Oberża pod Rozbrykanym Ogrem

Gry Wyobraźni - "Purgatorium [Gra]"

Aktualnie w Osadzie: Ognisko jest zgaszone.
Osada 'Pazur Behemota' > Gry Wyobraźni > Purgatorium [Gra]
Wędrowiec: zaloguj, wyszukiwarka
,  dodaj nowy wątek
Xelacient

Xelacient

14. listopada
Post ID: 83687

Wywód chemika może nie zrobił wrażenia na klamce, ale jakoś to nie obeszło Otto, i tak jego monolog był całkiem składny jak na coś wymyślonego na szybko, byle zaspokoić żądny tłum dookoła, na ale drzwi się otworzyły to nie było potrzeby go poprawiać.

Później dobito targu i... i coś zaczęło sie dziać z jego wspomnieniami. W sumie w przypadku Otto nie były one jakoś wielkie, toteż przyjął je bez problemu. Co prawda dalej nie wierzył w możliwość zmiany "czasoprzestrzenii", za to jak najbardziej wierzył, że mogli im pozmieniać wspomnienia. Co do ludzi "wybranych na śmierć" pomyślał sobie, że organizacja, która "organizuje tą kurację" równie dobrze może mieć agentów, którzy spowodują ten karambol samachodowy, albo strzelą ludzi wyładowaniem elektrycznym za pomocą jakiejś tajnej broni. Myśl, że ta "tajemna organizacja" w ten sposób pozyskuje sobie kolejnych ludzi do eksperymentów, była... niepokojąca. Jednak nie wypowiadał jej głośno, nie chciał się narażać komuś kto "kontroluje" tą symulacją. Kimkolwiek on był.

Za to uznał, że warto załagodzić spór, co prawda bitka między Niemą, Walterem i Leą się zakończyła to pomyślał, że parę słów nie zaszkodzi.

- Proszę Państwa - dodał spokojnie zbliżając się do grupki - zachowajmy spokój, jesteśmy Niemcami, a nie bandą Polaków... Gobbels i Nadim też się liczą jako Niemcy, bo się wychowali w naszym wspaniałym kraju - wtrącił szybko - tylko ten żyd Alois nie pasuje, ale nawet żydzi są lepsi od polaków. Po żydach wiadomo czego sie spodziewać, a Polacy to taka chaotyczna hołota... nie można przewidzieć ich zachowania. Zachowują się jak Walter, tylko gorzej... w sumie jak o tym myślę to zaczynam podejrzewać, że Walter ma jakieś polskie korzenie - dodał do siebie - najpierw wydaje wyrok na niewinnych, teraz przysięga, że nigdy ich nie skrzywdzi - dodał krzywiąc się, Otto tak bardzo nie ufał Walterowi, że nawet jego przemianę w Altera wziął za jakiś podstęp - nie zmienia to faktu, że jego zabicie nijak nie pomoże tym niewinnym ofiarom, znacznie lepiej będzie pomóc mu w "uzdrowieniu". Może wtedy jeśli wróci do realnego świata to ruszy go sumienie i spróbuje pomóc jakoś tym ofiarom czy ich rodzinom... w sumie wszyscy będziemy mogli się jakoś do tego przyczynić, bo mimo wszystko wszyscy skorzystamy na większej ilości czasu, prawda? - zapytał retorycznie na koniec - Teraz proponuje choć minimalnie naprawić wyrządzone zło i za trochę naszego czasu wykupić uzdrowienie tego chorego dziecka! - dodał podnosząc głos, by wszyscy usłyszeli - Niemcy, nie potrzebują dobrej pogody, ani dobrych plonów, bo Niemcy mają NAWOZY SZTUCZNE! - dodał dumnie wypinając pierś, jakby to on co roku zapewniał Niemcom dobre plony, w sumie wedle jego przekonania tak właśnie było - a nawet gdy są złe to Niemcy mogą sobie sprowadzić żywność za bezcen z jakiegoś biednego kraju... na przykład Polski! - dodał na koniec, po czym nagle przypominając sobie o upływającym czasie, podbiegł do handlarza, by w ostatnim momencie dobić z nim targu o uzdrowienie dziecka. Nawet już się nie pytał ile czasu to będzie kosztować, bo nie było czasu. Otto nie spodziewał się oporów wobec swojej decyzji, Alois już sobie poszedł!

- Tylko mam nadzieję, że to będzie jakieś Niemieckie dziecko, a nie Polskie - mruknął do siebie, po tym jak handlarz zniknął.

Nadszedł czas przemarszu do dalszego pokoju. Jednak najpierw trzeba było zebrać pozostałych pokojowiczów. Otto oczywiście zaczął od Nadima, bo mu na nim najbardziej zależało.

- Dobra no... jak wam tam... Westalki - zwrócił się do sukkubic powstałych dla niego i dla jego zięcia (niedoszłego!) - zrobiłyście swoje, to teraz stąd uciekajcie! I nie chcę was więcej na oczy widzieć! - ciążą jednej z nich absolutnie się nie przejął. To była symulacja, wiec równie dobrze mogłaby zajść w ciąże od dotknięcia... tak jak było u lamy. Zasadniczo Otto nie przejmował się Bytami, bo... były symulacjami! Dlatego też fakt "zabicia" sukkuba przez Waltera nie zrobił na nim wrażenia... nawet jeśli jego zgon wyglądał... realistycznie. Der Chemiker co prawda unikał walki z bytami, bo uważał ją za bezcelową, a do tego istniało ryzyko, że łatwe uleganie agresji w tej symulacji sprawi, że po "odrodzeniu" również zaczną łatwo ulegać agresjii, niemniej mógłby wszystkie Byty wytruć w komorze gazowej i zrobiłby to z takim samym wyrazem twarzy z jakim przełącza kanały w telewizorze.

- Wstawaj Nadim, zrobiłeś to dla dobra własnego oraz Laury... poza tym nie obwiniaj się, bo to ja Ci kazałem to zrobić! - rzekł Otto pomagając wstać arabowi, co prawda argumentacja była naciągana, ale inżynier chciał by jego rozmówca szybko sie pozbierał - a teraz ubierz się z powrotem i pomóż mi założyć mój kombinezon z powrotem!

Ostatecznie życzenie Der Chemikera mogło się wydać reszcie absurdalne, niemniej ten koniecznie chciał się wbić z powrotem w swój ślimako-pijawko-metaliczny tesserakt. Uważał się za w pełni zregenerowanego, niemniej uważał, że im lepiej się "zsynchronizuje" z "kombinezonem" to tym jego "odrodzenie" w "inkubatorze" będzie... lepsze.

Fimrys

Fimrys

21. listopada
Post ID: 83718

"I tak oto otwierają się kolejna wrota uchylając drogi naszej świętej sprawie"

Søren stał chwilkę badając wzrokiem pierwsze wrażenie bibliotecznej krainy rozciągającej się za drzwiami. Po medytacyjnej sesji czuł się pełen energii i chęci do działania, toteż wyczuwał pozytywny aspekt nowych wyzwań. Kiedy Walter dosyć brutalnie obszedł się z kurtyzaną inkwizytor stanął nad jej ciałem i kreślił w powietrzu swym pastorałem pentagram, aby odprawić choć część pochówku. Nawet istoty zrodzone samą myślą zasługują na godny obrządek, toteż wyrzekł nad ciałem słowa:

-Requiem aeternam dona eis, Domine, et lux perpetua luceat eis - po czym zwrócił się do kurtyzan jeszcze przed chwilą męczących Otta - Sprawcie z nią jako wasz zwyczaj nakazuje, jeno godnie.

Podejrzewał, że podobnych ceremoniałów może go jeszcze kilka czekać w przyszłości, toteż chciał jak najszybciej zaangażować w obrządki Tutty. Musiał tylko znaleźć dla niej godną kądzielnicę. Dalej wszystko działo się dość szybko, toteż nie bardzo był w stanie zareagować podczas dokonywania transakcji. Żyd działał błyskawicznie i guru niezdolny był nawet nań zawołać. Następne obrazy: szał niemej, bitwa na szable oraz wijący się Walter były równie niepokojące i chwilę zabrało mu uporządkowanie zdarzeń i informacji w logiczny ciąg. Zdążył jedynie z zamkniętymi oczyma mruknąć "Kyrie eleison" Kiedy drużyna dokonywała wyboru rodzeństwo myślał nad skutkami czynu staruszka i żyda, co sprawiło, że za późno zauważył możliwość namieszania w czasoprzstrzeni wyborem rodzeństwa. Przypomniał sobie słowa Olbrzyma z ogrodów i w tym momencie poczuł nienajmilsze mrowienie i wszyscy natychmiast zauważyli skutki wyboru. Lustrował uważnie drużynę, by zobaczyć zmiany. Wyszło na to, że Mathias stał się Eliasem, Lea straciła po części człowieczeństwo, Tutty przyznała się do bycia Tuzem a Alter-Walter przejął kontrolę. Ogólnie rzecz ujmując przeokrutny chaos, którego skutków zalążek dopiero poznali. Szukał też najdrobniejszych zmian brzemiennych w skutki i w momencie spojrzenia na Joannę miał krótką i nieadekwatną wizję przedstawiającą ją w szpitalnych progach. Kiedy podszedł do odmienionego staruszka, poczuł kłębiącą się gdzieś w zakamarkach jego duszy starą świadomość. Miał ku temu pewien plan, którym podzielił się z Alterem.

-Mówisz o uleczeniu i myślę, że jesteśmy Ci w stanie choć trochę pomóc. Mówiłeś o Walterze w zakamarkach twego umysłu i podejrzewam, że jesteśmy go w stanie z stamtąd permanentnie wywołać za pomocą egzorcyzmów, byś doznał pełnego oczyszczenia ze starej jaźni. Rozważ naszą propozycję.

Guru miał nadzieje na przeprowadzenie rytuału i wygnanie starego Osiołka z ciała altera. Czuł, że oddzielenie ich może pomóc staremu w odkupieniu win. W jego pokrętnej religijności filozoficznej aspekt odkupienia i poprawy był ważniejszy niż kara i śmierć, toteż chciał dać Osiołkowi szansę mimo felernego wyboru. Miał nadzieję, że duch schowany w umyśle pozna te intencje i również będzie chciał się wydostać, by może nawet zdobyć nowe ciało. Kiedy rozważał, jak też to może wyglądać w oczekiwaniu na odpowiedź Altera usłyszał muzykę oraz głos Hadesa. A więc kolejny członek drużyny odszedł. Nie polubił zbytnio Jajogłowego, szczególnie gdy ten chciał postawić demona swemu twórcy, ale głęboko wierzył w możliwość odkupienia win i oświecenia, której teraz w głupi sposób pozbawiła go niema. Wypełniła go gniewna gorycz adekwatna do utworu i rzekł tubalnym, potężnym głosem przy akompaniamencie ciemnego dymu dobywającego się z ust. Abbadon również mocno się ożywił, gdyż podobne emocje odczuwał jego twórca podczas śmierci Kostka, tylko że tym razem bardziej kontrolowane i oświecone.

-Zabrałaś kolejnemu zagubionemu możliwość nawrócenia i oświecenia. ZAKLINAM CIĘ ZASTANÓW SIĘ. Nam dane jest Cię tylko przestrzec. NIE NAM JEST DANĘ CIĘ SĄDZIĆ, GDYŻ NADEJDZIE SĘDZIA MĄDRZEJSZY I POTĘŻNIEJSZY.

Po tym chwilowym natchnieniu i proroctwie, którego sam do końca nie rozumiał pozostawił ją refleksji i po opadnięciu zajął się obrządkiem ku pamięci Jajogłowego. Znów nakreślił pastorałem pentagram i zainicjował pieśń ku pamięci zmarłego.

-Requiem aeternam dona eis, Domine, et lux perpetua luceat eis

Tak oto śpiewał łaciński Requiem do melancholijnego gitarowego utworu, czekając aż dołączy się doń Tutty i cały chór złożony z kochanek tego przybytku. Po zakończeniu stanął przed drzwiami do nowej krainy już nie tak pełen nadziei, co raczej konieczności wytropienia żyda, by jako inkwizytor dokonać sprawiedliwości i pomóc mu w odkupieniu win. Następny pokój wydawał się też odpowiedni, by poszukać odpowiednich utensyliów do dokonania egzorcyzmów na podwójnym Walterze, gdyby ten wyraził taką chęć.

"Pora by inkwizycja zajęła się tobą, niemądry Aloisie"

Nitj Sefni

Nitj Sefni

26. listopada
Post ID: 83742

Kiedy jego usta opuściła ostatnia sylaba jej imienia twarz byłej żony zmieniła się. Wcześniej beznamiętna, teraz wybuchła gamą emocji. Wyglądała dokładnie tak, jak pamiętnego dnia – pełna żalu i cierpienia, kochająca, rozgniewana i skrzywdzona. Anshelm rzucił się naprzód z zaćmionym umysłem. Nie zwracał uwagi na świat wokół. Widział tylko dwoje ciemnozielonych oczu błyszczących jak pochodnie pod warstwą łez.
Wtulili się w siebie i zastygli w długim pocałunku. Wszystko wokół przestało się liczyć. Wtedy usłyszał jej propozycję.

Jego duszą zawładnęły dwie rządze, które niczym dwa wściekłe psy skoczyły sobie do gardeł. Z jednej strony rządza stara, która ostatnimi czasy spoczywała pokryta warstwą kurzu, teraz jednak rozbudziła się na nowo. Z drugiej strony rządza bardzo młoda, ale wcale nie słabsza – rządza władzy.
Teraz jednak nie stał w koronie przed tłumem poddanych. Stał naprzeciwko swojej żony, która proponowała mu to, o czym marzył od lat.
Wtulił się ponownie w jej ciało i gładząc ją po włosach chciał powiedzieć: „obiecuję”. Zamarł jednak z otwartymi ustami, gdyż pod złocistymi lokami wyczuł dwa niewielkie kostne guzki. Błyskawicznie oprzytomniał.
Co ty wyprawiasz człowieku? Przecież to nie jest twoja żona, tylko sukkub ukształtowany na jej podobieństwo. - skarcił siebie w myślał.
- Nie. Nie mogę ci nic obiecać, tak jak ty nie możesz obiecać, że będziesz mnie wspierać. Bo nie jesteś moją żoną, tylko bytem zrodzonym z myśli i pragnień.
Wyswobodził się z uścisku żony odpychając ją delikatnie i starając się unikać kontaktu wzrokowego. Ruszył w stronę zamkniętych drzwi do następnego pokoju, gdy niedaleko jego stóp upadł na ziemię jeden z ideałów Waltera z rozbitą głową, zbryzgując krwią podłogę i buty Anshelma.
Mężczyzna spojrzał na ubranego w kombinezon staruszka, który nie wydawał się wcale poruszony swoim czynem.
Dewiant - pomyślał.

Uderzenie plecami o podłogę wyrwało Anshelmowi oddech z płuc. Leżał tak przez chwilę z szeroko otwartymi w zdumieniu oczami, pałając żądzą mordu. W końcu zebrał się w sobie, przeturlał na bok i - mimo strasznego bólu w łopatce – spróbował wstać. Rozejrzał się w poszukiwaniu Żyda, ale ten zdążył gdzieś umknąć. Bezmyślny gniew szybko zastąpiła chłodna kalkulacja. Mężczyzna pamiętał dobrze egzekucję Otta i Carla. Zdawał sobie sprawę, jak olbrzymie cierpienie musieli wtedy odczuwać. A król zapewne ma w zanadrzu jeszcze kilka innych wyrafinowanych narzędzi tortur. Uśmiechnął się na myśl o zombie inkubie zamkniętym w skarbcu.
A może zamiast od razu poddać torturom, najpierw zmusiłbym go do zarabiania na chleb w pocie czoła, aż nabawi się reumatyzmu, tak jak Luter przykazał czynić z Żydami. Taka katorga to w sumie niezły pomysł, ale mogło by to być problematyczne logistycznie nawet dla króla. Jeszcze by mi zwiał. No cóż, później rozstrzygnę ten dylemat. Swoją drogą szkoda, że mało który luteranin czyta książki Ojca reformacji. Pisał naprawdę ciekawe rzeczy nie tylko w kwestii Żydów…

Garett

Garett

27. listopada
Post ID: 83748

”Kim jestem?”

Taka była pierwsza myśl Eliasa (Mathiasa?) po odzyskaniu wspomnień z poprzedniej linii czasowej. Teraz dwa żywoty nałożyły się na siebie, powodując w nim olbrzymi ból głowy doprowadzający go niemal do utraty przytomności. Gdyby miało to miejsce poza Kostką, to taka ilość informacji przepływająca przez jego mózg niechybnie by go zabiła. Kiedy jednak już się to skończyło, to, poza niesmakiem jaki odczuł w stosunku do swego poprzedniego wcielenia, poczuł się nieco bardziej doświadczony. Mająć wspomnienia z obu żywotów mógł podchodzić do różnych zagadnień zarówno z perspektywy Mathiasa jak i Eliasa. Problem tylko polegał na tym, że... Nie potrafił stwierdzić którym z nich teraz jest. Osobowość Eliasa była oryginalna dla tej linii czasowej, a Mathias był jedynie dopisanym dodatkiem, choć już jego charakter był bardziej dominujący. Cała ta pogarda do otaczającego go świata wyryła się na istocie Eliasa niczym znamię. I choć na pewno nie mógł powiedzieć, że jest Mathiasem, to nie był także „czystym” Eliasem. Był bardziej czymś w rodzaju mikstury tych dwóch, gdzie czynnik „eliasowy” dominował, a czynnik „mathiasowy” stanowił dodatek, czyli... „Meliasem”?

-Heh, cały wszechświat został zniszczony i odbudowany z dodatkiem kilku małych szczegółów, a wszystko to przez zranioną dumę jednej osoby i wrażliwość drugiej. Ciekawe, że poszło to bardziej po myśli Mathiasa niźli Lei. Najwyraźniej nasz Demiurg ma trochę z tą swoją nauczką, choć ja bym to określił raczej w ten sposób: „Nie próbuj naprawiać czegoś co w miarę działa, bo to spierdolisz”. Z drugiej strony było to dosyć małostkowe, z mo... jego strony. Chociaż, komu ja to mówię. – Zgodnie z „mathiasowym” odruchem podzielił się swymi przemyśleniami z Janikiem, choć dopiero pod koniec przypomniał sobie, że w tym świecie nie dogadują się za dobrze.

(M)Elias usiadł i złapał się za głowę, chcąc przeanalizować różnice pomiędzy Purgatorium Mathiasa a Purgatorium Eliasa. Najwyraźniej zgodnie z radą brata częściowo zaufał Melanii i dlatego, podobnie jak Anshelm, poczęstował Goebbelsa bambusem. Minimalnie różnił się też myślo-grób Kostka. Mathias stworzył właściwie dla samego siebie, aby coś udowodnić, natomiast Eliasowi o wiele bardziej było szkoda chirurga i stąd w swój twór wplótł o wiele więcej emocji, dlatego też był nieco trwalszy. Znowu też w Lisim Domku bardziej go poruszyła historia Jokasty, a pożegnanie było o wiele bardziej wylewne, co dało Niemej okazję do działania... Ciekawe tylko skąd wzięła truciznę? Zmaterializowała ją siłą woli? A może po prostu skorzystała z tej całej krwi zombie, którą była pokryta?

-Nie martw się Leo – uspokoił ją kiedy dziewczyna przeraziła się tym, iż to częściowo z jej winy umarł Jajogłowy. - Ten człowiek mimo wszystko był mordercą, a ze słów Psa wynika, że w poprzednim świecie knuł zemstę nawet pomimo tego, że Mathias przestrzegł Jokastę przed nim. Może to i lepiej, że umarł teraz niż jakby miał nam przeszkodzić przy powrocie... I nie wiń aż tak swojej „siostry”. Mój „brat” także nie mógł mnie uratować. Podejrzewam, że obowiązuje ich pod tym względem odgórne ograniczenie nałożone przez Hadesa. Musieli dopilnować byśmy dożyli do czasu naszego znalezienia się w Kostce. Zapewne dopiero od dziś są naprawdę wolni... A w sprawie twojego ojca, to chyba istnieje pewien sposób. Ja... Mathias doszedł do wniosku, iż osoby z rozdwojeniem jaźni byłyby w Purgatorium zdolne podzielić się na dwie oddzielne istoty. Teoretycznie Walter i Alter mogliby się rozdzielić, ale problem polega na tym, że zdają sobie sprawę ze swego istnienia i najwyraźniej mogą częściowo wchodzić ze sobą w interakcje. Przez to ich rozdzielenie będzie musiało być w pełni świadome, co będzie o wiele trudniejsze od podświadomego podziału, bo będzie od nich obu wymagać niesamowitego wysiłku i siły woli. A i tak nie ma pewności czy to się uda, biorąc pod uwagę domniemane uszkodzenie Kostki.

W trakcie rozmowy Student zauważył, że już nie sepleni. Najwyraźniej jako Elias nieco lepiej dogadał się z pijawką i dlatego też nie sprawiła mu ona tyle bólu w trakcie wychodzenia.
Pozostała jeszcze kwestia Tutty. Przyznała się, że jest Tuzem, choć nikt jeszcze na to nie zareagował. Najwyraźniej wszyscy wciąż byli jeszcze oszołomieni wybrykiem Waltera i Aloisa.

-Przyznajesz się do tego, że jesteś jedną z nich, chociaż wiesz, że są tu osoby, które by cię za to zabiły – powiedział powoli Coldberg. W głowie zaczynał już łączyć różne fakty z tym co powiedziała Tutty. - Czyżbyś miała jakąś ochronę od Hadesa? Pewnie tak... Tylko jakim cudem twój mąż umarł? Przecież skoro naprawiał Kostkę, to musiał mieć do niej dostęp od strony technicznej, więc równie dobrze mógłby uczynić się nieśmiertelnym. Zwłaszcza, że z zgodnie ze słowami Handlarza, można zatrzymać także w Berlinie... Chyba, że wcale nie umarł i to on jest teraz naszym osobistym Demiurgiem. W końcu za czasów Waltera Hadesem był ktoś inny, co oznacza, że Mistrzowie Gry zmieniają się. Równie dobrze więc Psem może być właśnie Sebastian Tutta, albo mieszanka jego różnych wcieleń, tak jak ja jestem teraz mieszanką Mathiasa i Eliasa...

Student uciął swój wywód, i tak nie było sensu się nad tym teraz zastanawiać i tracić czas. Ważne, że zasygnalizował reszcie, iż ruszenie Beaty może spowodować reakcję Hadesa.

-Panie Kurenberger... - (M)Elias zatrzymał Tłumacza zanim ten przeszedł do następnego pokoju. - Abbadonie? Syntezo? Wiem, że chcecie dopaść Aloisa, wszakże i on przyczynił się do tej tragedii, bo w końcu Walter nie trzymał go na muszce momencie podpisania wyroku. Musimy jednak uważać, gdyż wierzy on, iż znajduje się we śnie, więc nie cofnie się przed niczym, a przecież podpisał także kontrakt z Sobowtórem, więc może go wezwać gdy poczuje się zagrożone. Zanim jednak pójdziemy, miałbym prośbę. Wcześniej proponowaliście Niemej ukojenie jej duszy. Czy moglibyście zatem pomóc mnie i Lei pogodzić się ze wspomnieniami z obu żywotów? Odrzucenie ich nie wchodzi w grę, bo już wyryły się w naszych umysłach i mogłoby to skutkować podzieleniem smutnego losu Waltera. Trzeba więc je przyjąć z ich wszystkimi zaletami jak i wadami, trzeba... Hmm, dokonać syntezy, jak mniemam.

Wiwernus

Wiwernus

28. listopada
Post ID: 83753

Czerwona Kraina

Otto(n) podbiegł do Handlarza – w tej chwili przede wszystkim wyimaginowanych szczęść – decydując się, w imieniu całej drużyny na uzdrowienie dla młodego człowieka. Zdawał sobie sprawę, że czeka ich konfrontacja z człowiekiem odpowiedzialnym za śmierć milionów ludzi i konflikt na globalną skalę, rozciągający się na lądy, których istnienia nawet się nie spodziewał. Nie potrafił objąć skali tej zbrodni rozumem, w tej chwili jednak najważniejsze było dobro młodzieńca. Gotów był podjąć ryzyko i po kilku formalnościach, przypieczętował pakt. To co uczynił wynikało z moralności wrodzonej i przysposobionej na drodze poznania – nietuzinkowego i niespodziewanego - Pana Boga. Poza tym lubował się w podobnych gestach, jak każda osoba o jego pozycji w tym barwnym okresie. I miał dług do spłacenia. Nie dał nigdy po sobie poznać co go kiedyś spotkało, osobisty cud próbując utrzymać dla siebie tak mocno, jak tylko było to możliwe. Sam zresztą nie był pewny czy wspomnienie widzenia nie było zbiorowym majakiem w trakcie gorączki, podejrzewał nawet, że jakaś wyższa siła nadpisała jego wspomnienia, niezależnie z iloma świadkami rozmawiał. Uznał jednak, że dokonał właściwego wyboru. Pobłogosławił Handlarza Szczęść.

Niema kobieta po ślubach milczenia. Zakuty w stal ciemnoskóry młodzieniec. Włochaty futrzak, prezent od kochanego Polaka. Jego wierny tłumacz. Żyd. Zdawali się być zdezorientowani, ciemnoskóry nawet przybliżył się i potrząsnął Otto, jakby chciał go rozbudzić. Było to co najmniej oburzające, że ktoś o jego statusie i pochodzeniu śmiał się go dotknąć, aż przeklął na Najświętszą Panienkę, dopuszczając się karygodnego grzechu! Zapragnął usłyszeć jednak co to dziwo, na którego towarzystwo został skazany, miało mu do powiedzenia. Przywołał tłumacza, choć intuicyjnie rozumiał co próbował mu powiedzieć ubrudzony grzechem kompan.

I dopiero wtedy zrozumiał co uczynił. „Handlarz” dalej był obecny. Zwykły poddany, który oferował tkaniny, barwniki i przyprawy. Handlarz, który w tym dziwnym świecie przywłaszczył sobie przeoczony specyfik w barwie cytryny i teraz rozdawał karty, sprzedając cud.
- Ottonie, Najjaśniejszy Panie, może wystarczy ci jednak? - Handlarz pochylił się nad młodym człowiekiem. - Cytryna omamiła cię, podsuwając wizję... Handlarza Szczęść Boże? To jam, zwykły sługa i kupiec korzenny. Nie wiem nic o żadnym chłopcu. Czy wszystko w porządku?

Ocknął się. Faktycznie, nie było żadnego Handlarza Szczęść, prosty człowiek, chodzący depozyt wspaniałego specyfiku. Nie wiedział skąd przyszło mu do głowy, że mężczyzna handlował zdrowiem. Nie pozostało nic innego jak sięgnąć po więcej bardziej rzeczywistego lekarstwa, aby rozbudzić się należycie z szatańskiej wizji. Myślami sięgnął do obrazu Pana Jezusa, który objawił mu się w młodości i jego spokojnej, pełnej dobroci, wolnej od wszelkich trosk i ograniczeń twarzy...

Vollblütia

Podjęli jednogłośną decyzję. Najpierw Lea i Niema uzgodniły łaskę dla Altera, potem zaś Otto, Soren i Elias wyrazili gotowość wsparcia „nowego” członka drużyny w kuracji. Każdy w inny sposób, jakżeby inaczej. Chemik, choć poddający jeszcze w wątpliwość ewentualną „sztuczkę” Waltera, postawił na konwencjonalne metody. Uznawał Purgatorium za miejsce kuracji, a poza tym pragmatyczna, dobrotliwa natura nakazywała mu wykorzystać zbrodniarza do naprawy wyrządzonych przez niego szkód. Tłumacz na drodze egzorcyzmu usiłował przegnać Waltera, złego ducha. Elias przeszedł samego siebie, sugerując możliwość rozdzielenia (W)Altera na dwa ciała, co choć trudne, pozwalało utrzymać obie istoty przy życiu. Pomysł ten szczególnie przypadł go gustu Niemej, która zaczęła go forsować. Liczyła, że w ten sposób będzie mogła bez wyrzutów sumienia pozbyć się Waltera, nie pozbawiając życia Altera. Oczywistym było dla wszystkich, że trzeba z czasem dojść do konsensusu, problem z emerytem był kluczowy dla drużyny.

Elias spojrzał w oczy niemej kobiety, ale nie poświęciła mu zbyt wiele uwagi. Taksowała Otto, który coraz bardziej zamykał się w swoim narzędziu tortur i wijącej powłoce. Mógł się tylko domyślić, że żałuje do czego doprowadziła swoją zgodą. Nie tylko nie uratowano ofiar piorunu i karambolu, to jeszcze (W)Alter zmienił się. O wiele sensowniejsza wydawała jej się teraz propozycja chemika. Niebiańskie sobowtóry w kazirodczym związku dałyby jej szansę na ujawnienie swojej „relacji” z bratem, a przynajmniej ułatwiłoby jej przełamanie się, szczególnie gdy wszystkich wokół tak bardzo poruszył związek młodych bytów. Elias, mający informację o nietuzinkowej miłości kobiety, zdawał sobie z tego sprawę.

Tym razem spojrzał w oczy swojej dziewczyny, tak obcej i dziwnej. Była przecież inna, ale zdał sobie sprawę, że i dla niej jest teraz obcy. Janik, czując jego zawód, pozwolił sobie na bolesny (ale jak trafny!) komentarz, zignorował go jednak. Współczuł Lei. Straciła dopiero co zyskanego ojca i nie wiedziała w jaki sposób go uratować, a czuła też, że traci dopiero co zyskanego chłopaka. Podeszła do Eliasa i jasno wyraziła swoje obawy.
- To wszystko, nasza miłość... to jakby intryga uknuta przez twoje alter ego. Jak mam trwać dalej w tym związku? Mam i ciebie stracić? - szepnęła do jego ucha, taksując różnobarwnymi oczami, które tak mu się podobały. - Może knujesz z moją siostrą?

Zaczął się gubić w tych wszystkich zmianach. Uciekł wzrokiem raz jeszcze, tym razem w kierunku lamy. Jej spojrzenie było inteligentne, bardziej niż w linii czasowej Mathiasa. Zaprzyjaźnił się zresztą e stworzeniem, przyśpieszając jego rozwój. Nie spodziewał się jednak, że stwór chcąc go wesprzeć, na moment osiągnie intelektualne wyżyny... i zapomni, że nie ma ludzkiej krtani. Zignorował jej nieistnienie, przemawiając z czystej dobroci serca, mową nie mniej niezrozumiałą niż śląska, ale jakże piękną i zrozumiałą.
- Nie martw się, Elias. Ja ciebie kocham i dla mnie zawsze będziesz wspaniały.

Zaczerwienili się mimowolnie, lama zresztą także, choć nie dostrzegł tego przez jej gęste futro. Pocieszny futrzak uświadomił sobie, że popełnił faux pas wobec rzeczywistości. Dwukrotne - przemawiając w zrozumiały sposób, jak i przez samą treść niezręcznego komunikatu. Wrócił do swojej pół-inteligentnej kondycji umysłowej, próbując objąć umysłem co właśnie uczynił.

Oczywiście Tłumacz nie przeoczył cudu jaki dokonał się w lamie. Synteza zresztą też. Z nią Elias nie mógł zetknąć się wzrokiem, czuł jednak, że stał się niezwykle podobny do abstrakcyjnego amuletu. Do (W)Altera zresztą też, uprzejmego „teścia”, z którym wszedł w konflikt i którego życie zniszczyła jego pierwsza/druga świadomość. W tym momencie właśnie ukształtował się Melias, połączenie Mathiasa i Eliasa, choć jeszcze nie kompletny i nie w pełni synchronizowany. Melias również lubił patrzeć na ludzi, dopatrywać się zmian w czasoprzestrzeni. Tym razem padło na Otto, który „podbiegł” do Handlarza, szybko pieczętując pakt, na mocy którego młody chłopiec miał zostać uzdrowiony. Nie widział reakcji chemika. Zasłaniały go wijące pijawki, a poza tym sprzedawca w swej łaskawości zaprosił go jednego z namiotów, w którym Niemiec mógł poznać wyleczoną przez siebie osobę.

Kamphausen poczuł się przez moment dziwnie w namiocie, którego wnętrze przypominało ciemnicę z wielkim podestem na środku. Za sugestią złotowąsego stanął jednak po środku dziwnej konstrukcji i tysiącem oczu (i jednym!) zerknął na zwierciadło, które wyłoniło się pod jego stopami. Ujrzał surowy, zamglony las i nie mniej surowy zamek, który ujął go prostotą elegancji. Przez dłuższą chwilę obserwował konstrukcję, aż w końcu „kamera” zaczęła przybliżać się. Ujrzał zarysy ludzi – prostaczków w podartych łachmanach, okutych w metal wojowników, żydowskich kupców, kler o wydatnych brzuszkach i szpetne białogłowy. Szukał wzrokiem chorego chłopca, ale kamera sięgając ziemi, zaczęła krążyć po pełnych odchodów i błota uliczkach, by w końcu wstąpić do zimnego zamku. Oprowadzony po zamku, znalazł się w końcu w samotni młodocianego Króla Niemiec, dręczonego przez gorączkę, która miała go strawić, a która – o dziwo – została cudownie uleczona.

I wtedy złotowąsy nakierował na Otto swoje lampy, oślepiając go w momencie, gdy dopiero co przyzwyczaił się do ciemnego namiotu i przesiąknął średniowieczną atmosferą.

Niemcy, rok 987

Choć udało się utrzymać chorobę w tajemnicy, dwór powoli domyślał się, że stan młodego władcy nagle się pogorszył. Snuto liczne teorie, coraz mniej kryto się zresztą z przykrą informacją, starając ściągnąć się największych dostojników kościelnych, lekarzy, a nawet znachorów. Sytuacja wymagała radykalnych środków – zdrowotny problem był nagły, niespodziewany i pogłębiał się w tempie wykładniczym. Sam Otton nie przejmował się plotkami na swój temat, nawet tym na co choruje, pragnął jedynie odpoczynku od bólu i zrozumienia dlaczego Bóg opuścił go tak nagle. Ropiejące rany, wnętrzności objęte spazmami, zimny pot, skurcze i ciągła utrata przytomności były ponad jego siły. Początkowo zaciskał zęby i uciekał w modlitwy, ale w końcu odwrócił się od Boga, jego ostatniej nadziei i pociechy. Odwrócił się także zresztą od Królestwa, za nic mając ewentualną sukcesję i los Niemiec. Chciał tylko, aby ból ustał. Resztkami sił przewrócił się na drugi bok, próbując sięgnąć wzrokiem na szare niebo i zarys jego krainy, którą miał teraz opuścić.

I jak go nie podskoczył!

Szarość nieba ustąpiła złotej jasności, którego źródłem był Jezus Chrystus we własnej osobie, rozparty na firmamencie tak, że w jego wyobrażeniu rękami sięgał krańców świata. Mógł tylko domyślać się jak naprawdę wyglądał, światło tak go oślepiło, że marne, ludzkie oczy zinterpretowały jego doskonałość jako geometryczny splot małych żyjątek. Baranek Boży zresztą sam wydawał się być przytłumiony świetlistą aurą. Mojżesz ujrzał krzew gorejący, ja zaś to... pomyślał zdumiony i zerwał się z łóżka, nawet nie zdając sobie sprawy, że ozdrowiał. Rany zniknęły i mógł wychylić się z okna bez większych problemów.

Lud już ujrzał zarys Pana Jezusa we własnej osobie. Dobrze, nie oszalałem. Inni przejrzą na oczy, umocnią się w wierze. Boże, jak mogłem się od ciebie odwrócić? pomyślał. Mówić dopiero zaczął, gdy zrozumiał, że stał się cud. Popłakał się i wrzeszczał z całych sił, próbując przywołać słowa modlitwy. Pijawkowy Jezus spojrzał bezpośrednio na niego, czasami tylko rozglądając się na boki, jakby zawieszony był między różnymi światami. Za nim zniknął, przemówił. Bezpośrednio do niego.

Nawet gdy Polski władca podarował Ottonowi III wielbłąda, nie był nawet w połowie tak szczęśliwy jak teraz.

Jego cud został jednak zbagatelizowany na drodze nieszczęśliwych przypadków przez kronikarzy, uznany za symboliczną przypowieść lub ukryty, aby nie wyjawić skłonności do chorób przyszłego Cesarza . I zachowania doznania tylko dla siebie, może przede wszystkim dlatego...

Vollblütia

No i dokonało się. Kamphausen powiedział co uznał za stosowne, raz jeszcze spojrzał na okolicę, a potem wyszedł z namiotu, który zresztą zaczął się dematerializować. Handlarz był zadowolony z gotowości do wymiany przez pokojowiczów. Radośnie gładził się po fioletowej brodzie, choć oczywistym było, że trochę brakuje mu pociesznych podopiecznych.
- Dziękuje wam za wszystko. Interesy z wami to czysta przyjemność. Te kilka minut życia z wami było bardzo szczęśliwe. - przyznał, znikając tak, jak się pojawił. - Pozdrówcie moje dzieciaczki!

Mrugnął nawet do Otto, choć inne byty nie były mu już tak przychylne. Dosyć dwuznacznie obszedł się z westalkami miłości, choć i tak nie dało się tego porównać z poruszeniem jakie wywołała decyzja Anshelma. Nazista nie był świadomy, że byt w tym przejaskrawionym świecie odrzucenie przyjmie skrajnie, o wiele gorzej od jego żony. IV Rzesza – i jej duchowe centrum, Zamtuz Intelektualny – lubowała się w podobnych zwrotach akcji. Nie chodziło tylko o to, że kobieta kochała go, choć także. Stworzył ją sam Führer, co dowodziło jej statusu i pozycji. Jej towarzyszki spotkały się z lepszym traktowaniem, przynajmniej większość. Nie miała już nawet autorytetu, więc w mimowolnych odruchu zaczęła grać na litość. Sięgnęła po trójząb, który Hans odłożył, gdy zajął się swoją wielopostaciową westalką.

Melias przetarł oczy. Westchnął. Kolejna zmiana!

Nie była to z pewnością broń, która nadawała się do samobójstwa, zdołała jednak zatopić dwa zęby w pięknym ciele. Jeden przebił krtań na wylot, drugi zatopił się w jej klatce piersiowej. Widać było, że sama dopiero uświadomiła sobie co uczyniła. Nie zniknęła jednak. Podtrzymywała ją wola Anshelma, przez co zastygła w bezruchu, przewracając oczami po czerwonych ścianach zamtuzu. Mógł odesłać ją, skrócić męki, musiał jednak dopiąć przemiany i dokonać ostatni krok na drodze do przemiany we władcę pozbawionego większych sentymentów. Z drugiej strony jednak snując wizję tortur Aloisa, przypatrywał się męce kobiety z dziwną ciekawością. Kłębiło się w nim wiele uczuć.
- Nie dobrze mi. - wydusił Nadim.

Zjazd po miłosnym trójkącie i świadomość zostania ojcem (po raz kolejny!) dalej go dręczyły, nawet po słowach teścia (niedoszłego!). Uścisnął go mocno.
- Ja, ja... - wskazał na odegnane w kąt uosobienie ideału jego i Otto. - Pomyślałem, że one są takie jak my. Takie jak Lea. Takie jak ta piękność Anshelma. Nie zasługują na taki los. Boję się, że przyjdzie ojciec matki mojego dziecka z Zamtuzu, Zły Otto-Teść i mnie ukarze. Mam nadzieję, że go nie wykreowałem myślami. Mam nadzieję.
- A powinieneś. - wtrąciła się Lea. W tej linii czasowej miała pronatalistyczne poglądy, szczególnie w kontekście bytów, z którymi się trzymała bliżej niż z ludźmi. - Zresztą nie byłbyś zdolny wykreować kogoś złego, bo sam taki nie jesteś, Nadimie.

Jej słowa były ciepłe. Melias uśmiechnął się, cenił sobie jej dobroć, jednak potem przywołała Anshelma i to tylko po to, aby podsumować jego działanie środkowym palcem, który podstawiła mu pod blizny. Było to nie tylko sprzeczne z znaną mu naturą kobiety, to jeszcze ryzykowne.

Kolejny konflikt był idealnym zwieńczeniem przygód w Zamtuzie. Ruszyli więc do następnego pokoju. Anshelm opuścił Zamtuz jako ostatni, zamykając za sobą drzwi i wymieniając się spojrzeniami z Danielem...

Biblioteka Losu

Mózgu wyścielającego ściany prawie nie dostrzegali, tak mocno skupili się na obserwacji podziemnego miasta skąpanego w oparach parowych maszyn, rozbłyskach elektryczności i świetle gargantuicznych świec otoczonych szklanymi kopułami, byle nie uszkodzić domostw uformowanych z wielkich ksiąg. Początkowo nie byli zbyt skupieni, IV Rzesza wymęczyła ich, a przekroczenie progu następnej krainy było dla nich niemal jak wybudzenie ze snu. Powietrze zimne i wilgotne, grawitacja większa niż w Berlinie (i przede wszystkim Anshelmii!), nastrój nostalgiczny i nie rozbudzający ciała do igraszek. Ład, porządek, spokój i cisza. Dopiero teraz uświadomili sobie jak bardzo abstrakcyjne były orgie, których się dopuścili. W milczeniu wędrowali przez miasto, które wydawało im się coraz bardziej pokrętne, ale i znajome.

Tym razem nie przeoczyli znaków, tak jak w IV Rzeszy. Zrozumieli ich sens. Krukoludzkie byty były skreślone, co do ludzi zaś... Tylko Hans nie bał się wysnuć wspólnych dla wszystkich podejrzeń jawnie.
- Ten znak... „Nie karmić ludzi?” Co to, zoo? - oburzył się, opierając o dom-księgę, którego ścianą była skóra starego przekładu Pisma Świętego. - Mi się to nie podoba.

Goebbels parsknął z oburzeniem, bo bycie dokarmianym bardzo lubił. Ruszyli dalej. Pokojowicze skupili się na wodzie (a może płynie mózgowym?) kapiącym z sufitu, transformatorach tesli, fabrykach parowych czy kolejnych dzielnicach miasta wyjętego prosto pełnej pary z epoki przemysłowej. Tłumacz nie mówił zbyt wiele, zbyt mocno zaparło mu dech na widok kolejnych uliczek i dzielnic. Tutaj wewnętrzne pokoje były jawne i widoczne gołym okiem. Każde mieszkanko stanowiło pokój, który odwzorowywał światy przedstawione w dziełach napisanych ręką człowieka. Dramaty, kroniki, romanse, science-fiction, śpiewniki, święte księgi, dokumenty, dziecięca grafomania, dzienniki prasowe, kryminały, pamiętniki, podręczniki akademickie – wszystko podzielone według epok, gatunków, twórców i roli jaką odegrały w historii ludzkości. Wydawało mu się to niemożliwe, ale w tym socrealistycznym, steampunkowym, wielopiętrowym mieście wszystko było uporządkowane z biblioteczną starannością, a każde mieszkanko-pokój miał ze wszystkich stron idealnie dobrane sąsiedztwo. Zaglądał w kolejne okiennice, widząc do jakich światów przeniesie się, spełniając oczekiwania coraz bardziej wymyślnych drzwi. Najbardziej zdumiało go, że otrzymał dostęp nie tylko do dzieł znanych, ale i zaginionych i utraconych, a także nigdy nie wydanych. Mógł odkryć nieznane karty historii!

Aż wsparł się o grzbiet domku (każda ściana była grzbietem), a ciało przeszedł dreszcz. Żyłki nurtów wplecione były w naturę domostw. Nie rozumiał jeszcze z czym się to wiązało, ale robiło wrażenie. Mógł poczuć książki dotykiem. Nawet nie dostrzegł, że mały szczur gryzie go po nodze. Beata musiała go odciągnąć na bok i uświadomić, że ta kraina jest jego osobistym Zamtuzem, tak mocno na niego wpływa. Ledwo zrozumiał jej słowa. Pochłonął go widok wieloksiążkowego blokowiska pełnego dzieł jednego z duńskich autorów. Większe mieszkanka, z zapalonymi oknami i cieniami żyjących w nich istot nurtowały tylko na pierwszy rzut, bardziej interesowały go ciemnice na strychu i te posępne piwniczki, z wybitymi szybami i pourywanymi parapetami. Najlepiej wbiegłby na klatkę schodową i wspinał się po kolejnych piętrach, pukając w drzwi i próbując je przekroczyć.
- Nie zapominaj o misji. Nie zapominaj o Aloisie. - podniosła tłusty paluszek. - Mamy obowiązki wobec niego.

Przejmowała jego poglądy. Wiedział to po miłosnej-medytacji, wiedział to po jej gotowości w odprawieniu egzorcyzmu. Imponowało mu to. Doczekał się pełnoprawnej towarzyszki, inkwizytorki. Romantyczny nastrój psuł jedynie Anshelm, który stał się ich towarzyszem w łowach na Aloisa, ale przynajmniej odstraszał pokojowiczów przed zrobieniem krzywdy Tucie. Nie każdy ufał Tuzowi w Drużynie, a szczególnie Niema. Król stanowił tarczę.

(Była) Miliarderka zresztą wykorzystała skupienie na kolejnych uliczkach kompanów, przywołując Eliasa. Chciała aby to co powie, pozostało między nią, młodzieńcem i tłumaczem.
- Mój mąż... to Hades. - kiwnęła głową. - Zachowaj to dla siebie.

I tak nie mieli czasu na dłuższą pogadankę. Usłyszeli wystrzał z broni palnej. Podbiegli do sąsiedniej uliczki. Zwłoki młodego mężczyzny w niebieskim fraku i żółtą kamizelką leżały w błocie. Ciało drgało w pośmiertnej konwulsji. Od zwłok biła aura przesadnej uczuciowości. Do pokojowiczów, dosyć rutynowo zresztą, dołączyli się dziwni osobnicy. Niejaki Stanisław Wokulski, Otton III z nieznanej współczesności kroniki, Prorok Mahomet, Budda, Winnetou, Adolf Hitler z Meinkampf, Huckleberry Finn, Melkor i kobieta z książki Anshelma, jedna z tych, przed którą przestrzegał Daniel. Bardzo dziwna i zwarta grupa osobowości. Spoglądali na śmierć człowieczyny ze znudzeniem.
- Zawsze tak robi. Ile można. - warknął Otton III, przesiąknięty wpływami z innych książek, które odwiedzał podczas kolejnych „Zjazdów”. - Ciągle wyłania się z tej swojej romantycznej krainy, wychodzi na ulicę, zabija, odradza w swojej domenie, znów popada w obłęd i raz jeszcze wychodzi, aby wznowić cykl.
- Powinien się uwolnić od emocji. - przyznał Budda. - No ale to tylko Byt. Taka jego natura. Nie zmieni się.
- Stanisław Wokulski. Jestem liderem Gangu Dziesiątki. - wyciągnął rękę do Lei, która zresztą spodobała mu się natychmiastowo, z dziwną wzajemnością. „Panna Lea była niepospolicie piękną kobietą. Wszystko w niej było oryginalne i doskonałe. Wzrost średni, bardzo kształtna figura, bujne włosy farbowane, nosek prosty, usta trochę odchylone, zęby perłowe, ręce i stopy modelowe. Szczególne wrażenie robiły jej oczy, niekiedy ciemne i rozmarzone, niekiedy pełne iskier wesołości, czasem jasnoniebieskie i zimne jak lód. Każde inne." – Jesteśmy tworami ludzi, przez co uciskanymi. Znaleźliście się w slumsach Szczurzej Metropolii, Pokoju ukształtowanego na biblioteczne kanały wyrwane z alternatywnej historii, gdzie zdominowały wszystko maszyny parowe i twory Tesli. To kraina uporządkowana i pełna pasji naukowej, lingwistycznej oraz literackiej. Obecnie znajdujecie się w jej bardziej obskurnej, choć z pewnością bliższej wam części. Po drugiej stronie Muru Sentencji jest lepsza, choć już niekoniecznie dla was zrozumiała.

Wskazał na zarys ogromnej konstrukcji skrytej za mgłą. To co się za nią znajdowało, tylko się domyślali, wsłuchując w odgłosy turbin, elektrycznych wyładowań i śpiewnej, abstrakcyjnej mowy, w której krzykliwie się tam rozmiłowano.
- Szczury, jakich wszędzie pełno w pokojach, mają różne odmiany. Większość pozostała szczurami, ale niektóre... wyewoluowały. Kostka, która miała być miejscem przemiany dla ludzi, krainą ewolucji, tylko pogłębiła przywary waszej cywilizacji. A Szczury... dostosowały się jak do wszystkiego, z czasem wykształcając narządy, zmysły i umysły dla was trudne do wyobrażenia. Prześcignęły was, a rozwój ich był zrównoważony, niewymuszony i uporządkowany. Budują teraz konstrukcje poza percepcją człowieka. Spójrzcie poza mgłę, a dostrzeżecie zarys prawdziwej biblioteki, pełnej także dzieł szczurów. Ich rozwój jest wykładniczy. Rozumieją coraz lepiej mowę purgatorium, a ich książki-domy są dziełami niemal doskonałymi. W ich społeczeństwie dojrzałość osiąga się wznosząc piórem książkę-dom, osobistą krainę ukształtowaną według osobistych preferencji. - wyjawił łaskawie Mahomet, spoglądając na Nadima, który zemdlał na jego widok. - Szczury nie zrobią wam krzywdy. Raczej zignorują , aby nie przesiąknąć słabą, głupią i samodestrukcyjną naturą gatunku, które wyprzedziły w ewolucyjnym wyścigu. Poza jednym warunkiem – to Kraina Ciszy. W Czerwonym Królestwie nie wolno tańczyć. Tutaj - mówić, przynajmniej w ludzkim języku. Samo jego usłyszenie to jak cios zadany w intelekt szczurów. Ich Król momentami rozumie już mowę absolutną, doznając wizji przeszłości i przyszłości. Ujrzał, że ludzie, jak to ludzie, zadadzą jego krainie dotkliwy cios, dlatego zważałbym na słowa. To nie jest tak, że kilka słów zmieni sposób myślenia wyższego gatunku, ale ten jest świadomy ciekawości swoich pociech i dmucha na zimne, nie pozwalając sobie na najmniejsze odstępstwa od zasad. Kropla drąży skałę.

Elias zrozumiał, że było trzeba pozbawić się całkiem mowy, przynajmniej łatwiej przemierzyłby ulice szczurzej cywilizacji, rozwiązując problemy stawiane przez krainę.

Alter westchnął. Nie był już Walterem. Pamiętał wszystko. Szczury nie były groźne, imponowały mu nawet intelektem i znajomością techniki wyjętej niemal z fikcji naukowej. Uporczywie podkreślały swoją odmienność od człowieka, dobierając nawet abstrakcyjny ubiór, byle się odróżnić. Szczególnie bawiły go długie czapaje z krańcem sięgającym prawie ziemi, obwieszonym dzwoneczkami, aby przypadkiem nie usłyszały mowy człowieka. Brzydziły się ludzi, bardziej ceniąc od nich swoje własne byty, traktowane jako równe sobie, bo zrodzone z ich myśli i pracy. Dzieci były ciekawe, ale dorośli pełni pogardy. Typowy Szczur wziął i chętnie za żonę postać ukształtowaną w literaturze swojej lub swoich pobratymców, ale człowieka - nie tknąłby palcem.

Anshelm pociągnął nosem. Z jego perspektywy wyjawiał się obraz pełnej dyskryminacji i rasowej wyższości krainy, bliższej III Rzeszy niż wielobarwnej Vollblütii, która zresztą do miana spadkobiercy wspomnianej Rzeszy tak gorliwie aspirowała. Melias słysząc o zorganizowanej władzy widział tutaj raj dla technokratów, Alter zaś i elementy socjalizmu. Wszyscy jednak zdawali sobie sprawę, że to także są znane im dobrze, wciąż podzielone Niemcy. Część w której się znajdowali odpowiadała NRD. Jeżeli zręcznie skryta niechęć na tle państwowym miała się ujawnić, to właśnie teraz...

I wtedy Huckleberyy Finn i Melkor – dwaj najlepsi przyjaciele – dostrzegli złotą muchę i blizny. Gang otoczył Króla, którego przybycie wyjawiła wizja.
- Król Szczurów i go ujrzał! - krzyczał Otton III, wskazując na drugiego władcę. - To nasza szansa. Ludzie i ich literackie twory były zawsze na marginesie społeczeństwa Biblioteki Losu. Musimy związać się sojuszem, Królu. Wykorzystać pozycję, aby nas wesprzeć, a nasz Gang... wspomoże ciebie.

Miał rację. Alter musiał to przyznać jawnie.

Przez chwilę obserwowali barwne społeczeństwo postaci literackich opuszczających wewnętrzne pokoje, by przenieść się do innych krain, tworząc tym samym coraz dziwniejsze relacje i związki. Świat książek żył. Ochoczo pozdrawiano szlachetnych ludzi, kłaniając się w pas, ale w końcu natrafili na postać z książki Anshelma. Dzieło poznało stwórcę i... rzuciło się na niego. Na szczęście Wokulski i jego świta zainterweniowali w porę. Zagrożenie dla Króla IV Rzeszy było realne. Zrodził wiele nieszczęśliwych postaci, które pragnęły wymierzyć mu karę za jawną niesprawiedliwość ich losu. Wciąż nie poznał jeszcze kobiet, przed którymi przestrzegł go Daniel, ale swoich ewentualnych oprawców - oczywiście jak najbardziej. Purgatorium!

Piontek wiedział jaki był zamysł Hadesa, tworząc taką przeszkodę. Ludzie ubarwiali swój żywot kreując dramaturgię i nieszczęścia w światach, nad którymi mieli kontrolę. Tutaj byty zrodzone z ich woli mogły się odegrać, co było pokraczną aluzją do tego, że nawet twórczość człowieka opierała się na nieszczęściu.

Wokulski skupiał się na adorowaniu Lei, ale nie zapomniał o Anshelmie. Czekał na zgodę i oficjalny sojusz. W międzyczasie pojawił się pronazistowski bohater książki pisarza, który zdradził, że zgodnie z ideologią twórcy i szczęśliwy z otrzymanego żywota sprytnie udzielił schronienia Aloisowi, nie zdradzając oczywiście nazistowskich sympatii. Zaprowadził go nawet do postrzępionego, rozsypującego się i płonącego domostwa, symbolicznie ukazującego stary pomysł rzucony do szuflady przez Stalookiego.
- Nie znamy swoich twórców, choć jesteśmy wstanie intuicyjnie wyczuć ich obecność. - zdradził, prosząc o autograf. - Zawsze myślałem, że twórczy umysł mojego ojca będzie starszy i...

Nazistowska postać miała i się może dobrze, ale jej rodzima kraina nie była przyjazna. Musieli nie tylko przetrwać w nieprzyjemnym świecie pióra Anshelma, to jeszcze się do niego dostać. Klamka domagała się opłaty. Tym razem zadanie było proste – spalić jedno z domostw.
- Spalenie książki, to również wymazanie jej egzystencji z historii. Tak się składa, że nie lubię mojego sąsiedztwa. Nie chodzi tylko o wygląd budynków, ale i jego klamki oraz mieszkańców. - skierowała oko na trzy mieszkania. Monumentalną katedrę gotycką pełną witraży na czarnej skórze; mała książeczkę-notesik zarośniętą gęstą roślinnością; abstrakcyjną i żyjącą bryłę. - Poznajcie uosobienie Ewangelii Tomasza, pierwsze dzieło Anshelma i ostatnie mentora Guru, E. Karslena. Wasza inkwizytorska trójka musi wybrać co zniknie z kart historii.

Oniemieli, bo wybór nie był łatwy. Jedna z pięciu ewangelii może i ukazywała Jezusa w sposób niepokojąco starotestamentowy, ale jej walory filozoficzne były niepodważalne, niezależnie jak mocną podstawę stanowiła dla najbardziej haniebnych działalności Kościoła. Przy niej grafomańskie, na szczęście niewydane początki Anshelma były niczym, ale po zastanowieniu oczywistym było, że kluczowym dla rozwoju nazisty. Bez swojej pierwszej porażki nie byłby tym kim się stał. Popełnił przy niej wszystkie błędy jakie tylko się dało i dzięki temu dojrzał twórczo. Ostatnie dzieło stanowiło potencjalny klucz do Purgatorium, którego nie musieli jednak zrozumieć.
- Jeśli potrzebujecie, to po dzielnicy Andersena często przechadza się Dziewczynka z Zapałkami. To blisko. - zachichotała klamka strzegąca krainy z jednego z dzieł Anshelma.

Stanęli przed pierwszym poważniejszym wyzwaniem. Skierowali wzrok ku Alterowi, który swobodnie przemieszczał się po abstrakcyjnym Berlinie Wschodnim. Znał go, całkiem nieźle, nie musiał się jednak dzielić wiedzą. Miał kilka kart, którymi mógł coś ugrać.

Po pierwsze, Goebbels. Był kluczowy. Szczury gardziły ludźmi, ale inne zwierzęta kochały, przynajmniej dopóki nie kroczyły ścieżką kruków, które choć również utworzyły cywilizację, to jeszcze bardziej zdegenerowaną od ludzkiej. Jasnym było, że lama stanie się obsesją dla Szczurów, które zapragną uprowadzić ją ze zdemoralizowanej drużyny i „naprawić”.

Po drugie, wizje Króla Szczurów. Interpretacji obrazów ujrzanych przez niego było wiele. Najmniej znaczący szczegół mógł nagle zostać zinterpretowany, zwiększając lub zmniejszając szansę jego kompanów na sukces, jak to w Purgatorium bywa.

Po trzecie, Szczury są sprytne jak diabli i piekielnie zorganizowane. Cenił sobie w szczególne komuny jakie tworzyły. Były tak ze sobą zżyte, tak chłodne i bezduszno logiczne, że zatracały się w grupie. Pojedynczo, szczególnie u dzieci, dało się zauważyć destrukcyjne skłonności, ciekawość i indywidualne słabostki, ale im więcej szczurów blisko siebie, tym większy ich intelekt, koordynacja i niechęć do ludzi. Jak to mawiał Stalooki Senior Z jednym szczurem do knajpy i na karty, od trzech z daleka, tuzin to grób człowieka. Jego socjalistyczna natura zresztą sprawiała, że bardzo je za to cenił. Razem działały niczym w zbiorowej świadomości, jako jeden organizm. Chociaż reguła przeciwieństw i doświadczenia z Purgatorium sugerowały niekiedy zupełnie odwrotny wniosek...

Po czwarte, Gangi takie jak Wokulskiego były słabe, niczym cień słabego człowieka, ale z drugiej strony... Sam potrzebowałby nawet ich pomocy i wsparcia, bo Szczury nie ufały mu szczególnie. Zorganizowane pod silną ręką Gangi mogły stanowić realną siłę. Wystawiono za jego głowę list gończy, obiecując wspaniałą nagrodę. Po minie Niemej wnioskował, że i ona ma tutaj nie najlepszą opinię. Udawała, że wszystko jest w porządku, próbując wprosić się do barwnego trio Tutta-Kurrenberger-Voltblutter, ale w końcu zetknęli się wzrokiem. W tym pokoju byli naturalnymi sojusznikami, a kobieta była silna i niema. Z drugiej strony, nie ufała mu, nawet jeśli był teraz Alterem. Sam sobie zresztą nie mógł ufać. Walter tlił się w jego głowie i nie potrafił udawać, że ten przepadł bezpowrotnie.

Po piąte, zawsze można było dokonać niemej transakcji i odłożyć na bok dumę. Szczury górowały nad człowiekiem. Miały technologię. Domyślał się, że Hitler z Meinkampf był niczym przy tym, którego zaprojektował Hades. Czekało ich największe wyzwanie, może jedyne na tej misji. Jeśli teraz zaryzykują i pohańbią się, będą mieli łatwiej. Nie wiedział jednak czy był na to gotowy. Walter byłby z pewnością skłonny do dogadania się, ale Alter miał dumę. Był liderem zespołu, który mierzył się z zagrożeniami, których dzisiejsze zabawy były placem zabaw. Widział ogromne talenty wśród kompanów, Niema mimo swej natury zachwycała, ale nigdy nie zaznali ryzyka. „D” było dla niego spacerem. Wznosił się na intelektualne wyżyny, utrzymywał się na polu bitwy będąc jedynie strzępem mięsa, wygłaszał przemowy od których Tuzy płakały, a kompanom wracały siły, po czym z pięściami rzucał się istoty wielkości wieżowca. Był wszystkim – literatem, muzykiem, aktorem, inżynierem, lekarzem, psychologiem, mistrzem miłosnej sztuki, zabójcą, nauczycielem i politykiem. Liznął wszystkiego, a jego doświadczenia rozrastały się do wieczności, jak i najmniejszego z możliwych wycinków na osi czasu. Miałby ukorzyć się wobec Szczurów, jeszcze bez zębów, ucha i w starszym ciele? Aż gwizdnął niczym czajniczek. Potrzebował herbaty na uspokojenie, na gwałt.
- To świat z moich piosenek. - gwizdnął nagle Hans, wskazując na przypominającą dzieło dziecka strukturę, wyjątkowo grafomańską książkę, ale jednak przyciągającą wzrok. - Widzicie? To tam gdzie jest ten osobnik na dachu, z pejsami i nosem...

Kolejny twór, który cierpiał męki w książkach Anshelma. Wyciągnął rewolwer, mierząc siły, ale Gang Wokulskiego go odstraszył. Schował broń, obrócił się w kierunku dzielnic szczurzych panów i... rzucił do ucieczki.
- Mój znacznik domostwa się wymknął. - jęknął Bulma, siadając obok Nadima, któremu wracała jasność umysłu.

...

Limit Czasowy

60:02

Architectus

Architectus

3. grudnia
Post ID: 83767

- Moim zdaniem, dzisiejsza przejażdżka była nierozsądna, a jazda w nocy, z ograniczoną warunkami atmosferycznymi widocznością to już kompletna głupota! - krzyknął rozdrażniony, z poważną miną. - Nie przystanę na tą propozycję. Nocą, we mgle i deszczu zawrotne prędkości mogę osiągać na torze sportowym, w dostosowanym aucie wyścigowym, bez pasażerów. Za dnia, o mało co nie zginęliśmy przez wpadnięcie na jelenia! - był tak wzburzony, że pomyliły mu się słowa. - I jeszcze chce pan wciągać moją narzeczoną w te chore gierki?! Nie wstyd panu!? - dawał upust emocjom, skondensowanym po niedawnych przeżyciach. - Zapomniał pan o większych szansach na spotkanie dzikiego zwierza w nocy!? Lepsi będziemy w stanie zmarłym?! - spojrzawszy na wrak auta, machnął mocno rękami na boki, pokazując propozycję wielkości stworzeń biegających po lasach, a przy tym dając sobie czas na ochłonięcie. - Oszukał nas pan i sprawił to w sposób, jakiego perfidność mnie wkurzyła... ale nie jestem wściekły, gdyż zachował się pan z klasą przepraszając i dziękując. - pojednawczo uścisnął nauczycielowi dłoń, a gdy pani Joanna wyraziła chęć jeżdżenia oraz powrotu do domu jego rozzłoszczenie ustąpiło na odległość dokończenia rozmowy bez krzyku.

Kiedy oddech mu się uspokoił czule poczochrał pani Joannie, już rozwichrzone od przygody, włosy, i objął jej dłoń wspomagając wydostawanie się z podmokłego terenu. Natomiast po zakończonej lekcji mechanik dokładnie wysłuchał opowieści pana Thorstena, przy której nabrał większej życzliwości względem niego, i później podziękowawszy mu za zaproszenie stwierdził w imieniu swoim i swej wybranki, że pójdą na jego pokaz aby kibicować. Następnie, kiedy kaskader zapytał o ulepszenie motocykla, Hanowerczyk wyraził zgodę na zajęcie się jego maszyną, czując większy spokój wobec możliwości zwiększenia komuś bezpieczeństwa w jeździe.

* * *

Następnego dnia odpowiedział na pytanie Garlanda mówiąc jak nie lubi sprawiania innym bólu, więc nie zamierza bić jego ani jego siostry. Później, podczas odebrania telefonu od swej narzeczonej i usłyszeniu informacji jak Garland wszedł do pokojów Hadesu, spojrzał na panów Kostka i Fisha z uniesionymi w zadziwieniu brwiami. Po pytaniu tego pierwszego wyjaśnił pochodzenie magicznego portalu. Przy nastałych okolicznościach zaproponował, że - skoro chłopiec jest pod jego opieką - w ramach treningu wejdzie do Purgatorium by go sprowadzić do domu, nie narażając dodatkowo jego życia. Dla pewności dopytał się współtowarzyszących mu mężczyzn, jakie mają pomysły na tą sytuację i jak ją postrzegają. Natomiast dziennikarce zalecił aby zaczekała na nich, bez przechodzenia przez drzwiczki.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

3. grudnia
Post ID: 83768

Mężczyznę przeszedł silny dreszcz na widok sukkubicy podnoszącej trójząb. Przygotował się do uniku i położył dłoń na rękojeści noża. Krew tryskająca z rany oblała podłogę Zamtuzu.
To nie jest ona. To tylko twór umysłu. To nie jest Constanze…
Zamiast upaść na ziemię, ciało zastygło w drastycznej pozie niczym pomnik mający przypominać naziście o jego czynie. Próbował wymusić na sobie obojętność, ale nie było to łatwe, kiedy byt, który doprowadził do tego stanu miał ciało jego żony. Wyobraził sobie na jej miejscu Aloisa. Co prawda nie przewidywał dla niego przebijania trójzębem, ale zastanawiał się, czy dałoby się zatrzymać go w czasie podczas tortur na podobnej zasadzie, jak miało to miejsce z sukkubem. Najlepiej tuż przed śmiercią.

Mężczyzna odtrącił rękę Lei z marsową twarzą. Chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział, co. Zdawał sobie sprawę, że jest winien cierpienia sukkuba, ale poczucie winy postanowił ukryć za maską gniewu, w czym miał spore doświadczenie. Mimo wszystko uważał, że kobieta jest przewrażliwiona. To przecież nie jest człowiek, ani nawet zwierzę. Choć „nawet” może nie jest najlepszych określeniem, gdyż Anshelm uważał, że życie niektórych ludzi jest warte mniej niż życie zwierząt.

Następny pokój był skrajnie różny od poprzedniego i choć Anshelm nie dostrzegał wokół żadnych nazistowskich symboli, wśród książek i w atmosferze spokojnej zadumy czuł się bardzo swojsko.
Sporo tu tego. Ciekawe, czy znajdę „Mein Kampf”… a może nawet coś swojego?

Twarz leżącego na ziemi młodego mężczyzny zdobiła pokaźna dziura po kuli nad prawym okiem. Sposób popełnienia samobójstwa oraz charakterystyczny ubiór nie pozostawiały wątpliwości, że byt został upodobniony do Wertera z powieści Goethego. Chwilę później spotkali kolejne postaci żywcem wyjęte z kart książek. Rudowłosego monarchę, mężczyznę we fraku i cylindrze, który przedstawił się jako Stanisław Wokulski, Buddę, Mahometa, młodego Adolfa Hitlera, stereotypowego Indianina, nastoletniego chłopaka w słomianym kapeluszu, wysoką postać z maczugą w kiczowatej czarnej zbroi i młodą kobietę, którą rozpoznał bez trudu, bo sam ją stworzył. Amelia Heimann – jedyna postać kobieca pełniąca w jego twórczości rolę głównego bohatera. Anshelm uważał ją za jedną z najlepiej wykreowanych przez siebie postaci, a powieść pt. „Hestia”, w której grała główne skrzypce za jedno ze swych najlepszych dzieł. Niestety krytyk literacki piszący artykuły do jednej z berlińskich gazet miał zgoła inne zdanie. Całkowite pominięcie w recenzji warstwy ideologicznej i nazwanie powieści „średnich lotów romansem” było dowodem kompletnej ignorancji. Zresztą „Hestia” nie sprzedała się zbyt dobrze, co przygasiło zapał Anshelma gotowego uznać książkę za swoje magnum opus.

Überratte - zażartował w myślach Anshelm. Szczury wydawały się stworzeniami znacznie wyprzedzającymi w rozwoju ludzi, a co za tym idzie mającymi większe prawo do istnienia. Z drugiej strony wszystko tutaj było wytworem umysłu, więc może szczury też. Z tego powodu Anshelm nie był pewien, czy uznać je za wyższe, bo bardziej rozwinięte od ludzi, czy zrównać z innymi bytami. Była to zaprawdę ciekawa filozoficzna zagadka. Ponadto pokój biblioteczny przypominał Berlin sprzed upadku Muru.
Rozmyślania mężczyzny przerwało nagłe poruszanie związane z jego postacią. Wyglądało na to, że przybycie króla Vollblütii wiązało się z jakąś starą przepowiednią. Równie nagły i niespodziewany był atak na jego osobę ze strony Amelii, na szczęście szybko powstrzymany. Anshelm poczuł smutek. Rozumiał jej nienawiść w stosunku do siebie. W końcu wystawił ją na nie lada cierpienie i mimo wahania zrezygnował ze szczęśliwego zakończenia, uśmiercając główną bohaterkę ręką Mordechaja. Na jej miejscu też by siebie nienawidził.

Zrozumiał swoją rolę w tym świecie. Miał stanąć na czele rewolucji postaci książkowym przeciwko szczurzej tyranii. Być może Amelia znalazła się tu nie przez przypadek. Ona przecież też przewodziła rewolucji przeciw elitom, tylko że na mniejszą skalę, bo wśród służby pałacowej. Anshelm poza olbrzymim ryzykiem dostrzegł też szansę. Gdyby udało mu się obalić władzę szczurów stałby się wybawicielem ludu i bez wątpienia kandydatem na władcę krainy. To pozwoliłoby mu połączyć unią personalną dwa sąsiednie pokoje, a później być może uczynić z nich jedno państwo. Ciężko było wyobrazić sobie bardziej pokojową formę ekspansji terytorialnej.

Edward był postacią mniej wyrazistą i pochodzącą ze słabszej książki niż Amelia. On jednak nie odczuwał nienawiści w stosunku do stwórcy, bo i nie miał do tego powodów. Był bohaterem i osiągnął pełny sukces.
- Miło mi to słyszeć Edwardzie. Poczekaj chwilę. – Powiedział składając bytowi autograf, po czym zwrócił się do Wokulskiego.
- Pomogę wam. Roześlijcie wśród wszystkich przyjaznych nam postaci książkowych wieść o moim przybyciu i przygotujcie grunt pod rewolucję. Nie możecie jednak pozwolić, aby szczury się o czymkolwiek dowiedziały. Uda nam się tylko, jeżeli weźmiemy je z zaskoczenia.
Następnie ruszył za Edwardem ciasnymi uliczkami między książkowymi domkami.

- Proponuję spalić tę najbardziej po prawej. – zwrócił się do tłumacza i Tutty wskazując na dzieło Karlsena. – Pozostałe dwie miały bardzo duży wpływ na świat, jak i na mnie samego. Jeżeli zniszczymy Ewangelię świętego Tomasza, stworzymy wiele niebezpiecznych linii czasowych. A jeżeli to kretyńskie gówno – kiwnął głową w stronę „Krwawego orła” swojego autorstwa – nie będę tym samym człowiekiem, co może okazać się zgubne dla nas wszystkich. Widzieliście, co stało się z Walterem. Ja nie chcę skończyć tak samo.

Xelacient

Xelacient

4. grudnia
Post ID: 83769

Otto był skonfundowany, czy on właśnie przyczynił się do uzdrowienia Ottona w przeszłości? Zmienił przeszłość? Było to nieoczekiwane, do tego Kamphausen choć wierzył, że ich decyzje mogą zmienić ich wspomnienia to nie był skłonny uznać, że ich decyzje mogą zmieniać czasoprzestrzeń.

Pewnie ta cała wizja była w całości spreparowana, mająca mu służyć za nagrodę. Coś w tym było, bo po wizycie w namiocie Der Chemiker czuł się lepiej. Miał tylko nadzieje, że za jakiś czas to "Der Organisation", bo tak nazwał w myślach tą całą hipotetyczną strukturę stojącą za tym eksperymentem mających ich przywrócić do życia, oprócz zabicia tych ludzi rzeczywiście uzdrowi jakieś dziecko.

Choć równie dobrze to cały handel, był "tylko" kolejną próbą mającą ich sprawdzić. Próbą, która zmieniła ich uczestników, ale nie miała absolutnego żadnego wpływu na rzeczywistość.

Tak, ta ostatnia myśl była uspakajająca na tyle, że Otto mógł zostawić to wszystko za sobą i raźno ruszyć do kolejnego pokoju. Pokoju, który go zachwycił. O ile Intelektualny Zamtuz budził w nim lekceważenie czy wręcz pogardę o tyle Biblioteka Losu wzbudziła jego fascynację. To był świat wręcz stworzony dla niego. Może nie fascynował się literaturą jako taką, ale matematyczna precyzja wedle, której wszystko było ułożone koiło jego duszę. Szedł za grupą ciesząc swoje setki oczów widokiem ładu i porządku. Co prawda widok Wertera, wrzodu w Niemieckiej Literaturze trochę mu nastrój popsuł, za to widok Melkora mu go poprawił.

Oczywiście Otto za młodu czytał książki dla rozrywki. Głównie fantastycznonaukowe, bo dawały mu wytchnienie od tej całej Niemieckiej historii i kultury jaką wpajała mu matka. Oczywiście w końcu do rąk wpadł mu sześcioksiąg "Władcy Pierścienii". Spodobał mu się, choć bardziej sympatyzował z Sauronem niż elfami czy hobbbitami.

Kamphausen był łopatologicznym człowiekiem i lubił łapotalogiczne interpretacje. Tolkien nie lubił industrializacji i postępu technologicznego, tęsknił za "starymi dobrymi czasami". Toteż Sauron był złym kapitalistą-przemysłowcem, orkowie robotnikami fabrycznymi, hobbici iddyliczną wizją chłopów na wsi, krasnoludy rzemieślnikami sprzed produkcji taśmowej, zaś elfy szlachetną klasą wyższą. Dlatego zapewne Kamphausen, wbrew intencjom Tolkiena bardziej się identyfikował z antagonistami niż bohaterami tejże powieści.

To samo było przy czytaniu Silmarillionu, przy czym jeszcze mocniej się identyfikował z Melkorem niż z Maironem.

- Morgoth Bauglir - zwrócił się mimochodem niczym podrzynacz gardeł - ten który rzucił wyzwanie Eru Iluvatorowi, demiurgowi Ardy, wybranym przez niego Valarom, a także zastępom Majarom, a teraz członek gangu dowodzonego przez jakiegoś Polaka - rzucił z przekąsem - jeśli już to role powinny być tutaj odwrotne.

Jednak za bardzo nie pogadali, bo tu ważniejsze rzeczy zaczęły się dziać. Informacja, że spalenie danej książki oznaczało wymazanie jej z dziejów było... intrygujące. Jednak stanęli też przed ważnym wyborem, co prawda nie dla Kamphausena, ale ten zgodnie z obietnicą spróbował doradzić.

- Proszę Państwa - przemówił uprzejmie niczym gang proszący o oddanie portfela - tych ewangelii jest cztery czy tam pięć, podobno jest ich nawet więcej tylko nie zostały uznane przez Kościół za kanoniczne, toteż nie widzę powodu dla którego zniszczenie jednej z nich miałoby mieć groźne skutki. Szczerze wątpię, by ludzkość straciła po jej zniknięciu. Spalcie ją śmiało!

Taka była rada Otto, jeśli jednak Anshelm i reszta grupy miała inne zdanie to już nie protestował, wybór zostawił im, bo jego pochłonęło inne zagadnienie.

Gdzieś tutaj była książka-dom "Cierpienia Młodego Wertera", jego spalenie rzekomo wymazałoby to "dzieło" z czasoprzestrzenii. Może to nie była prawda, ale jeśli "Der Organisation" wymazała im wspomnienie tej literackiej abominacji z umysłów i jeszcze zdjęłaby ją z listy lektur to wysiłek był wart celu.

- Jak się czujesz Tahir? - zapytał się z troską człowieka, który przed chwilą kazał komuś wykopać grób i pomagając mu wstać - jest sprawa, szlachetna sprawa! Musisz dokonać wielkiego czynu dla Dobra całego narodu Niemieckiego! Ten wspaniała gest uczyni z Ciebie pełnoprawnego Niemca! Takiego samego ja! Oraz mojego DOSZŁEGO zięcia, albowiem ten czyn będzie tak doniosły, że wszelkie formalności będą przy nim niczym! - ciągnął z uniesieniem herszta zagrzewającego swoja bandę przed napadem - zaś moja żona i matka nie będą miały nic do gadania, bo nigdy nie dokonają równie zacnego czynu!

Po takim przemówieniu Tahir chyba byłby gotów wskoczyć w ogień, toteż słuchał swojego (prawie doszłego!) teścia z wielką uwagą.

- Trzeba oczyścić kulturę Niemiecką! Musimy zniszczyć plugawą wybroczynę, która plami świadomość naszego narodu! Musimy zniszczyć przeklętą aberrację, która urąga moralność i rozumowi! Plugastwo, które doprowadziło do samobójstwo rzeszę młodych ludzi! Musimy oczyścić świat z "Cierpień Młodego Wertera"!

- Jesteś pewny, że nie zakłóci historii? - spytał lekko wahający się Tahir - może jego zniszczenie źle wpłynie na autora?

- Pozbycie się tego młodo romantycznego bełkotu może zmienić tylko świat na lepsze, a Goethe? Przyznam, jego "Faust" to była bardzo dobra historia, bo główny bohater osiąga w niej pełnię szczęścia dopiero gdy robi coś mające pomóc ludzkości... ale później się dowiedziałem, że to była przeróbka polskiej legendy. Arcyposlkiej legendy, bo opowiadającej o tym jak polski szlachcic zawarł umowę, a później na wszystkie sposoby próbował się z niej wykręcić. Jeśli Goethe musiał się inspirować klechami z Polski to znaczy, iż był marnym pisarzem i nie ma co go żałować - odparł Otto bez mrugnięcia okiem. Ani jedno z jego setek oczu nie mrugnęło gdy to mówił.

- No dobra... to mam poszukać tej Dziewczynki z Zapałkami? - spytał w końcu arab, na co Otto prychnął potężnie, jedna połowa głosów prychnęła ze śmiechem, zaś druga z pogardą.

- Tahir, jestem chemikiem, ty chcesz zostać chemikiem, a tu szukasz pomocy u pedolfiskiej kreacji?

- Pedofislkiej kreacji?

- A kto mógł stworzyć wizerunek, biednej zmarzniętej dziewczynki, która tylko czeka, aż ktoś ją przytuli, hę? - spytał się Kamphausen, wobec takiej argumentacji Nadim musiał ulec toteż Der Chemiker ciągnął:

- Tu jest wszystko, nawet opracowania akademickie, niech będzie chociaż jedno dotyczące chemii to już będziemy mieli gotowy magazyn odczynników, łatwopalnych odczynników! Posłuchaj uważnie! Będziemy musieli zdobyć nadmanganian potasu! To potężny utleniacz! Po wymieszaniu z gliceryną lub alkoholem etylowym sam się zapala! Jeśli zamiast tego zmiesza się go z cukrem to zapali się od potarcia patykiem. Do tego przydałaby się siarka, saletra, węgiel drzewny, azotan amonu, karbid albo kwas pikrynowy.

- Będziemy potrzebować tego wszystkiego?

- Nie, oczywiście, że nie! wystarczy mi połowa tego, by spalić tą całą dzielnicę... właśnie, bezpieczeństwo przede wszystkim - dodał Otto nieco się reflektując - będziemy musieli też zdobyć sodę i jakiś słaby kwas... octowy i cytrynowy... taka mieszanina wytwarza dwutlenek węgla, dzięki czemu dobrze tłumi ogień, pozwoli to nam go kontrolować - dodał wyjaśniająco.

- Zatem... mam to wszystko znaleźć i spalić tego...

- Bez przesady Tahir, pomogę Ci znaleźć składniki, a ty później na moich oczach spalisz Cierpienia Młodego Wertera, dobrze?

Arab oczywiście się zgodził, nie mógł odmówić po tym co mu Otto obiecał. Toteż nie została nic innego jak ruszyć na poszukiwania. Jeśli w Pokoju Narodzin Otto korzystał tylko z ułamka swoich możliwości trywialnie kreśląc na desce to teraz dzięki setkom oczu przekraczał ludzkie możliwości, nawet jak na standardy Purgatorium. Wszystko było logicznie ułożone, teraz wystarczyło wszystko dokładnie obserwować, a następnie odnaleźć potencjalne źródła substratów, by na końcu odnaleźć dom samobójczego bytu.

Fimrys

Fimrys

7. grudnia
Post ID: 83781

"Mądrze"

Tłumacz analizował obecną sytuację Mathiasa i Lei przez pryzmat czasoprzestrzennej plątaniny. Coldberg mówił z sensem i jego plan wydawał się korzystny, więc Søren postanowił drogą rytuału pojednać wspomnienia z dwóch linii. Mogło to w choć pewnym stopniu załagodzić zaistniałą gmatwaninę ducha młodych ludzi. Co prawda Guru nie miał pełnej wiedzy na temat ich stanu, ale to nie wydało mu się aż tak ważnym, gdyż Abbadon miał.

-Słusznie dumacie o syntezie, panie Coldberg. Jeśli pragniecie zaznać ukojenia, by dążyć do oświecenia, to moim świętym obowiązkiem jest wspomóc was w tej sprawie. Jeśli wasze zamiary są czyste, uklęknijcie naprzeciw i skupcie się. Wyprostujcie swe ciało oraz ducha, oddychajcie cała mocą. Przed wami morze wspomnień i emocji, mary i rzeczywistości, wizje i sny, myśli i działania. Zagłębcie się bez trwogi i nie bójcie się wiary.

Stanął obok klęczącej dwójki i sam również wprowadził się w stan absolutnego skupienia. Tutty polecił stać za nim z pastorałem, by w razie czego go podtrzymała i jawiła się jako "bezpieczna opoka". Rozłożył ramiona, wzniósł zamknięte oczy do góry i ledwie szeptem wypowiadał słowa. Z początku kontrolował ich treść, ale w procesie uaktywniania się Amuletu wyrazy traciły dla zewnętrznego odbiorcy sens, ale zyskiwały go dla wnętrza, gdyż płynęły z nieskończoności Otchłani medalionu. Pogodzić ich miał właśnie poprzez Abbadona, toteż położył dłonie na ich głowach by umożliwić swobodny przepływ. Pozwolił demonowi płynąć, by zaprowadzać ład i przygotowywać grunt.

- Nadchodzi czas odnowy, o genitum non factum. Alqm de re u alcis rei purgare, nie baczcie na przeciwności i odradzajcie się dzień w dzień na nowo!

W końcu mogli ruszyć ku nowym wyzwaniom. Pokój okazał się jeszcze piękniejszy, kiedy Søren został wręcz oszołomiony monumentalnością nowej krainy. Miejsce to było piękną wizualizacją oświeceniowej myśli, swoistą arkadią nauki, sztuki i kultury. W tym momencie znów pożałował, że są obarczeni przeklętym licznikiem czasu. Cała ta kraina dawałaby wręcz nieograniczone możliwości w rękach otwartych umysłów, ale oni musieli uganiać się za obrazem w rękach dyktatora. Cóż za ironijny absurd! Wieść, że Hades był mężem Tutty była lekko zaskakująca, ale nad wyraz logiczna. Czuł się tym bardziej zaszczycony, że jako towarzysz Beaty i kapłan miał tak niezwykłe połączenie z samym Władcą. Tłumacz wnet pojął idee rządzące tym światem, w czym pomógł mu Abbadon i schludny kupiec dowodzący gangiem literackich tworów ludzkich.

"Tu jest wszystko, święte księgi,libretta, powieści, poematy, książki kucharskie... o bezkresna ciemności, gdzieś tu są nawet traktaty tego starego fanatyka, Svirengarda!"

Widział przelotnie wszystko - literaturę analizowaną jeszcze na studiach, książki czytane dla rozrywki, traktaty filozoficzne, księgi czarnej magii, poematy Skriabina i wszystkie inne różności, które przyszło mu tłumaczyć. Szczególnie zaintrygowały go dwie budowle: monumentalna forteca jako przedstawienie "Pieśni o Nibelungach" oraz budynek w stylu klasztornym, odzwierciedlający inkwizytorski podręcznik "Młot na Czarownice". Chciałby choć zapytać klamek, by poznać warunki wstąpienia do tych dwóch lokalizacji, bo miał już pewien plan. Zauważył, że uaktywniała się jego księga, znaleziona jeszcze w Ogrodach Abbadona i czuł, że to tu mógłby wznieść własny dom, a raczej świątynię, pod której fundamentu w sumie już miał w garści. Pozostała kwestia odniesienia się do szczurów. Podziwiał ich niesamowity rozwój, ale głęboko zastanowił się nad ich pogardą dla niższych istot. Przypomniał sobie Nietshego, którego filozofię szanował, ale uważał ją za niedoskonałą. "Czymże jest małpa dla człowieka? Pośmiewiskiem i wstydem bolesnym. I tym ma być człowiek dla nadczłowieka, pośmiewiskiem i sromem bolesnym" było tu raczej "I tym ma być człowiek dla szczura". Myśl Kürenbergera mocno to rozszerzała, stawiając na oświecony rozwój, jednocześnie porzuciwszy pogardę, jako przymiot niski i degenerujący.

"Zaprawdę, społeczeństwo w które tak ściśle wpisany jest przymiot tak niski, nie może być prawdziwie oświeconym"

Szczury jawiły mu się więc jako bezduszni technokraci, co nie zmniejszyło jednak szacunku, jakim darzył ich niezmierną wiedzę i rozwój. Gdyby tylko nie istniała bariera przeklętej dumy szczurów, ludzkość mogłaby się tylu rzeczy nauczyć! Szczególnie uwłaczający była niemożność korzystania z języka. Kürenberger jako tłumacz rozumiał to najlepiej, gdyż wiedział jak ważny jest to element każdej istoty. Dlatego powziął zamiar dalszych studiów nad idealną mową Purgatorium i niepomierną chęć wybicia się ponad tak bardzo pogardzany tu ród ludzki i osiągnięcia pewnego stadium właśnie Nadczłowieka. Gdyby tylko był w stanie choć w części takim, w jakim był w innej rzeczywistości, to mógłby wejść w lepszą integrację z mieszkańcami tego pokoju. Czuł metaforyczne porównanie do człowieka wygnanego z raju, do którego musiał wrócić. A mógł mu w tym pomóc jedynie Abbadon, już kiedyś oświecony, lecz dziś upadły Anioł.

"Abbadonie, miałeś rację, iż kiedyś i my będziemy musieli się połączyć. Tak jak w odwiecznym kręgu Teza-Antyteza. Znów muszę być pokornym uczniem, na otchłań - tłumacz potrzebuje tłumacza! Miejsce to chyba jest najlepszym na duchową syntezę, pytanie tylko, jaki jest najlepszy na nią czas?"

Kiedy król przygotowywał grunt pod rebelię z Wokulskim, Inkwizytor zwrócił się do Anshelma na osobności, by rozpocząć dialog na linii władza kościelna - władza świecka.

-Królu, doradzam poważne przemyślenie ruchów. W którym momencie planujecie rewolucję? Szczury są diabelnie dobrze zorganizowane, a my jeszcze nie dysponujemy wystarczającą mocą. Szczególnie kościół jeszcze nie jest zbyt mocny, więc nasze realne wsparcie nie jest gotowe. W dodatku ciąży nad nami misja, a walka ze szczurami zapowiada się na nad wyraz wymagającą. Nie twierdzimy, że to niemożliwe, ale czy to konieczne?

Pozostawała jeszcze kwestia Aloisa ukrytego w powieści. Po wysłuchaniu brawurowego żądania klamki zebrał swą inkwizycję, by przedyskutować następne podejście. Jego pragnieniem było utrzymać go przy życiu, w celu wymierzenia kary i nawrócenia, toteż pozbawienie go życia uważał za ostateczność. Tak też chciał działać, ale problem stanowił warunek wejścia do budynku. Zebrał też Alter-Waltera i Niemą, gdyż mieli doświadczenie w tej materii i liczył się ze zdaniem weteranów, gdyż mogli wykazać się mądrością. Liczył również na jakąś celną uwagę pana Coldberga, gdyż jego własnemu umysłowi czasem brakowało logicznego pomyślunku, a student wykazywał się nim już wielokrotnie pomagając drużynie.

-Osobiście uważam, że każdego należy ukarać i dać szansę nawrócenia. Zabijając go natychmiastowo nie osiągniemy postępu, ale sprawa zostaje skomplikowana przez zuchwałe żądanie drzwi. Dała nam wybór w stylu albo-albo, ale każda odpowiedź jest błędna. Życie tego żyda jest mniej warte, niż te kulturowo ważkie dzieła. Spalenie ewangelii Tomasza byłoby najprawdziwszym grzechem wobec literatury i kultury europejskiej, a Abbadon, który widział więcej, dał mi jasny nakaz, by nie zmieniać przeszłości. Zniszczenie pozostałych dzieł miałoby skutki dla naszej drużyny jeszcze bardziej katastrofalne, gdyż ja i król moglibyśmy się nie stać tymi, kim jesteśmy. Z tego wyboru mniejszył złem byłaby ewangelia Tomasza, ale nie możemy wybrać mniejszego zła. Bierni też nie możemy być. Cóż więc czynić? Jasnym jest, że odpowiedź leży poza wyborem! Purgatorium wielokrotnie pokazało nam, że trzeba działać nieszablonowo i wyjść poza "Albo-albo". Alois udowodnił, że jest mniej warty od literatury, której ofiarą musielibyśmy okupić jego złapanie, toteż jedynie jego śmierć doprowadzi do odrodzenia. Tak więc propozycją ostateczności, oraz niestety wyrokiem śmierci na żydzie, który może was w sumie nawet uradować jest spalenie domu, w którym się ukrywa. Klamka swym żądaniem ukazała pychę i zazdrość, a te są przymiotami słabych. Liczy na ogień, ale zapomina, że ogień trawi najpierw słabych, a to dzieło (bez urazy, o królu) w porównaniu ze swymi sąsiadami jest słabym i mało znaczącym. Mam już nawet przygotowaną mowę z takim wyrokiem.

Wiwernus

Wiwernus

wczoraj, 20:33
Post ID: 83793

3 Październik 1991 r., Berlin

- Następnym razem, na co liczę, Pan Jörg będzie prowadził. W mgle, deszczu i mrokach nocy tych surowych lasów.
- I ja także. - palnęła nagle Joanna, zadziwiona sama swoją reakcją. - A teraz chodźmy już do domu.

Nawet po dwóch dniach nie wiedział czy Kondorek wyrażał swoim teatralnie wydeklamowanym „I ja także” gotowość do narażenia Pringsheima, czy jednak samej siebie, trudno mu było zresztą ocenić co byłoby gorsze. Oczywistym jednak było, że oczekiwała tylko na jeden możliwy i słuszny obrót sytuacji - jej narzeczony zgodzi się na dalszy trening. Odmowa – nawet jeśli pojednawcza – zasmuciła ją zauważalnie. Wnioski były oczywiste. Niezależnie jak bardzo starał się osłabiać jej samodestrukcyjne pragnienie doznania czegokolwiek, mógł je jedynie odraczać w czasie. Poza tym, pragnęła uporać się ze swoją traumą za wszelką cenę i ryzykując wszystkim. O ile byłby wstanie jeszcze rozegrać kobietę, o tyle Wanna tylko umiejętnie nakręcał ją na dalsze spotkania, choć robił to subtelnie i niepozornie. Nie mógł mu odmówić talentu w manipulacji.

Z karłem dobrze poszło też tylko i wyłącznie pozornie. Ten na gwałt potrzebował choć cienia sympatii i ciepła ze strony kogoś podobnego do niego – dziwaka i odmieńca. Ta myśl już była dosyć ponura i bolesna dla mechanika, niezależnie jak mocno pocieszyło go nawiązanie nici porozumienia z cholerycznym Thorstenem. Powoli uświadamiał sobie, że każda relacja z nim i tak skończy się toksycznie. Najgorsze jednak uświadomił sobie dopiero w domu, po drobnej „pomocy” odrobinę bardziej społecznej i przewidującej Joanny.
- Zgodziłeś się na odpicowanie, ale czy wiesz z czym się to wiąże? - spytała, kaszląc. - On będzie chciał tą maszyną wykonać pokazową, ryzykowną sztuczkę. Nie masz mu zrobić przeglądu. Świadomie się w to wpakowałeś? Po tym jak sam odmówiłeś ryzykownej przejażdżki Wannie?

Usłyszał cień wyrzutu w jej wspaniałym głosie.

...

Wyjaśnił pochodzenie magicznego portalu, co już samo w sobie wywołało na twarzy Fisha i Kostka niemały szok. Potem zadeklarował gotowość przekroczenia międzywymiarowej bramy, w czym już szok wywołał przede wszystkim u samego siebie. Najwyraźniej gotowy był na ryzyko i złamanie własnego postanowienia – zresztą zadeklarowanego Fordowi – co do jak najdłuższego pobytu w obecnej rzeczywistości za nim przejdzie do kolejnej. Było to szczególnie symboliczne w kontekście jego odmowy względem szkolenia Wanny, ale nie było czasu dymać nad własną hierarchią wartości. Wypytał opryszka i jego towarzysza o ewentualne rady, ci jednak byli ostrożni w wyrokach, ważąc każde słowo.

Opuścił miejsce szkolenia, a potem przeskoczył przez płot, zauważając w oddali zarys powrotnego autobusu. Za nim pobiegło dwoje dopiero co poznanych mężczyzn, którzy na swój szorstki i pokraczny sposób pocieszali go, widząc jego zmartwienie i obawy. Nawet Kostek miał w sobie minimalne pokłady przyzwoitości, niezależnie jakim brutalem był.

W domu znalazł się niemal błyskawicznie, jakby cała droga była zapomnianym natychmiastowo snem. Wkroczył pewnie do środka, a za nim podążyło dwoje nietypowych gości. Joanna opuściła naznaczone śladami moczu łoże, którego nawet nie pościeliła. Kucnęła przed otwartą zamrażarką i spoglądała w wielobarwną otchłań, kołysząc się i słabnąc od interpretacji wielowymiarowej przestrzeni „zrzuconej” do ich niezbyt abstrakcyjnego wymiaru. Posłuchała się go i nie weszła do środka.

Kostkowi i Fishowi na moment odjęło mowę, ale zachowali fason, zapoznając się z kobietą. Pringsheim skupił się na pocieszeniu narzeczonej, będącej od krok by przełamać się i wkroczyć do miejsca swojej traumy, jak i największej tęsknoty. Decydując się uczynić to za nią, podjął decyzję fundamentalną – za równo względem niej, jak i siebie.

Pochylił się, przybrał odpowiednią pozycję i wygiął się nienaturalnie, próbując dopasować do wąskiego, malutkiego przejścia. Przełknął nerwowo ślinę i z dziwnym podnieceniem zanurzył głowę do międzywymiarowego przejścia, odczuwając zauważalną zmianę. O ile jego ciało pozostało normalne i trywialne, o tyle jego oczy, uszy i nos zauważalnie zwiększyły swoje możliwości, a jego blizny zamrowiły niczym obdarzone własną świadomością. Jego umysł i emocje przeszły na wyższe obroty, pozwalając mu uświadomić sobie do jak bardzo abstrakcyjnego miejsca wkracza.

Zanurzył się cały i przeczołgał na pierwsze metry, raz tylko odwracając się na tyle, by móc ujrzeć światło z jego kuchni przedostającego się do dziwnej krainy. Z tej perspektywy to Berlin, a nie Purgatorium był dziwny i wymykający rozumieniu.

...

Pełzał niczym wąż, przedzierając się przez kolejne ciemne i kręte zaułki wyścielonych mięsem tuneli. Przepychał się ile tylko mógł, rozsuwając najbardziej ciasne z nich, a wyraźnie żywe otoczenie odpowiadało mu niczym żywy organizm, reagując bolesnym ruchem ścian. Nie widział prawie nic i musiał dopowiedzieć sobie czy wpadał na ściany ślepych zaułków, kolejne ociekające ropą cysty, pełne żołądkowych kwasów korytarze czy jęzorów wijących się na suficie niczym stalaktyty. Momentami gotów był zawrócić, ale wystarczyło mu odwagi, zresztą i tak powrotną drogę odcinały mu zrastające się momentalnie ściany. W końcu, wiedziony miejscem mniej ciemnym niż pozostałe z zaułków, wygramolił się przez łono i dotarł do Pokoju Narodzin.

...

Półmrok. Właściwie pełny mrok, ale było tu i tak jaśniej niż w absolutnych ciemnościach labiryntowych wnętrzności, a to co dostrzec nie mógł nowymi oczami, dopowiadał sobie sam, a jego myśl stawała się ciałem. Po tym jak przyzwyczaił się do działającego w zupełnie inny sposób ciała i umysłu, ruszył na zwiad. Pierwsze wnioski były oczywiste – pokój, jednocześnie mały i ciasny, a jednocześnie ogromny i trudny do przemierzenia. Czasami wydawało mu się, że kilka kroków wystarczyło, aby przebył jego połowę długości, innym razem jego długość rozciągała się do niebotycznych rozmiarów. Ocenę utrudniała kompozycja pokoju, bo tylko tak mógł określić w jaki umiejętny sposób wkomponowano w niego ogrom barokowych, wymyślnych i klimatycznych rekwizytów. Dualność tej małej-dużej krainy potęgowała jej różnorodność. Z jednej strony bujne paprocie nadawały jej sielskiej atmosfery świata nieprzemijającej przyrody, w którą wkomponowano klasyczne wzorce, a wszystko wokół było żywe i wyrastający naturalnie. Z drugiej, czuł wyczulonym zmysłem mechanika, że wszystko jest jednocześnie futurystyczne, uporządkowane z zachwycającą precyzją i zaprojektowane przez jakąś wyższą siłę. Może dlatego Pokój wydał mu się być połączeniem rodzinnego domu wyniesionego do apetytów miłośników barokowych rozwiązań i obiecanym rajem, futurystycznym ogrodem, gdzie mógł znaleźć kącik u Pana Boga za piecem.

Uświadomił sobie, że w końcu zaczyna rozumieć dziwne tęsknoty i pragnienia Joanny. Słowa nie były wstanie odczuć tego co czuł, gdy przemierzał rajską świątynię swojego stwórcy. Nawet dotknięcie szyby wymyślnych akwariów pełnych egzotycznych, wymyślnych ryb zachwycało. Mógłby smagać się delikatnie po bliznach, przeżywając jednocześnie zmysłową rozkosz, jak i przyjemny ból. Tutaj każde odczucie na poziomu zmysłów, emocji i intelektu było skrajne, a jednocześnie dziwnie dychotomiczne. Pamiętał jednak, że ostatecznie Francuzka zrezygnowała z tego świata i niezależnie jak bardzo „trenowała”, ostatecznie pozwoliła za bratem udać się właśnie jemu. Wiedział, że musi na siebie uważać.

Pierwsza rana pojawiła się w momencie, który mógł być dla niego drugą minutą podróży po Purgatorium, jak i drugą wiecznością. Wpadł na jedną z paradnych zbroi, a ostrze halabardy drasnęło go w dłoń. Krew ciekła delikatnie, przyprawiając go o mrowienie nieporównywalne z niczym innym. Gdy cierpiał, to boleśnie jak rzadko kiedy, ale gdy tamował upływ krwi, ulga była niczym seksualne doznanie. Uważał na siebie jeszcze bardziej, choć obawiał się, że tworzy w ten sposób kolejne zagrożenia, jakby wywoływała je jego myśl.

Teraz nie myślał o Joannie, lecz pięciu aspektach Forda, doceniając plan szkolenia jakie ten mu zaoferował. Z tej perspektywy wszystko widział inaczej, rewidując wcześniejsze poglądy.

Malca szukał w możliwie jak największym skupieniu i próbując uciec wzrokiem od rozpraszających obiektów. Pokój był opuszczony, ale nie miał pewności czy martwy. Roślinność i rybki były jakby uśpione, ale im dłużej spoglądał na obrazy pełne mistycznej symboliki, wojen, orgii i rytuałów, tym coraz większe były jego wątpliwości. Widział w nich zarówno obraz piekła niczym z zapomnianych przez czas obrazów Boscha, jak i dzieła niemal z religijnymi figurami. Wydawało mu się, że postaci na nich wodzą za nim wzrokiem.

Zatrzymał się przy Obrazie Psa. Z pewnością wyróżniał się niezbyt wysokim poziomem wykonania, był jednak zauważalnie wyeksponowany i wyróżniony. Przejechał dłonią po płótnie, a doznania kryjące się za jego powstaniem i losami na moment ogarnęły go niczym wizje. Wiele losów połączyło to dziwne dzieło. Odczuł nawet ślad Kondorka w jego egzystencji. Przeszła go tak mocna, irracjonalna i intensywna fala gniewu, że zaczął walić w psi łeb pięścią, ozdabiając kundla kolejnymi sińcami. Brzydziły go przekleństwa – rozumiane zresztą jako dosłowny proces kreacji czegoś wyjątkowo paskudnego – karła, a teraz sam bluźnił na obraz i uznawał żadnych kompromisów w wulgarności. Opamiętał się, gdy zaczął wyrywać z psa sierść, a ramę wyrwał ze ściany, by cisnąć stwora na ziemię. Dopiero wtedy uświadomił sobie, że już wcześniej „przebrzydłe bydle” naznaczone było licznymi aktami zniszczenia. I nie tylko to. Z amoku przy przeklętym obrazie wyrwał go sam... szwagier.
- Tata?

Jego głos przeszył go niczym strzała. Nie tylko słyszał jego niewinne, melodyjne tony pełne ckliwości i strachu, ale czuł jego zapach, smakował go niczym danie oraz obserwował jak rozświetla mrok jasnym, wielobarwnym światłem. Garland siedział skulony pod wielkim stołem. Pijawka siedziała na jego ramieniu, a charonicka kostka między skrzyżowanymi nogami. Razem oglądali atlas piesków. Każda strona stanowiła ilustrację innego futrzaka utkanego z sierści, którego dało się pogłaskać. Dziecko oderwało się od książki i wychyliło niepewnie, uznając intruza za swojego ojca. Widać było, że bało się go, a przekleństwa brało za napad agresji.

Pringsheim zresztą początkowo nie zrozumiał, że dziecko bało się nagłego przybycia opiekuna i sam pomyślał o własnym, tragicznie zmarłym tacie, z którym wiązał tylko pozytywne wspomnienia. Mógł go nawet ujrzeć i nadać mu kształt w cieniach ogarniających pokój, co przeszyło go wielkim żalem. Podszedł do malca, ujawniając się i dopiero wtedy Garland nabrał pewności. Zerwał się i wpadł w ramiona szwagrowi. Gdy lęk zniknął, ujawniło się jego niebywałe zaciekawienie pokojem.
- Przepraszam. Byłem ciekawy gdzie poszła pijawka i trafiłem tutaj, ale bałem się wyjść. - tłumaczył się ze szczerym żalem, a palcem wskazywał na pulsujące łono, wciąż obecne w pokoju. - Ten pokój jest olbrzymi. Schowałem się w szafie z ubraniami, ale przybył tłusty pan i zapewnił mnie, że zaraz przyjdziesz. Dał mi nawet książeczkę piesków, taką jaką chciałem mieć. Kazał mi się nie martwić, gdy zaatakowałem tamten obraz, ale przestraszyłem się go.

Na samą myśl o obrazie pieska mechanik odczuł złość i frustrację, chętnie rozerwałby go w pół. Malec zaczął dzielić się wrażeniami z pobytu w dziwnym pokoju, jednocześnie egzotycznym, jak i barokowym... i mięsistym. Nie zawsze rozumiał jego komunkaty. Podekscytowane słowa ciężko było zrozumieć przez synestezję, a poza tym sąsiedztwo zaczęło hałasować. O ile Pokój Narodzin był martwy, to sąsiednie, skryte za tajemniczymi drzwiami zdawały się żyć.
- To „dyskotekowcy”. - wyznał malec. - Zapukałem mocno i spytałem czy ktoś jest za drzwiami, ale poczułem się dziwnie. Byli cicho, ale odżyli nagle. Ojej, ty krwawisz!

Abstrakcyjna, rozrywkowa muzyka przeszyła ciało mechanika. Spojrzał w oczy pełnego fascynacji dziecka.
- Zostańmy tutaj, proszę, proszę, proszę...

Biblioteka Losu
Pokój przyjęty został z zaskakującym entuzjazmem, tak jakby doznania intelektualne i artystyczne przyćmiewały zdaniem pokojowiczów doznania ciała, których już mieli po pobycie w IV Rzeszy. Tuzy zwlekały z reakcją, stanowiło to precedens, bo z reguły ludzie łaknęli doznań cielesnych i sytuacja taka była nieprzewidziana. Nikt jednak nie robił sobie wyrzutów ze szczerej fascynacji, szczególnie kiedy zapas czasu drastycznie się zwiększył. Nawiązały się nowe i piękne, choć wymyślne relacje. Lea zbliżała się do Wokulskiego z każdą chwilą. Nadim, po tym gdy wstał z zimnego podłoża przyciągającego do siebie silną grawitacją, próbował poznać lepiej Proroka. Budda stał z boku, dodając do nieśmiałej rozmowy swoje uwagi, tak jakby próbował przeciągnąć ciemnoskórego do swojej ideologii. Otto podobny problem miał z Ottonem, który również napierał na niego z dziwną wdzięcznością za uratowanie w młodości - w „zakazanej kronice” miał świadomość bożego objawienia. Różnica polegała jednak na tym, że w tym przypadku funkcję Boga pełnił on sam, a każdy jego ruch i gest były interpretowane na setki sposobów przez Cesarza. O ile początkowo dało się to znieść, o tyle z czasem stało się uciążliwe. Szczególnie kiedy Otto nawiązał z Melkorem nić porozumienia, jakby nie patrzeć również Bogiem. Zdawali się znać niczym łyse konie i gdy w końcu Otton uznał, że lepiej dogada się z innym władcą, Anshelmem, Finn nagle zrobił się zazdrosny o Melkora i przejął jego miejsce, chociaż... Huckleberyy Finn, szczególnie z tego świata, był Huckleberry Finnem. Ucieleśnieniem tego przed czym ostrzegała się matka. Kumplem Melkora, przez to i kumplem Der Chemikera. Nie dało się go nie lubić. Tak, mogło być już tylko lepiej.

Najwięcej relacji nawiązał Anshelm. Otton III był może i dosyć namolny, ale wciąż pozostawał historycznym władcą i można było się od niego uczyć. Amelia zachwycała, zdając się być dzieckiem, którego nigdy nie miał, a które jednak istniało i zostało przez niego dotkliwie skrzywdzone. Sam Adolf Hitler, taki jakim siebie widział z Mein Kampf, jeszcze z początku lat '20 i przesiąknięty wszystkim co najlepsze z wewnętrznych światów, które ochoczo odwiedzał, rozmawiał z nim! No i Wokulski, niby Polak, ale tutaj postać pełna klasy, manieryzmów i charyzmy... oraz ciągot do spisków. Nie znał oryginału, ale gotów był go nadrobić, tak wielkie wrażenie zrobił na nim Stanisław z NRD, z którym zresztą wszedł potem w sojusz.

Z innego założenia wyszedł Kürenberger, który nie skupił się na postaciach, lecz całych książkach. Na moment opuścił Króla i z nieodłączną Beatą przemierzał szare ulice literackiego NRD, szukając dwóch kluczowych w jego mniemaniu pozycji. Znał regułę sennej drogi, odnalezienie ich nie przyszło mu z trudem. Podejrzewał zresztą, że jako tłumacz w tym pokoju cieszy się szczególnymi względami, w podobny sposób w jaki Anshelm cieszył się w Vollblütii. Podejrzewał, że pisarz zresztą i tutaj miałby część mocy z IV Rzeszy, gotów był zresztą podzielić się z tą uwagą po powrocie.

"Pieśni o Nibelungach" znalazł jako pierwsze. Drzwi zażądały opłaty w postaci wykonania prostego zadania. Tłumacz miał wykraść z Ministerstwa Prawdy dowód na to, że Partia kłamie. Już to stanowiło wyzwanie, a było jeszcze trzeba dostać się do pokoju „Roku 1984”, którego drzwi chciały zaś, aby Księdze Rodzaju zerwać owoc z drzewa poznania dobra i zła. Wolał nie wiedzieć czego zażądałyby drzwi prowadzącego do samego raju. W przypadku „Młota na Czarownice” o podobnym absurdzie nie było mowy i nie wpadł w pętle kolejnych wyzwań, by przemierzyć coraz mniej powiązane ze sobą światy. Tutaj sprawa była prosta.
- Rozśmiesz mnie do bólu zawiasów i skrzypienia, a wejdziesz.

Polubił te drzwi. Okolica była przyjemna dla oka, inspirowała do pracy i inkwizytorskiej działalności, znalazł nawet między kilkoma blokami ruiny po pozycji wymazanej z literackiej historii. Mógł się tylko zastanawiać co ewaporowali dawni pokojowicze, wolał jednak skupić się na stawianiu fundamentów pod swoją Biblię. Podstawę, kamień węgielny wznosił na drodze literackiego procesu, który przychodził mu z łatwością. Zarys treści znał, gorzej z językiem, bo znał wiele sposobów komunikacji swojego gatunku, ale zmienił się na tyle, że gramatyczne struktury i wtrącenia z mowy Purgatorium dodawał do kompozycji samoistnie. Obserwował szkielet papierowej budowli, upewniając się tylko w osądzie co do konieczności pogłębienia nauki nad mową z kostki. Inspiracje miał, powody także, nie brakło również nauczyciela. Synteza zgodził się wspomóc swojego stwórcę, jak i dzieło. Inkwizytor wędrował ręką po wymyślnym amulecie, w nieskończoności informacji wyjawiając kolejne elementy układanki z mowy Purgatorium.

Rzut na akcję: Lekcja Języka
Modyfikatory Pierwszorzędne: Inteligencja (+1), Siła Woli (0), Artyzm (0)
Modyfikator Drugorzędny: Wiedza (+2)
Wyniki: 2; 4; 2; 3 -> 3; 4; 2; 5 (po modyfikatorach) + 0,1 (bonus za opis) -> 11,6 / 3,5 -> 3,31 -> Brak Efektu!

Nauczył się jak się uczyć, jak stawiać kolejne kroki w komunikacji z cudownym przedmiotem, czerpać z nauk Syntezy i przełamywać własne ograniczenia. Nie było jednak mowy o tym, aby był wstanie wnieść się na wyższy poziom, a kilka nowych słówek i reguł nie odmieniło jego sposobu myślenia na tyle, aby rozbudował wznoszoną budowlę.

Miał już pewność, że bez zwolnienia kolejnych kilku bram nie skończy zarysu jeszcze podczas drogi do Pokoju Hitlera. Już raz osiągnął chwilowy geniusz dzięki ryzyku, nie miał jednak pewności czy był na nie gotowy. Beata odradzała mu je.

Przynajmniej droga powrotna do kompanów dodała mu otuchy. Natknął się na lekko oddaloną od grupy Joannę, która obserwowała w skupieniu książkę-dom, najwyraźniej abstrakcyjny dziennik senny. Dopiero po chwili ujrzał dzieło w jego bezpośrednim sąsiedztwie i aż zaparło mu dech. Miał przed sobą manifestację względnie skończonego, ale nigdy nie wydanego i nie przetłumaczonego dzieła Anshelma. To właśnie je miał przetłumaczyć i to właśnie ono sprawiło, że Kürenberger wplątał się w wydarzenia, które doprowadziły go do grobu. I oświecenia.

Wszyscy, nawet sam Anshelm, skupili się na harcach Otto. Z zaciekawieniem obserwowano jak tysiąc oczu i jedno otwiera się szeroko na samą myśl o unicestwieniu „dzieła”, coraz mocniej drążąc Nadima. Ten w końcu uległ, zawsze słuchał się teścia, a poza tym pragnął dowodu na to, że jest prawdziwym Niemcem. Przystanął na propozycję. Kamphausen odetchnął z ulgą – jakby Nadim miał jakikolwiek wybór! - potem zaś udał się do pierwszego lepszego podręcznika akademickiego dotyczącego chemii. Opłatą się nie przejmował. Ot, tatuaż z nagą panią na jego starym ciele. Kompani i tak by go nie zauważyli, bo przysłaniały go pijawki. Gorzej było z żoną, ale o niej nie myślał, zwiedzając z radością krainę opartą o twarde zasady naukowe. Odczynniki wywodził całymi taczkami, nie zastanawiając się skąd się tam wzięły, po prostu potrzebował je i były. Pozostało tylko, zgodnie oczywiście z procedurami BHP, zająć się paleniem książki rękami zięcia (niedoszłego!) i zresztą (niedoszłego!) studenta chemii. Poinstruował go, względnie upewnił się co do procedur, a potem obserwował zmagania ciemnoskórego, który drążony wzrokiem Lei nie tylko nabrał wątpliwości, to jeszcze wciąż rozproszony był spotkaniem Mahometa, powołaniem do życia kolejnego dziecka, a poza tym w Purgatorium zdawał się być skrajnie niezdarny, nawet bardziej niż w życiu. Dał już dowody na to, że potrafi sprostać wyzwaniom i jest bystry, ale czy podobnych przebłysków nie miała Lea, która i tak nie spełniała nigdy w pełni oczekiwań Waltera? Kamphausen kierowany dziwnym odruchem powstrzymał obawy. Nie chciał jednak, nie wiedział dlaczego, wydać się być niepewnym przy Ottonie III, na szczęście sobie przypomniał, że wszystko było symulacją.

Rzut na akcję: Wypalenie Wertera z historii (Nadim)
Modyfikatory Pierwszorzędne: Zręczność (-1), Inteligencja (+1), Siła Woli (+1)
Modyfikator Drugorzędny: Artyzm (0)
Wyniki: 7; 6; 2; 7-> 6; 7; 3; 7 (po modyfikatorach) + 0,2 (bonus za opis) -> 19,7 / 3,5 -> 5,62 -> Większościowe Powodzenie!

Pojawił się cień obaw, ale ustąpił wielkiemu cieniowi palącego domostwa. Pożar był spektakularny, a ogień przybrał wspaniałe barwy, które Otto interpretował jako muzykę dla swoich uszu. W synestezji słyszał zresztą jęk postaci, których świat stanął niespodziewanie w ogniu i mógł tylko dopowiadać sobie kiedy to nastąpiło...

...

Wysiadłem, a służąca, która zjawiła się u bramy, poprosiła, byśmy się na chwilę zatrzymali, bo panna Lota zaraz przybędzie. Przeszedłem podwórze, zbliżyłem się do okazałego domu, wstąpiłem na schody i stanąłem w drzwiach, a wówczas oczom moim przedstawił się tak uroczy obraz, jakiego dotąd w życiu może nie widziałem. W obszernej komnacie cisnęło się sześcioro dzieci, w wieku od jedenastu do dwóch lat, do dziewczyny średniego wzrostu, zgrabnej postaci, ubranej w białą sukienkę z bladoróżowymi kokardami na ramieniu i u gorsu. W rękach trzymała bochenek ciemnego chleba i krajała dzieciom kromki, których wielkość zastosowana była do wieku i apetytu każdego z nich. Rozdawała je z serdecznością wokół, a dzieci, trzymając rączki długo wzniesione w górę, zanim kromka została odkrojona, wołały potem: − Dziękuję! − i odbiegały wesoło, lub też odchodziły spokojnie, stosownie do swego usposobienia, ku bramie wjazdowej, by obejrzeć przybyłych i powóz, który miał zabrać ich Lotę.
− Proszę mi wybaczyć − powiedziała − że pana fatyguję aż tutaj, a pozwalam czekać paniom. Ale z powodu ubierania się, różnych zajęć domowych i zarządzeń na czas mej nieobecności, zapomniałam dać podwieczorku mojej gromadce, a dzieci domagają się, bym im sama wydzielała kromki. − Powiedziałem jej kilka słów pochlebnych bez znaczenia, a duszą zawisłem na jej postaci, intonacji głosu, ruchach, i zaledwo miałem czas przyjść do siebie ze zdziwienia, gdy wybiegła do drugiego pokoju po rękawiczki i wachlarz. Malcy patrzyli na mnie z oddali, jak małe szczury po drugiej stronie Muru Sentencji, rzucając spojrzenia nieufne, ale i ciekawe. Zbliżyłem się do najmłodszego o bardzo miłej twarzyczce, niczym postaci z baśni Andersena. Cofnął się właśnie w chwili, gdy Lota stanęła z powrotem w drzwiach i powiedziała.
− Ludwiczku, podaj kuzynkowi rączkę! − Chłopiec uczynił to ochotnie, a ja nie mogłem się powstrzymać od serdecznego ucałowania malca, mimo jego umorusanego noska. − Więc jestem kuzynkiem? − powiedziałem, podając jej rękę. Wiedziałem już, że Wokulski nie uwierzy mi, gdy podzielę się z nim skalą moich sukcesów. − Czy sądzi pani, że zasługuję na to szczęście? − O, proszę pana − odparła, uśmiechając się swobodnie − rodzina nasza jest tak rozgałęziona, że byłoby mi przykro wyłączać pana z niej! - upewniła mnie, a przed oczami miałem zazdrosną twarz Wokulskiego.
Idąc już ku wyjściu, poleciła Zosi, najstarszej po sobie, jedenastoletniej może dziewczynce, by pilnie baczyła na dzieci i by pozdrowiła
ojca, gdy wróci z przejażdżki. Malcom przykazała słuchać we wszystkim Zosi, jak by była nią samą, a kilkoro przyrzekło to uroczyście. Mała, przekorna blondyneczka, w wieku około sześć lat, zauważyła: − A przecież ona nie jest tobą. Lotko! My ciebie bardziej kochamy!
− Dwaj starsi chłopcy uczepili się powozu z tyłu, a na moje wstawiennictwo pozwoliła im Lota jechać razem z nami aż do lasu, pod warunkiem, że nie będą się sprzeczali i będą się trzymać dobrze pojazdu. Zaledwieśmy się należycie usadowili, kobiety się przywitały i poczyniły wstępne spostrzeżenia co do strojów, zwłaszcza kapelusików, jakby nigdy czap szczurzego ludu nie widziały. Zlustrowały towarzystwo, jakie się spodziewano
zastać, gdy Lota kazała się woźnicy zatrzymać i wezwała braci, by zsiedli. Chcieli ucałować raz jeszcze jej rękę, starszy uczynił to z wylaniem, właściwym wiekowi lat piętnastu, młodszy popędliwie i lekkomyślnie. Posłała raz jeszcze pozdrowienia rodzeństwu i pojechaliśmy dalej.
Kuzynka spytała ją, czy skończyła czytać książkę, jaką jej niedawno posłała. − Nie – odrzekła Lota − nie podoba mi się! Mogę ją zaraz zwrócić. Poprzednia nie była też lepsza! − Zdumiony byłem, dowiedziawszy się, co to za książki, i posłyszawszy jej odpowiedź. Wszystko, co mówiła, nosiło piętno indywidualne, w każdym słowie odkrywałem nowe powaby, na twarzy jej rozbłyskały światła ducha i jaśniały w całej pełni, odczuwała bowiem instynktownie, że ją rozumiem. W tej chwili gotów byłem wymknąć się, przebiec wszystkie ulice Biblioteki, przeskoczyć Mur i wykraść szczurom księgi z mową purgatorium, byle tylko jej piękno indywidualne zwiększyć.
− Za młodych lat − mówiła − przepadałam za powieściami. O, jakże miło było usiąść sobie w niedzielę w jakimś kąciku i utonąć myślą w zmiennych kolejach losu jakiejś miss. Nie zapieram się, że i dziś jeszcze lektura tego rodzaju ma dla mnie dużo uroku. Ponieważ jednak rzadko mi się zdarza zdobyć książkę, tedy musi ona odpowiadać w zupełności moim upodobaniom. Najmilszym jest mi autor, w którym odnajduję własny świat, który kreśli stosunki podobne tym, pośród jakich żyję, którego opowieść budzi we mnie takie samo serdeczne zainteresowanie, jakie mi daje własne codzienne życie, nie będące, co prawda, rajem, które jest jednak dla mnie w gruncie rzeczy źródłem niewysłowionej szczęśliwości. Starałem się ukryć wzruszenie tymi słowami wywołane, tak bardzo ujął mnie fakt, że w świecie takiej właśnie książki dane jest jej egzystować. Co prawda, nie bardzo mi się to udało, bo kiedy zaczęła mimochodem, ale z niezwykłym zrozumieniem mówić o Pastorze z Wakefieldu nie mogłem wytrzymać i powiedziałem jej wszystko, co wiedziałem, nie szczędząc szczegółów z podróży po najposępniejszych ulic literackiego NRD, którymi nie miała odwagi nawet straszyć swego rodzeństwa. Po dobrej dopiero chwili, gdy Lota zwróciła się do kogoś innego, spostrzegłem, że reszta towarzystwa
siedziała przez cały czas z otwartymi oczyma, niema, jakbyśmy byli sami. Kuzynka spojrzała na mnie raz i drugi, robiąc ironiczną minę, ale było mi to zupełnie obojętne. Rozmowa zeszła na uciechy tańca.
− Jeśli nawet ta namiętność jest wadą − powiedziała Lota, nawiązując do moich podróży do samej IV Rzeszy − wyznaję otwarcie, że nie znam niczego milszego nad taniec. Ile razy mi coś dolega, zaraz bębnię sobie na mym rozstrojonym fortepianiku kontredansa i wszystko staje się na
nowo znośnym. O, jakże, podczas gdy mówiła, poiłem się blaskiem jej czarnych oczu! Jakże pociągały mą duszę żywe jej usta i świeże policzki, jakże wtapiałem się w cudną treść jej słów, nie słysząc nawet często wyrażeń, w jakie przybierała swe myśli! Musisz sobie to wyobrazić dobrze,
znasz mnie bowiem. Słowem, wysiadłem z powozu odurzony, i kiedyśmy stanęli przed budynkiem, tak dalece zapadłem w półcieniu świata snów, Purgatorium wewnętrznego świata, że nie zwracałem niemal uwagi na muzykę, dolatującą z oświetlonej rzęsiście balowej sali. Dwaj panowie, Audran i niejaki N. N. − któż zdoła spamiętać tyle nazwisk − będący danserami Loty i kuzynki, przybiegli do powozu, porwali swoje damy, a ja również wprowadziłem do sali tę, która mi przypadła w udziale. Sunęliśmy w skrętach menueta wokół siebie jak pokojowicz wzywający sobowtóra, ujmowałem dłonie jednej kobiety po drugiej, a zdarzało się, że właśnie najmniej powabne ociągały się tak, że nie można było często dojść do ładu, by skończyć w porę figurę. Lota z danserem swoim rozpoczęła angleza, a możesz sobie wyobrazić, jakie mną owładnęło uczucie, gdy w toku figury zbliżyła się z kolei do mnie. Niezrównanie wygląda w tańcu! Oddaje mu się całą duszą i całym sercem, ciało jej nabiera niewysłowionej harmonii, staje się beztroska, swobodna, jakby taniec był dla niej wszystkim, jakby nie myślała o niczym innym, niczego poza tym nie odczuwała i zaprawdę w
tej chwili wszystko znika sprzed jej oczu. Poprosiłem o drugiego kadryla, przyrzekła mi trzeciego i z powabną otwartością zapewniła mnie, że ponad wszystko przepada za walcem, tańcem zresztą stworzonym do przywołania doppelgangera. − Panuje tu zwyczaj − mówiła − że para, należąca
do siebie, tańczy ze sobą „doppelgangera”. Ale mój kawaler walcuje nieszczególnie i bardzo wdzięcznym mi będzie, gdy go zwolnię z tego trudu. Pańska dancerka również nie umie i nie lubi tego tańca, pan natomiast, jak to zauważyłam w anglezie, dobrze tańczy. Jeśli mamy tedy
zatańczyć walca ze sobą, to proszę, niech pan idzie do mego dansera i poprosi go, by panu ustąpił, ja zaś udam się do pańskiej damy. Przyrzekłem, że tak uczynię i ułożyliśmy, że jej kawaler przez czas trwania walca będzie zabawiał moją danserkę. Znowu zaczął się taniec i przez czas jakiś zabawialiśmy się splataniem i rozplataniem ramion. Z jakimże powabem, z jaką lekkością poruszała się! A gdy przyszło do walca i zaczęliśmy
się toczyć dokoła siebie, niby dwie kule, szło nam zrazu nieskładnie, gdyż większość tańczących nie umiała tańczyć doppelgangera, z czego powstał pewien zamęt. Uczyniliśmy roztropnie i pozwoliliśmy się im wyhasać. Gdy najniezdarniejsi usunęli się z pola, zaczęliśmy wirować i wraz z drugą parą, Audranem i jego danserką, trzymaliśmy się mężnie. Nigdy mi dotąd nie szło tak dobrze, jakbyśmy byli Melkorem i Finnem w uniesieniu ducha i kielicha w mglistą noc bibliotecznego NRD. Nie czułem się istotą ludzką, przynajmniej nie z powodu natury Bytu. Trzymałem w objęciach niezrównane stworzenie ukształtowane myślą wspaniałego, literackiego twórcy. Szalałem niby burza, miotająca się wokół, i oto... na uczciwość, powiadam ci, uczyniłem ślub, że nie zezwolę pod żadnym warunkiem, choćby szło o me własne życie, by dziewczyna, którą będę kochał, do której będę miał prawo, tańczyła walca z kimś innym, poza mną. Wszak mnie rozumiesz!
Obeszliśmy następnie kilka razy salę wkoło, by odetchnąć, potem usiadła, a bubtyle z IV Rzeszy, ostatnie, jakie mi się udało jeszcze zdobyć, orzeźwiły ją doskonale. Tylko za każdym kawałeczkiem, jakim częstowała z grzeczności swą natrętną sąsiadkę, uczuwałem ukłucie w sercu.
W trzecim kadrylu byliśmy drugą z rzędu parą. Podczas gdyśmy przebiegali szeregi tancerzy w jakiejś figurze, a ja, trzymając jej ramię, z oczyma w niej utkwionymi, z niewysłowioną rozkoszą poiłem się malującym się w całej jej postaci wyrazem najszczerszego i najczystszego rozradowania, zbliżyliśmy się do jednej z dam, która zwróciła mą uwagę ujmującymi rysami niemłodej już twarzy. Na widok Loty dama owa uśmiechnęła się i grożąc palcem, z naciskiem powtórzyła kilka razy imię Albert, co pochwyciłem uchem w przelocie.
− Któż to jest Albert, jeśli wolno spytać, nie dopuszczając się zuchwalstwa? − powiedziałem do Loty. − Zamierzała mi odpowiedzieć, ale w tejże chwili musieliśmy się rozstać, by uformować wielką ósemkę. Kiedyśmy się za chwilę na moment zetknęli, dostrzegłem jakby cień zamyślenia na jej czole. − Nie mam potrzeby kryć się z tym − powiedziała, podając mi dłoń do promenady. − Albert jest to zacny człowiek, z którym jestem niemal po słowie. − Nie było to dla mnie nowością (wszakże poinformowały mię już o tym w drodze towarzyszki), a jednak było to dla mnie niespodzianką, gdyż nie związałem dotąd w myśli tej wiadomości z istotą, która od chwil niewielu stała mi się tak bliską i drogą. Zmieszałem się do tego
stopnia, że wszedłem w niewłaściwą parę. Z tego powstał istny chaos, który tylko przytomność umysłu Loty, lekkie popchnięcia i pociągnięcia, jakich się jęła żywo, rozwikłać były zdolne. Jeszcze się nie skończył taniec, gdy wzmogły się błyskawice, od dawna rozdzierające firnament,
a przeze mnie tłumaczone jako przebłyski zorzy północnej, a grzmoty rozgłośne przygłuszały muzykę. Trzy danserki ulotniły się z szeregów, a za nimi podążyli kawalerowie. Powstało zamieszanie, a muzyka grać przestała. Zwykła to rzecz, że jeśli coś niepomyślnego albo groźnego zdarzy się nam podczas zabawy, oddziaływa na nas silniej niż zazwyczaj, już to przez kontrast, ujawniający się żywo, już to skutkiem tego, że zmysły nasze pobudzone są wówczas do sprawniejszego przyjmowania wrażeń, jak to w Purgatorium. Przyczynom tym przypisać muszę różnorodne, przedziwne gesty, jakie zauważyłem u kobiet. Najroztropniejsza usiadła tyłem do okna i zatkała uszy. Inna klękła przy niej i ukryła twarz na jej kolanach. Trzecia wcisnęła się pomiędzy obie i objęła swe siostry, płacząc rzewnie. Kilka wybierało się na gwałt z powrotem do domu. Wreszcie niektóre do tego stopnia straciły świadomość tego, co czynią, że pozwalały obejmować się bez oporu młodym ludziom i całować w usta, szepcząc błagalne modlitwy,
które z tego powodu nie mogły ulatywać w niebiosy. Kilku mężczyzn udało się do przedsionka dla wypalenia w spokoju fajeczek, a całe towarzystwo przyklasnęło mądremu pomysłowi gospodyni, która ofiarowała się zaprowadzić nas do pokoju, opatrzonego w firanki i okiennice. Gdyśmy się tam znaleźli, Lota ustawiła co prędzej krzesła w krąg, a kiedy wszyscy na jej prośbę zajęli miejsca, zaproponowała grę towarzyską. Spostrzegłem, że niejeden w oczekiwaniu ponętnego fantu nastawiał już usta i poruszał się z ożywieniem.
− Zagramy w liczby! − powiedziała Lota. − Proszę uważać! Będę obchodzić wszystkich od prawej strony ku lewej, a państwo musicie wymieniać tę liczbę, która na każdego przypadnie. Tak będzie w kółko aż do tysiąca, ale prędko, piorunem. - jak na wezwanie ten znów zagrzmił. - Kto się zawaha albo zmyli dostanie po buzi. Wszyscy się rozbawili. Szła prędko z wyciągniętą ręką. Raz − zaczął pierwszy − dwa − podjął drugi − trzy -− krzyknął trzeci, i poczęty się sypać liczby coraz to prędzej.
- Boże, Lota się pali!

Nie była to odpowiedź, której spodziewałbym się usłyszeć, wyrwany jak ze snu rozbudziłem, a ciało me mrowienie tak silne przeszło, że w środku gry opadłem na ziemię i oddech łapałem. Kolejny grzmot był na tyle bliski, że przeszył mnie aż do kości. Niepewnie podniosłem głowę w kierunku Loty, weryfikując żart, słowa obmierzłe żartownisia przebrzydłego, godne Melkora i Wokulskiego w chandrze. I jak mnie nie oślepiło na widok skóry jak tłuszcz się wytapiającej, oka pulsującego pod wpływem nacierającego żaru i szyi niczym korale przez płomień objętej. Nawet wtedy wodziła jedynym okiem za rodzeństwem, sprawdzając jego stan. I je przeszedł ogień, palący z czasem coraz więcej kawalerów, pań pięknych i danserów wszelkich. Jasnym już było, że kolejne pioruny, boskiej i demonicznej zarazem siły manifestacje, nie są zjawiskiem zwykłym, lecz jakąś niezrozumiałą i nieuzasadnioną niczym karą. Nie byłem wstanie się ruszyć. Ktoś moją Lotę, stworzenie umiłowane, wyprowadzić spróbował, ale i jego ogień objął, trawiąc w losowych miejscach, aż dostał się czerniejących niczym węgiel kości. Wszelkie próby interwencji nie mogły mi przyjść. Spoglądałem jak lico absolutne rozpuszcza się od żaru, a melodyjny głos ustępuje jękom agonii i wrzaskom pełnym bólu, niczym wycie świni zarzynanej ręką rzeźnika. Jej partnerem był teraz ogień, obejmujący ją niczym danser silny i nieokiełznany, nie pozwalający na najmniejsze nawet zawahanie w śmiertelnym walcu. Chciałem zająć jego miejsce, uwolnić od bólu nieuzasadnionego, ale gdy nagle kolejna fala wielobarwnego ognia objęła całe pomieszczenie i w końcu mnie od trzewi, mogłem jedynie zebrać siły i zerwać się do ucieczki. Niczym żywa pochodnia przebiegłem po ciałkach wijącego się rodzeństwa Loty, jak i w końcu po niej samej, w ostatnich kwadrylach męki zadanej jej przez siłę nieznaną. Moja stopa przeszła po jej twarzy, zapadając się w stopniowej skórze, aż w końcu ugniotła jej oblicze anielskie niczym ciasto, którego ogniki czułem jeszcze między palcami, gdy szukałem schronienia w ogrodach. Wewnętrzne płomienie dotarły już do mego serca, smażąc je niczym potrawę. Kątem oka ujrzałem jak płomień obejmuje niebo i wypala je, a cały wewnętrzny świat zapada się w ognistej apokalipsie. W ostatnich chwilach ból absolutny minął, a moje ciało rozpadło się na popioły i rozwiały już w pisarskim NRD. Trwałem ułamek sekundy jako dym i popiół, który wpadł do gardła młódki, piękności o wielobarwnych oczach, dzikiej Loty i anielicy wspaniałej. Przepadłem, wykrztuszony w spazmach bólu i wypluty niczym flegma, a ostatnim co doznanie było dziwne przeczucie, że ktoś wyrwał mnie z nieskończonej pętli i wymazał z egzystencji, która dla pokoleń stała się inspiracją...

...

Lea kasłała, ale Otto pochłaniał popioły i dym, który ukształtował się w scenerię wijących jeszcze postaci, tych samych które zabił w akcie literackiego ludobójstwa. Nadim nie wytrzymał napięcia i temperatury, wymiotując delikatną strużką na ruiny i fundamenty, które pozostało po Werterze i jego kompanach. Kamphausen skinął – odwróconą do góry nogami – głową i zamknął wszystkie oczy, próbując wybadać co właściwie uczynił. Zalało go przyjemne ciepło, bo w wspomnieniach nie potrafił przywołać żadnej sceny z udziałem przeklętego dzieła. Uśmiechnął się pod nosem, a jego kombinezon z pijawek zadrżał podniecony, aż w końcu zdał sobie sprawę, że bieg dziejów został zaburzony, a los kopnął go boleśnie w zadek.

Nie widział literackiego „przeboju” jako odpowiedzi na oczekiwania czytelników, antytezę zrodzoną z zastanego porządku rzeczy. Próbował wymazać Cierpienia siła, nie przewidując, że poszerza pustkę i dziurę, którą spróbowano zapełnić jeszcze radykalniej, śmielej i gorsząco w mniemaniu Kamphausena. Niemal zatęsknił za żółto-niebieskim strojem i listami Wertera. ”Katusze i agonie starych Walheimów” nie tylko były słabsze językowo, to jeszcze ociekały kiczem. Teraz samobójstwo - jeszcze bardziej tchórzliwe, nieuzasadnione i nieudane – popełniał bohater zbiorowy, w dodatku nie mający nawet uroku Wertera. „Katusze...” wyrosły zresztą na miejscu „Cierpień...” i mógł je teraz sobie dokładnie obejrzeć w całej okazałości.
- Zabiłeś ich! - warknęła Lea, ale wszyscy byli już zmęczeni jej bytowymi zapędami i powolnym przejmowaniem roli Niemej, więc... Niema zaszła ją od tyłu i ogłuszyła, na co Alter przystał z miną pełną dezaprobaty. Walter w jego głowie aż zmroziło.
- To już było męczące. - przyznała, jakby była właściwą do tego osobą. - Róbmy swoje i idziemy dalej.

Zaczęli się bać palenia książek, ale coś z żydem trzeba było zrobić, więc ostatecznie zgodzono się na ewaporowanie jednej z książek Anshelma. Nadim jako doświadczony piromanta zajął się podpaleniem i po chwili obserwowali jak kolejne domostwo pięknie mieni się wielobarwnymi płomieniami. Król obserwował jak jego cząstka zarży się i zapada w absolutnym skupieniu, a wraz z nią traci kolejne cenne doświadczenie. Udało mu się jednak przetrwać bez tej pozycji i obyło się bez większych błędów w kolejnych utworach. Doznał nawet satysfakcji, gdy książka obróciła się w popioły, a żyd przepadł raz na zawsze. Nigdy nie zapomniał widoku zdesperowanej klamki, która podzieliła los jaki sadystycznie chciała zgotować innym. Poza tym dał lekcję Gangowi Dziesiątki, że nie boi się odważnych rozwiązań. Wokulski skinął głową z uznaniem.

Roześlijcie wśród wszystkich przyjaznych nam postaci książkowych wieść o moim przybyciu i przygotujcie grunt pod rewolucję. Nie możecie jednak pozwolić, aby szczury się o czymkolwiek dowiedziały. Uda nam się tylko, jeżeli weźmiemy je z zaskoczenia.

I jak Niema nie wybuchnęła śmiechem!
- Jeśli nie chciałeś ich ostrzegać, to czemu pozwoliłeś żydowi na dachu uciec do szczurów? - westchnęła. - Módl się, aby nie był wstanie ich ostrzec bez użycia ludzkiej mowy.

Wokulski jednak gotów był na ryzyko. Ruszył z połową swojej barwnej świty, aby zebrać pod jednym sztandarem rewolucyjną armię łączącą barwne postaci literackie. Działając z upoważnienia samego Króla Anshelma zapuścił się śmiało do najbardziej dziwacznych i ponurych dzielnic NRD, składając uroczyste zaproszenie na konferencje, która miała utworzyć podwaliny pod zorganizowany ruch. Korzystając z sennych reguł poruszania, przedstawiciele najważniejszych stronnictw ukryli się w jedynym wewnętrznym świecie, który nie wymagał od nich wygórowanej opłaty – Hyperionie, tytułowej planecie z powieści wydanej w 1989 roku, przełomowego dzieła science-fiction.
- Spójrz na nich. Każdy z tych bytów jest inny, ale wszystkie ogarnięte się podnieceniem. Dla nich opuszczenie rodzimego świata jest czymś naturalnym, ale zorganizowane zebranie pod kierownictwem gatunku ich stwórców, to już coś. Ty, jako Król krainy znanej dla 99% z nich jedynie w opowieściach. Jesteś kimś więcej, gotowym zmienić ich los i pozwolić na interakcje z wyidealizowanym światem po drugiej stronie Muru. - doradzał Otton III, trzymając się blisko Fuhrera. - Musisz ich ujarzmić, znając ich słabości i troski. Uderz w odpowiednie struny, a będą twoi.
- Mój panie. - Mahomet padł na jedno kolano. - Otrzymaliśmy informację, że ofiary z twoich książek zorganizowały się, opuściły swoje wewnętrzne światy i obawiając ostatecznej anihilacji na drodze spalenia, zatrzymały pod Murem Sentencji, czekając na przepuszczenie i wsparcie w wojnie z tobą. Dołączają się do nich ci, którzy w twoich książkach mają się... dobrze. Nie chcą zmiany, przynajmniej nie zawsze.
- Postacie z antyutopii również zdradziły, przynajmniej część. - dodał Budda. - Orwellowcy, Huxleye, Zajdle, Brandbury... wszyscy dosyć się nacierpieli w losie napisanym przez ludzi, a teraz widząc was bunt, gotowi są połączyć siły ze szczurami, byle powstrzymać naszą ekspansję. Przewodzi im Winston Smith zwany Królem Strażaków. Mówi, że jesteś władcą popiołów, a twoja rewolucja to... Fahrenheit 451. Myślę, że to jakaś forma przywiązania do totalitaryzmów. Na dobrą sprawę to każdy może okazać się zdrajcą. Ten co miał dobrze i ten co miał źle...
- Powinieneś spalić domostwa zdrajców, a wtedy zginą razem z nimi. - zasugerował Wokulski.
- Ale wtedy przepadną i dzieła w rzeczywistości... - przeraził się Nadim. - No i to odpowiedzialność zbiorowa. Większość bytów ma gdzieś tę wojenkę.
- Gdy ludzkość zrozumie zdobycze technologiczne szczurów, już nie będzie potrzebować książek, które przestrzegają przed dobrotliwym ustrojem Jego Wysokości. - zauważył Wokulski, zacierając ręce. - Prawda?

Do namiotu na Hyperionie wparowali ostatni goście i zaczęła się krótka, ale intensywna debata. Anshelm znajdował wsparcie wśród miłośników rozwiązań siłowych, podobnych jemu nazistów, bytów nie znających kompromisów i wszelkiej maści grabieżców. Zauważył, że wśród przybyłych dominowała setka różnorodnych Jezusów, tworzących najsilniejsze stronnictwo.
- Wszyscy znamy przepowiednie, którą wypowiedział Król Szczurów. 14 Maja 2017 roku to dzień, w którym pośrodku naszej dzielnicy wyłoni się Cicha Dolina, a z niej wyjdzie młody facet oraz jego dziwna kompania. - przemówił Jezus #48. - Do tego czasu NRD miało stać jak stało, takie są fakty.
- Fakty są takie, że ta wizja jest albo źle interpretowana, albo jest propagandą szczurów, które chcą nas trzymać w ryzach. - odparł momentalnie Wokulski. - Nikt z nas nie rozumie ich mowy, w jakiś sposób jednak przepowiednia w takiej wersji krąży w obiegu w naszej społeczności. Chcą nas trzymać w ryzach. Cicha Dolina to mit znany we wszystkich pokojach. Jest zresztą jeszcze jedna przepowiednia. Gniazdo Światów, mówi ci to coś, Jezus?
- To może Anshelm to też propaganda? - wtrąciła się Łęcka i zapadła cisza.
- Nie przenoś personalnych spraw tutaj, proszę cię. - warknął Wokulski. - Ile można!
- Merytorycznie, Wokulski. Daj nam dowód, że Anshelm nie jest przypadkowym chłopkiem, który przyszedł w muszce i się załapał na kolejną przepowiednię, albo że nie jest podstawiony, aby dać szczurom pretekst do pacyfikacji nas.
- Dlaczego byty ma reprezentować ktoś przyzwalający na palenie książek, ktoś kogo raczej nie lubią własne twory? - krzyknął ktoś inny, a część postaci wyły z aprobatą. - To jakby wilk działał na rzecz owiec, zresztą wilk z obcego królestwa. Tu się IV Rzeszy nie lubi.
- Opamiętajcie się. - Wokulski próbował uspokoić tłum. - Dasz im raj, to nie będą chcieli więcej. Dasz im piekło, nie będą chcieli zmienić swojego losu. Choćby się zesrał, to nie zadowoli wszystkich swoich bytów, szczególnie gdy się wpakował już w tematykę w jaką wpakował. Ważne jakim jest dowódcą i jaką ma pozycję.

Spontanicznie zebrana grupa rozeszła się, a pierwsza próba utworzenia rewolucji okazała się być porażką. Argumenty przeciwników Anshelma były silne, a przynajmniej na tyle, aby wszyscy wrócili na ulice NRD do ostudzenia emocji, z ewentualną szansą na wznowienie rozmów. Pokojowicze i literacka śmietanka zebrali się znów na ulicy, wymieniając podczas krótkiej narady argumenty i zastanawiając czy dalsze próby rewolty mają w ogóle sens. Bez dobrego planu nie tylko groził im atak szczurów, ale i wewnętrzna wojna między Fahrenheit 451 i tak zwanymi Hiobowcami lub Werterowcami, bytami mającymi dość niesprawiedliwości i obawiającymi się tyranii nazisty, który przybył znikąd i nie zbyt przejął się spaleniem dwóch książek. Hans jednak był konsekwentny i twardo stał po stronie Króla IV Rzeszy.
- Panie, pojawiło się poselstwo. - poinformował Budda. - Amelia... przeszła na stronę wroga i chce nam zaoferować pokój.

Wystąpiła śmiało, co go zresztą ujęło w chory sposób. Jego „córka”, tak jak w książce, przewodziła rewolucji. Tylko na większą skalę i po drugiej stronie konfliktu.
- Reprezentuję Szczury i wszystkie byty, którym zgotowałeś ponury los w swoich książkach. - wyznała z dumą, jakby zadowolona z chichotu losu jakim było nadanie jej talentów pozwalających na podobny czyn. - Twoje aluzje i symbolika w książkach uczyniła żydów lub ich symbole niekiedy złowrogi panami, którzy mieli się dobrze, innym razem wyjątkowo cierpiącymi istotami. Zawsze jednak byli inteligentni i przebiegli. Dlatego teraz oni rozdają karty. Podręczniki do chemii. - spojrzenie na chemika. - Dzieła Filozofów. - spojrzenie na tłumacza. - Twoje przeboje. - spojrzenie na Hansa. - Wszystko już jest podłożone. Sprawdzasz nasze karty i zaryzykujesz, że utracicie wszystko co wam bliskie i kluczowe dla ludzkości? Czy grzecznie się wycofacie i podpiszecie deklarację o nieagresji względem jakiegokolwiek bytu oraz szczura, a wasze dzieła nie zostaną spalone?

Odruchowo pomyślał, że tylko pejsate grono zdolne było do podobnie wyrachowanego działania, a jego pociecha przejęła jego sposób myślenia.
- Prosimy o chwilę na naradę. - Wokulski oddalił się z Anshelmem i jego świtą. - Podpisz co podsuną. Jeśli mówi prawdę, mogą cofnąć ludzkość lata w tył jednym ruchem. Wrócicie do Berlina, wydacie trochę szmir pełnych silnych bohaterów z dobrym żywotem, byle nie za dobrym, a potem dopiero ruszycie.
- Otrzymacie przejście przez mur, a Szczury w drodze wyjątku przeprowadzą was do kolejnego pokoju. Nagroda za Pana Osiołka i Panią Adahn zostanie wycofana, a wy będziecie mogli między sobą nawet porozumiewać się w waszej ludzkiej mowie. - krzyknęła Amelia.
- Szczury to cwane bestie. - Alter jakby odetchnął z ulgą, którą dostrzegli dopiero teraz. - Dogadajcie się. Mam córkę do przeprawienia na drugą stronę i nie chcę problemów z rozumnym gatunkiem. Tobie, nazisto, polecam spojrzeć na twoje dzieło jak na dziecko. Ja swoje straciłem, tobie tego nie radzę. No ale to nie moja duma. Ja waszego samobójstwa nie poprę, tyle ode mnie.

Anshelm nie planował powrotu, byłby jednak zmuszony, gdyby kierował się poradą Stanisława. Porada Altera zaś wiązała się z prostym sukcesem, ale nie dawała władcy żadnych zysków, a nawet stawiała go w niekomfortowej sytuacji przegranego, zmuszonego do upokarzających rozejmów. Musiał jednak liczyć się z pozostałymi ludźmi, choć czy na pewno?

- Ja... Ja nie jestem za wojną i przemocą. - wystąpił Nadim. - Jeśli jednak kogoś to pocieszy... to chyba ”Katusze i agonie starych Walheimów” pójdą za nami w ogień, tak bardzo wdzięczne są za pętlę niekończących się samobójstw i masochistycznej rozpaczy nad własnym losem.

...

Limit Czasowy

50:07

,  dodaj nowy wątek