie uwagi na blizny. Zapytał, czym innym chciałaby ugasić pragnienie. Przy każdym zwracaniu się do dziewczyny wahał się nad odpowiednimi sformułowaniami i mówił do niej per pani. Wciąż o tym myśląc spytał, czy dziewczyna chciałaby powiadomić rodzinę, i czy ktoś jeszcze z jej bliskich został porwany.

Obecność dziewczyny łagodziła zmartwienie mechanika, a jej przemyślane gesty i słowa osładzały nadmiar goryczy jaki mu towarzyszył od wielu godzin. Podczas spaceru po korytarzu z Jörga zaczęło schodzić napięcie, pozwalając mu na jaśniejsze myślenie, czym podzielił się z uczestniczką wspólnej rozmowy:
- Garland zasugerował mi, abym starał się o pani względy. Myślę, że sytuacja zagrożenia jaka nastała powoduje, że flirtowanie z panią byłoby w najbliższym czasie niewłaściwe, mimo że odbieram panią jako miłą i piękną. Nawet jeśli niebezpieczeństwa czyhają każdego dnia, aktualnie według mnie warto zachować szczególną czujność, ponieważ nie chciałbym wywoływać ryzyka jakiemu można zapobiec - wpatrując się w śliczne oczy dziewczyny zarumienił się, więc szybko odwrócił wzrok i patrząc przed siebie odzyskiwał umykające myśli.

Powróciły one kiedy dziewczyna wręczyła mu klucz od Carla. Słysząc o dumie jaką miał względem tego przedmiotu mechanik zmarszczył brwi w intensywnym skupieniu. Kształt narzędzia zszokował hanowerczyka, przypominając mu makabryczne sceny połączenia ciała z maszyną po wypadku sprzed wielu lat. Z szeroko otwartymi oczami przyjął podarunek. Przyglądał mu się z uwagą i obracał w dłoniach trzymając go mocno, jak gdyby miał wyskoczyć o własnych siłach z jego uchwytu. Kiedy usłyszał o podobieństwie do brata, zadrżał ze wzruszenia, jednak nie na tyle by nie zdołać stabilnie spojrzeć w oczy dziewczynie i uśmiechem podziękować jej za sprecyzowanie wypowiedzi względem braterskiego podobieństwa, a nie do klucza. Wtem widząc śmiejącego się i bawiącego Garlanda poczuł ciepło w sercu. Nie chcąc psuć chwili na beztroski oddech dla całej trójki, dopytywaniem o genezę tajemniczego oprzyrządowania, milczał, odsuwając dociekanie na później, i delektował się opromienionym widokiem siostrzanej troski u dziewczyny stojącej obok niego.

- Tak, możecie zamieszkać - odpowiedział po dłuższym namyśle. - Mam dodatkowe zestawy pościeli, gdyż odwiedziny członków rodziny z nocowaniem zdarzają się u mnie nierzadko, choć mieszkanie w bloku, na czwartym piętrze z samymi przyprawami i ziołami kuchennymi w doniczkach zamiast kwiatów, nie jest wysokich lotów - rozważył kolejne słowa do wypowiedzenia. - Czy macie coś na przebranie? Pytam, gdyż mam parę ubrań siostrzeńca i siostry, które mogą być dla was za duże, ale chociaż będzie coś w zapasie. Możecie spać razem w dużym pokoju lub oddzielnie w dwóch wolnych pokojach. Tylko przy jednej kanapie jest lampka nocna, więc mogę przynieść drugą z mojego pokoju, abyście w razie nagłego przebudzenia i przestraszenia w nocy mogli rozświetlić ciemności - spoglądał raz na chłopca raz na jego siostrę. - W swoich książkowych zbiorach mam atlas kosmosu oraz psów, Garland będzie mógł je poczytać by się uspokoić. A pani, chciałaby także mieć książkę blisko siebie?

Xelacient

Xelacient

12. sierpnia
Post ID: 83326

- Widzisz Tahir!? Jak się skupisz to potrafisz! – Otto głośno pogratulował zięciowi (niedoszłemu), chyba pierwszy raz czuł zadowolenie, że ktoś taki spotyka się z jego córką. To, że arabowi omsknął się palec było dla Kamphausena szczegółem niegodnym uwagi.

Zadowolenie urosło jeszcze bardziej przechodząc wręcz w zawstydzenie gdy ciemnogłoskóry odstąpił piękności swoją pigułkę. Otto postąpił wręcz przeciwnie, czując, że ta należąca do niego topi mu się w ręku zaczął ją od razu konsumować, bojąc się, że zaraz zostanie z niej mokra plama. Zresztą to była premia przeznaczona dla niego!

Podczas ostrożnej konsumpcji premii w formie loda przysłuchał się uważniej głosom „Tuzów”, Otto całe życie przepracował w wielkich zakładach gdzie przez cały czas było słychać buczenie wielkoprzemysłowej aparatury albo odgłosy dziesiątków rozmów, więc jego umysł automatycznie ignorował „szumy we tle”. Na lekarzy komentujących przebieg operacji to oni nie brzmieli, za to kwoty jakimi się przerzucali robiły wrażenie.

- Gdyby takie pieniądze otrzymałaby moja rodzina to umarłbym w spokoju - mruknął ni to do siebie ni to do zgromadzonych gdy zjadł pigułę – moja matka spokojnie mogłaby dożyć swoich dni i nie miałaby mi za złe tego całego wypadku.

W tym momencie nagle się zreflektował, dlaczego myśląc o rodzinie w pierwszej chwili pomyślał o matce? I dlaczego tak bardzo się przejmował jej opinią? W tym momencie Der Chemikier zastygł w zdumieniu. W końcu zrozumiał co takiego czuł od momentu pojawienia się w tym pokoju, a nie potrafił nazwać. To była WOLNOŚĆ! Nie wyostrzone zmysły, nie sprawniejsze ciało, nie bystrzejszy umysł lecz właśnie wolność sprawiała, że od początku czuł się tutaj tak dobrze, mimo, iż to miejsce drwiło ze zdrowego rozsądku. Po pięćdziesięciu latach życia w końcu wyrwał się spod kontroli matki! Kobiety, która skrupulatnie zaplanowała i kontrolowała jego życie, zaś on (nie licząc odchyłu w nauki chemiczne) dokładnie realizował. Nawet jego najdłuższe wakacje życia czyli miesiąc miodowy, który miał spędzić tylko ze swoją żoną skończył się na tym, że jego matka w ostatniej chwili „dołączyła” się do nich! Pierwszy raz w jego życiu jego matka nie wiedziała gdzie jest, ani kiedy wróci do domu!

A to, że sam tego nie wiedział to była inna sprawa.

Roześmiał się serdecznie, a nawet wykonał parę tanecznych ruchów, co w jego wykonaniu wyszło raczej pokracznie. Dopiero zdziwione spojrzenia zgromadzonych sprawiły, że się opamiętał i przystanął z zakłopotanym uśmiechem. Jednak euforia, która nadeszła wraz z uświadomieniem sobie jego nowego stanu wciąż trwała, dzięki czemu z nietypową jak na niego radością oraz pewnością siebie zaczął przemawiać do zgromadzonych. Słyszał w swoim życiu wystarczająco wielu „motywujących przemówień”, by na poczekaniu mógł stworzyć własne.

- Drodzy Współpojowicze! Nie wyszło nam z tymi walizkami, ale nie ma czego żałować! Niczego przecież nie straciliśmy! Co zyskała tamta trójka? Gumowe stroje? Na co komu one? Do brodzenia w zbiorniku z kwasem? Ja już bym wolałbym założyć coś takiego – dodał wymownie wskazując na potrzaskane zbroje – Godna uwagi była tylko broń! Przedmioty jakie otrzymał Walter sugerują, że w tym zadaniu będziemy potrzebowali broni! Nie otrzymaliśmy jej, ale kto powiedział, że nie możemy jej sami sobie wziąć?! – dodał biorąc nogę od połamanego stołu i unosząc ją w górę – Niech każdy mężczyzna z tutejszych mebli zaimprowizuje sobie taką pałkę… Nie, Jajogłowy, Ty nie! – dodał oskarżycielsko wskazując bronią na kultystę – nawet jeśli moje przewidywania są błędne to będziemy mieli czym ogłuszyć tego fanatyka… gdyby znów zaczął sprawiać problemy – dodał mierząc go groźnie wzrokiem, pałka w rękach dodawała Kamphausenowi pewności siebie, była to komfortowa broń, z jednej strony dawała poczucie siły, a z drugiej nie służyła do okaleczania i zabijania jak miecz i pistolet lecz jedynie do ogłuszania przeciwnika. Taka broń służyła porządkowi!

- Jako inżynier od razu zaproponuje jedno ulepszenie w celu poprawy ergonomii – dodał podchodząc do jednego z foteli, który był obity jakimś wytwornym materiałem, po czym za pomocą nożyka udarł z niego pasmo materii, którym następnie owinął jeden koniec swojej pałki tworząc wygodny uchwyt – dzięki temu będziecie pewniej trzymać broń, aha i niech każdy weźmie ze sobą po nożyku z tutejszej zastawy, na pewno się przydarzą. Gdy wszyscy będą gotowi to wyruszamy, bo czas płynie! Jest nas tutaj trzynaście, czyli trzy czwórki i… Jajogłowy, którego pognamy na czele! Następnie pójdę ja z Panem Vollblüterem. Coś czuje, że to zadanie jest… przygotowane specjalnie dla nas – głos Ottowi lekko się załamał gdy nagle go dopadły wspomnienia dziwacznych koszmarów o nazistowskiej symbolice – towarzyszyć nam mogą Pan Søren i Pan Coldberg. Następie będzie szła druga czwórka, Tahir, zajmiesz się naszą towarzyszką, dobrze? – zapytał posyłając zięciowi (niedoszłemu) porozumiewawcze mrugnięcie, mieli zadanie od Kostka to trzeba było je wykonać – weźmiesz lamę. Pani Tutta będzie wam towarzyszyć, podtrzyma na duchu naszą współpokojowiczkę, prawda? Panie Bulma, Pan będzie prowadził ostatnią czwórkę, czyli siebie, Pana Hermana, Pana Aloisa i Pana Pringsheima. Wszystkim pasuje taki układ? – zapytał na koniec, nawet jeśli nie przekona zgromadzonych do swoich pomysłów to chociaż mógł dać impuls do wymarszu. Po tej przemowie Der Chemiker umilkł, ponieważ zaczął czuć coś dziwnego. Czyżby piguła, którą zjadł zaczynała działać?

Tabris

Tabris

14. sierpnia
Post ID: 83336

- Nie potrafię powiedzieć co może być przyczyną bólu, ale może są to przyczyny związane z Twoją przeszłością. Chyba domyślasz się już kto jest Twoim ojcem. - Walter westchnął ciężko - jestem nim ja.
~~~
W końcu to zrobił, przekuł balon, który rozrósł się stanowczo za bardzo. W sumie nie wiedział, że dla Lei to takie istotne.

Przynajmniej zajął się czymś ważnym ale też odpędzającym myśl o zadaniu, które miał przed sobą. Teraz zrozumiał co znaczyły te słowa o siekaniu setek zombi. Nie podobało mu się to. Chyba oznaczało to że będą się przebijać przez hordy powolnych i odpornych wrogów aż do ich przywódcy. Kozioł miał klasę Pies to gówniarz. Parę rzeczy wymagało przemyśleń ale na to nie miał czasu. Czekając na reakcję Lei usłyszał wycie szaleńca - odruchowo ustawił bólopistolet na połowę mocy.

Garett

Garett

15. sierpnia
Post ID: 83337

-Ach, więc mówisz, że to Sara mnie zabiła? A to ciekawe... Może więc mi powiesz, jak według ciebie jest: to pistolet zabija, czy ten kto pociąga za spust? – odparował Janikowi.

Zdenerwowany Coldberg kopnął pył jaki pozostał po walizkach. Nie miał jednak sobie za wiele do zarzucenie, wszakże był studentem psychologii, a nie matematyki. Nie, jego irytacji wynikała z głupoty Carla, który jak ostatni debil zniszczył kilka walizek wpisując losowe liczby. Miał ochotę mu przywalić tym pogrzebaczem za pomocą którego wyciągnęli z kominka walizkę Ferenza. Niestety nie mógł sobie na to pozwolić, bo reszta uznałaby go za niebezpiecznego dla otoczenia i zaczęła traktować jak Jajogłowego.
W dodatku Arab uznał monolity za Czarny Kamień... Mathias miał nadzieję, że nie mówił o tym do końca na poważnie, bo mogą być z nim kłopoty. Szczęście w nieszczęściu, że najwyraźniej był totalną ciapą, bo pomimo rozwiązania zagadki spalił swoją walizkę źle wpisując kod.

-Mówisz, że smak ma tylko odwracać uwagę? Hmm, ale któreś z właściwości tej pigułki chyba musi nawiązywać do efektu jaki powoduje... Może chodzi o temperaturę?

W tym samym czasie Chemik połknął swoją pigułkę. Mathias był nieco rozdarty widząc to. Z jednej strony nie mógł uwierzyć jak ktoś, kto zajmuje się takim zawodem może tak zupełnie bez pomyślunku połknąć dziwną pigułkę niewiadomego pochodzenia ni efektu. Z drugiej strony jednak, to jak zadziała na Otto może potwierdzić lub zaprzeczyć teorii Coldberga, że temperatura pigułki wiąże się z jej efektem.

W czasie kiedy Otto dzielił się swoim planem z Pokojowiczami, Mathias chwycił pogrzebacz i wszedł do szafy. Skoro będą tu musieli walczyć z zombie, to dobrze by było znaleźć coś wytrzymałego do ochrony, aby te żywe trupy nie mogły ich pogryźć (bo na 99% będą to te amerykańskie zombie zarażające ludzi wirusem poprzez ugryzienie). Najlepszy będzie chyba jakiś gruby skórzany płaszcz.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

15. sierpnia
Post ID: 83338

Rozwiązanie wymyślone przez araba było proste i logiczne, więc zapewne poprawne. Anshelm obserwował go dokładnie, kiedy ten wprowadzał kod do walizki. Dzięki temu dostrzegł, że ostatnią cyfrę mężczyzna wprowadził błędnie. Niestety walizka nazisty przepadła, tak jak i cała reszta.

Anshelm poszedł za namową chemika i oderwał od jednego z krzeseł ciężką, drewnianą nogę. Następnie wziął ze stołu pozłacany nóż i z jego pomocą wyciął z fotela pas skóry, który wykorzystał do wykonania rękojeści prowizorycznej pałki. Nóż schował za pazuchę - tam, gdzie kiedyś nosił sztylet - i dla pewności zabrał ze stołu jeszcze jeden, który wetknął za pasek spodni, pod połą płaszcza.

Dziwne pigułki zaciekawiły Anshelma, tym bardziej, że on swojej nie dostał. Z zaintrygowaniem patrzył na Otta połykającego pigułkę, czekając na pierwsze oznaki efektów ubocznych.

Wiwernus

Wiwernus

15. sierpnia
Post ID: 83340

25 Września 1991 r., Berlin

Pani Joanna Levittoux-Charpentier.

Wyjawione z pięknym francuskim akcentem imię oraz dwuczłonowe nazwisko zachwycały. Każda chwila spędzona z pięknością była dowodem na jej uprzejmość, taktowność i troskę wyrażoną komuś tak nieśmiałemu jak Pringsheim. Miał prawo do zafascynowania, mimo to jednak zachowywał kulturę – nie naciskał, tytułował ją Panią, nie był nachalny i nie domagał się informacji o losie swojego brata.

Zaskoczył ją jednak delikatnym – ale i jak konkretnym! - zasygnalizowaniem swoich emocji, ta jednak przebiła go rozbrajającą szczerością.
- Nie, Panie Pringsheim. Mój brat ma rację. Właśnie dlatego z powodu tego ryzyka i niebezpieczeństw powinniśmy kierować się głosem serca, bo potem możemy tego żałować. Strach trzeba odegnać.

Od tego momentu był niemal pewny, że kupno aparatu to właściwy ruch, zdołał nawet porozmawiać z Garlandem na osobności i ten zasugerował mu kilka dobrych propozycji, które z pewnością zachwyciłyby Panią Joannę. Każda z nich jednak cechowała francuskim rozmachem, mechanik słabo znał się na aparatach, ale nie było trzeba być ekspertem, aby przewidzieć jak liczne i tłuste zera będą zdobić ceny aparatów opisywanych przez chłopca.

Okazało się, że malec musi zostać w szpitalu jeszcze tydzień, nawet nie względu na jego stan zdrowia, który był dobry, lecz procedury i fakt, że sprawa karambolu cieszyła się zainteresowaniem prasy. Niemieckie posłuszeństwo nakazywało przestrzegać reguł i uniknąć niepotrzebnego skandalu. Pierwotnie zakładano nawet dwukrotnie dłuższy pobyt, ale Joanna w kilku językach zbeształa personel, a potem jeszcze postraszyła francuskimi mediami. Długie siedem dni okazało się być kompromisem i powodem do radości, choć malec nie mógł doczekać się momentu, gdy ujrzy warsztat i uda się ze Szwagierem na kajaki.
- Weź mi atlas kosmosów i psów, a także taką gazetkę ze sklepu, pokażę ci jakie zabawki możesz mi kupić.

Garland pozostał w szpitalu, dzielnie wytrzymując ciężar pożegnania, zaś duet JoJo udał się do mieszkania mechanika. Tematem ich rozmowy nie był zbyt miłosny, dotyczył przede wszystkim rozdziału ubioru po rodzinie Pringsheima. Dziewczyna nie miała przy sobie prawie nic, sygnalizowała także braki w gotówce, choć możliwie najdelikatniej. Obiecała, że za wszystko odpłaci się w przyszłości i przepraszała, że W Y Ż S Z E O K O L I C Z N O Ś C I zmusiły ją do przedłużenia pobytu w Berlinie. Wycieczka, atrakcja dla malca, zmieniła się w koszmar. Próbowała jednak zachować humor.
- Porównaj tylko moje oczy do księżyca w pełni, a dostaniesz kuksańca. - wskazała na okazałego satelitę.

Nie wiedział jaka była jej reakcja na tymczasowe mieszkania - nawet się po nim nie rozejrzała, gdy pokazał pokój przeznaczony dla niej i Garlanda. Zamierzała w nim spać wraz z braciszkiem i niczego więcej nie potrzebowała. Zamknęła się w łazience i oddała bardzo długiej kąpieli, podczas gdy mechanik obrócił się w słup soli i wraz z kluczoślimakiem obserwował trzy wielkie szklane obiekty, które w niewyjaśniony sposób pojawiły się w jego domostwie. Było to tym bardziej zastanawiające, bo nie było najmniejszego śladu włamania, a jego włości na czwartym piętrze były dobrze strzeżone przez „ludzki monitor osiedlowy”, ten sam który tak bardzo interesował się jego tragicznym życiem oraz nagłym przybyciem z obcą pięknością.
- Da. - purchnęła pijawka w charakterystyczny sposób.

Dziewczyna w końcu wyszorowała się i wypłakała w samotności. Brak zapachu ryb i soli pozwolił cieszyć się jej pięknem w stu procentach, zaś przydługie ubranie po siostrzenicy mechanika tylko dodało jej uroku. Okazało się, że to ona zamówiła na jego adres kilka „pamiątek” i kazała ich pilnować jak oka w głowie, za co zresztą przepraszała – ciepłym słowem, przytuleniem i pocałunkiem w oba policzki. Było jej wstyd za to, że wprosiła się do niego przed udzieleniem właściwej zgody. Nie tłumaczyło to w żaden sposób skąd miała jego adres, w jaki sposób przeniesiono tu szklane obiekty i do czego właściwie służyły. Unikała tego tematu, obiecując powrót do niego w stosownej chwili.

Zasiedli na kanapie. Kobieta nie wiedziała jak poradzić sobie z własnymi myślami, więc włączyła telewizor. Śledziła dziennik informacyjny, analizując dziennikarski warsztat Niemców.

Dzisiejszego dnia doszło do niespodziewanego, zabawnego, choć przede wszystkim przerażającego incydentu. Niezidentyfikowany mężczyzna – na ekranie pojawił się wizerunek osobnika z kamery, bardzo niewyraźny i uniemożliwiający rozpoznanie – postanowił umilić sobie nudny żywot i przedostał przez barierkę w Berlińskim Zoo. Liczni świadkowie zauważyli go dopiero po tym jak jak znalazł się na wybiegu niedźwiedzia brunatnego, zresztą potulnie wtulony w niego i wypoczywający w cieniu z wystawionymi dumnie nogami. Prawdopodobnie spali tak bardzo długo w krępująco bliskim kontakcie, ale mężczyzna w końcu obudził się i dostał ataku paniki, po czym z trudem umknął niedźwiadkowi. Co za wydarzenie!

Joanna przewróciła oczami.

Nowe informacje dotyczące karambolu – pojawiło się ujęcie z helikoptera na zatamowane skrzyżowanie – według najnowszych doniesień liczba ofiar śmiertelnych to...

Jednym kliknięciem zmieniła kanał. Obserwowali w krępującej ciszy reportaż o kary śmierci, którą w NRD zniesiono dopiero ostatecznie w Grudniu 1987 roku, po tym jak sprytnie po egzekucjach wypisywano ataki serca, czasem po prostu strzelając w tył głowy. Ponura atmosfera dokumentu, ciemne barwy, kamera prowadzona z trzęsącej ręki, niska jakość nagrania w przytłaczających więzieniach – atmosfera grozy narastała, aż siedzący między „parą” kluczostwór ożywił się, wyraźnie czerpiąc energię ze strachu i mroku. Lektor grobowym głosem próbował odpowiedzieć na pytanie czy kara śmierci ma sens – ekonomiczny, moralny, czy jest sprawiedliwa, czy faktycznie nieistnienie jest karą i ostatecznie czy warto zaryzykować skazanie niewinnego.
- Jakie jest twoje zdanie? - spytała, gdy prezentowano kilka bestii objętych niespodziewaną dla nich amnestią. Pedofile, mordercy, zdrajcy stanu. - Pozbyłbyś się takiego i miałbyś po tym wyrzuty?

Mógł przemyśleć jej słowa, bo uznała, że czas na sen. Pocałowała go delikatnie w usta i udała się do łóżka, po czym zasnęła natychmiast. Wyglądała niesamowicie rozłożona bezwładnie i oddychająca ciężko. Udał się do siebie i próbował uczynić to co ona. Gdy w końcu mu się to udało, poczuł, że coś pieści go po nodze. Początkowo uznał to za zaloty kobiety, wymęczony i ospały nie stawiał oporu, a „ona” powoli wędrowała coraz dalej i dalej. Nie przeszkadzało mu to, choć wydała mu się miejscami tłusta, oślizgła niczym ryba. Zareagował dopiero, gdy odczuł zimny metal i basowe, przerażające „Da”. Kluczpijawka miała rozmiary wołu, wyrosły jej ociekające ropą i kwasowym śluzem macki, skrępowała go szybko i dusiła niczym wąż, aż do momentu połamania wszystkich żeber i bolesnego uśmiercenia.

Zerwał się, przebierając nogami. Kopnął leżącego w jego nogach kluczoślimaka, faktycznie większego od najedzenia jego strachem, lecz wciąż malutkiego i niegroźnego, niekarmionego strachem niemal martwego i bliższego przedmiotowi niż żywej istocie. Stworzonko groźnie wymachiwało stalowym elementem, z którego pyszczka zaczęły wyrastać małe, pordzewiałe czujki. Da wpatrywało się w niego, choć nie miało oczu. Wstał i udał się zobaczyć co u nowej lokatorki. Spała, choć łózko było zmoczone. Przez sen bredziła o kluczach, zombie, Lisiej Pani oraz Tahirze.

Wrócił do łóżka, mijając telefon, który nagle zadzwonił. Pamiętał już ostatnie nocne rozmowy i ich konsekwencje, szybko jednak chwycił słuchawkę, nie chcąc obudzić nowego domownika.
- Masz 29 dni na przemyślenie sobie wszystkiego, Joanno. Inaczej cię zamorduję.

Sygnał urwał się natychmiastowo, a Pringsheim wiedział już, że nigdy nie zapomni tego silnego, kobiecego głosu. Nie zasnął do rana, przez co umknął mu jeszcze jeden telefon, tym razem odebrany z samego świtu przez piękność. Na szczęście zakradł się w miarę szybko i usłyszał chociaż część poufnej pogadanki, w ciszy i mającej go z pewnością nie zbudzić.

26 Września 1991 r., Berlin
- No, to na pewno nie twoje apartamenty, ale nie o to mi chodziło. Jest tu bezpiecznie.
- Tak, tak.
- Jakoś przyjął do wiadomości. Musiał. Mimo wszystko jest aspołecznym osobnikiem w średnim wieku, do którego życia nagle wtargnęła egzotyczna dziewczyna. To czy z dzieckiem, ślimakiem czy trumnami – jaka różnica. Przygarnął z dobrodziejstwem inwentarza. Nie zrozum mnie źle, ja się z tym paskudnie czuję, bo gram na jego słabostce, ale to cena, którą muszę płacić za stabilizacje. W szczególności dla Garlanda.
- No, Garlanda.
- Brata.
- Wiem, że masz go w „cul”. Dla mnie jest najważniejszy i otrzyma w końcu dobre warunki do życia.
- Tak, przyjął go jak swojego brata, właściwie to nawet syna.
- A co cię tak na czułostki i relacje międzyludzkie wzięło? Kto jak kto, ale po tobie... Tak, tak, właśnie po tobie...
- No, co ja mam ci powiedzieć. On nie jest piękny, ale jest dobry; czuły i opiekuńczy. Bardzo wrażliwy, jeśli chodzi o siłę charakteru to mógłby konkurować z Wagnerem. Ale ma też upór i taką męskość, jest konkretny i robi swoje, gdy już się zawzie. Nie zostawił mnie. Kto zareagował na mnie w Pokoju? Widzieli mnie wszyscy, jak na świeczniku, nie zrobili nic. Jemu wystarczył mój głos w środku nocy i szczera prośba.
- Nadim to co innego.
- No.
- Są wyjątki, ale mało który taki jak Jörg.
- Jest łysy, pełen blizn, podbródek zniekształcony, nawet trudno mi powiedzieć czy on w ogóle go ma czy, czy jest wyciśnięty czy zagnieżdżony w środku głowy. To nie ma znaczenia. Byłam młodocianą miss universe i fumier z tego miałam. Piękno nie ma znaczenia.
- Chciałabym, nie będę nawet ukrywać. To dobry mężczyzna, wiem, bo mam porównanie z wieloma zalotnikami w życiu doczesnym i ignorantami z pokoi. Gdybym była „wolna”, to mogłabym z nim być. Kochać jako kobieta, może nawet kochać dosłownie, operacje plas...
- To nie pytaj.
- Nie, nie wiem jeszcze kogo. Nie mam nawet pomysłu. Nad „wariantem” również się nie zastanawiałam.
- Myślę nad tym, ale nie wiem czy starczy mi sił, aby go w to wciągnąć. Byłby przydatny, szczególnie zmanipulowany.
- Rozważam nagłe zniknięcie. Zostawię mu ckliwy list, żeby zostawił mnie, bo gardzę taki potworami. Jest prostolinijny i łyknie to, jest takim młodszym Carlem, wybaczy wszystko. Wiesz o tym najlepiej. Tylko co jeśli zaatakuje wcześniej?
- Dziczeje. Zmienia się, nie potrafi zaspokoić. Słyszałeś Janika. Wolę nie ryzykować zdrowiem i życiem Pringsheima.
- Ciszej, bo nas usłyszy.
- Jeśli będzie trzeba, obronię go.
- Nie, nie powiedziałam o Carlu.
- Zamierzam,
- Taka jest cena.
- No, wszystko jest lepsze od alternatywy. Wolę to niż bycie gwiazdą muzyczną.
- Chyba się obudził, dobra, kończę.

Udawała, że kontempluje doniczki z ziołami. Nie pozwoliła sobie na dłuższą rozmowę. Zjedli śniadanie, przy czym zdawało się ono jej w ogóle nie smakować. Potem pożegnała się i udała do brata, rolą mechanika zaś było zostawić ją z nim samemu, zresztą i tak musiał zajrzeć do warsztatu, by załatwić sprawę z klientem. Kontakt z nim wydał mu się dziwnie przyziemny. Pożegnali się, a potem ruszył do domu.

Dryń-Dryń. Podszedł do drzwi, ale nie zastał Joanny, lecz kobietę w średnim wieku, z charakterystycznymi zakolami, ciemnoczerwonymi włosami splątanych w kuca, gargantuicznych lenonkach, bladą i wampirzą cerą oraz krwistą kamizelką na białej, męskiej koszuli. Była pod krawatem, nosiła się po męsku, nawet paliła długą fajkę. Oglądał to dziwo z zaciekawieniem, podobnie jak stojący obok jego nogi ślimakoklucz, ona jednak zachowywała się jakby nie widziała dziwnego stwora.
- Pan Jörg Pringsheim, brat Carla Pringsheima. Na mocy węzłów krwi przysługują panu... jego fanty, obole.

Podała kopertę zalakowaną wizerunkiem poczciwej psiny. Początkowo uznał podarunek za dziwny żart. Chciał się nawet spytać kobiety o co właściwie chodzi, ale jakby rozpłynęła się powietrzu. Otworzył przedmiot i ze zdumieniem w oczach ujrzał marki, które starannie przeliczył, dokładnie 80 000 marek.

Joanna powróciła chwilę po kobiecie. Ożywiła się po kontakcie z bratem, który najwyraźniej wypytywał o Szwagiera. Opowiadała, namiętnie gestykulując, jak malec dobrze się czuł, tak że nawet wdał się w bójkę z innym chłopcem, większym od siebie dwukrotnie grubasem. Dostał kilka bolesnych kuksańców, ale nawet po tym odgrażał się, że jego brat George przyjdzie i sklepie jegomościa, a potem zademonstruje mu wszystkie blizny. Według jego fantazyjnego opisu blizny mechanika miały swoje własne blizny.

Telefon zadzwonił. Zerwała się, odbierając szybko. Nie dzwonił jednak do niej tajemniczy osobnik, lecz szwagierka mechanika, najwyraźniej besztająca ją. Piękność oddała słuchawkę.
- Jörg, co tam się odwaliło na tym przyjęciu, tego idioty wciąż nie ma w domu! Może i był dotąd grzeczny, ale ma przyjechać mamusia, potrzebuję kogoś do pomocy w domu, a on takie coś. Jeśli wegetuje u ciebie na kanapie, to go ubiję jak śmietanę. - warknęła, a potem dodała. - A co to za panna, he, he, he?

Pokój Narodzin

Janik Eckstein

Zabiłem cię ja, zabiła cię Sara, a przede wszystkim bezmyślne posłuszeństwo, które Milgram chciał znaleźć w Niemczech, a odkrył u całego gatunku ludzkiego. Z tą siłą nie miałeś prawa wygrać.

Nadim najwyraźniej potrzebował sukcesu i docenienia, a najmocniej ze strony Otto. Ten dotąd mobilizował go do działania, teraz zaś jasno wyraził swoje zadowolenie i zignorował omsknięcie palca. Wzmocniona inteligencja interpersonalna pozwoliła mu we właściwy sposób odebrać sygnały „ojca” oraz samemu odpowiedzieć mu wdzięcznością, choć potrzebował do tego zaledwie kilku spojrzeń, gestów i min. Nawiązała się między nimi specyficzna więź porozumienia, wzmocniona jest faktem posiadania tego samego Charona. Co prawda o wiele łatwiejsze było dla nich „połączenie się” z Kostkiem, to jednak możliwym było również pójście o krok dalej i sięgnięcie myślą do innych podopiecznych Charonity. Teść i zięć synchronizowali się telepatycznie.

Der Chemiker zaś swoją postawą przybliżył się popularnością wśród głosów do poziomu tłumacza. Nie chodziło nawet o łaskawość wobec zięcia, ale naturalność jaką miał z powodu zdolności ignorowania komentarzy w głowie. Nikt nie miał powodu wątpić, że w pokojach odnalazł wolność i jest pociesznym, dobrotliwym, ale i pragmatycznym człowiekiem. Jego taniec wywołał euforie, a kiedy sprytnie podzielił trzynastu pokojowiczów na drużyny i odpowiednio zmobilizował je do wyekwipowania się, otrzymał namacalną pomoc, choć przegapił ją, jak większość głosów zresztą. Jeden z Tuzów, zadziwiająco kulturalny i dobrotliwy, zadeklarował finansowe wsparcie godne tak „dobrze tańczącego indywiduum”.

Podział Pokojowiczów spotkał się z entuzjazmem obserwatorów, w samym założeniu miał wiele pozytywów, ale nie pozbawiony był wad wynikających ze złego rozdziału. Drużyna Pierwsza – z chemikiem, nazistowskim tłumaczem, studentem-geniuszem i mistycznym tłumaczem – była różnorodna i silna, potrafiła przełożyć ostateczny cel ponad błahe spory. Uzbrojona w sztućce i elementy mebli po odpowiednich usprawnieniach stanowiła zwartą, dobrze zapowiadającą się grupę. Drużyna Druga – z turkiem, pięknością, miliarderką i lamą – stanowiła raczej zbieraninę pozbawionych większej roli osobników, nad którymi opiekę roztaczać miał ciemnoskóry, zresztą co szło mu całkiem przyzwoicie, nawet jeśli skupiał się w większości na dziewczynie. Udało im się nawet dobrać elementy uzbrojenia. Nadim okuty w stal wyglądał niczym czarny rycerz, wzbudzał jednak przede wszystkim podziw, nie śmiech, a z mieczem u boku czuł się pewnie. Beata wybrała bardziej paradne i wymyślne zbroje, Lama poszła jej drogą i wyglądała niczym rumak turniejowy, Joanna jako jedyna pozostała przy krótkim nożu. Za nim ruszyli, Tutty zrobiła wszystkim zdjęcia, a potem jeszcze dyskretnie pstrykała fotografie Nadimowi i jego towarzyszce. Drużyna Trzecia – z żydem, celebrytą, upośledzonym społecznie muzykiem oraz niestabilnym Carlem – szybko jednak zwiastowała kłopoty. Alois był wściekły, że ktoś narzucił mu kompanów, szybko jednak przejął pałeczkę lidera, tym samym odwlekając w czasie nadciągające kłopoty, zresztą bardzo dobrze wyekwipowane. Darowali sobie elementy pancerzy na rzecz zwierzęcych skór i futer z szafy, ale w przypadku broni byli o wiele bardziej fantazyjni. Carl postawił na młot bojowy, Hans na długą włócznię paradną, Wagner wybrał kiścień, a Alois na kuszę zawieszoną na plecach. To właśnie oni zabrali wszystkie najlepsze bronie z Pokoju Narodzin, skazując Drużynę Pierwszą na mniej wymyślne uzbrojenie.

Przynajmniej oddzielenie Jajogłowego od wszystkich było dobrym posunięciem, ten nawet zarzekał się, że sobie poradzi i nie potrzebny mu zbędny balast. Półnagi, z obolałymi nogami, wydawał się być nie zbyt groźny, ale dmuchanie na zimne było rozsądne.

Po kolei wszyscy przekroczyli próg oddzielający Pokój Narodzin od Cmentarnego. Vanitas vanitatum et omnia vanitas głosiła sentencja nad drzwiami. Nazista pomyślał, że w końcu doczekał się upragnionej podróży.

Pokój Cmentarny

Mała kraina jaką przyszło im odwiedzić przypominała cmentarną metropolię skąpaną w świetle świtu. Marmurowe groby przeznaczone dla graczy, niedoszłych graczy i wciąż grających przytłoczyły ich swoją liczebnością i różnorodnością. Każdy ozdobiony był inną sentencją i zwłokami skrytymi za czarnym szkłem, te młodsze niemal świeciły się, starsze i zrujnowane obrosły mchem, pokojowymi paprociami oraz żywą, nadgniłą tkanką. Gargulce je zdobiące popękały i ściemniały, ich wyrazy twarzy zrobiły się złowieszcze i smutne, niekiedy kruki przysiadywały na nich i spoglądały wygłodniałym wzrokiem na trupy. Było złowrogo, ale i mistycznie, na tyle by uwaga wszystkich skupiła się na obserwowaniu grobów. Z drobnymi wyjątkami – Anshelm obserwował liczne flagi III Rzeszy i zrujnowane tygrysy obrośnięte mięsem i warstwą zakrzepłej krwi; Alois knuł swoje intrygi; Goebbels zaś skupił się na zajadaniu paprociami, przy każdym ruchu hałasując swoją zbroją.

Janik Eckstein

Pokoje w samym założeniu są niezmienne, można wyróżnić w nich stałą tematykę i cechy w nich pozostające bez zmian, za każdym razem jednak wywołują inne odczucia i są dla grających czymś zupełnie innym. Przepływająca odnoga krwawego Styksu czy ukształtowanie terenu nie zmieniają się, ale elementy nazistowskie są tu jednak nowe. Z każdą misje na pokój nakładana jest „skórka” zgodna z tematyką misji, która odmienia pomieszczenie, pozwalając uczynić go wyjątkowym i ukryć nowe wyzwania, tak aby ci doświadczeni nie czuli się nigdy bezpiecznie nawet w znanych sobie pokojach. Co więcej, dostosowanie Pokoju do potrzeb Mistrza Gry ma także charakter indywidualny wobec grających. Każdy zawsze znajdzie w nim coś dla siebie, coś co będzie go przyciągać i odwracać jego uwagę.

Miał rację. Tłumacz jako pierwszy zwrócił uwagę na grób E. Karlsena, przy którym zresztą zatrzymał się Jajogłowy w ramach odpoczynku. Fanatyk nie chciał zdradzić, że przede wszystkim odpoczywał po marszu i straszliwie bolały go nogi, dlatego sprawiał pozory, że odbył pielgrzymkę do Ewangelisty. Mimo wyrachowania i paskudnego charakteru, faktycznie go cenił, a kontakt z miejscem pochówku dodał mu sił. Odstąpił miejsca Guru, który starannie obejrzał pamiątkę po twórcy Purgatorium. Twarz zwłok wyrażała strach i szaleństwo, sentencja była niejasna jak twórczość autora, 10 zdobytych punktów również nie zachwycało. Zauważył jednak, że marmur zachował się całkiem dobrze, nie gnił i nie pokrywał roślinnością. Oczywistym było, że ci zapamiętani przez graczy i bliskich z doczesnego żywota mają lepsze, ozdobione kolorowymi kwiatami, płomieniami pamięci i ozdobami groby. Najwyraźniej jego barwna postać utrwaliła się w pamięci Berlińczyków.

Najbardziej zadbany był grób na podwyższeniu do, którego prowadziły liczne stopnie, należący do młodego mężczyzny o nazwisku Lünar. W jego przypadku kwiaty tworzyły harmonijną kompozycję, ławka do siedzenia była ze złota, a gargulce wokół pilnowały go niczym straż. Najwyraźniej obdarzano go niewyobrażalną pamięcią i uczuciem, silnym nawet w tej chwili, bo zmieniał się w oczach, a marmur zmieniał formy w oczach. Groby dostosowujące się do pamięci, czasu oraz zdobytych punktów fascynowały. I odwracały uwagę, zabierając cenny czas.

Wiele czasu odebrać miały Drużynie Drugiej. Nadim starał się wykorzystać więź z Kostkiem, aby z daleka wyczuwać nastroje Drużyny Trzeciej, sam pomysł był świetny, ale w wykonanie gorsze. Niemądrze zdradził Joannie, że Hans zupełnie zignorował grób swojej narzeczonej, ofiary karambolu, która była bliska wybrania do gry przez neurochirurga. Osoby takie jak ona, jak i nie wybrani do rozgrywki nawet po złożeniu w ofierze, znajdowali się tu licznie. Młoda dziewczyna uparła się, że musi sprawdzić czy wśród takich ofiar nie ma jej braciszka i upierała się nawet po tym jak Kostek otwarcie wyznał, że kobiety nie „odesłał”, bo nie wydała mu się odpowiednia, niezbyt barwna i wolał oszczędzić jej niepotrzebnych męk, tym bardziej dlatego nie wysłał tu chłopca. Uparła się jednak, że woli się upewnić i nie wierzy komuś kto skazuje zmarłych na takie zaświaty. Mistrz Gry przewidział podobny obrót sytuacji i mącił, tworząc groby małych chłopców podobnych do jej brata, mające ją spowolnić. Nadim zapewniał telepatycznie zięcia, że wybije jej głupie pomysły z głowy, ale wyczuwalnym było, że nie potrafił tego uczynić w taki sposób, aby jej nie zranić.

Z podobną sztuczką musieli uporać się nazista z tłumaczem. Pies odwzorował idealnie grób Stalookiego Seniora, dbając o wszystkie szczegóły. Znaleźli się przez to w iluzji miejsca swojego zgonu, choć w scenerii bogatszej o roślinność, światło poranka oraz szczury i kruki. Wydawało im się, że byt próbuje ich nastraszyć, w tle puszczając cichy odgłos nadjeżdżającego Vana.

Wtedy też tłumacz, mądrze przewidujący wcześniej istnienie siódmych i sekretnych drzwi, zauważył, że za płytą nagrobną znajduje się delikatne wybrzuszenie, które okazało się być klamką. Pociągnął ją delikatnie, a wtedy marmur przemienił się w sekretne, choć wąskie i małe drzwi, do których ledwo co się przecisnął. Klamka ukształtowana na podobieństwo róży, pochwaliła go.

Janik Eckstein

Każdy pokój ma połączenie z sześcioma innymi, ale w środku niekiedy znajdują się wewnętrzne drzwi prowadzące do sekretnych pomieszczeń. Sprawne oko i bystry umysł pozwolą je zauważyć, choć niekiedy, aby przejść trzeba spełnić odpowiednie warunki. Jedne drzwi przepuszczą tylko atrakcyjną kobietę; inne zadziałają o świcie; jeszcze inne pod wpływem komplementów, groźby lub szantażu; są takie, które wpuszczą tylko mordercę; znajdą się i takie, które będą zadawać zagadki; słyszałem nawet o takich, które skazane na wieczną samotnością, zmuszały do wspólnego śpiewania na dwa głosy, wytykając boleśnie każdy fałsz. Te wydają się być zadowolone samym faktem dostrzeżenia. Drzwi do takich pomieszczeń czekają, aż ktoś spełni warunki i przejdzie przez nie, potem zaś giną, co przychodzi im z reguły łatwo, bo ich żywot nie jest szczęśliwy. Spełnione, zadowolone z wypełnienia swojego zadania przepadają, ale sekretne pokoje pozostają. Z czasem Mistrz Gry tworzy do nich kolejne połączenie i nowe drzwi, z innymi wymaganiami. dla kolejnego pokolenia graczy. Dba o to, aby zawsze w pokojach znajdowały się sekrety, często upamiętnia kluczowe wydarzenia, tworząc odpowiadające im wewnętrzne, sekretne pokoje. Hadesi są sentymentalni. Niekiedy sekretne, wewnętrzne pokoje mają swoje własne sekretne pokoje. Trzeba uważać, aby się w nich nie zatopić zbyt głęboko, bo potem trudno jest wyjść. Choć nagrody... są kuszące.

Pomieszczenie było małą, podziemną kryptą, miejscem pochówku jednej z uczestniczek gry. Nie potrafił odczytać jej imienia, jedynie przydomek – Persefona. Z sentencji wynikało, że była miłością ówczesnego Hadesa, Kozła IV i choć nie zdobyła zbyt wielu punktów, to jej grób niemal promieniował białą poświatą wydobywającą się z okalającego ją nurtu. Jej ciało było piękne, ale coś jeszcze piękniejszego znajdowało się w jej pięknym spojrzeniu, pełnym wrażliwości i mądrości. Nie dziwił się, że taka osoba zachwyciła samego Pana Podziemi i otrzymała odosobnione miejsce spoczynku, choć nie umknął mu fakt, że nawet miłość Boga nie uchroniła jej przed śmiercią. Westchnął, a potem wyciągnął ręce do obu rąk pięknej rzeźby wojownika z kozim łbem, który miał jej pilnować. Znajdowały się w nich dwie pigułki – Słodyczową, z czekolady, pokryta lukrem, z posypką, nadzieniem karmelowym oraz bita śmietaną oraz Mięsną, pełną żyłek, z panierką, ostrymi przyprawami, zmyślnym farszem i nadzieniem serowym, lekko oblana sosem. Stanowiły podarunek za odnalezienie sekretnego pokoju. Gdy go opuścił, marmurowe drzwi rozsypały się na popiół, a duch żyjący w klamce-róży pożegnał go.
- Żyłam krótko, powołano mnie jako pierwszy sekret na waszej drodze, ale doczekałam się należnej uwagi. Nie długo byłam marmurem i szybko przemieniłam się w piękną różę. - umierała z godnością i pogodą ducha. - Dziękuję, że pozwoliłeś mi się przemienić i umrzeć w tak pięknej postaci, niż trwać tutaj przez wieki jako jeden z nieodkrytych, pominiętych przez pośpiech sekretów.

Dotknął marmuru, ale nie przemienił się on już w drzwi, był zimny i twardy. Potem spojrzał na pigułki, a potem na Der Chemikera. Miał prawo nabrać wątpliwości.

Lodowy smakołyk zjedzony przez Otto zadziałał pod nieobecność tłumacza. Der Chemiker leżał na ziemi, przemieniony w lodową bryłę. W tej formie jego ruchy były znacząco ograniczone i spowolnione. Pod wpływem temperatury otoczenia topniał. Każdy gwałtowniejszy ruch mógł połamać jego lodowe kości. Trudno było go dotknąć, bo był tak zimny, że wszystko wokół niego parowało. Widać było, że cierpi, ale i próbuje zaradzić sytuacji, co zdradzał nerwowy ruch jego niebieskich – po przemianie – oczu. Nie całkowicie niebieskich.

Mathias zauważył, że jego półprzezroczyste ciało jest przejrzyste. W oku dostrzegł istnienie małego, czarnego stworzonka przypominającego ślimaka lub pijawkę, narastającego pod wpływem przerażenia chemika i wyraźnie lubiącego chłód. Stwór po zauważeniu stał się dla zlodowaciałego mężczyzny wyczuwalny, powodując ból w jego lewym oku. Tłumacz na sam ten widok znów mimowolnie odczuł, że podobny pasożyt w jego stopie również narasta, diagnozę przeprowadzili również szybko student i nazista. Mathias intruza miał w języku, Anshelm zaś skrytego wymyślnie w jego bliznach.

I w tej właśnie chwili Nadim zaczął bombardować Otto informacjami o losie Drużyny Trzeciej. Okazało się, że Carl w końcu nie wytrzymał towarzystwa oddającego się paleniu Murka i zażywaniu podebranego cytrynowego narkotyku gwiazdora, obwinił go o karambol – co gwiazdora zaskoczyło – potem jeszcze pokłócił się z Ferenzem o jakiś wypadek samochodowy i doszło do małej bitki w miejscu, gdzie Styks robił się najbardziej zdradliwy, a groby zapomnianych uczestników zanurzone były pod krwią. Kruki zerwały się momentalnie, szczury podobnie, a potem razem czekały na ofiary starcia. Bulma mimo bycia atakowanym, przejął inicjatywę. Kaleczył włócznią agresora z dystansu, dotkliwie raniąc go serią pchnięć, ale nie zabijając. Coś ty narobił obwiniał Nadim teścia, nie wyczuwając nawet jego stanu. Potem było jeszcze gorzej. Gwiazdor nie chciał zabić Carla i ten w końcu przejął inicjatywę. Jednym wymachem uderzył go tak dotkliwie, że prawie go zabił. W tym momencie Herman wskoczył do Styksu i próbował się w nim skryć, zaś Alois zyskał w końcu odpowiedni pretekst do działania. Sięgnął po kuszę i wymierzył do mężczyzny. Zawahał się, ale tylko na moment. Strzelił mu w ramię, aż wypuścił młot i zaczął wić się w mękach. Ból przesiąkł na Kostka, częściowo także na jego podopiecznych – Joannę, Nadima, Otto, Waltera i Leę oraz ogłuszonego częściowo Hansa.

Wątek Waltera

Lea zareagowała upadkiem i dopiero po chwili zrozumiał, że udzielił jej się ból innych podopiecznych Kostka, nie zareagowała tak w reakcji na jego słowa. Sytuacja ta jednak uniemożliwiła im rozmowę, choć był pewny, że powoli oswaja się z informacją, którą uznała za prawdziwą. Tuzy przekrzykiwały się w zmyślnych reakcjach na ujawnienie pokrewieństwa, ojciec z córką jednak skupili się tylko i wyłącznie na sobie.
- Od kiedy masz pewność? Wiedziałeś od początku i mnie zwodziłeś? Dokąd sięga twoja pamięć? O co w tym wszystkim chodzi? - zacisnęła dłoń na kataszabli. - Czy masz inne dzieci?

Ruszyli dalej, docierając do końca pokoju i jedynych dostępnych, nie pokrytych fioletową barierą drzwi, co nie znaczy, że nie było żadnej – była, cytrynowa. Oznaczało to wyzwanie, było trzeba spełnić odpowiednie wymogi, aby przejść dalej. Każde drzwi były inne, tak samo jak wyzwanie. I duch żyjących w drzwiach. To dla Waltera było oczywiste.

Najwyraźniej Niema już wykonywała zalecenie drzwi stworzonych z marmurowej płyty nagrobnej. Przycisnęła Psa do ziemi i próbowała wyciąć mu z jego szyi wijący się, organicznometalowy element. Im mocniej wił się i bał szaleniec, tym dziwo narastało i zyskiwało na sile. Kobieta mimo wszystko starała się być delikatna, w pewnym sensie. Ostatecznie jednak Pies nie zostawił jej wyboru i boleśnie wyrwała mu spory kawałek skóry, z którego wyjęła oślizgłą pijawkę zakończoną kluczem. Potem dezaktywowała kostium i wycięła katoszablą w swoim brzuchu małą dziurę, by potem wydobyć z niej kolejny, inny klucz. Oba dopasowała do przyporządkowanych im otworach. Drzwi najwyraźniej domagały się osiemnastu kluczy, co zresztą potem otwarcie przyznał ich opiekun. Kobieta zostawiła Psa w krwawym błocie, minęła Waltera i udała się na cmentarz, palcem tylko grożąc i nakazując dostosowanie się do zaleceń drzwi. Przekręciła pokrętło w bólostrzelbie do samego końca.

Piontek nie pamiętał tego ducha, ale on go tak. Lisi pysk klamki był gadatliwy i najwyraźniej wiecznie pijany. Mówił z silnym, utrudniającym komunikację akcentem. Dopytywał Waltera o jego żywot i czy w ogóle go pamięta, a także jak się ma pani duch drzwi po drugiej stronie cmentarza, co bardzo go intrygowało. W końcu jednak zdradził, że aby przejść dalej w bebechach drzwi muszą znaleźć się wszystkie klucze, które Mistrz Gry zasiał w ciałach pokojowiczów. Masochistyczne wyzwanie wymagało przełamania strachu przed okaleczeniem i przezwyciężenia bólu. Wyjaśniło się już co wyrastało w dłoni Waltera i piersi Lei oraz pozostałych pokojowiczach.
- Czcigodny Mistrz Gry, he he, zawsze był zmyślny. Im bardziej się boisz, tym ślimakoklucz jest bardziej zawzięty. Im dłużej odwlekasz próbę, tym narasta większy. Czasami zatopiony jest tak, że samemu nie da się go wyjąć lub jego usunięcie może okaleczyć. On to, hehe, miał zawsze pomysły. - lisia klamka gadała jak najęta. - Kierowniku, hehe, tam po drugiej stronie za mną, w Wątrobowym Domku na Kurzej Nóżce, jest Lisia Pani. Mistrz Gry kazał mi przekazać, że lubi ludzkie mięsko.
Lea zbladła, a jej entuzjazm opadł. Dezaktywowała kostium i próbowała wyciąć klucz, ale zatrzymywała się, gdy zimna purgatoryjska stal dotykała sutka.
- Ty to zrób. - błagała. - Między ojcem i córką nie ma wstydu.

Lisiej klamce wydało się to wspaniałym pomysłem, aż gwizdnęła zbereźnie.

....

Limit Czasowy

94:59

Tabris

Tabris

wczoraj, 20:41
Post ID: 83351

Walter zdjął z siebie górną część kostiumu. Położył ją na bezczelnej klamce. Zwrócił się do obnażonej Lei:
- Widzisz, moja droga, prawda jest taka, że pewnego dnia dostałem list, pół miliona zachodnioniemieckich marek i kostkę. Tę kostkę. Od tego, w moim odczuciu, wszystko się zaczęło. Syn Stalookiego, Twoja matka, lewitacje, wypadek i zaatakowanie doktora Charona, ten pokój i to wszystko... to jest dla mnie nowe. No i Ty. Jesteś najjaśniejszym punktem tej historii. Domyśliłem się gdy wspomniałaś o chorobach uszu, które zbierały żniwo w rodzinie mojej matki. Od tego momentu chciałem poznać prawdę o Tobie, Twojej matce i mnie...
~~~
Piontek celowo pominął niektóre aspekty sprawy. Chciał skupić się na przeszłości, to miało pomóc odwrócić uwagę od pasożytów w ciele Lei i jego. Prosta sztuczka, której używał w czasie pobierania krwi. Wspominał swe mazurskie dzieciństwo. Tym razem nie był to niewinny zabieg, ale liczył że się uda. Nawet nie kombinował by uniknąć jego wykonania. Gest Niemej nieco to zirytował, ale to też było dobre - wszystko było lepsze od uświadomienia sobie posiadania pasożyta w ciele, który żywił się strachem.
~~~
Kończąc swą przemowę nagle zamachnął szablą. Celował możliwie precyzyjnie tak by wykonać nacięcie dość głębokie, aby łatwo wyjąć intruza. Mając do wyboru odcięcie sutka lub późniejsze grzebanie w nim wolał to pierwsze.

,  dodaj nowy wątek