Oberża pod Rozbrykanym Ogrem

Gry Wyobraźni - "Purgatorium [Gra]"

Aktualnie w Osadzie: Ognisko jest zgaszone.
Osada 'Pazur Behemota' > Gry Wyobraźni > Purgatorium [Gra]
Wędrowiec: zaloguj, wyszukiwarka
Garett

Garett

23. kwietnia
Post ID: 84959

Im więcej czasu upływało, tym pusty umysł coraz bardziej się zapełniał. Oczywiście, nawet gdyby dać mu setki lat, to i tak nigdy nie osiągnąłby stanu choćby najbardziej przeciętnego umysłu. Głównie dlatego, że odczucia Meliasa zwyczajnie się tu pojawiały, przyjmowały pseudo-fizyczne formy (o ile można nazwać coś co przyjmuje jakiś kształt wewnątrz umysłu fizycznym) i tyle. Nie były nijak sortowane przez właściwie nie istniejący mózg Meliasa. Elias i Mathias teoretycznie mogliby się tym zająć, ale zajęłoby im to pewnie nieskończoność, a nawet jeśli, to i tak odtworzony w ten sposób umysł nie byłby ich własnym. Dlatego właśnie zajęli się obserwacją tego jak ciało pozbawione umysły odbiera świata. To znaczy, Elias się tym zajął, bo Mathias próbował sięgnąć jeszcze głębiej w jaźń, odnaleźć to, co zostało wessane przez pustkę. Wszakże w naturze nic nie ginie, toteż także ich myśli nie mogły tak po prostu zniknąć bez śladu, mogły za to zostać rozerwane na czynniki pierwsze i ukryte w najgłębszych zakamarkach jaźni. Oczywiście, nie bardzo mu to wychodziło.

I tak minęło kolejne kilka wieczności aż do przybycia Forda. Grubas przytachał ze sobą Waltera oraz domagał się ich pogodzenia.
-To będzie trudne, zważywszy, że ja nie nigdy nie miałem nic przeciwko niemu aż do czasu kiedy zaczął podejmować idiotyczne decyzje, jak wtedy i Handlarza – odparł Elias. -Jak już, to Mathias może mieć coś przeciwko.
-Heh, zakładasz, że mam urazę do kogoś, kto nie jest tym samym Walterem co z mojej linii czasu. Tamten Walter był głupcem przekonanym, że skoro niegdyś był Alterem, to także i teraz jest zdolny zawojować Purgatorium. Na nim jednak się zemściłem, jego istnienie zostało wymazane i zastąpione istotą podobną, ale jednak nie tą samą. Zresztą sam mi w tym pomógł, zmieniając wcześniej istnienie swojej matki i tym samym swoje własne dzieciństwo. Jeśli więc ten tutaj chce kogoś obwiniać, to niech obwinia swoją poprzednią wersję oraz Altera za to, że jego nienawiść do bytów właściwie przyćmiewała jego miłość do Seleny.
-Nie pomagasz...
-Oj daj spokój, sam przecież umyłeś ręce... Zaraz, co on właściwie odwala? Po cholerę ćwiczy taekwondo w mojej próżni?
-Naszej próżni.
-Cokolwiek... Można by pomyśleć, że to jemu usmażono mózg, nie nam. Poza tym jak można być tak niegrzecznym żeby zupełnie zignorować słowa Pana Forda i miast tego przywoływać kolejnego gościa bez pytania nas o zgodę? Tak, tak, wiem co kombinujesz. W tej próżni myśli i słowa są jednym, podejmując jakieś działanie jednocześnie obwieszczasz jego cel.
-Zignoruj go, skoro on nas ignoruje. Ford go pewnie zmiecie jeśli spróbuje rozkazać doppelgangerowi by „przerwał” rozmowy pokojowe. Zresztą mamy inny problem.
-Taa, poczułem jak nasz nowy „monument” tu wylądował.

Elias i Mathias zostawili na chwilę gości i zbliżyli się do olbrzymiej i wiecznie zmieniającej się kostki z obcymi i nieczytelnymi znakami. Było to pytanie zadane przez Hadesa, które tak jak i inne rzeczy odczuwane przez Meliasa, przyjęło tutaj pseudo-fizyczny kształt.
-Co z tym zrobimy? Ford nie odpowie nawet jakbyśmy obiecali mu, że będziemy całować Piontka po stopach.
-Pewnie wolałby żebyśmy sami odpowiedzieli. Niestety, guru chyba też nie zna odpowiedzi. Wnioskuję to po odczuciach jakie od niego odbiera Melias. Można by pomyśleć, że jest telepatą, tak dobrze odbiera uczucia. Potrafi nawet wyczuć intencje za głosami Tuzów, a przecież ich wypowiedzi są czytane przez ten komputerowy głos. To już jest coś więcej niż rozpoznawanie nastroju poprzez ton głosu. I to moglibyśmy wykorzystać.
-Chcesz żeby odczytał emocje zawarte w pytaniu, użyć go jako swego rodzaju tłumacza.
-Tak. A to, że zna tylko jedno zdanie jest nam w tym wypadku na rękę.
-Możemy nadać temu zdaniu znaczenie w taki sposób aby definiowało kostkę.
-Dokładnie. Problemem może być jednak odpowiedź. Wątpliwe by starczyło nam czasu na przetłumaczenie pytania, znalezienie odpowiedzi, a potem przetłumaczenie jej z powrotem.
-Nie nie, to dobry plan. W końcu język purgatoryjski to mowa absolutu. Idea pytania zakłada, że jest na nie jakaś odpowiedź. Nie może istnieć pytanie bez odpowiedzi jak i odpowiedź bez pytania. Zwłaszcza w mowie absolutu, która jest niczym enancjomorf. Język purgatorium operuje na dualiźmie, mówiąc w nim o życiu mówisz jednocześnie o śmierci, bo jedno nie może istnieć bez drugiego. A zadając w nim pytanie udzielasz jednocześnie odpowiedzi. W tym zadaniu nie ma żadnego wyboru, jest tylko jedna opcja, jedynym wyzwaniem jest odczytanie jej.
-Czyli jeśli wykorzystamy Meliasa do przetłumaczenia słów Hadesa, to zostaną one rozerwane na części składowe, ponieważ język inny od mowa absolutu nie będzie w stanie zachować tego dualizmu.
-Tak, a ponieważ jest nas dwóch, to jeden weźmie jedną część enancjomorfu, a drugi drugą. W ten intencje Hadesa nie rozlecą się po całej próżni, ponieważ jeden przyjmie rolę Pytającego, a drugi rolę Odpowiadającego.
-A skoro klamka była w stanie przetłumaczyć intencje Psa kiedy wcześniej zadała mu pytanie...
-...To i my będziemy mogli zawrzeć odpowiedź w wieloznacznym „proszę kontynuować eksperyment” i sprawić by Melias przekazał poprzez te słowa nasze intencje i odpowiedź.

Cała ta wymiana zdań trwała zaledwie kilka sekund, choć mogło to i być kilka wieczności. Kompletnie już zapominając o tańczącym Piontku, który wcześniej ich zignorował, Coldbergowie „przytwierdzili” kostkę-pytanie do centrum próżni, jakim były olbrzymie litery układające się zdanie „proszę kontynuować eksperyment”. Oni sami natomiast zajęli miejsca po obu końcach zdania. Przygotowali się na mentalną falę jaka powstanie gdy zdezorientowany Melias spróbuje rozróżnić uczucia i intencje ukryte w słowach Hadesa.

Trzęsący się i zdenerwowany Melias, niewiedzący czego wszyscy od niego chcą nagle się wzdrygnął. Bogowie wydali mu rozkaz. I choć właściwie nie znał idei rozkazu, to czuł, że siła stojąca za ich słowami była tym razem o wiele większa niż wcześniej. I jeszcze coś... niesamowicie pierwotnego.

PROSZĘ(Elias-Pytanie). KONTYNUOWAĆ(Kostka-Słowa Hadesa). EKSPERYMENT(Mathias-Odpowiedź)!

Wiwernus

Wiwernus

24. kwietnia
Post ID: 84966

Biblioteka Losu

Po zadanym pytaniu, pytaniu-absolutnym, zapadła absolutna cisza i absolutny strach. Początkowo drużyna zachowywała pozory spokoju – Anshelm zdawał się odpływać myślami w rozmowy ze znanym tylko sobie osobnikiem (osobniczką?), Otto podrygiwał niewzruszony, a Søren, początkowy dygoczący i intensywnie pocący, rozpoczął medytację. To inkwizytor skupił większość uwagi postronnych, mniej przydatnych drużynie uczestników rozgrywki, gdyż stanowił jedyną ich ostatnią nadzieję. Na Meliasa, poza coraz bardziej wątpiącą Leą, nie spojrzał nikt. Liczył się tylko Guru, czas któremu wymykał się na drodze transu i pytanie, któremu chciał stawić czoła. Z czasem jednak, gdy sekundy mijały z coraz większą dla wszystkich prędkością, jego oblicze było coraz bardziej kamienne i martwe. Początkowo uznawali to za objaw jego kolejnej z przemian po deklaracji dołączenia do Rewolucji, wszak Hades stał się dla niego pomniejszym wrogiem, nie porównywalnym z negacją aksjologicznej dychotomii jaka władała i Purgatorium, i wszechświatem. Z czasem jednak zaczynali wątpić, tak jakby w medytacji, Kürenberger uciekł im wszystkim, zostawiając na pastwę losu okrutnego Hadesa. Niezależnie w co wystroiliby ich orkowie, wątpili. A czas uciekał.

Przełom nastąpił wraz z ujawnieniem obaw przez Leę i Beatę, ukochane obu odpowiadających. Dziewczyna wpatrywała się długo z nadzieją w pełne szczerych uczuć, jednak głupie spojrzenie ukochanego. Westchnęła ciężko, aż Wokulski podbiegł do niej, by pocieszyć ją. Zaraz, w wyniku porażenia, stracić miała ostatnią bliską jej osobę, może i też własne życie, ciężko było więc winić ją za próbę odnalezienia oparcia w innym mężczyźnie, innym bycie. Beata miała w sobie więcej wiary, nawet ona jednak zrobiła się sina. Nie rozumieli do końca dlaczego, ona jednak wykorzystała swój status i błądząc myślami w labiryncie wykresów Hadesa, śledziła jak jej wybranek sunie wśród obcych jej pojęć i, niestety, oddala się od sedna problemu. Tłumacz zdawał się zatracać w wizjach...

Rzut na akcję: Lekcja Języka II
Modyfikatory Pierwszorzędne: Inteligencja (+1), Siła Woli (0), Artyzm (0)
Modyfikator Drugorzędny: Wiedza (+2)
Wyniki: 1; 4; 1; 2 -> 2; 4; 1; 4 (po modyfikatorach) + 0,0 (bonus za opis) -> 9 / 3,5 -> 2,57 -> Niepowodzenie!

... i zatracił się

...

Górskie szczyty niczym palce boskiej istoty, nad którymi wiruje w pięknym splocie ogrom wymyślnych chmur. Jest wietrznie, halny powoduje zresztą charakterystyczny świst przypominający muzykę. To co wokół nie przeszkadza jednak podróżnikowi, przypominającymi raczej ciemną miniaturkę, niż pełnoprawną postać. Sunie on, wspina się uparcie, nie poświęcając otoczeniu większej uwagi. Czasem wydaje mu się, że podmuchy wśród górskich szczytów mówią do niego znajomym głosem, przywołują, Zasłania się przed nimi jednak szkatułką, zapiera mocniej podróżnym kijem i strzepując wiejący ku niemu od dołu śnieg, rusza dalej, choć zbocze zdaje się być coraz bardziej strome. Znajduje w sobie siłę, na moment przywołuje pulchne oblicze kobiety i choć nie rozpoznaje jej już momentami, ma dość energii, aby spróbować zbadać to, co kryje szczyt.

I niezależnie co na nim znajdzie, niezależnie gdzie trafi – na szczycie nie będzie odpowiedzi na pytanie i jego samego, kimkolwiek jest, z linii czasowej, którą uznaje za właściwą. Im bardziej pewny jest, że rozumie góry i znajduje dobrą ścieżkę, oddala się od prawdziwego celu swojej podróży. Czasem jeszcze słyszy jęki zapomnianych kompanów grzmiące z dołu, niczym z piekielnej czeluści. Wspiera się ostatni raz o rzeźbę kobiety naturalnych rozmiarów, nie dostrzegając jej nawet i kończy swój trud...

...

Won-hyo. Trwał zawieszony w jednym z najbardziej zadziwiających – w końcu trikameralnym – umysłów, on jednak ćwiczył Tae Kwon Do. Nawet nie zauważył, że ćwiczenia pozwalające mu jednocześnie wyciszyć się, jak i rozbudzić, odmładzają jego umysłową manifestację. Znów był młodym Walterem, całkiem przystojnym mężczyzną, który miał w sobie pasje, cel przed oczami i perspektywę. I Kot to widział, nawet w tak pokręconej rzeczywistości znajdując chwilę dla swojego obiektu, jak i jednego z ulubionych kompanów, choć ten właściwie zignorował 0,6 Meliasa i nie przejął się propozycją pogodzenia.

Won-hyo. Ofensywne ruchy, bloki, geometryczna harmonia ciała i ducha. Szło mu coraz lepiej, przypominał sobie układ w najdrobniejszych szczegółach, ten sam który przed laty zdolny był wykonać automatycznie. Odzyskiwał i siebie, i córkę. I zaczynał taniec, sztuka walki przeistaczała się w pokaz. Chwilami, choć odpływał już myślami do absolutu, zerkał jeszcze na inspirującego go coraz bardziej Kota. Ten, choć odwracał powoli wzrok ku Mathiasowi i Eliasowi, wciąż spoglądał na jego perfekcję. Momentami podnosił ręce i zręcznymi ruchami grubych paluchów niczym dyrygent przywoływał kolejne ruchy. Tae Kwon Do stało się Walcem.

Rzut na akcję: Przywołanie Schiasta
Modyfikator Pierwszorzędny: Artyzm (0)
Modyfikatory Drugorzędne: Zręczność (-1), Charyzma (0)
Wyniki: 3, 3; 4 -> 3; 2; 4 (po modyfikatorach) - 0,1 (kara za opis) -> 5,9 / 2 -> 2,95 -> Niepowodzenie!

Przez moment widział już nienawistne i chłodne oblicze sobowtóra, z którym sunął synchronicznie w pięknym pokazie. Musiała upłynąć chwila za nim zdał sobie sprawę, że to tylko jego pragnienie i wizualizacja, przejaw pewności siebie, która zniknęła natychmiast, gdy odniósł porażkę.

I nie było to nic czego mógłby się wstydzić, miał wiele czasu na podobne próby, ale gdy spojrzał na Forda, który nawet nie poświęcił mu sekundy, lecz jedynie wodził z pasją za kolejnymi posunięciami Coldbergów, znów odczuł smak goryczy.

Jedynym pocieszeniem było, że nienawiść i gorycz oddzielił od siebie wraz z powołaniem do egzystencji Elektry, przez to jednak stracił jednak w sobie dziką i nieokrzesaną pasję. Z nimi mógłby podziwiać, zagryzając z wściekłości zęby, kolejne posunięcia Coldbergów. To był dopiero pokaz, którego wielowymiarowość mógł docenić tylko Ford.

Oh, jaki on był zadowolony, jak wodził oczkami z każdym ich krokiem i zamanifestowanym słowem, przecierając oczy z fascynacji i zdumienia. Z każdą chwilą pusty łeb, tabula rasa jaką był Melias zapełniała się, oni jednak walczyli z przeciwnością losu. Nie rozumieli, że w tej sytuacji i z takim planem czas tylko szkodzi ich „ciału”, nie wspiera go, zaczął jednak wierzyć w ich możliwości. Kucnął, z ciężkim oddechem. Jak śmiał się, gdy wyśmiali Piontka i jego próbę przywołania sobowtóra, straszliwe faux pax zresztą. Jak pięknie uśmiechał, gdy wiedzieli, że sami muszą znaleźć odpowiedź na pytanie (a może na odwrót?), na tym w końcu polegała Rewolucja, której istotę rozumieli. Jakże wdzięcznie turlał się, gdy rozpracowali głupotę Meliasa, umysłową czystość, która stanowiła jego największy atut i przyczaili się po obu stronach manifestacji zagadki. Już wcześniej zrozumieli, że mantra Meliasa nie jest słowem, nie jest następstwem myśli. Jest czystą kartą, którą równie czyste emocje nadają sens. Pojmujący w czysty sposób emocje Melias miał zrozumieć istotę pytania Hadesa. Oni przetłumaczą oba jego aspekty, każdy odpowiedzialny za jedną z dwóch części, przekazując z powrotem swojej fizycznej powłoce, Meliasowi.

Ford nie mógł już w tej chwili stłumić ogromu emocji jakie nim zawładnęły. W końcu podbiegł do Waltera i Gromowładnego Janika, poświęcił im uwagę, tylko po to, aby wykorzystać jako rozmówców w krótkiej pochwale wobec Coldbergów. Najpierw jednak wyprowadził wstęp i to taki, który wywołał poczucie deja vu. Nakreślił w powietrzu czas jako odcinek, a potem zręcznym ruchem połączył końce, tworząc wirujący okrąg. Okręcał go wokół tłustego palucha niczym hula-hop.
- Mowa sprzeczności, mowa dualna. Oni to rozumieją. Nie całkowicie, mechanicznie, jednak prawidłowo, zdolni w przebłysku geniuszu wyprowadzić odpowiedź-pytanie na pytanie-odpowiedź Hadesa, który również nie mówi czystą mową absolutu. Wiesz dlaczego? Bo odbiją jego pytanie-odpowiedź, a Melias to zwierciadło. - nawet nie patrzył czy Walter i Janik słuchają, raz jeszcze zakreślił okrąg palcami. - Widzicie miejsca startowe, że tak to ujmę, jednego i drugiego palca? W połowie drogi są tak naprawdę najdalej siebie, choć odległość jest taka sama. W tym momencie właśnie jesteście wy, ludzie. To moment oderwania od natury i czystości, jednocześnie wciąż bezmiar głupoty, niewiedzy i bezmyślności. To jakby mieć tylko najgorsze cechy obu pierwotnych, stanowiących tak naprawdę jedno i to samo stanów. Jest to czystość pierwotna, tabula rasa jaką uosabia Melias i oświecenie, do którego dąży Kürenberger. Oba te stany są tak naprawdę tym samym. Pokojowicze spojrzeli na Meliasa z góry, jest on jednak oświecenia i czystości nie wiele dalej niż Spermutowany.
- A Pies? - spytał niepewnie Janik, byle tylko zaakcentować swoją obecność.
- Co pies? - Kot zdawał się być rozproszony i zdegustowany uwagą.
- Romantyk. Łysy.
- No co z nim?
- Czy on...?
- Nie. Nie ta skala upadku. On nie jest czysty, jest jedynie szalony, wciąż zdolny formułować autonomiczne myśli i samoświadomy. A Melias nawet nie wie, że myśli, odbiera swoje procesy jaźni za głos bogów. Umysł bikameralny, jak w tej teorii, nie, to umysł Trikameralny, o ile będziesz aktywniejszy.

W tej chwili Janik obdarzył nagle Piontka uwagą, jakby chciał powiedzieć więc ty ignorowałeś ich celowo, oni nie istnieją, nie powiedział jednak nic, gdyż nie miał pewności. Wolał nie popełnić gafy w obliczu kogoś takiego jak Ford.
- Mówiłeś coś? - spytał Ford, gdy Coldbergowie kończyli translacje.
- Nie. Proszę kontynuo... - ugryzł się w język.

Rzut na akcję: Translacja

(Elias)
Modyfikatory Pierwszorzędne: Inteligencja (+3), Siła Woli (+1), Artyzm (0)
Modyfikator Drugorzędny: Wiedza (+1)
Wyniki: 1; 1; 5; 4 -> 4; 2; 5; 5 (po modyfikatorach) + 1,0 (bonus za opis) -> 14,5 / 3,5 -> 4,14 -> Częściowe Powodzenie!

(Mathias)
Modyfikatory Pierwszorzędne: Inteligencja (+3), Siła Woli (+1), Artyzm (0)
Modyfikator Drugorzędny: Wiedza (+1)
Wyniki: 2; 7; 4; 3 -> 5; 8; 4; 4 (po modyfikatorach) + 1,0 (bonus za opis) -> 20 / 3,5 -> 5,71 -> Większościowe Powodzenie!

(Melias)
Modyfikatory Pierwszorzędne: Inteligencja (+3), Siła Woli (-1), Artyzm (0)
Modyfikator Drugorzędny: Wiedza (-3)
Wyniki: 3; 6; 5; 3 -> 6; 5; 5; 0 (po modyfikatorach) + 1,0 (bonus za opis) -> 17 / 3,5 -> 4,14 -> Częściowe Powodzenie!

Dwa tak różne aspekty jednej i tej samej osoby rozkodowały pytanie, oddzieliły na dwie części i złączyły, odbijając ustami Meliasa. W mowie absolutu nie było pytań, lecz fakty i czystość, niczym pierwotne nurty spajające uniwersum. To na czym operowali Inkwizytor, Hadesi, a nawet Góra – to były jedynie kolejne szczeble w rozwoju do perfekcji. Na samym końcu (jak i początku) był jedynie punkt, zawierający w sobie wszystko. I ku niemu postawili pierwszy krok.

...

- Proszę. Kontynuować. Eksperyment.

Zdawało im się, że wpadł w pułapkę. Odpowiedzieć miał Guru, a bronią jaką był czas władał nie Hades, lecz Melias, którego jedynym zadaniem było w tym cholernym wyścigu odezwać się pierwszym i zdyskwalifikować obu. W chwili, gdy Coldberg po chwili zawieszenia nagle powtórzył słowa Mistrza Gry z precyzją, która mogła świadczyć wyłącznie o autystyczności jego umysłu, zdawali się przegrać. Nastąpiło zawieszenie, nawet turbiny zamilkły. Ostatnie sekundy stanowiły pożegnanie z graczami, moment w którym Tuzy mogły z niedowierzaniem pożegnać członków niebywałego, pełnego zwrotów akcji show. Na placu boju ostać mieli się już jedynie Niema, Alter i Goebbels. Reszta – przepadła. Kiedy wyładowania objęły ciała uwięzionych w teslafotelach pokojowiczów, na twarzy tłumacza dalej dało zauważyć się absolutne skupienie i odpłynięcie w znany tylko sobie świat.

...

To chyba szczyt. I nic tu nie ma. – pomyślał Kürenberger.

...

Orgazm. Przynajmniej coś podobnego temu stanowi, bo nieporównywalnie lepszego. Wyładowanie w barwie cytryny, jak purgatoriny, dało im ukojenie i moment odcięcia się od bólu oraz stresu w krótkotrwałym porażeniu przyjemnością w najczystszej formie. Nie czuli bólu nawet, gdy – po wcześniejszym zniknięciu bariery – teslafotele opadły na ziemię i roztrzaskały się. Hades zostawił po sobie tylko zwierzęcy pomruk, czysty w przejawianiu podziwu, jak i wściekłości skierowanej na nie do końca świadomego co się stało Meliasa, który ślinił się bezwładnie. Po wypowiedzeniu odpowiedzi-pytania znów był takim samym idiotą jak dotąd, chłonąć pożegnania Tuzów jak gąbka i dzieląc z nimi dziesiątki emocji. Im więcej doświadczał, tym tablica jednak bardziej się zapełniała, a on stawał się bliższy człowiekowi. Był to niestety konieczny krok, jeżeli chciał osiągnąć geniusz i w końcu zatoczyć koło, osiągając pierwotny, pozornie zidiociały stan. A potem ponowienie procesu, i raz jeszcze, i raz jeszcze, jakby w reinkarnacji, która po wyzwoleniu z koła cierpień, na mocy odwiecznych praw i logiki, nakazywała osiągnąć upadek. Przykre, ale nie miało to znaczenia, gdy w końcu zakończyli tortury.

Pierwszy zareagował Romantyk. Szalony, bliższy człowiekowi niż absolutowi, zdolny jednak w tej chwili objąć jako jedyny rozumem, co ujrzał i usłyszał. Druga była Beata, podbiegająca długimi susami do Guru zawieszonego w swoich snach, z których wybudził się tylko połowicznie. Trzecia, odpędzająca Wokulskiego i powoli przybliżająca do Meliasa, Lea – ta przytuliła go mocno, ucałowała w obślinione usta, pochwaliła głośno i przysięgła chronić. Spojrzał na nią, wymówił beznamiętnie mantrę, puścił wiatry i ssącym ruchem warg oraz burczeniem w brzuchu zasygnalizował atak głodu. Możliwym było, że zaraz rozpłakałby się, ale nie miał na to sił, zasnął, uderzając się boleśnie głową o podłoże, w czym tylko wspomogła go silna grawitacja. Rozbudził się tylko w panicznym odruchu, gdy w snach przemówił do niego Gromowładny Bóg, skory do pochwały. Walił wtedy w autoagresji głową o roztrzaskany fotel, potem znów zasnął.

Kamphausen wywrócił powłokę na drugą stronę. Znów słyszał. Nadim podszedł do niego i pomógł mu wstać. Jego uścisk był silny i pełen drapieżnej pewności siebie. Trzymał się z daleka od kompanów, tracąc w nich wiarę. Stali tak przez chwilę, otoczeni orkami, dwaj mężczyźni. Ciemnoskóry nie poruszył tematu quizu sam z siebie.

Beata próbowała rozbudzić ukochanego, przywoływała wspomnienie ich cielesnej miłości, on jednak zdawał się być i z nią, i w zupełnie innym miejscu, nawet już nie wśród górskich szczytów dziwacznej krainy, lecz innej i widzianej tylko jemu. Był żywszy tylko w dwóch sytuacjach – gdy zetknął się wzrokiem z Joanną (jako Inkwizytor miał święty obowiązek pozbywać się tendencji regresywnych!) i Meliasem śpiącym na kolanach panny Berlin.

Mogli opuścić Bibliotekę Losu. Pożegnali zwiększoną grawitację, szum turbin, literackie holokrony, przeklęte teslafotele, wilgotne powietrze i mrok podziemi. Anshelm zresztą pożegnał jeszcze ostatni raz pełną absolutnej pogardy wobec niego Amfę oraz resztki godności ideałów na rzecz pragnienia władzy.

Nikt nie pożegnał klamki i nikt nie pożegnał honorowej delegacji hordy szczurów, która wystrojona w paradne stroje na moment zdjęła czapaje, pozwalając przemówić Meliasowi. Żywiły względem niego podziw w najczystszej formie, tak jak najczystszy był jego aintelekt. Spał, ale przez sen wygłosił ostatnie słowa w literackim pokoju.
- Proszę kontynuować eksperyment.

Złapały się mimowolnie za uszy, jakże ich zdeprawował tymi słowami. Nie zmieniało to jednak faktu, że gdyby nie zmyślny plan Dwóch Bogów (jego samego?), to w końcu wymsknęłaby mu się mu bezmyślna mantra i Hades uznałby ją tylko za zachętę do kolejnych pytań, a co za tym idzie wyładowań na ciałach umierających pokojowiczów.

Wkroczyli do skąpanego bielą pomieszczenia...

Szczyty Dondoryjskie

Zimno. IV Rzesza koiła ciepłem, niemal upałem. Biblioteka była już chłodna. Tutaj zaś, nawet w pokracznych strojach orków, nękał ich mróz, który przeszywał osłabione ciała, nawet jeśli rozpalone chwilą narkotycznego wytchnienia. Jedynie ogarnięty infekcją Anshelm zdawał się być obojętny, może nawet pełen entuzjazmu wobec chłodu.

Wszędzie śnieg, pod którego grubymi warstwami kryło się spękane i pełne przebarwień od odmrożeń ciało potwora. Zdobiły je biel, czerń, czerwień i niebieski, wszystkie odcienie zdobiące skórę zamrażającego człowieka. Kamphausen poznał już wyładowania, ciepło i zimo - nie robiły już na nim wrażenia, choć rozbudzonej dopiero co bestii współczuł.

Szybko zrozumieli, że przemierzana przez nich kraina nie tylko nie jest przyjemna, co momentami przerażająca, niebezpieczna i ponura. Pokryta śniegiem, spękana skóra tworzyła pełne krętych ścieżek i stromych zbocz góry, istne himalaje pełne zdradliwych przepaści przykrytych śniegiem. Nie pomagało, że przemierzali Dondoryjon w nocy, choć na szczęście na rdzawoczerwonym niebie jasno świecił gargantuicznych rozmiarów księżyc w pełni. Jego żółty blask odbijał się od śniegu, pozwalając dojrzeć choć odrobinę to co kryło się za mgłą zimowej krainy. Zważali na każdy krok. Śliskie podłoże, rozpadliny, wymęczające wspinaczki po ścianach i zboczach, nerwowy ruch co bardziej wrażliwych kawałków mięsa. Błogosławili pokoje, w których bestia spała i nie wiedzieli, że mają szczęście uczestniczyć w rozgrywce bez nadwrażliwej, przerażonej istoty.

I ta grawitacja. W Bibliotece Losu wędrowanie, szczególnie po pobycie w rajskiej Rzeszy, w dłuższym rozrachunku męczyło niczym bieganie, byli zdolni jednak poruszać się sprawnie, a nawet skakać jak w ziemskich warunkach, jeśli siła woli pozwalała im wykrzesać dosyć sił z podatnego ich jaźni ciała. Tutaj jednak musieli walczyć, toczyć boje z oddziaływaniem podstawowym, jak i ograniczeniami własnej woli. Na przykładzie tracącej siły Joanny zrozumieli, że potknięcie i upadek nie dają tutaj żadnego pola manewru, szansy na podparcie i są niezwykle bolesne. Nadim pomógł jej wstać, a potem wziął ją na ręce. Bez większego sprzeciwu znosił podróżowanie z balastem, który niektórzy woleliby zostawić.

Żadnych śladów życia, nie licząc... drobnych żyjątek w powietrzu. Ono samo w sobie było dziwne, pachniało w nietuzinkowy sposób. Unosiły się w nim rzęski – tak nazwali te małe, włoskowate żyjątka, ledwo widoczne okiem – bezwolne, bezrozumne i podobne mikroskopijnym owadom. Wpadały do płuc przy wdechu, a przy wydechu je opuszczały, niczym mały i głupi pokojowicz w organizmie rozumniejszej bestii, co celnie wyłożył Nadim. Gdy oddech był spokojny, powietrze przepływało przez rzęskę niczym po strunie, modulując głos i obniżając. Nie brzmiał wtedy groteskowo, raczej drapieżnie, groźnie i męsko. Szybki oddech jednak wywoływał w prymitywnej, zdolnej do bardzo prostych emocji rzęski strach, a wtedy falowała. Głos w takiej sytuacji podwyższał się, brzmiąc karykaturalnie. Dla wielu przepływ malutkich stworków w ciałach był obrzydliwy.

Zatrzymali się dopiero, gdy napotkali anomalie. W jednym z miejsc śnieg był odkopany, ukazując złoże dziwnej substancji nagromadzonej pod pełną przebarwień skórą. Przykucnęli ciężko nad mięsiwem stwora, a durny Hans zaczął je naduszać, aż wcisnął zgromadzony przy powierzchni płyn ku dołowi.
- Dondoryjon to część ciała tego stwora, który tworzy Kostkę. - wyjaśniła Beata. - To jak feromon w godach i atrament ośmiornicy o wielu barwach. Sygnalizuje nastroje wieloryba. Tutejsze stworzenia wydobywają płyny stwora tak jak w IV Rzeszy wydobywa się nasienie.

Zrobili bardzo krótką przerwę, odpoczywając wsparci na gulach i cystach, jak się okazało unikatowych organach, stworzenia. W oddali ujrzeli w końcu zarys masywnej, gotyckiej budowli o ostrych rysach. Wywołała w nich mimowolny lęk, uznali jednak, że to jedyny trop rozumnego życia. Jedynie Anshelm był w pełni opanowany, Hades osobiście poinformował go, że ma się nie bać i to co ujrzy, istnieje dla ich dobra.
- Hej, faszysta! - zapiszczał Hans.

Prymitywne rzęski przesiąkały pierwotnymi uczuciami jak Melias w Bibliotece Losu. Emocją właściwą dla gwiazdora, przynajmniej względem rosłego i pełnego sił Księcia, był strach. Natrętny idiota miał jednak w sobie dość uporu i bezczelności, aby bratać się z nazistą. Czynił to już wcześniej, wyczuwając zyski, teraz stali po tej samej stronie konfliktu.
- Można by coś uknuć razem, hę?

Potknął się o dziwną bryłę śniegu, niszcząc ją doszczętnie. Usłyszeli niemal potrojony pisk, po części zwierzęcy. Otrzepał się z białego puchu i ruszył dalej, jak gdyby nigdy nic. Zwrócili na ich duet uwagę, drużyna jednak zmieniła obiekt zainteresowania, gdy nagle masywna budowla rozpostarła swoje wrota. Była pustą, bezdenną lodówką, która gromadziła zimno, by w momencie kryzysu je uwolnić. Wychodziło na to, że tylko zmarnowali czas, a w jej wnętrzu nie mieli czego szukać. Była jedynie mechaniczną, posępną konstrukcją, sztucznym organem w ciele, jak się wydawało, zmniennocieplnego stworzenia. Jej jedynym zadaniem było uśpić bestię w chwili zbyt dużej aktywności, grożącej show, a nie mu pomagającym. Tak zresztą osobiście wyjaśnił Hades wiernemu Anshelmowi. To szaleństwo Bestii, panika po rozbudzeniu wywołała naturalny kataklizm w IV Rzeszy. Zamczyska-lodówki, choć boleśnie wbite w ciało i raniące je, miały utemperować w takich sytuacjach organicznego gospodarza.

Ruszyli dalej, dostrzegając w końcu ślad rozumnego życia, o ile życiem można było egzystencję bytów. To z pewnością nie było dzieło ludzkiej ręki, starannie wykonanych pomników nie nazwano i były zbyt kunsztowne oraz pierwotne. Wiedzieli co przedstawiają. Na pierwszym Alter Piontek, na drugim zaś Stalooki Senior. Nazista widział podobiznę swojego taty w Vollblütii, obnażającą raczej wszystko co niedoskonałe i brzydkie, niż podkreślającą piękno. Ta była wykonana w skali 1:1 i podkreślająca wszystko co najgorsze. Alter i Stalooki byli bestiami - bezmyślnymi i okrutnymi. Ich twarze były stworzone, aby wyrażać okrucieństwo, głupotę, nieporadność i ślepotę. Głowy wysoko podniesione ku niebiosom, nogi zaś w dziwnych pląsach i nabrzmiałe jak przy podagrze, ze stopami stworzonymi do rozdeptywania i kopania. Pomniki wykonane ze śniegu ozdobiono tą samą wydzieliną, która znajdowała się w mięsiwie stworzenia. Poczuli się nieswojo.
- Widzę jednego! - zapiszczał Hans. Każdy przejaw skrajnych emocji sprawiał, że brzmiał idiotycznie. - Tam!

Myśleli, że oszalał z zimna i dopiero po długim wpatrywaniu dostrzegli stworzenie zdolne sięgnąć im zaledwie do połowy kolana, jak nie mniej. Wydawało się składać wyłącznie z wielkich oczu, równie wielkich uszu, długiego ryja niczym u tapira, nabrzmiałych brzuchów, małych członków i wydatnych kuprów. Futro naznaczone śladami zaschniętej farby, naturalnie jednak przybierało odcienie żółci, brązu, szarości i czerni, wszystkich razem w formie brudnych łat. Wyraz twarzy małego stworzonka był umartwiony, wiecznie wystraszony, z pewnością jednak człapiące w poszukiwaniu wydzieliny stworzenie było rozumne i inteligentne nie mniej od człowieka. Wyniuchało pod śniegiem wypustkę i wbiło w gulę swoją trąbkę, by wyssać z niej płyn w kolorach, które mogli ujrzeć tylko w Purgatorium. Obserwowali jak zassana farba przysłużyła się, aby ozdobić lodową ścianę zbocza swego rodzaju grafitii. Stworzonko portretowało nazistowskie zombie, swastyki i zeppeliny.
- Hej, mały! - zawołała Joanna.

Stwór wywrócił się, sparaliżowany niczym koza. Podniósł się, a potem zdefekował ze strachu. Wodził wzrokiem po twarzach ludzi, którzy wyszli mu na przeciw. Był między nimi, a ścianą, po której chcieli się wspiąć wyżej, ku szczytowi. Trząsł się jak galareta, a wraz z nim opasły brzuch i kuper. Z trąby mimowolnie sączyły się łzy, krew, rzygowiny, nasienie, gluty i znane mu tylko substancje, ale przede wszystkim - rzęski. Potem padł na kolana, zdając się być jeszcze bardziej małym niż jest.
- O, duża ludzie, wyczekujemy waszego znówprzyjścia. My spryciarze ryjoknury, znamy waszą wielkość i plany. Wiemy, że chceśta nas powymordować, kiedy oderwiecie się od zabaw w przekładańca ze swoimi kochankami i wciągu-wciągu purgatorina. My nie takie głupcy, aby nie umrzeć z przyjemnością dla was. Mógłbym teraz, jak prawdziwy ryjoknur, oddawać się malaninie lub cierpień z głodu, doznając haluna z niedożywu. Ale nie, jak ryjoknur dobry. Tylko słowo, a przyjmę pozycję klęczka i kupra wystawię, aby but was mógł dobrze we mnie wejść i zgnieść, zostawiając posokę i miąż. Co za faux pax, co ja rzecę, mam zbyt głupi ryja jednak! Poczłapcie za mną, jak wy to czynicie ludzie niszcząc pod stopami nasze domostwa, zbyt małe, aby objęła ich wasza idea. Pokażę wam moją ojcowiznę, dom z ryja-praryja, jak to ryją. Ugniecie go stopami. Potem tak samo moją żonę i córkę, a ja w tym czasie pozwolę się wam przeżuć po zagotowaniu, żywcem najlepiej smaku-smaku. Przeżujecie mnie żywcem, a ja was jeszcze nakieruję ku naszej stolicy!

Stwór namolnie udawał przygłupa. Gdy ktoś do niego mówił, nadstawiał teatralnie uszy, wskazując jeszcze ręką. Zawsze kiwał z uznaniem, szczególnie po słowach Psa i Meliasa.
- Pies. Pies. Pies. Kontynuować Eksperyment. Co za pierwotność, na mojego ryja! Uga-buga! - udawał coraz większego tłuka, z histionicznym zacięciem, choć płacz był szczery. - Instynkciele to bardzo wpływowa filogildia tego regionu. Pan Piesu-Piesu i Pro-Konty-Eks będą tam magisterami. Co ja mówię, bogami!

I przez chwilę zdawało im się, że to kolejne masochistyczne kłamstwo, ale przyparty przez Leę do muru stworek popłakał się i w drgawkach wyznał:
- Co ja wam powiem? Przychodzicie, depczecie nasze domy i idziecie dalej. Odbudowujemy je, wy wracacie, niszczycie je i tak się nasz żywot kręci wśród gór niedożywienia i mrozu. Ja nie kłamię. Przysięgam! - łkał. - Jesteśmy małym, ale pędliwym ludem, a ryj często pompuje. W stolicy mieszka nas koło miliona! Trzecia część obywateli to instynkciele, jeszcze ta najbardziej wpływowa część, jakby tego było mało. Ta dwójka z miejsca będzie obwołana bogami, a ich słowa staną się prawem. Nawet sam Aadolf Hitler nic nie będzie mógł powiedzieć.
- Kto? Zaraz, co? - Lea przytuliła zdezorientowanego Meliasa.
- Aaaaaa! Mówię prawdę! Zdepcie mnie już, błagam, tylko wam o to chodzi, to wasza tortura, prawda? Chcecie mnie złamać. Złamaliście. Teraz zabijcie lub dajcie spokój. Jeśli chcecie, to możecie naszą technologią.

Wyciągnął nawet futurystyczny blaster, którym mieli go uśmiercić, skryty w torbie na wielkim brzuchu, aby nikt go nie dosięgnął. Zbił ich z pantałyku.

...

Walter wrócił do swojego umysłu odprowadzony przez Kota i kobietę w czerwieniach. Jego goście zasiedli na zmaterializowanych pufach, oglądając przez przywołane ekrany kontakt ze świńskim, malutkim stworzeniem przypartym do ściany i wyzbywającym się technologii. Ford wodził wzrokiem szczególnie za Meliasem, teraz jak się okazało idealnym kandydatem na teokratycznego władcę w tej nieprzyjaznej krainie. Jego zainteresowanie Walterem zmniejszyło się.

Kilka ruchów ręki sprawiło, że pojawiły się kolejne ekrany – z Aloisem, Alterem, Hermanem i Elektrą. Chwilę podziwiali tak ogrom wydarzeń, gdy dosyć niespodziewanie Kot źle się poczuł. Przewrócił się i trząsł w dziwnym ataku, który ustał bez żadnej racjonalnej przyczyny.
- Znowu to samo. Co s-się dzieje? - załkał w chwili słabości.

Podniósł się. Pomogła mu kawa zbożowa, do której się przyzwyczaił. Kilka głębokich oddechów. Znów miał siłę poprawiać okulary i zbawiać świat. Spojrzał nawet w kierunku Waltera wzrokiem jak za dawnych czasów, choć nie tak pełnym dziwnej fascynacji. Pogadali chwilę, a potem, przy pożegnaniu, uścisnął dosyć niespodziewanie Piontka. Życzył mu powodzenia w próbie, która niedługo nadejdzie.
- Archanielica to moja wtyka. Musi grać jednak swoją rolę, rozumiesz? W tej chwili Pies nie wie o mojej obecności tu, nie wie też gdzie jest jego prawa ręka i spora część pomniejszych bytów, powoli jednak kończy wznowienie systemu. Jest, z całą pewnością, sfrustrowany porażką z rąk Meliasa. Jego śledztwo będzie...
- Niedługo przybędę tutaj po zeznania, a w przypadku oporu z twojej strony lub niewiedzy będziesz torturowany jako jeden z podejrzanych. Twoje zadanie to nie dać się złamać podczas pokazowej katorgi i nie wygadać co do otrzymanych kontaktów. - dokończyła za B nim wszedł w ekspozycyjny amok.

Potem Kot zadumał się, jakby wyczuł zbliżające zagrożenie i zniknął wraz z kobietą, zostawiając Waltera sam na sam w jego (Altera?) umyśle. „Lenin” nie wrócił, wróciła za to kobieta w karmazynie i to w chwili gdy się jej najmniej spodziewał – ćwicząc kolejny układ.
- Czy Rewolucjonista kontaktował się z tobą, Piontek? - spytała tonem jeszcze chłodniejszym niż dotychczas, zdawało się to być zresztą niemożliwe. - Czego byłeś świadkiem podczas ingerencji w strukturę Kostki? Czy powołanie Elektry i jej mantra to przejaw twojej osobistej niechęci do Hadesa czy umotywowanej ingerencją obcych sił?

Przeniosła go z jego umysłu do ciemnego pomieszczenia... w którym widział zarys narzędzi tortur, bardzo wymyślnych.

Limit Czasowy

28:42

Nitj Sefni

Nitj Sefni

29. kwietnia
Post ID: 84978

Pies nie przesadzał – w kolejnym pokoju było naprawdę zimno. Anshelm wsunął dłonie między zawoje dziwacznej szaty nałożonej na niego mimowolnie przez orków i zapiął ojcowski płaszcz, a następnie zarzucił na wierzch skórę zmiennokształtnego. Wcześniej służyła mu jako worek do przenoszenia klepsydry, ale jako że ta uległa zniszczeniu wysypał jej okruchy na śnieg, a skórą owinął się niczym kocem. Infekcja częściowo znieczuliła lewą połowę jego twarzy, dzięki czemu słabiej odczuwał działanie mrozu. Drobne robaki unoszące się w powietrzu i wpadające chmarami do płuc początkowo wywołały w nim niepokój. Uznał jednak, że gdyby były szkodliwe to Hades by go przed nimi ostrzegł. Z jakiegoś powodu na ten moment bezgranicznie ufał prowadzącemu tego chorego show.

- Hej, faszysta! Można by coś uknuć razem, hę?
Bezczelność Hansa prawie wyprowadziła go z równowagi. Zdołał się jednak na czas opanować. Początkowo nie wyłapał kontekstu pytania. Po chwili jednak przypomniał sobie, że aktor tak samo jak on opowiedział się za starym porządkiem. Od początku przeczuwał, że okaże się on raczej balastem niż cennym sojusznikiem, a teraz był tego pewien.
- Można, jak najbardziej… jeszcze jak. – Odpowiedział z ironią w głosie, gdy Hans już wstał i otrzepał się ze śniegu. – Teraz jednak nie czas na to. Poinformuję cię, kiedy nadarzy się okazja.
I posłużysz jako mięso armatnie. - Dopowiedział już w myślach.

Anshelm podszedł bliżej i dotknął pomnika. Był przeraźliwie zimny, co nie stanowiło zaskoczenia. Żyjące tu stworzenia najwyraźniej nie polubiły jego ojca i z pewnością zauważą rodzinne podobieństwo. Dotknął swojego policzka – nienaturalnie bladego i przeoranego bliznami, powiek przykrywających różnobarwne oczy, zmatowiałej i posiwiałej grzywki. Następnie jego dłoń zsunęła się z twarzy na dziwaczną, workowatą szatę.
A może jednak nie zauważą?

Cała pobłażliwa litość, jaką czuł do stwora wyparowała zupełnie, gdy ten wyciągnął nowoczesną broń.
Te stwory potrafią wytwarzać broń! I to nie byle jaką. Nie wyglądają mi jednak na wojowników. Mimo wszystko sojusz z nimi mógłby się bardzo opłacić. Dostawy futurystycznej broni z pewnością ułatwią rozrost mojego imperium. Kto wie, może pierwszą krainą, którą włączę w jego granice będzie właśnie Dondoryjon?
- Witam cię serdecznie przyjacielu! – Postanowił przejąć inicjatywę, zanim zrobi to ktoś inny. – Nazywam się Anshelm i jestem królem Vollblütii. Przybywam tu aby zakończyć wasze męki. Zadbam o to, aby nikt nigdy już nie zniszczył waszych domów, jeśli oczywiście mi na to pozwolicie. Chciałbym cię prosić, abyś zaprowadził mnie do waszego przywódcy lub przywódców. Mam dla nich dar, który poświadczy o moich dobrych intencjach. – Celowo mówił w liczbie pojedynczej. Nie chciał decydować w imieniu całej drużyny. Reszta mogła razem z nim wybrać się do wodza ryjkostworów lub pójść zupełnie inną drogą. Nie interesowało go to, gdyż miał teraz cenny sojusz do zawiązania.
– Oczywiście z chęcią przyjmę też twój dar. – Mówiąc to podszedł do stwora i z chciwym błyskiem w oku wyciągnął rękę po blaster.

Architectus

Architectus

4. maja
Post ID: 84986

Po powrocie do Berlina złudzenie wewnętrznej martwoty zmysłów sprawiło, że mechanik lżej zaczął odbierać perspektywę opuszczenia świata we własnej godzinie śmierci. Kiedy Joasia przejęła od niego Garlanda i zwolniła jego ręce hanowerczyk mógł dokładniej skupić się na odbieranych gestach zebranych w mieszkaniu osób. Stan podopiecznego odebrał jako słaby, więc zdecydował pozwolić mu na swobodne okazanie emocji w objęciach siostry. Widząc zainteresowanie ich losem ze strony panów Kostka i Fisha, oraz nie chcąc zepsuć wartości chwili brakiem przychodzących mu do głowy odpowiednich słów podziękowania, krzepko położył każdą z rąk na jednym z ramion mężczyzn i na zmianę spoglądał pełen wdzięczności w ich oczy. Kiedy serdeczny podarunek pana Fisha nie dał pomyślnego rezultatu, a ten został parokrotnie przepchnięty, Jörg życzliwie poklepał go po plecach i wyjaśnił jakie traumatyczne doznanie z Pokoi wywołało u chłopca płaczliwą reakcję. Nim ukochana mechanika ścięła go z nóg ten zdążył tylko porozumiewawczo skłonić się na powitanie życzliwie nastawionego do niego złotowłosego gościa, by dostarczyć mu choć trochę zrozumienia wobec jego niedoborów komfortu.

Nagle następujący szturm pana Kostka na pana Forda zwiększył u Jörga obroty związane z czujnością. Pod wpływem szoku kalkulował wytrzymałość drugiego z mężczyzn, a równocześnie podziwiał niestrudzenie pierwszego. Uznawszy, że nie zdąży określić żadnego z tych zjawisk, zdecydował się docenić wzajemną wymianę czułości ze swą ukochaną pogłaskaniem jej po głowie, a następnie zerwał się na równe nogi. Obrażenia doznane przez pana Kostka były poważne, więc mechanik przywracał z pamięci zasady postępowania pierwszej pomocy przy złamaniach. Przy nastałej sytuacji priorytetem było dla niego zmniejszenie zagrożenia zdrowia u pana Kostka. Narastająca w pomieszczeniu atmosfera konfliktu mogła zostać częściowo rozładowana zwróceniem uwagi na aktualne cierpienie drugiego człowieka, dlatego podbiegł do stołu, ściągnął z niego obrus w celu zrobienia z niego materiału unieruchamiającego prawą rękę oraz zatrzymującego rozwój opuchlizny. Równocześnie poprosił rannego, aby się nie ruszał. Skoro pan Kostek siedział w pozycji półleżącej jego ręka była bardziej narażona na bezwiedne ruchy potencjalnie komplikujące złamanie. Sierpowe ciosy wskazywały na złamania kości śródręcza, a proste kopnięcia - na złamania kości śródstopia.

Hanowerczyk w biegu zważył, iż weźmie z szafy kilka swoich koszul i zabezpieczy nimi nogi pana Kostka. Istotne było dla niego, żeby przyspieszyć gojenie się doznanych przez tego mężczyznę uszkodzeń. Okazał nienawiść, jednak - zdaniem Jörga - nie można było go zostawić w takim stanie. Co więcej, mechanik nie miał wpływu na wspomnienia towarzyszących mu osób, ale mógł swoim własnym działaniem przekonać ich do czasowego odłożenia niesnasek na bok, aż do zażegnania niebezpieczeństw ograniczających dialog. Jako że spośród osób w jego otoczeniu najmniej wspólnych doświadczeń miał ze złotowłosym mężczyzną wpierw pogratulował mu zostania ojcem, a następnie poprosił go, aby zadzwonił po pogotowie, oraz nakierował na lokalizację telefonu znajdującego się w korytarzu. Podjął się tej wypowiedzi, ponieważ przypuszczał jak zwiększenie odległości między napinającymi się osobami mogłoby złagodzić stan między nimi. Chciał w spokoju - chociażby przy herbacie, z wygodnym siedzeniem w fotelach - porozmawiać o Purgatorium, w tym wyrazić zrozumienie wobec trudności swej wybranki w funkcjonowaniu poza tym miejscem, poodpowiadać na pytania pana Fisha i przy niemożności przypomnienia sobie niektórych z nich prosić o ich ponowienie, jak również lepiej poznać słonecznookiego mężczyznę.

Tabris

Tabris

6. maja
Post ID: 84990

„Kot. Ty. Kurwo.”
~~
Kot zachowywał się jak Lenin – to Walter już odkrył. Teraz pojawiła się kolejna analogia – wódz rewolucji wybył dokądś (w wypadku Lenina byłyby to Austro-Węgry, lub Szwajcaria) a jego zostawił na pastwie Ochrany. Tym niemniej, bo historia zdaniem Marksa powtarzała się jako farsa, Ochrana tak naprawdę była po stronie Rewolucji . Zaciągnęła jednak Waltera do pomieszczenia, które od razu kojarzyło się z salami tortur hiszpańskiej inkwizycji.
~
Niedobrze. Musiał szybko coś wymyślić, a najlepiej zmyślić. Znalazł się w niedorzecznej sytuacji (po raz n-ty). Ale przecież Archanielica też się znalazła! Ona musiała grać zaangażowaną obrończynię reżymu. A władcy Purgatorium byli niezwykle przewrotni i szczwani. Nie mogła wykazać się mniejszą niż zwykle bezwzględnością, ale nie mogła by też większą, bowiem nadgorliwość była równie – o ile nie więcej – podejrzana co ociąganie się. Sytuacja była więc podwójnie złożona. A podwójna złożoność implikowała złożoność potrójną i tak dalej. W tej sytuacji Walter i Czerwony Anioł musieli ze sobą współpracować. Walter musiał być „tylko” emerytem który stracił wszystko, a ona surową Czekistką – twardą na zewnątrz, a miękką w środku.
~
Wykonał kilka uproszczonych figur, tak jakby dla zademonstrowania, że niby się nie boi i jest spokojny, ale nie całkiem mu to wychodzi. Miał też dzięki temu czas na zastanowienie się. No i przyjrzenie się tej kobiecie, którą widział po raz pierwszy.
~~
- Kim Ty jesteś? W jaki sposób możesz przenosić mnie z mojego umysłu do czegoś? Elektra wywołała jakąś rewolucję?

Wiwernus

Wiwernus

7. maja
Post ID: 84992

3 Październik 1991 r., Berlin

Ręka. Ramię Kostka. Spoglądanie z wdzięcznością w pełne bólu, strachu i chorobliwej determinacji oczy. Ręka. Ramię Fisha. Spoglądanie z wdzięcznością w oczy zdezorientowanego mężczyzny, wciąż speszonego obecnością Forda. Ręka. Ramię złotowłosego. Spoglądanie z wdzięcznością w jego wrażliwe oczy, nieobecne i szklące się od wzruszenia, od wyznania Forda nieobecne. Ręka. Ręka. Ramię Pringsheima, ramię Forda. Mechanik i jego zwierzchnik w rewolucji spotykają się wzrokiem, pulchne palce znów dotykają oszpeconego czoła. A potem ten cięższy wybucha śmiechem.
- *Dobra, choć tu mały gnoju, zaznasz trochę ojcowskiej miłości!*

Wyściskali się w dziwnym odruchu, który w jakiś niewytłumaczalny sposób rozładował, przynajmniej na moment, panujące napięcie. Nawet Joanna na moment zapomniała o napadzie wściekłości, a Kostek o bólu i powadze sytuacji. Taki właśnie był Jörg i w tym tkwiła jego siła, co zaczęli sobie uświadamiać. Pringsheim, niezależnie od sytuacji, zawsze znajdował chwilę, aby z klasą, powagą i wdzięcznością obdarzyć bliźniego serdecznym gestem, nawet jeśli niezręcznym. Kiedy przejął inicjatywę, aby zająć się rannym, zaabsorbował wszystkich na swojej osobie. To nie było coś czego nie znałaby jego rodzina, dla nich jednak nietuzinkowość gospodarza zawierająca się w aktach dobroci i uprzejmościach była w świeży sposób intrygująca. Po powrocie z zaświatów nietuzinkowość mechanika tylko się zwiększyła, a każde jego działanie nabrało głębszego wymiaru, choć nie musiało za nim iść nic szczególnego, co zdołaliby opisać słowami.
- Ja Ciebie Chrzczę w imię Białego Nurtu, Naznaczony. Nieś Pokój! - rzucił Ford z nutką rozbawienia, obserwując pierwszą pomoc w wykonaniu jednego z jego ulubieńców na osobniku, który chciał go zamordować. - Tak, chyba zaczynam rozumieć wybór bestii z Cichej Doliny.

Pojawił się co prawda mały problem. Kostek początkowo nie chciał przyjąć pomocy, na to był zbyt dumny, szczególnie gdy adrenalina zalała mu mózg. Przetrwał jednak trudy przestępczego żywota, jedną misję w Purgatorium (!) i wyzwania typowe dla charonitów. Pragmatyzm i logika. Miał przed sobą Forda, nemezis Hadesa, który był dla niego kimś po milionkroć ponad Aloisem, musiał więc go zabić. Zawiódł, wciąż jednak był charonitą, który nie spłacił długu, a i na Forda miał jeszcze przyjść czas. Do „przewożenia”, szczególnie siłą, potrzeba sprawnego ciała. Musiał odrzucić dumę, to było oczywiste. Kilka wyzwisk, nerwowych warknięć i nerwowe spoglądanie spode łba na Forda, nie mniej jednak przyjął pierwszą pomoc. Znów mechanik skupił na sobie wzrok wszystkich.
- Dla niego to jest bardzo proste. Widzi, że ktoś potrzebuje pomocy, to mu jej udziela. Postępuje z tym człowiekiem jak z maszyną, która wymaga naprawy, bo się popsuła. - zauważył Ford, łykając wina i wskazując na Garlanda, dla którego szwagier był wzorem. - Spójrzcie na malucha, jaki zainspirowany.
- Zaraz posprząta zdemolowane mieszkanie, pójdzie do sklepu po magazynek do spluwy Kostka, pobiegnie kilka mil, zagada sąsiadkę i jeszcze odbierze poród napotkanej przypadkowo kobiety.

Rzut na akcję: Pierwsza Pomoc
Modyfikatory Pierwszorzędne: Zręczność (+1); Wiedza (0); Artyzm (-2); Moralność (+2);
Modyfikator Drugorzędny: Siła Woli (+2)
Wyniki: 7; 3; 2; 1; 4 -> 8; 3; 0; 3; 6 (po modyfikatorach) + 0,3 (bonus za opis) -> 17,3 / 4,5 -> 3,84 -> Brak Efektu!

Starał się. Wiedział co czynić dzięki niezbędnym informacjom i celnej diagnozie, wykazywał się zręcznością i dobre serce dodawało mu sił, aby nie poddać się. Trzeba mu było przyznać, że nawet jeśli nie wiele pomógł rannemu, to przynajmniej rozładował sporą część napięcia, a ruchy jego obrusu czy koszul czarowały, odwracając uwagę od niesnasków.

Kostek był wdzięczny, szczególnie oddania bardziej sprawnym profesjonalistom ze służby zdrowia. Zaklął tylko raz pod nosem, że „najlepszym wyjściem byłoby oddać go w ręce świętej pamięci Kostka”. Złotowłosy podbiegł do stacjonarnego telefonu, zakręcił tarczą w telefonie przymocowanym do ściany i wezwał ratowników. Przez poruszenie niezbyt umiejętnie, dlatego mechanik wyręczył go i przekazał niezbędne informacje wraz ze wstępną diagnozą. Potem odłożył słuchawkę i czekali, zasiadając na fotelach. Ciężko było im rozmawiać i wyjaśniać niesnaski, gdy złotowłosy od nadmiaru wrażeń... zemdlał.
- Miał przebłyski godne Waltera Piontka, a przygniotła go dobra nowina Forda. - podsumował Fish, zastanawiając się co dziecko złotowłosego przyniesie jemu i Kostkowi. Zagadał nawet Forda, choć nieśmiało, wymawiając słowo dziecko z dziwną manierą. - To dziecko... ile ono zmieni?
- Komu jak komu, ale tobie nie odpowiem.

Ratownicy nie kryli zdziwienia, wchodząc do mieszkania. Przedzierali się przez tłum gapiów-sąsiadów zebranych pod drzwiami od rozpoczęcia strzelaniny, a w środku zastali zdeformowanego mężczyznę, francuską piękność, malucha w dziwnym amoku, połamanego oprycha, pijawkę-klucz (da!), pulchnego mężczyznę z wampirzycą w czerwieniach (?), pozbawionego przytomności młodego mężczyznę i Fisha, ten jedyny zdawał się być normalny. Spoglądali na bałagan, łuski i dziwne zachowanie zamrażarki.
- Co tutaj właściwie zaszło? - spytał jeden z ratowników. - Mamy wezwać służby?

Ford sięgnął do kieszonki swojego eleganckiego stroju. Zanurzył dłoń, poszperał i wyciągnął plik banknotów, który podsunął dosyć bezczelnie pod nos najbliższego ratownika. Chwilę wpatrywał się w zielone dobro. Niemiecka porządność przez chwilę mierzyła się z prywatnym interesem.
- Durniu, wiem, że dziecko w drodze. - sięgnął jeszcze po kolejny plik. - Prosić się nie będę.
- S-skąd pan wie?

Nie oczekiwał odpowiedzi. Wziął pieniądze i rozdzielił je z współpracownikami. Starannie wynieśli na noszach Kostka oraz złotowłosego. Po nich zniknął Fish, podsumowując całe zajście krótkim: Kostka nie poskładają do końca miesiąca, do końca tygodnia nawet go nie będą chcieli wypuścić. Jeśli w ten księżyc rozpocznie się misja, przepadł.

Ford siedział na swoim fotelu, łykając wina i poprawiając okulary. Kobieta w czerwieniach stała za nim, milcząca jak zawsze. Zdawała się być całkowicie poza problemami domostwa Pringsheimów. Mechanik, tak jak planował wcześniej, chciał wyjaśnić sprawy z Joanną, odkryć odpowiedzi na najważniejsze z pytań, lepiej poznać grono dziwnych postaci, które nawiedziło jego skromne progi. Ford westchnął ciężko:
- Będziesz miał swoją upragnioną rozmowę, przy herbatce, którą sam przyniosę. Skromna uczta, niegodna tej w Pokoju Narodzin, ale z pewnością o wiele bardziej wartościowa. Odpowiemy na pytania, które wymagają odpowiedzi, wysnujemy swoje teorie i zaplanujemy kolejne posunięcia dla rewolucji. Skoro tak ci zależy, pozwolę sobie zaprosić do ciebie także szacownego Kostka, Fisha i naszego... przyszłego tatę... o złotych lokach. Hmh. I może nie tylko ich. - chwila na łyk wina. - Jutro o tej samej porze. „Rodzinna” herbatka rewolucjonistów. Prześpij się dobrze i przemyśl czy po tym co ujrzałeś nadal jest ci po drodze z moim ruchem. Skończyły się zabawy w ekspozycyjne gadki po punkowych spelunach. Widziałeś jaki los obecnie czeka ludzkość, przyjął on postać bestii z Cichej Doliny. Czy podzielisz te cierpienia co on, aby wybawić świat? Mówię całkowicie poważnie. Uczestniczy show jakim jest, w pewnej części, Purgatorium są widowiskiem także po wykonaniu zadania. Obecnie, że tak to ujmę, „JoannaTv” to fenomen. Piękna i Bestia. Mają tu wszystko. Romans, rodzinne traumy, zaginięcia, problemy z nazistami, śmierć członka rodziny, ciekawskich sąsiadów, słodkiego malucha, nagle zmieniającą się zamrażarkę w portal, zbliżające wesele, jakieś dziwne senne treningi... Pozwolę sobie tylko dodać, że na czas interakcji z wami, wyłączam przekaz, używając moich... „talentów”. Gdy nagle ponowimy sygnał i Tuzy zobaczą zdemolowany pokój z łuskami, zapłakanym maluszkiem i dziwną atmosferą w powietrzu... Będzie ciekawie i nie tylko dla nich, dla Niego... również.
- Powiedz mu o torturach. - odezwała się niespodziewanie kobieta w czerwieniach jakby mówiła o najtrywialniejszej z możliwych „aktywności”.
- Oh, tak. Dosyć niefortunnie moje przybycie z archanielicą mogło dać charonitom do zrozumienia, że jest ona tak naprawdę po mojej stronie. Oczywiście charonitów się zastraszy, ale pozostajecie jeszcze wy, państwo Pringsheim. Hades, niemiłościwie nam panujący, zrozumie, że nagłe przerwanie sygnału w tym pociesznym domostwie... Będzie chciał was przesłuchać i to ręką najlepiej przystosowanej osoby, w czerwieniach, że tak to ujmę, mojej wtyki. Jak sobie pomyślę jakie tortury zadała Walterowi... Na razie skupi się na dziwnym wyłączeniu „wizji” w Pokoju Narodzin i kilku pobliskich, śladach przybycia kogoś, ale w końcu zainteresuje się i wami, wierzcie mi. Przemyślcie swoje wybory. Ja także mam wiele do przeanalizowania i zrozumienia.

Rozmowa o torturach przeszła dosyć swobodnie na kilka słów pocieszenia, grobowa atmosfera jednak pozostała w mieszkaniu nawet pożegnaniu z Fordem, który zniknął ze swoją prawą ręką, w czerwieniach jak to trafnie ujął. Wieczór jednak nie upłynął pod znakiem żałoby, raczej zapomnienia. Wesele; film, który mieli obejrzeć; treningi; świadome sny; praca dziennikarki; naprawy; rewolucje – nieważne, nieistniejące. Liczył się tylko Garland, któremu było trzeba wytłumaczyć co ujrzał i podzielić się z nim psychicznym wsparciem.

Pringsheim zasnął mimowolnie o północy. W Berlinie, który tak bardzo wydawał mu się być pozbawiony wrażeń zmysłowych, mógł z otwartymi oczami i przy mocnym świetle usnąć jak niemowlę w kojącej deprawacji sensorycznej. Jego sny były piękniejsze od szarej rzeczywistości, obfitujące w kolory, dźwięki i doznania, których doznał tylko w Kostce. I w głos.

«Oto jesteśmy» - powiedział potwór: «Pielgrzymie, weź twego syna jedynego, którego miłujesz, Garlanda, wróć do Świątyni w Cichej Dolinie i tu złóż go w ofierze na ołtarzu/trumnie jakimi jesteśmy».

Szczyty Dondoryjskie

Chwila uspokojenia, opamiętania dla malutkiego stworzenia. Potem sięgnięcie po blaster i przejęcie inicjatywy przez nazistę. Znów chwila ciszy i w końcu, ryjoknur odpowiedział, jakby żadne faux pas nie zostało popełnione i nigdy już nie miało.

...

Witam cię serdecznie przyjacielu!

(Przyjacielu, ta jasne. Nie potrzebuję przyjaciół. Ja i mój lud chcemy być ignorowani, by nie cierpieć pod butem. Bawi się w dobrego policjanta. Tylko który jest zły?)

- O szlachenty, ryjoknur nie wart duży przyjaciel, o nie. Ryjoknur zbyt ryjoknur na takie progi. Samo myślenie o przyjaźni z szlachetny człowiek mnie tupta!

Nazywam się Anshelm i jestem królem Vollblütii.

(Król się trafił. Z takimi to najgorzej. Żadnych oporów, buty okute złotem i wielkie ego jak ich ciała. Jezus Maria!)

- A co dopiero przyjaźń ze wszechmiar arcyszlachetny Król ze wspaniałej utopyji! Pozwoli waćpan, że ograniczę moje inteligyncyje jeszcze mocniej.

(Zaraz... To nie jest to Królestwo Nazistów? O co w tym wszystkim chodzi?

I chyba za bardzo ukształtowano mnie na instynkciela. Wyznaję spontanicznie Bogów, którzy mi pasują do chwili. Chwili bólu i cierpień, oczywiście)

Przybywam tu aby zakończyć wasze męki.

- Do diabła, dajcie nam po prostu spokój.

(Buddo, wymsknęło mi się... Zaraz, oni też tam mają Buddę ze sobą?)

- Spokój cierpienia.

Zadbam o to, aby nikt nigdy już nie zniszczył waszych domów, jeśli oczywiście mi na to pozwolicie.
Chciałbym cię prosić, abyś zaprowadził mnie do waszego przywódcy lub przywódców. Mam dla nich dar, który poświadczy o moich dobrych intencjach.

- Przywódca, tak? Ryjoknury bez przywódca, ryjoknury podzielone na kasty. Kto bardziej cierpi, ten wyżej. Włada nami grupa cierpniętniczych oligarchów, którzy jednak nie są zdolni ani sami się porusząć, ani myśleć. Z niedożywienia i odmrożeń. Nie mają zupełnie nic.

(Na Zeusa, co ja robię. Rozumiem stres, nadzieje związane z pomocą, ale to nie znaczy, że mogę ujawniać inteligencje. To ryzykowne. Ludzie nie lubią inteligencji innych istot. Nie po tym jak odwiedziły pokój szczurów.)

- Hmh, ryjoknury mieć jednak tymczasowego pana – Aadolfa Hitlera.

...

I w ten o to dziwny sposób pokojowicze zaczęli się wspinać po niemal pionowej, zdającej się niezdolnej do przebycia ścianie. Nie widząc nawet swojego celu, bo przysłaniała go mgła i śnieg wiejący z góry, prosto w ich wymęczone oczy. Robili się coraz bardziej zmęczeni i senni, coraz częściej wypluwając z nerwowym nawykiem rzęski pchające im się do gardła, bezwolnie niesione z lodowatymi objęciami wiatru. Ryjoknur zaś gadał, gadał nieustannie, coraz z większą werwą obniżający swoją „intelyngyncyje” oraz gloryfikujący z chorobliwą, nieszczerą namiętnością ludzi. Co jakiś czas tak się zapędzał w bezmyślnej paplaninie, że w niezręczny sposób dawał wyraz swojej pogardzie dla grupy, której przewodził i której tak się bał. Zawsze wtedy udawał, że nic niestosownego nie powiedział, jakby wiatr wszystko zagłuszył. Czasami tylko z tapirzej trąbki wystrzeliła mu mimowolnie jedna z licznych substancji, z reguły substancja z organizmu potwora, dając wyraz lękowi jaki go ogarniał. Irytował, ale i czasami bawił, a w skrajnych przypadkach – dodawał sił, odrealniając zagrożenie. Wraz ze zmęczeniem wydawało im się, że rośnie i jednocześnie maleje w oczach, coraz bardziej apetyczny jako chodząca potrawa o pupie, brzuszku i ryju, z którego można było ciąć kotlety, jak i malutki, wielkości ich stopy, "cień wielkiego człowieka". Paradoks.

Ci bardziej świadomi i uodpornieni na ból zaś interpretowali jego słowa, próbując zrozumieć czym właściwie jest, odbiciem jakiej części ludzkiego umysłu i jak wtapia się w warunki tego nieprzyjaznego pokoju.

Rzut na akcję: Zrozumienie Stworzenia

(Otto)
Modyfikatory Pierwszorzędne: Inteligencja (0); Siła Woli (-1)
Wynik: 1; 7 -> 1; 6 -> 7 / 2 -> 3,5 -> Brak Efektu!

(Anshelm)
Modyfikator Pierwszorzędne:: Inteligencja (+2); Siła Woli (+1)
Wynik: 3; 6 -> 5: 7 -> 12 / 2 -> 6 -> Powodzenie!

(Søren)
Modyfikator Pierwszorzędne:: Inteligencja (+1); Siła Woli (0)
Wynik: 4; 3-> 5; 3 -> 4 / 2 -> 2 -> Niepowodzenie!

Każdy starał się słuchać, każdy zrozumiał jednak swoje... lub nic.

Tłumacz, choć teoretycznie najlepiej przystosowany do interpretacji słownych zawijasów i neologizmów, które zdolny był wydać (od)twórczy umysł bytu, dalej tkwił zawieszony między sennymi wizjami, a szczytami dondoryjonu. Oczywiście o ile rzeczywistość w Kostce sama w sobie nie była snem, od którego Søren odbił się, wchodząc w jego kolejną warstwę. Mogło się zdawać, że coraz bardziej zatraca się w swoim zamroczeniu, wodząc myślami po znanych tylko sobie krainach. Momentami zdawał się być wspierany przez Beatę i jej ramię nie mniej od Joanny, nad którą wciąż czuwał Nadim. Mógł zinterpretować sobie zimowy świat jak tylko zapragnął, nie sugerując się słowami stworzenia, ujrzeć Dondoryjon takim, jakim sam pragnie.

Chemik słuchał, nawet z cieniem zainteresowania, ale wiatr podwiał mu jego strój w tak niefortunny sposób, że nie zdoła wykrzesać z siebie dosyć woli i sprytu, aby zrozumieć co miał do powiedzenia między wierszami stwór. Zresztą – czy i tak nie miał od początku gotowej odpowiedzi na wszystko, a niezależnie co powiedziałby ryjoknur, on zinterpretowałby to po swojemu?

Anshelm odniósł sukces, szczęśliwie dla siebie, bo miał już plany względem ryjoknurów. Rozumiał czemu powstały. Drużyna Pokojowiczów w Bibliotece doznawała przede wszystkim poniżenia ze strony wyewoluowanych szczurów, przewyższających ich w rozwoju o mile. Potem zaś wpadała do miejsca pozbawionego większej aktywności żywych stworzeń, niebezpiecznego jako bezduszna natura sama w sobie. Umierało się tu z wyczerpania od wspinaczki przy ogromnym ciążeniu, głodu po jedzeniu strawionym już po uczcie w Pokoju Narodzin (jakże teraz oferowane posiłki wydawały się być kluczowe!), zimna, hipoksji, a nawet dziwnego składu powietrza, który wywoływał i senność, i wzmagał podatność na sugestie, niczym delikatny psychodelik. W tym wszystkim – ciemność, a w niej wycieńczony oraz zapadający w sen umysł dopowiadał sobie wszystko, rodząc górskie stwory zdolne wrzucić w przepaść, byle tylko przełamać samotność w tej martwej, nieprzyjaznej krainie. Tutaj wygrywało nie tylko ciało, ale i psychika.

Ryjoknure zaś były odpowiedzią na tutejsze wyzwania, czymś od czego można było się odbić po upokorzeniach w Bibliotece. Świńskie gnomy-tapiry nawet przypominały szczury, jako ich wynaturzona i groteskowa wariacja. Człowiek cierpiał z zimna i chłodu, ale gdy ujrzał pokraczne, cierpiące jeszcze bardziej od niego stworzonko, poczuł się lepiej. O ile w ogóle je zauważył, zdeptanie ich pozwalało poczuć się lepszym. Stworzenia te nawet przyjemnie chrupały pod stopami, jednocześnie miękkie jak gąbka i wydając kojący dźwięk przywodzący na myśl trzask ogniska. Można z nich również było zrobić futro lub przygotować posiłek. Człowiek potrzebował gorszych od siebie, aby poczuć się lepiej, było to oczywiste. Nic dziwnego, że stworzenia tu mieszkające czuły się powołane jedynie do cierpienia i dawania iluzji bycia lepszym, tak jakby Bóg stworzył Człowieka na swoje podobieństwo, aby się wywyższyć i ukarać go dla własnej radości. Były cyniczne, przerażone i tkwiące w wiecznym lęku przed przybyciem ludzi. Jedne zamieszkiwały dolne partie gór, inne zaś wyższe – na dolne łatwiej się było dostać i przewijało się przez nie wielu ludzi, na górnych pokojowiczów było mniej, lecz wycieńczonych na tyle, aby bezwładnie niszczyć delikatne, lodowe metropolie wzniesione malutkimi rączkami. Człowiek nie patrzył w dół, nie widział rozdeptywanych robaków i drobnych żyjątek. Dlaczego miał się przejąć ryjoknurami i ich domostwami?

Jeśli miało to ich pocieszyć, ryjoknur-przewodnik wypluwał i ukręcał namiętnie łby rzęskom, traktując je tak, jak ludzie jego gatunek. Łańcuch życia.

W końcu dotarli na kolejną warstwę niekończącej się góry. Przeszli nieokreślony dla nich dystans i w końcu ujrzeli jasny błysk we mgle. Rodzinne miasto Ryjoknura według jego opisu nie było okazałe, ich jednak zmyślne konstrukcje wykonane z lodu mogły zachwycić. Były kanciaste, zbudowane na planie spirali, ale ślicznie ozdobione barwnikami z ciała potwora-kostki, który w świetle księżyca niemal błyszczały. Przez zmyślne otwory w domostwach przemieszczał się wiatr, wydając piękny świst. Miasto więc stanowiło istny pokaz kolorów i dźwięków, zaprojektowane jako dostrojony idealnie do górskiego wiatru instrument. Na moment zapomnieli o namolnych rzęskach, grawitacji, rdzawym niebie i ponurej atmosferze. Ujrzeli coś wspaniałego, miniaturową mieścinę, w której przeciętne domostwo sięgało im do pasa, a szczyt największego bloku mieszkalnego mogli dotknąć, wyciągając – niezbyt wysoko – rękę. Przemierzali ulice niczym kaiju, a każdy ich krok, poślizgnięcie czy niezdarny odskok mógł przewrócić misterną budowlę. Nie pomagało, że byli zamroczeni od głodu, zimna i zmęczenia, zaś tutejszy klimat wywoływał w nich senność i stan narkotycznego otępienia, co nie pomagało.

Pierwszym, który wyłożył się, był oczywiście Hans, przewracając przy tym dwa mieszkania jako kostki domina. Pękający lód, jego odgłos przeraził ryjoknury o wielkich uszach, wprost stworzonych – w przeciwieństwie do szczurów – by słuchać mowy człowieka. Wpadły w panikę, kryjąc się albo całymi rodzinami w swoich domostwach albo uciekając, niekiedy prosto pod ich nogi i doprowadzając do kolejnych upadków. Zrozumieli kolejną perfidię Hadesa - by wspiąć się wyżej, musieli przejść przez takie właśnie miejsca, gdzie jedyna droga prowadziła przez kręty labirynt lodowych domostw. Dla tych, którzy uznawali byty za istoty świadome i warte przetrwania, stanowiło to mękę. Większość drużyn jednak torowała sobie drogę przez miasto siłą, skracając odległość, przechodząc przez kolejne z lodowych bloków.
- Nie idę dalej. Nie, torując sobie drogę. Przejdziemy tak jak prowadzą ulice, niezależnie jak długo to zajmie. - Lea zaczęła się poddawać. - Hades utrwalił ich jak lisicę, ale to wy, ludzie, powołaliście ryjoknury do życia. Nie przejdziemy po nich. Nie jak Alter i inni.

Ryjoknur-przewodnik podniósł głowę zaciekawiony, tak się jednak wkręcił w swoją gadaninę, że dalej snuł pesymistyczny wywód o losie jego ludu. Wskazywał na dzielnicę klasy wyższej, która w tym pokracznym świecie cierpiała najwięcej i znosiła najwięcej męki od chłodu i niedożywienia, tym samym stanowiąc ludzki odpowiednik klasy niższej. Nie zapomniał ukazać manufaktur, w których konstruowano blastery i inne cuda. W końcu też wskazał dwie największe budowle w samym centrum mieściny, świątynie dwóch wiodących w tym mieście (jak i całym Dondoryjonie) Filogildii – Śmierciolubów i Instynkcieli.

Śmiercioluby były największą ze wszystkich gildii, powstały w końcu w krainie pośmiertnej i zawierały w sobie taki ogrom różnych doktryn, że mogły one stanowić osobne filogildie. Te bliższe nurtowi karmazynu uznawały śmierć za kulminację żywota i jego najważnijsze podsumowanie, ostatnie doznanie, do którego powinno się dojść, zaznając tysiąca innych - doznanie, które powinno nastąpić tylko raz. Te bliższe indygo – śmierć uznawały za stan uwolnienia od trosk, obaw i pragnień w wymiarze absolutnym. Indygo – widziały w nieuchronnej, niezdolnej do przewidzenia śmierci drogowskaz, aby doceniać każdą chwilę i nieść tyle dobra dla ogółu, ile tylko było się wstanie, w skrajnych przypadkach zażywając truciznę, która śmierć wywoływała w nieprzewidzianym odstępie czasu. Ci ostatni doceniali dzięki temu każdą chwilę, bo bez wizji śmierci, życie nie miało sensu – dychotomia Purgatorium. Tutaj oczywiście dominowało rozmiłowanie w nurcie czerni, myślach pesymistycznych, złych i okrutnych. Śmierć uwalniała od cierpień, była też formą ucieczki od jałowej egzystencji. Ryjoknury pragnęły śmierci, nie chciały bólu dla siebie i swoich rodzin. Byty jednak nie mogły się zabić, odchodziły gdy ktoś uwierzył w ich unicestwienie, pokonując je; zapomniał o nich lub, po prostu, nie potrzebował już ich, ich zasadność przepadła wraz z częścią podświadomości, której odpowiadały. W innym przypadku - zawsze mogły wrócić. I pokojowicze, i Hades nie mieli większych oporów, aby przywołać je z powrotem do cierpienia. Zawsze potrzebowało się kogoś gorszego, aby cierpienie i ból przenieść choć w części z siebie na innych. Wielu ryjoknurów nosiło ślady zmyślnych samobójstw, bezskutecznych. Śmierć dla bytu była pojęciem skrajnie abstrakcyjnym, zaś dla ryjoknura – absolutnym. Gdyby był z nimi Herman, mógłby zebrać w Gildii sojuszników, nie było go jednak z drużyną.

Instynkciele zaś wyznawali pogląd, że wszystkim kieruje porządek, zdeterminowany w niemal kosmologiczny sposób. Żyjąca istota musiała podporządkować się swojemu żywotowi, płynąc z nurtem tego, co podpowiadało serce, tak jak przewidywał to „boży plan”. Ciało stanowiło narzędzie realizujące nakazy wydawane przez duszę. Zawahanie otwierało na wątpliwość, ta na słabość, a to sprawiało, że wychodziło się z roli, do której nas przystosowano. To tworzyło dysharmonie w naturze świata, doprowadzając do cierpień. Każda żyjąca istota musiała się zestroić ponownie, kierując sercem, nie kalkulacją i rozumem. Ryjoknury były inteligentne, ale same uwierzyły w poniżające bajania, którymi próbowały zaspokoić ludziom potrzebę wyższości i zachować, jak szczęście dopisze, życie. Jako byty bliższe zwierzętom, dobrze czuły się, kierując instynktem. Z drugiej strony, wielu wysnuwało odwrotny wniosek. To co było dla nich naturalne, nie było upierdliwym aktorstwem i aktami poniżania się przed ludźmi – akurat kilka bloków opuściła grupka ryjoknurów, wznosząca pochwalne modły do ludzi – naturalnym była wolność, tak podpowiadało im serce, podświadomość. Zakładając oczywiście, że manifestacje podświadomości i mechanizmów obronnych same miały podświadomość, ale i tego mogli się tutaj spodziewać. W każdym razie – ta grupa, coraz pewniej, szykowała się do rewolty. Tą zaś miał dać im Aadolf Hitler, utylitarny, jednak dostojny byt wezwany do konfrontacji z ludźmi w ramach specyficznej gry. Jego wirus zabijał słabych, ale wielu dawał niespotykaną siłę. W otworach, przez które snuł się wiatr, wydając piękne dźwięki, widzieli niekiedy ryjoknury o błękitnych oczach i jasnym, niemal złotym futrze...

Nazista rozumiał już, że w stolicy, w wielkiej metropolii na szczycie góry, czeka na nich Hitler, któremu większość tutejszego ludu z całego serca kibicuje. Musiał przebić jego ofertę, jego rewoltę. Na ten moment spoglądano na niego z coraz większym zaciekawieniem, dostrzegając efekty wirusa i podejrzliwie, słuchając jego propozycji. Problem stanowiło to, że tutejsze elity od odmrożeń i głodu nie zdolne były z nim rozmawiać, bo w trakcie pogadanki wielokrotnie „umierały”.

Co więcej, o ile Psa raczej demaskowano jako szaleńca, to Meliasa traktowano jako czystego instynkciela, awatar harmonii wszechświata i czczono go niemal jako bożka. Na szczęście nie wszyscy z tej doktryny, jeden z futrzakow nie wytrzymał i wprost, nie bawiąc się w parodię języka, powiedział, co o nim sądzi:
- Bez zastanowienia każdy potrafi robić głupoty. Istota rzeczy to poznać swoje instynkty. Nie można traktować tej doktryny dosłownie, to metafora akceptacji i zrozumienia siebie, tak aby nie było trzeba zastanawiać się nad każdą czynnością, zawierzając instynktowi. To dziwo nigdy nie wytrenuje ciała i ducha – narzędzia oraz źródła działania, nigdy też nie osiągnie harmonii.
- Jeszcze chwila i spotkasz mojego buta. - Lea nie wytrzymała, wyciągając smukłą nogę w największej budowli lodowego miasta. Tylko w niej mogli przebywać ludzie, choć skuleni. Do innych budynków zdolni byli jedynie zaglądać. - Rozumiesz?

Czasami grupa wyznawców (M)Eliasa z filogildii Instynkcieli wznosiła spontanicznie okrzyk "Proszę kontynuować eksperyment!" tak bezmyślnie i bez zrozumienia jak mógłby rzec tylko ich bożek.

Chłód nękał ciała berlińskiej drużyny. Rzęski drapały wnętrza ciał i wibrowały. Od powietrza chciało im się spać i stawali się sugestywni. Zaczęli sobie uświadamiać, że jeśli chcą się sprawnie wspiąć na górę i zająć Hitlerem, muszą przejść przez miasto zbudowane na planie spirali, niszcząc kolejne mieszkalne bloki i melodię miasta obracając w kakofonię. Spoglądali na Otto. Spoglądali też na Anshelma, który zdawał się być elementem spowalniającym, szykującym pretekstów do kolejnych pogadanek z filogildiami, najwyższymi kastami cierpienia i ryjoknurami o niebieskich oczach. Hans śpiewał wraz z naznaczonym pierwszym fałszem miastem, Melias spoglądał na swoich wyznawców, a Søren z każdą chwilą przepadał głębiej w swoich snach i wizjach.

Pierwsza decyzję podjęła Beata. Wyprostowała się, strzeliła palcami i kilkoma podskokami rozgrzała sine ciało. Potrafiła stąpać lekko, ale teraz miała być niczym kula armatnia, która przejdzie sprintem przez kolejne warstwy mieszkalnych bloków. Ryjoknury wychodziły na dachy domostw, spoglądając na jej okazałe ciało. OKazywały strach, ale i coś podobnego rutynowej rezygnacji, jakby po raz kolejny czekała ich odbudowa mieściny i stanowiło to dla nich, bardzo bolesny, chleb powszedni.
- Lea.
- Beata.
- Zejdź mi z drogi. Im szybciej, tym lepiej. Musimy się wspiąć na szczyt.

4 Październik 1991 r., Berlin

W nocy budził się kilkukrotnie. Joanna również nie mogła zasnąć, więc wysprzątała mieszkanie. Garland kilkukrotnie budził się z wrzaskiem i moczył, to też zaglądała do niego. Nie brakowało też nocnych telefonów Kondorka do znanych jej tylko ludzi.

Rano zjedli skromne śniadanie. Kobieta przypomniała sobie o pracy, wzięła więc „na telefon” zwolnienie lekarskie. Gotowa była udawać ciąże, byle tylko mieć czas dla braciszka. Dzień postanowiła zacząć od rozrywek na placu zabaw, aby maluch uciekł od traum w interakcje z rówieśnikami. Miejsce do zabawy znajdowało się w zasięgu okna Pringsheima, mógł więc zerkać co u jego wybranki. Do południa jednak spał, przytłumiony brakiem doznań i nawet nie żałował bezczynności – co mógł robić w tak pozbawionej barw rzeczywistości?

W końcu udał się na powietrze. Ubrał ciepło i przybliżył do karuzeli, wokół której zebrała się gromadka dzieci, w większości bez matek. Te maluchy, które kojarzyły „Ryjca” nie poświęcały mu zbyt wiele uwagi, nowe jednak ochoczo wyśmiewały kogoś tak potwornego jak paskudny mechanik, zaintrygowane również plotkami o wystrzałach w jego mieszkaniu. Opowiadały sobie o nim, dosyć bezczelnie i wulgarnie, paskudne historie, tak jakby nie stał tuż obok. Garland był dosyć przytłumiony, nie mówił zbyt wiele. Chciał przypodobać się grupie trochę starszych kolegów, był w końcu obcy, a w jego języku pełno było dziwnych zapożyczeń z nieznanej im mowy, więc zwracał na siebie uwagę. Istniała jednak cienka granica. Po jej lewej stronie był Garland śmiejący się niemrawo ze Szwagiera, z lekkim zacięciem i dosyć okrutnie. Po prawej – nagłe przejście w „miarka się przebrała” i gotowość do bójki. Gdy chłopiec z placu zabaw – dosyć korpulentny czajniczek zresztą, o garbatym dziobku – przesadził, oberwał. Oberwał tak, że jego ceramika ozdobiła się pęknięciami. Mechanik przyglądał się scence w osłupieniu. Wszystko działo się tak szybko. Malec podbiegł do cięższego o 50 kilogramów, starszego chłopaka i zaczął go okładać. Zaraz, czy ten otyły dzieciak nie jest przypadkiem imbrykiem? Czy nikt tego nie wi... *gzz* Podbiegł do Garlanda razem z Joanną i rozdzielali chłopców, ledwo ratując zastawę przed bliznami, które nosiłaby do końca życia. Ej, czy ten gruby opryszek to nie jest przypadkiem żyjąca zastawą i nikt nie zwraca na to uwa... *gzz* Uspokajali Garlanda, inne dzieci uciekły przerażone, nieliczne matki poszły śladem dzieci, dodając na odchodne kilka gorzkich osądów. Zaraz, czy matka jednego z nich to cera... *gzz* Zdezorientowani.... Nie, to są żyjące zastawy jak się patrzy. Nie można udawać, że nie. Spytał się Joanny czy widzi panią imbryk. Kiwnęła głową twierdząco, potem jednak zdawała się tego nie zauważać. *Gzzz* *HSZZZZZZZZZ...* Aaa.... *gzzz* Złapał się za głowę. Zagryzł zęby. Walczył z dziwnym szumem w głowie, którego – jak każdy człowiek – nie zauważał całe życie. I zwalczył go. Wrócił z Purgatorium i widział od tego momentu więcej, to co ukryte było przed ich oczami. Gnozja?

Zbierał powoli myśli. Szczególnie zastanawiał się, że Joanna zdawała się nie widzieć w kobiecie i jej grubym dzieciaku czajnika, nawet jeśli czasami dawała symptomy „wybudzenia”. Czyżby był wrażliwszy na Purgatorium i jego zawiłości bardziej od przeciętnego pokojowicza?
- Scheiße Bouilloire – wyklinał odrapany Garland w swoim dwujęzykowym połączeniu. On też widział widział. - Céramique, phi!

Nie ma to jak dać dziecku, które uciekło od traumy rodzinnej do traumy eschatologicznej chwilę wytchnienia podczas zabawy, a potem kolejne nieprzyjemności. Ironia życia. Wyśmienita motywacja, gdy podejmowało się kluczowe decyzje, przygotowało pytania i odpowiedź na najważniejsze z nich - „Pani w Czerwieniach, dla dobra rewolucji, torturuj mnie z zimną krwią, aby nie wyszła na jaw twoja podwójna rola. Sypać nie będę”.
- Dla mnie jesteś najpiękniejszy. Duchem i ciałem. - ucałowała Pringsheima jego wybranka. - Poczekaj tu z Garlusiem. Pójdę do apteki po plastry i wodę utlenioną.

Nawet wtedy coś poszło nie tak. Stracił ją z oczu, chwila nerwowego czekania i powróciła zdyszana oraz z podbitym okiem. Wyjaśniał, że zaczepił ją Anshelm. Chciał się tylko przypomnieć, miał powrócić za kilka dni, aby wydano mu zmiennokształtnego – inaczej oberwałby jej ukochany oraz jej malutki braciszek. Dla niej żarty się skończyły już dawno. Rzuciła mu się do oczu i przepędziła. Rosłego. Nazistę. Fakt, oddał jej mimowolnie, zaskoczony, ale czmychnął z podkulonym ogonem. W pobliżu czaił się zresztą jeden z wielu tuzów, których Pringsheim nauczył się dostrzegać w tłumie. Nie miał odwagi podejść do piękności, by ją nękać wyznaniami miłości. Nie po tym co ujrzał.

Zamknęli się w mieszkaniu, przygotowując skromny poczęstunek i pocieszając malca. „Chcę do zoo” prosił. Joanna obiecała odwiedzić słodkie żyjątka, a potem upewniła się telefonicznie kto przybędzie. Kostek był w szpitalu, gdzie snuł plany ucieczki. Fish odebrał tylko raz, potem udawał nieobecnego – „nie jestem już charonitą, odcinam się od tego bałaganu, nie powiem nic o anielicy i dajcie mi spokój”. Wysnuła teorię, że nie było go trzeba nawet zastraszać. Gotowość do przybycia potwierdzili kolejno: Janik (ekscentryczny psycholog, przelotnie już poznany i niezbyt uprzejmy); Wanna (poznali go lepiej i mechanik miał dość); Zwierzak (kobieta, której głos w telefonie wydawał się być bardzo kojący i wrażliwy).
- Pozwoliłam sobie zaprosić również złotowłosego. Powiem szczerze... Nie wiem kto to jest. Przybył jak filip z konopii, sam nie wiedząc kim jesteśmy za bardzo i w jakiej sprawie. Przepraszał, nie za siebie, lecz za kogoś. Kostek i Fish go znali, ale skąd, to pojęcia nie mam. Liczył się dla mnie tylko Garland i jego zniknięcie. Został , cóż – brutalnie zignorowany.

Goście przybyli. Najpierw Wanna. Potem Zwierzak, dziwnie pachniała, ale była bardzo wrażliwa i niepasująca do groteskowego grona Charonitów. Wolała zwierzęta od ludzi, zabawiała zresztą Garlanda opowieściami o swojej pracy w zoo. Po nich przybył Janik ze swoją egzotyczną kobietą o wdzięcznym imieniu Sutara. Znów nazwał gospodarza matkojebcą, znów również przybył sportowym autem, choć innym.

Na samym końcu przybył Ford, odwalony jak struś w boże ciało, ale z jaką klasą i manierą. Przybył ze swoją egzotyczną narzeczoną, Kumiko; miał także kwiaty dla pani Pringsheim, whisky dla pana Pringsheima oraz model samolotu dla Garlanda. Przywitał się ze wszystkimi, przedstawiając w jakiś kompletnie durnowaty, niemający pokrycia z rzeczywistością sposób – wszyscy wiedzieli kim tak naprawdę jest. I byli zaskoczeni, nie wiedzieli, że przybędzie. Bardzo szybko przeszedł w tryb ekspozycyjny, jeden ze swoich ulubionych, podczas którego poprawiał okularki w uporem maniaka i łykał herbaty z uśmiechem na ustach.
- Dobra, wystarczy. - Zwierzak przerwała mu dosyć boleśnie. - Jeśli chodzi o mnie, wchodzę.

Wanna milczał. Janik i Sutara konsultowali się, czekając na odsłonięcie kart i powrót do ekspozycyjnego trybu. Eckstein nie lubił Zwierzaka. Cenił i szanował, ale nie lubił, bo podpadła mu, próbując uchronić jego *ofiarę*. Mechanik nie do końca rozumiał ich rozmowę.
- Ale dosyć o mnie, moi drodzy. Wznieśmy herbatkę za Pringsheima, naszego łaskawego gospodarza. Niech opowie nam wszystko co przeżył, w szczegółach, podsumuje swoje życie i wyjaśni co wie o Purgatorium oraz co chce się dowiedzieć. Jest naznaczonym białego nurtu, apostołem samego

Dzwonek do drzwi. Złotowłosy. Jeszcze cuchnący alkoholem po spontanicznym opiciu ojcowskiego stanu. Przeprosił za spóźnienie i nieobecność wybranki.
- Pan B, zwany Kotem? - wyciągnął rękę do pulchnego mężczyzny po tym, jak z wdzięcznością wyściskał mechanika. - Rewolucja. Bunt. Te sprawy.
- Te sprawy, jeszcze jak. - kiwnął głową.
- Wchodzę.
- Ok.

Krótka piłka. Takich ludzi Ford cenił.

Cierpienie

Walter nie wpadł w oczywistą pułapkę – nie zaczął dopowiadać sobie co może go spotkać, wtedy też wywołałby w sugestywnym pomieszczeniu to, czego boi się najbardziej. Skupił się na swoim położeniu, uświadamiając sobie, że o ile po powołaniu do „życia” drugiej córki, zdradził swoje intencje i jest co najmniej podejrzanym, dobrym nabytkiem do rewolucji Kota, to jego oprawczyni nie może być nadgorliwa, aby się nie zdradzić. Dobre i to.
Uświadomił sobie, że musi odegrać osobę złamaną, emeryta, który stracił wszystko, swego rodzaju wariację dziwactw tego ryjoknura-przewodnika, którego spotkała Lea i reszta drużyny. Uproszczonymi figurami kupił sobie czas i rozpoczął odgrywanie roli pozornie spokojnego. Dobry wstęp do pokazowego upadku. Sprawiał wrażenie, że nie zna kobiety w czerwieniach i nie wie nic o żadnej rewolucji.

Pstryknęła palcami. W swego rodzaju odwróconym efekcie vertigo wszystkie narzędzia tortur – ostrza, igły, rozpalone obcęgi, wiertła – zaczęły się przybliżać do niego. Rosły wraz z upływającym czasem i zmniejszającą odległością, skupiając na sobie mimowolnie jego wzrok. Rozpoznał materiał, z których je wykonano, ten sam, z którego wykonano łodzie charonitów i monument w Pokoju Narodzin. Unieruchomiony nieznaną siłą, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu uświadamiał sobie, że całe jego pole widzenia ogranicza się do odbijającego jego duszę lustra. Pierwsze wbiły się wiertła, potem ostrza, następnie haki, rozpalone obcęgi i kolejne, kolejne źródła bólu obejmującego jego nieistniejące ciało.

Rzut na akcję: Oparcie bólowi i wyznaniu prawdy – Tortura I
Modyfikatory Pierwszorzędne: Wytrzymałość (0); Siła Woli (+3)
Wyniki: 2; 2 -> 2; 5 (po modyfikatorach) + 0,2 (bonus za opis) -> 7,2/ 2 -> 3,6 -> Brak Efektu!

Upokarzający wrzask, zawodzenie, jęki i prośby o łaskę przyszły lekko, mimowolnie, zdawały się być oczywiste. Ku swojemu zdziwieniu, niezależnie jak wiele powiedział, nie zdradził Rewolucji, Kota i wyznawanych przez siebie wartości.

Otworzył oczy, które zamknął mimowolnie podczas tortur. Otoczenie zmieniło się. Berlin. Charakterystyczny, dziwnie znajomy wieczór.
- Dziękuje ci za wszystko. Dałeś mi moment wytchnienia. Nie wiem jak podziałałeś na matkę, ale jesteś niesamowity. Chyba jej nie nic nie zrobiłeś, nie?

Słodki, kochany głos, jeszcze ożywiony trwającymi poszukiwaniami. Odgłosy przejeżdżających samochodów i uliczni gwar nie zdołały jej zagłuszyć. Próbował skierować głowę w kierunku córeczki, ale napotkał się z ogromnym oporem, jakby w powietrzu zawieszone były niewidoczne i wchodzące w interakcje tylko z nim ostrza. Ból był taki, jakby ćwiartowano go, oparł mu się jednak. Joanna z Garlandem trzymanym za rączkę zauważyła dziwny grymas na twarzy nieznajomego staruszka, nie rozumiała czemu tak cierpi.
- Słuchaj, uznałam, że czas spotkać się z rodziną pana Blitzkriega. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko?

Skierował już nie ciało, lecz wzrok na Leę. Ostrza raniły w ten sposób tylko białka. Zdolny był jednak ujrzeć ją w całej okazałości. Był pewny, że jest rzeczywista. Wymienili spojrzenia. Zmartwiła się. Widziała, że coś jest nie tak, wyczekiwała też odpowiedzi, ale gdy jej nie otrzymała, znów tyłem wkroczyła na jezdnię. Tragedia wydarzyła się raz jeszcze, ale nie w taki sam sposób, Anielica wyłożyła mu to wprost. Córka upadła... bardziej fortunnie, umierając na jezdni, ale ze zdrowym umysłem, spokojem i bez bólu, gotowa do przeniesienia przez Kostka.

Kobieta w czerwieniach stojąca cały czas za nim pstryknęła palcami.
- Dziękuje ci za wszystko. Dałeś mi moment wytchnienia. Nie wiem jak podziałałeś na matkę, ale jesteś niesamowity. Chyba jej nie nic nie zrobiłeś, nie?

Ruszył ciałem, pewniej, ale napotykając się na coraz większy ból. Zdolny był odpowiedzieć córce (czując ból ćwiartowanego języka), a nawet podbiec w jej kierunku, gdy pojazd uderzył w jej delikatne ciało. Im szybciej biegł, tym ostrzejsze zdawały się być niewidzialne, zawieszone w powietrzu ostrza, tak jakby wychodziły mu na przeciw. Tym razem zjawisko trwało dłużej, obserwował jak jego umierającą córkę spotyka o wiele więcej cierpienia przed tragiczną śmiercią. Gotów był podążyć za nią, pożegnać ją w pędzącej karetce, zabrakło mu w szoku jednak sił, aby przejść odległość do pojazdu. Niezdolny był nawet odpowiedzieć ratownikom, którzy zaintrygowali się oszołomionym staruszkiem zastygłym w bezruchu.

Kobieta w czerwieniach stojąca cały czas za nim, pstryknęła palcami.
- Dziękuje ci za wszystko. Dałeś mi moment wytchnienia. Nie wiem jak podziałałeś na matkę, ale jesteś niesamowity. Chyba jej nie nic nie zrobiłeś, nie?

Ruch znów kosztował go więcej bólu. Jego córkę spotykało proporcjonalnie więcej cierpienia przed śmiercią i przeniesieniem. Nawet piosenka z radia zdawała się być głośniejsza, a jej ton obniżony o prymę. Dostrzegł, że Garland, na którego punkcie Joanna miała obsesję, przeżył. Błogosławił również Otto, który walczył ze sobą, aby wyłączyć Bulmę w przeklętym radio. I wygrał. Za trzecim razem Piontek był tak sparaliżowany, że nie był wstanie się ruszyć choćby o cal. Kobieta w czerwieniach odezwała się w końcu.
- To jest poziom 3. Na poziomie 27 Lea po raz pierwszy jest zdolna przeżyć jako warzywo, z kolei zaś na poziomie 45 miała miejsce tragedia w takiej postaci jaką ty ją znasz. Im wyżej, tym większe męki twojej córki. Im wyżej, tym trudniejsze poruszanie dla ciebie, tak trudne, że może wybierzesz zastygnięcie bez ruchu i zupełnie zignorujesz jak będą ją, warzywo, podnosić z chodnika, a twoja bezczynność będzie dla niej wiecznością. Im wyżej, tym więcej postronnych zginie. Do jakiego poziomu dotrwasz za nim się poddasz? Jeśli to uczynisz, twoją córkę spotka cierpienie na takim poziomie, na jakim się zatrzymasz. Wtedy też wyznasz co wiesz, a Hades, w swej łaskawości, wybaczy ci twoją zdradę i bratanie się z osobnikiem, który odpowiada za twoje cierpienia. Jeśli mnie rozumiesz, mrugnij. Do przerwania tej pętli wystarczy mi jedno słowo – córeczka.

Pstryk.
- Dziękuje ci za wszystko. Dałeś mi moment wytchnienia. Nie wiem jak podziałałeś na matkę, ale jesteś niesamowity. Chyba jej nie nic nie zrobiłeś, nie?

Chwila ciszy. Zdawała się być przerażona jego miną. Podbiegła szybko i ucałowała spontanicznie w policzek, niezdarnie, aż jej usta znalazły się blisko jego. Na moment zapomniał o bólu, choć dalej czuł opór ostrzy, nie zdążył jej jednak dotknąć za nim się oddaliła i tyłem wkroczyła na jezdnię. Pomruk cytrynowej machiny śmierci usłyszał z oddali, przeszedł jego kości. Otworzył usta, ale za nim cokolwiek powiedział, jego córeczka uległa wypadkowi.

...

Kątem oka zauważył jak bardzo uwagę ciemnoskórego kierowcy oraz siedzącego obok niego staruszka pochłonęła atrakcyjna piękność, choć początkowo nie zrozumiał, że nie chodziło o jego „córkę”. Ze zmrużonymi oczami obserwował jak jego rówieśnik sprawnie zapobiega potrąceniu dziewczyny z dzieckiem, zmieniając minimalnie kierunek jazdy. Na moment wszystko wokół zamilkło, by nagle z zupełnie innej strony rozległ się ryk silnika, a cytrynowy pojazd wyskoczył, by wbić się w pojazd, na milimetry przed ciałem dziewczyny. Następne sekundy były dla Piontka zrozumiałe jak nic innego, scenę tę miał oglądać tak długo, aż pętla wypadków złamie go - pojazdy połączyły się, a brak kontroli kierowcy i jego niedoświadczenie sprawiły, że stalowa bryła z dwóch maszyn obróciła się, boleśnie uderzając córeczkę, a następnie wciągając ją pod koła. Déjà vu! Najwyraźniej dla odmienionego Waltera widok brutalnego zgonu musiał być chlebem powszednim. Przez wieczność.

...

Rewolucja czy córka i osoby postronne?

Limit Czasowy

25:59

Tabris

Tabris

18. maja
Post ID: 85005

-TO NIE JEST PRAWDA!
~~
Tortury psychiczne były poprzedzone fizycznymi, czego Walter się spodziewał. Nie spodziewał się jednak kształtu jaki przybrała. Był to kolejny cios jaki spadł na emeryta związany z jego relacją z córką. Tym razem jednak był jednocześnie silniejszy i słabszy, początkowo piorunujący, ale z czasem...
~
Możliwość ocalenia Lei była... czymś za co Walter oddałby swoje życie - albo zabrał cudze. Przecież zdarzało mu się już zmieniać zdanie, jak choćby w wypadku Furii. Mrugał oczami wsłuchany w dźwięczne słowa córki. Nie wypowiedział jednak słowa. Nie z miłości do Kota i rewolucji, ani nawet, paradoksalnie, z powodu miłości do córki. W głowie Piontka rodziła się bowiem nowa myśl, która nagle uderzyła go.
~
Aby zaznajomić się z taekwondo Walter nie tylko ćwiczył ciało, ale też nieco poznał filozofię, która była jego nadbudową. Ot choćby dlatego, żeby wiedzieć kim był Won-hyo na cześć którego nazwano jeden z ulubionych układów Waltera. Buddyzm miał tą zaletę że nie było w nim wszechmogącego Boga, co czyniło go mniej niedorzecznym od innych religii. Zgodnie z jego naukami świąt był iluzją od której należało się uwolnić poprzez medytacje. Dzielił się na szkoły - Walter zapamiętał, że jedna z nich głosiła możliwość nagłego doznania oświecenia. Wówczas można by zobaczyć świat taki jaki był, czy też raczej poznać to co zasłaniał. Ważne było nieufanie swym zmysłom.
~
Z drugiej strony Walter Piontek był materialistą (w sensie filozoficznym). Nie mógł sobie nie uświadomić absurdu sytuacji w jakiej się znalazł. Oglądał przeszłość będąc do niej zabranym przez Kobietę w Czerwieni z sali tortur, gdzie trafił z umysłu swojego i swojego'. Tak w ogóle to był w magicznej kostce pozostawionej przez kosmitów czy innych bogów. Toż to było niedorzeczne. I jeszcze ta rzekoma zdolność do zmiany przeszłości. Jeśli to było możliwe czemu nie "skasowano" ingerencji Kota? Propozycja oprawczyni była kłamstwem, które miało go złamać.
~
Emeryt doznał oświecenia. Scena którą mu pokazywano była kłamstwem. Zapętloną halucynacją, którą należało przerwać zanim całkiem go wciągnie. Walter już nie mrugał. Całymi siłami starał się wyrwać. Teraz już zrozumiał - Archanielica wykorzystywała czerwony nurt by sprawić mu ból. I Walter mógł zrobić to samo, by przerwać seans tortur. W czasie tworzenia Elektry wręcz pływał w czerwieni, ba, obcował z nią cieleśnie. Zyskał dzięki temu na nią jakąś odporność, co pomogło zachować przytomność na miejscu wypadku.
~
Ale "tak naprawdę" Waltera nie było na feralnym przejściu dla pieszych. Nie było go w sali tortur. Nie było go też uwięzionego w umyśle Altera. Nie było bowiem Waltera i Altera. Cały czas był jedną i tą samą osobą, która nie chciała zapomnieć o swych największych miłościach, ale też chciała je uchronić przed sobą. Walter w gruncie rzeczy wiedział, że Lea jest w połowie bytem. Że Helena oszukiwała go twierdząc, że będzie inaczej i że to kłamstwo zniszczyłoby po kolei ich związek, miłość, a w końcu córkę. Ostatnią rzeczą jaką zrobił było ocalenie, poprzez zniszczenie, ich relacji. W Purgatorium przeciwieństwa były tym samym. Jego niepewność, czy postąpił słusznie tworzyła jakby dwie osoby. Ale teraz to przestało być potrzebne. Poznał prawdę o Lei, spotkał się z Helą. Znów mógł i chciał być sobą. W pełni. Po prostu.
~
Ale aby to wszystko mogło się stać musiał opuścić iluzję. Czerwony nurt, spiżowy nurt, jasnoszmaragdowy nurt. Nie ważne jaki. Czuł się w stanie wykorzystać każdy z nich z osobna i wszystkie naraz by przerwać koło cierpienia. Wykorzystać nauki Buddy, Jezusa, Marxa. Za pomocą taekwondo rozbić nieistniejący dylemat. Dla córki, żony i dla siebie.
~~
- Nie będziesz mnie oszukiwać! Nie będę oszukiwać siebie!

Xelacient

Xelacient

20. maja
Post ID: 85010

Nadim sam z Siebie nie poruszył tematu quizu, zaś Kamphausen nie pragnął do niego wracać, mająć wrażenie, że cokolwiek, by nie powiedział to by tylko pogorszył sprawę. Mógł żałować, że przemówi, toteż wybrał milczenie.

Ruszyli razem z resztą. Der Chemiker czuł, że między nim, a zięciem nastąpił rozłam, zaś ich drogi zaczęły się rozchodzić, jednak było coś kojącego, że póki co jeszcze wędrowali wspólnie, wzajemnie się przy tym wspierając. Przynajmniej póki Nadim nie wziął Joanny na ręce, jednak Otto przyjął ten gest z uznaniem. Nawet jeśli "piękność" wiele straciła w jego oczach, przez to jak dała się rozegrać w czasie quizu.

Jednak cała wędrówka, choć niezwykle męcząca to miała jedną zaletę, dała czas do przemyślenia. Kamphausen tknięty myślą, że być może później nie będzie czasu, chciał coś przekazać arabowi. Mógł żałować, że milczał toteż wybrał, że przemówi:

-Słuchaj Tahir - zagaił, gdy zrównał się z ciemnoskórym, starał się brzmieć wyraźnie, mimo chóru pijawek i rzęsek w powietrzu - zmieniłeś się, widzę to w twoim spojrzeniu i gestach. Wiem, że przestałem być dla Ciebie ideałem... ideałem, który mówił ci co masz robić, mówić czy nawet myśleć... i bardzo dobrze, że tak się stało - dodał nieoczekiwanie - bo, żeby dorosnąć i stać się mężczyzną musisz wpierw przestać ślepo wpatrywać się w swojego rodzica. Ja przestałem postrzegać swoją matkę jako ideał, i dzięki temu stałem się mężczyzną. Jako mężczyzna mogłem wychować swojego syna na kolejnego mężczyznę... mogłem Ciebie wychować na mężczyznę - zaznaczył - I wiem, że dzięki temu ty też będziesz w stanie wychować swoich synów na mężczyzn.

Zapadła chwila ciszy.

- Chcę, żebyś wiedział, że jestem z Ciebie dumny... bardziej niż ze swoich dwóch rodzonych synów razem wziętych - dodał Otto na koniec, głos mu się załamał, może ze wzruszenia, a może ze wstydu, bo ciężko na głos przy wszystkich przyznawać się do swoich błędów wychowawczych.

Po tej, krótkiej przemowie Kamphausen więcej się nie odzywał, musiał złapać oddech w czasie ciężkiej wędrówki, a ciężki kombinezon z pijwkokluczy i ubrań nie ułatwiało tego.

Później pojawił się stwór, gnom-nosacz, istota cwana, zakłamana, fatalistyczna z jakimś dziwnym uwielbieniem śmierci. Czyli cech, które stały w sprzeczności z wartościami Otto. Nie mając najmniejszej ochoty na interakcję z tego typu bytami zostawił to reszcie drużyny

Niemniej w czasie wędrówki spróbował nieco przysłuchać się stworzeniu, ale z jego paplaniny nie wyciągnął żadnych interesujących informacji, więc wędrował dalej próbując złapać oddech, aż dotarli do "małego miasteczka". Z każdym kolejnym krokiem po trasie na bazie spirali, konieczność przebicia się skróty przez zabudowania stawała się coraz bardziej oczywista. Jednak nim zmęczony i zamroczony Otto się do tego zebrał to już Beata i Lea zdążyły zacząć o to sprzeczkę.

Dwie kłócące się kobiety, starsza i młodsza, grubsza i chudsza, aż nazbyt znajomy widok. Rzecz w którą się nie wtrącał... bo był chłopcem, teraz Otto był mężczyzną i nie zamierzał być bierny.

- Cisza! Jedna z drugą! - krzyknął Kamphausen z niespotykaną u niego agresją - obie się mylicie! Jedna chce iść jak najszybciej, a druga jak najwolniej! Jeśli mamy wygrać to musimy zachować spokój, dyscyplinę i porządek! Ja jestem największy! - krzyknął rozkładając "ręce", żeby pokazać rozmiar swojego kombinezonu - toteż ja przetrę szlak! Reszta idzie za mną! W ten sposób zaoszczędzimy siły i zrobimy mniejsze zniszczenia niż co chwilę się wywracając po całej długości tej spirali!

Jak Der Chemiker powiedział tak zrobił... i nie zamierzał czekać na aprobatę kobiet. Rozejrzał się na boki, po czym zaczął ostrożnie przedzierać się przez najmniejszy budynek w pobliżu. Nawet nie dlatego, że jakoś było mu żal bytów... szczególnie TUTEJSZYCH bytów. Po prostu wychodził z założenia, że przebicie się przez mniejszy budynek będzie go mniej męczyło. Czuł się jakby przedzierał przez zarośla w parku, niszczyło się przy tym ładne rośliny i deptało robactwo, ale najważniejsze było dotarcie do celu. Co najwyżej mógł iść tak, żeby jak najmniej zniszczyć i jak najmniej zdeptać.

Otto przedarł się przez "pierwszą" linię, jednak po tym nie szedł ślepo przed siebie, tylko rozejrzał się w prawo i lewo szukając "najsłabszego" puntu w kolejnej "barierze" z domków. Był gotów zboczyć parę kroków w jedną lub drugą stronę w celu odnalezienia optymalnej drogi na szczyt.

Garett

Garett

20. maja
Post ID: 85012

Sięgnęli Absolutu... I zachłysnęli się nim. Mathias i Elias na jedną chwilę będącą jednocześnie wiecznością stali się jednością. Zarówno ze sobą, jak i Absolutem. Nie była to jednak jedność doskonała. Byli w tym absolucie niczym dziecko dopiero uczące się chodzić. Co ciekawe podobnież było w przypadku Hadesa, którego obecność tu wyczuwali. Jak również i innych, tajemniczych istot, które stały o wiele wyżej od nich w hierarchii nieskończoności. Jeśli Mathias i Elias byli tu niczym dziecko, to te wielkie istoty były dorosłymi, tyle, że mogącymi kształtować nieskończoną ilość wszechświatów wedle swej woli. A mimo tego, przez całą tę krótką chwilę będącą wiecznością tego nie zrobili. Coldbergowie nie wyczuli by cokolwiek się zmieniło w nieskończonym morzu nurtów. Zupełnie jakby „rozchlapywanie” tego „morza” było poniżej ich godności, czy czymkolwiek kierowały się te enigmatyczne, boskie wręcz, stworzenia. Lecz dla kontrastu były tu także inne istoty, znajdujące się poniżej hierarchii nieskończoności. Chociaż nie, nazwanie ich tak w skali Absolutu byłoby nieporozumieniem, gdyż dopiero zaczynały się otwierać na nieskończoność, brak im było tutejszego odpowiednika samoświadomości. Z tego też względu byli zupełnie niezauważalnie i jedyny powód dla którego Coldbergowie zdali sobie sprawę z ich obecność, był fakt, iż te cholerne szczury z Biblioteki znajdowały się tak blisko ich ciała w Purgatorium. Jedyny spośród nich który zdołał „zanurzyć się” nieskończonego morza nurtów musiał być zapewne ich królem, o którym wcześniej wspominały postacie książkowe. Lecz nawet jeśli w Purgatorium mógł osiągnąć największe zrozumienie Absolutu ze wszystkich szczurów, tak tutaj był zaledwie gówniarzem, podobnie jak Coldbergowie i sam Hades, w porównaniu do tych odległych istot.

I tak mijała wieczność, aż Coldbergowie przypomnieli sobie o swoim celu, chociaż jednocześnie pamiętali o nim od samego początku. Tutaj czas nie istniał, wszystko działo się jednocześnie. I choć mogli obserwować nieskończone morze nurtów przez wieczność, która trwała chwilę, to ich cel został spełniony w chwilę, która trwała wieczność. Nurt, który płynął w ich kierunku od Hadesa, będący pytaniem-odpowiedzią, zmienił bieg, stając odpowiedzią-pytaniem, które płynęło od Meliasa, stanowiącego naczynie Coldbergów, do Hadesa. I kiedy zdali sobie sprawę, że to wszystko się stało jednocześnie, obudzili się...

...A przynajmniej tak to pamiętali. Nie było to jednak coś czym należałoby się bezwiednie sugerować. Nawet jeśli znajdowali się w Purgatorium, gdzie ich ciała i umysły stały na wyższym poziomie, nawet jeśli byli w tej chwili ciałami astralnymi, zmanifestowaną myślą nieskrępowaną ograniczeniami ciała, to Absolut znajdowało się jeszcze dalej. Tak jak powiedział Ford, którego słów choć nie mogli usłyszeć, to wciąż odbijały się echem w pustce umysłu Meliasa, nie pojmowali Absolutu w całkowity sposób, dlatego wizualizowali go sobie jako ów sen o nieskończonym morzu nurtów zawieszonym w wieczności trwającej przez chwilę, która była chwilą trwającą przez wieczność. Nieważne, że to nie miało sensu, wszakże sny nie muszą mieć sensu. A skoro o snach mowa, to Melias właśnie w niego zapadł, w wyniku czego...

Bogowie go pobłogosławili i uzdrowili. I to nie tylko niego. Czuł, iż Dobry Bóg i Zgorzkniały Bóg okazali swą łaskę wszystkim siedzącym. Było to przyjemne uczucie, a jednocześnie bardzo męczące. Nie wiedział czym jest sprzeczność, ale nie podobało mu się to. Dlatego uciekł od niej zapadając w sen.

...Melias pojawił się w pustce umysłu. Sen to wytwór wyobraźni, a on był niej pozbawiony, dlatego po prostu zanurzył się wewnątrz gąbki jaką był jego umysł. Dla niego było to zapewne coś w rodzaju Siedziby Bogów, a przynajmniej coś odpowiadającego jego rozumieniu idei „boga”. Tutaj jednak był jeszcze bardziej ograniczony niż w swoim ciele. Był anty-myślą w pustym umyśle. Tabula Rasa, czysta kartka, tak samo jak jego ulubione zdanie pozbawione znaczenie. Nie reagował na żadne bodźce. Poza jednym – Janikiem. Gdy chwalił Coldbergów, ciało Meliasa zaczęło walić głową w fotel. W tym stanie już nawet nie wyczuwał emocji innych, po prostu instynktownie czynił z danej osoby symbol danej emocji i zaczynał ją odczuwać. Wniosek: lepiej było nie podejmować żadnych działań w pustce kiedy Melias śpi, gdyż wtedy ciało przypisywało danym istotom wewnątrz niego odpowiednie emocje i kiedy któraś z nich zaczynała coś robić, równało się to odczuwaniu przypisanej emocji.

Coldbergowie właściwie nie zwracali uwagi na Dondoryjon. Zajęci byli wykorzenianiem „negatywnych wpływów”. Tak jak nie mogli przeciwdziałać nasiąkaniu umysłu emocjami, tak mogli przynajmniej spróbować ograniczyć wpływ tych, które mogłyby uczynić coś złego kiedy ciało będzie spać. A w takim miejscu jak Dondoryjon unosiło się mnóstwo negatywnych emocji, zarówno ze strony Pokojowiczów, zirytowanego Hadesa oraz Ryjoknurów.

-Janik, przywal gromem temu Rurkowcowi co pyskował – powiedział nagle Mathias. Przebywanie w Filogildii Instynkcieli i bycie wystawionym na deifikację poszerzało meliasowe zrozumienie idei boga. A to można było wykorzystać.
-Ryjoknurowi – poprawił Elias.
-Cokolwiek. Ważne jednak, że chcę coś wypróbować. W Purgatorium można wpływać na rzeczywistości za pomocą siły woli oraz wiary. Cóż, siły woli właściwie nie ma, ale wiary jednak temu debilowi nie brak. Zwłaszcza jak teraz nasiąknął trochę czcią od tych Rurkowców.
-Ryjoknurów. I tak, jeśli się uda, to może będziemy też mogli zrobić tu nieco porządku z tym chaosem emocji, tworząc coś w rodzaju pierwotnej religii, w której różne koncepty, uczucia i fenomeny były przypisywane bogom.
-Dlatego właśnie powiedz głośno „Proszę kontynuować eksperyment” myśląc o gniewie, pyskatym Rurkowcu oraz bólu, w tej właśnie kolejności.

Wiwernus

Wiwernus

21. maja
Post ID: 85013

Cierpienie

Poziom #27 - Dziękuje ci za wszystko. Dałeś mi moment wytchnienia. Nie wiem jak podziałałeś na matkę, ale jesteś niesamowity. Chyba jej nie nic nie zrobiłeś, nie?

Po raz pierwszy Lea nie umiera. Nie doznaje łaski obycia się bez niepotrzebnego bólu w wegetatywnym stanie, który od teraz, tak jak było to naprawdę (?), będzie jedynie wzmagał poczucie zagrożenia, strachu i osaczenia córeczki Waltera przed śmiercią, która dopiero się zbliżała. Przyglądał się jak iskra życia wciąż się w niej tli - czuł ją purgatoryjskimi zmysłami - przeżywając bolesną chwilę w zupełnie nowy sposób. Oddech lekko przyśpieszył, aż poczuł napierające mu na płuca i gardło ostrza, zdające się nawet uparcie walczyć z powietrzem, które przepływało przez jego ciało. One niemal ożywały, co prawda obecnie nabierając intelektualnych walorów (M)Eliasa, ale z perspektywą osiągnięcia czegoś o wiele bardziej godnego podziwu i przerażającego z perspektywy ich ofiary.

Poczuł się niekomfortowo, ale zachował spokój. Chociażby dlatego, że choć Leę po raz pierwszy spotykał ciężar życia i tak miała się lepiej niż w oryginalnej linii czasu, tak samo jak i postronne ofiary, w mniejszej ilości. Wyobraził sobie, że wykonuje figurę z Tae Kwon Do i natychmiast poczuł się lepiej, zapominając na moment o iluzji i niemal lekko znosząc jeden z kulminacyjnych poziomów.

Poziom #45 - Dziękuje ci za wszystko. Dałeś mi moment wytchnienia. Nie wiem jak podziałałeś na matkę, ale jesteś niesamowity. Chyba jej nie nic nie zrobiłeś, nie?

Dokładnie pamiętał karambol, które obraz wyrył się w jego umyśle. Mógł go odtworzyć z nonszalancką swobodą, używając odmienionego w Kostce ciała i umysłu. Nie musiał. Miał tę chwilę przed oczami, nie możliwą do odróżnienia od rzeczywistości. Rozruszał dominującą rękę, gdy odczuł, że zaczyna mu drętwieć od bezruchu. Mimowolnie ułożył ją jak do kolejnej widowiskowej pozy z ulubionej sztuki walki, aż jego ciało przeszedł niemal przyjemny dreszcz. Strzelił szyją, wyczekując pstryknięcia palcami Kobiety w Czerwieni.

Poziom #56 - Dziękuje ci za wszystko. Dałeś mi moment wytchnienia. Nie wiem jak podziałałeś na matkę, ale jesteś niesamowity. Chyba jej nie nic nie zrobiłeś, nie?

Odczuł o wiele więcej ciepła, niemal duszność. Zaczynało się robić coraz tłoczniej na przejściu dla pieszych. Trudniej przyszło mu wymienić rutynowe, lekko już znudzone spojrzenie z Joanną, bo zasłaniał ją obcy, nieobecny w oryginalnej (?) linii czasu mężczyzna. Po raz pierwszy poznała go. Sama nie wiedząc do końca dlaczego, jakby wyrywając się z pętli tortur, co musiało oznaczać, że wszyscy zaczną świadomie przeżywać męki tego przeklętego wieczora przez opór osiołka. Albo to kolejny dowód na iluzję tortury. Gdyby nie karambol, która zaraz nastąpił, z pewnością zdążyłaby wygarnąć wszystko co najgorsze staruszkowi, sprawcy cyklicznej męki jej oraz braciszka. Z lekkim wyrzutem spoglądał jak w tej linii czasu kobieta nie umiera na miejscu, podobnie jak konający Garland. Również Lea nie miała lekko, przerzucana przez niedbałych, nonszalanckich ratowników na nosze jak worek z kartoflami, by potem karetka mogła odjechać naznaczoną wybojami i dziurami w asfalcie drogą.

I tylko Hansa spotkał zupełnie odwrotny los. Wtedy bez szwanku wyszła jedynie charakterystyczna bejsbolówka, tym razem nie miała się za dobrze, ale on – wyszedł z pojazdu jedynie ubrudzony, wystraszony i... pełen inspiracji, nerwowo dośpiewując do zapętlonej piosenki w radio. W nerwowym odruchu Walter wyszedł mu na przeciw, ale nie zdążył wejść z nim w interakcje. Pstryknięcie przeszyło jego kości. Anielica zwiększała tempo przechodzenia do kolejnych poziomów, zmuszając do opamiętania się, bo miało być gorzej i gorzej.

Poziom #83 - Dziękuje ci za wszystko. Dałeś mi moment wytchnienia. Nie wiem jak podziałałeś na matkę, ale jesteś niesamowity. Chyba jej nie nic nie zrobiłeś, nie... Słuchaj, ja wiem, że to zabrzmi co najmniej głupio, ale ja... chciałabym mieć takiego tatę jak ty, Walter.

I wtedy Joanna rzuciła się w kierunku Waltera, wymierzając mu policzek. Po raz już czwarty, ale dopiero drugi raz po zaskakujących, rozczulających słowach córki. Nie była już jedyną z ofiar karambolu, która kierowana na sznureczkach Hadesa miała świadomie umrzeć w tragicznej katastrofie lądowej, bo powoli tak można było tylko mówić o skali wypadku. Za to z pewnością była najbardziej świadoma losu na jaki skazuje ją Osiołek. Nie zdawała się być na tyle bystra, aby dojść do podobnej dedukcji sama z siebie, szczególnie w takim tłumie ludzi o różnych walorach umysłowych. Najwyraźniej tak mocno kochała braciszka, że wyczuła jaki los go spotka i to wywoływało w niej... oświecenie? Tak, to było dobre słowo. Przypomniało, że wszystko co widzi jest jedynie iluzją.

Wymienił z nią spojrzenie, a także z napierającym na niego tłumem ludzi, nerwowo mrugającym, jakby mającym go zaprogramować, aby się poddał. Nic mu jednak nie mogli zrobić. Gdy światło zmieniło się z czerwonego na zielone, kierowani nienaturalną siłą jak bezmyślne owce wpadali na ulicę, by dokonać żywota. W agoniach mrugali o wiele bardziej intensywnie, mimo to Walter był wstanie w spokoju wykonać część układu. Gdyby nie to, że Kobieta w Czerwieni pstrykała coraz szybciej i szybciej, byłby wstanie przewidzieć kiedy to nastąpi i pstryknąć razem z nią.

Poziom #198 – Nienawidzę mojej matki. Mam nadzieję, że zajebałeś ją i moją siostrę, a także śmiecia, który mnie spłodził.

W tej linii czasu mantra córki była wulgarna i pełna nienawiści, godna niemal Elektry. Rozumiał jednak, intuicyjnie, skalę zwielokrotnionych cierpień. Nawet wspomnienie jej bolesnego wyznania w kawiarni było inne. Jeśli chodzi o ścisłość, wyznania prawie nie było. Były półsłówka. Pauzami między nimi Walter mógł odmierzyć skalę bólu jaki zniszczył jej psychikę w tej linii czasu. A miało być jeszcze gorzej, miał być karambol, do którego ciągnęła kolejka tak długa, tak mocno napierający tłum, że prawie nie widział jego końca. Czuł się przytłoczony i osaczony, pocił się od przepychających osobników.

Pierwszy raz pstryknął razem z Kobietą w Czerwieni. Nawet przyśpieszała zgodnie z matematycznym ciągiem. W tym wszystkim była jakaś uporządkowana logika.

Poziom #322 – ...

Tłum jest tak groteskowy, że aż zabawny, nie mniej nie bawi. Walter nie poświęca mu uwagi, kierując wzrok na rozbudowany Mur Berliński, który wciąż rozdziela obie części Niemiec. Wytoczono przed nim naprawdę wielkie działo, tylko po to, aby go złamać. W powietrzu wyczuwał pył i... promieniowanie? Wybuch bomby atomowej? Podzielone Niemcy walczyły ze sobą, używając arsenału nuklearnego? Do tego miał doprowadzić swoim uporem przed mruganiem? Do tego gotowy byłby posunąć się Hades w swojej torturze, tak wiele wart był dla niego Osiołek?

Spojrzał na karmazynowe niebo, niemal krwawiące. Smog. Smród. Kwaśny deszcz. Upadła, rozdzielona na części, przemysłowa i militarna metropolia. Nawet nie chciało mu się jeszcze analizować zmian tej wymyślnej iluzji, zdradzającej coraz bardziej swoją fałszywość. Wykonywał mimowolnie swój układ, nie czując ani bólu wywołanego ostrzami, ani dyskomfortu, przechodząc obok rozjechanych ciał zmarłych. W wyćwiczonym – w tej treningowej sesji – około trzystu razy układzie, minął ich niemal jak w tańcu. I Leę, którą hańbili ratownicy medyczni, ci którzy mieli jej pomóc. O ile to byli ratownicy, maseczki ochronne mogły chronić ich jedynie przed pyłem i zanieczyszczeniami powietrza, a karetka była skradziona. Anarchistyczny Berlin? Tak, ostrza potwierdziły niewypowiedzianą teorię. Zignorował je.

Poziom #788 – Przerwij pętlę. Błagam cię, tato! Tatusiu!

Hę? Otworzył oczy. Chyba przespał ze sto poziomów piętrowej tortury, najwyraźniej odpływając z prądem czasu. Zdarzało mu się to coraz częściej. Wiedział dlaczego. To nie było rzeczywiste i miał na to dowody. Ostrzy nie czuł, piosenka w radio po prawie tysiącu obniżeń tonacji była już niesłyszalna nawet dla jego ucha, tłum był tak liczni, że niemal bezosobowy jako jedna zbita masa.

Gdy dochodzi do wypadku, słyszy krzyk z tysięcy gardeł ludzi i świst z dzióbków setek czajników. Cytrynowych narzędzi mordu jest tak wiele i są tak szybkie, że pojawiając się, wydają stanowić jednobarwną smugę zostawiającą za sobą czerwony ślad.

Poziom #999 – ...

Jest już tylko wyczekiwanie i chorobliwe napięcie, wszyscy czują, że zdarzy się coś wielkiego, przybliżając do okrągłej liczby. Czują to i ludzie, i czajniki, i szczury na równych prawach zamieszkujące ruiny upadłego miasta cieni, nawet ostrza bólu posiadające w tym wymiarze autonomiczną świadomość przewyższającą ludzką inteligencję o mile. Te ostatnie dawały mu się do znaki wymyślnymi, piętrowymi konstrukcjami logicznymi, które miały podważyć jego uwolnienie z gnozji, zadając jednocześnie ogrom wyrafinowanego cierpienia. To już nie jest nawet post-apokalipsa, to piekło.

Nie ma karambolu. Cytrynowy pojazd, jeden, przybywa pusty. Zatrzymuje się. Radio włącza się po chwili przenikliwej ciszy.

Wake... from your sleep
The drying of your tears
Today.. we escape
We escape.

Pack and get dressed
Before your father hears us
Before.. all hell.. breaks loose.

Breathe... keep breathing
Don't lose.. your nerve.
Breathe... keep breathing
I can't do this.. alone.

Sing us a song
A song to keep us warm
There's such a chill
Such a CHILL.

You can laugh
A spineless laugh
We hope your rules and wisdom choke you
Now we are one
In everlasting peace

We hope that you choke.. that you choke
We hope that you choke.. that you choke
We hope that you choke.. that you choke

Słowa najpierw kierują się do Lei, niemej od doznanych cierpień. Głos mógłby równie dobrze należeć do Waltera, jak i Hadesa. Czy Lea ma uciec wraz z ojcem z gnozy czy wraz z Hadesem z pętli, na którą skazał ją ojciec? Sama musi zdecydować, w końcu słyszy jej wspaniały głos. Otrzymała obietnicę ucieczki – od Piontka. Potem zaś utwór zmienia się w drwinę z Hadesa i jego tortur, jak i całej ideologii. Uderzającą w całe jego jestestwo.

Zaśpiewaj nam piosenkę
Piosenkę, która sprawi że będzie nam cieplej
Tu jest tak chłodno, tak chłodno

Możesz się śmiać
Tchórzliwym śmiechem
Mamy nadzieję, że swoimi zasadami i mądrościami się udławisz

Teraz jesteśmy jednym
W wiecznym pokoju

Piontek przerywa swój sen i uwalnia się.

Szczyty Dondoryjskie

Otto podczas wspinaczki wyznał, że traktuje Tahira jak syna i jest z niego zadowolony, mimo – a przede wszystkim dlatego – że ten kroczy własną drogą, zamiast podążać ślepo za jego wytycznymi.
- Nie mam już kompleksów związanych z pochodzeniem. Arab, żyd, niemiec, francuzka; kobieta czy mężczyzna; młodzieniec i starzec; muzyk, chemik czy miliarderka; człowiek czy lama... Wszyscy jesteśmy tacy sami, dzieląc te same przywary. Wcześniej, tak sobie właśnie myślę, traktowałem cię z dziwną czcią, ale było to traktowanie przedmiotowe. Nie byłeś Otto Kamphausenem. Byłeś ojcem Larki i Niemcem. Rolą społeczną, a nie człowiekiem, przez którą miałem być włączony do grona Niemców, choć dla ciebie nawet Goebbels był Niemcem. Dla ciebie począłem dziecko... i dla ciebie wyrżnąłem jakąś literacką cywilizację, choć nie mam pewności do końca już jaką, wciąż czuję jednak w płucach dym, a w ustach popiół. Teraz jest inaczej. Bardzo cię szanuję i ty również jesteś dla mnie bliższy niż ojciec, z którym kontakty miałem gorsze niż możesz myśleć. Kroczymy w końcu własnymi ścieżkami bez tego chorego układu. - uśmiechnął się, a potem uścisnął mocno, „po męsku” ojca, co ten poczuł nawet przez pijawkowy kombinezon. - Teraz mogę bez większych oporów żyć zgodzie ze swoją naturą. Wątpić w Boga, gdy przychodzą wątpliwości. Kochać szczerze dwie kobiety, niekoniecznie już Niemki. Nie szukać akceptacji w grupie, która tak bardzo mnie rozczarowała. Bardzo się rozwinęliśmy. Na swój sposób uznaję Dupę Szatana za łaskę, a Hadesowi jestem szczerze wdzięczny.

...

Janik spojrzał niepewnie na Mathiasa, ale ugiął się. Nawet już nie był wściekły, że mu rozkazano. Powoli godził się z faktem, że jako Charonita w końcu doczekał się podopiecznego, który przyćmiewał jego osiągnięcia. Uświadomił sobie – co wyczuli, w końcu dzieląc z nim telepatię – że czynił źle, szukając geniuszy i talentów, podczas gdy trzeba było zawierzyć losowi i, podobnie jak Wanna, postawić na jednostki bardziej dysfunkcyjne, co stwarzało ogrom możliwości. Oczywiście wyczuli też ciężar jego zgorzknienia, którego nie był wstanie się pozbyć, ale wiedział, że mają rację.

Spojrzał na Meliasa, który podczas snu, przebywając w Domenie Bogów, był zawieszony w swego rodzaju letargu, który chcieli teraz wykorzystać dla własnej korzyści. Eckstein zebrał w sobie pokłady najgorszych, najbardziej destruktywnych emocji i przelał je w wykrzyczane wściekle PROSZĘ KONTYNUOWAĆ.....

...

... EKSPERYMENT!!!

Otto jak powiedział, tak zrobił. Spokojnie zaplanował sobie najlepszą możliwą drogę do przejścia przez spiralne miasto, marnując możliwie jak najmniej sił. U jego boku kroczył Nadim z Joanną przerzuconą przez ramię, śpiącą spokojnie. Nie dlatego, że tego oczekiwał ojciec, sam tego pragnął i podzielał w tej chwili jego taktykę. Tutta zaoferowała, że skoro już mężczyźni przejęli inicjatywę, to ona popilnuje Joannę i Meliasa, w końcu i tak zajmowała się swoim ukochanym, a zdeterminowani Nadim i Otto zdawali się być pełni witalnych sił i determinacji. Lea nie pozwoliła przejąć jej ukochanego, wywiązała się jakaś bezsensowna pogadanka na jego temat, więc jedynym wartym uwagi wydarzeniem było przedzieranie się przez miasto. Duet ojciec-syn przewalali budowle, nie patrząc nawet czy w środku pozostały jakieś ryjoknury. Bryły nierzadko roztrzaskiwały się na lodowe fragmenty, spod których wypływała przyjemnie zaróżowiona posoka futrzastych stworzonek. W uporządkowanym, metodycznym akcie bytobójstwa tkwił jakiś obłęd, niemiecki pragmatyzm. Harmonia miasta ustępowała dysonansowi i panice stworów.

W momencie największej paniki, gdy ryjoknury biegały w panice pod stopami pokojowiczów, uderzył piorun. Poprzedził go krzyk rozbudzonego Meliasa, na tyle silny, że zdolny przebić się przez kakafonię i chaos, tak wysoki i mocny, że niektóre z lodowych ścian zaczęły pękać niczym szkło pod wpływem wysokich tonów. Rdzawoczerwone niebo pokryły chmury, formując coś na wzór cyklony, by nagle z jego centrum wystrzelił piorun o nieznanej ludziom barwie. Ryjoknur, który pyskował, widząc działania Otto i Nadima, oddalał się już po cichu od drużyny, gdy nagle oberwał błyskawicą. Jej siła była tak duża, że eksplodował, zostawiając po sobie kawałki usmażone mięsa, a w promieniu kilkunastu metrów rozeszło się wyładowania, które zakończyło marny żywot uciekającej grupki ryjoknurów i burząc pobliskie budowle. Nachylone pod stromym kątem miasto zatrzęsło się, niektórzy pokojowicze przewrócili się, rozgniatając pod swoim ciałem wiele niewinnych bytów.

Lea pochwyciła mocno swojego ukochanego i uspokoiła go pocałunkiem. Wycieńczony, ponownie zapadł w sen. Postanowiła, że nie ma już dość sił, aby trzymać z Berlińczykami. Wykorzystała chaos związany z anihilacją miasta i sen swojej miłości, postanawiając ruszyć okrężną drogą, byle nie przykładać ręki do śmierci bytów.
- Bardzo cię kocham, ale nie możesz tego robić. Oprzyj się tym siłom. Proszę cię, błagam. To jest złe. - starała się uczynić wszystko, aby Melias nie był marionetką w rękach trzech Bogów. Liczyła, że przez sen podda się jej sugestiom. - Zrób to dla mnie. Lea. Pamiętasz mnie, prawda?

Pokojowicze oddalili się, co przeczekała, próbując zachować spokój. Potem ruszyła przez zgliszcza, poszukując drogi, która pozwoli jej ominąć inne miasta ryjoknurów. Była gotowa wspinać się nawet po pionowej ścianie, byle nie dokonać bytobójstwa. Powoli kroczyła przez śliskie ruiny, dźwigając na rękach śpiącego Meliasa. W nieznośnej kakafonii miasta, w którym wiatr hulał przez zniszczone otwory budynków, usłyszała nawoływanie. Odgłosy modłów, fascynacji, ogromnego bólu i wytężonej pracy. Zatrzymała się w dzielnicy, którą Otto i Nadim w swym okrucieństwie przeoczyli. Pochyliła się, zaglądając do fabryki broni. W niej, według słów pyskatego ryjoknura przygotowywano futurystyczną broń. Potem z budynku niczym fala wypłynęły ryjoknury, które w budowli zdołały się skryć. Większość z nich była pod wrażeniem pokazu Meliasa, który nawet przez sen działał zgodnie z wolą swoją i wszechświata. Wielbiono go, w równym stopniu się go bano, ale widziano w nim Boga. Boga Piorunów. I przygotowano dla niego broń, która najwyraźniej miała przybyć na końcu wypływającego orszaku. Dało jej to czas na przemyślenie, czym może ona być. Broń dla Boga Piorunów? zamyśliła się, wpadając w pułapkę. Wolą wykreowała ją.

Tuzin małych żyjątek na swoich barkach dźwigał Mjölnir. Połączenie futurystycznego designu, jak i staroświeckich rozwiązań. Trzonek wykonany z drewna – tutaj rzadkiego, więc cenny – ze spustem jak w broni palnej; obustronny bijak z nieznanych metali, przez które czasem przepływało wyładowanie elektryczne. Zastanawiała się czy go nie wyrzucić, ale uznała, że da broni szansę. Ryjoknury zapewniały, że broń wykorzysta talenty Boga Meliasa i pozwoli wydobyć z niego pełnię jego mocy. One zresztą same w sobie stanowiły broń. Były wierne i zdesperowane. Straciły dom i rodzinę, więc gotowe były wykonać każdy rozkaz Boga, po cichu licząc na śmierć w boju lub od jego spontanicznych wyładowań. Przyjęła je. Armia ponad stu futrzaków, wielu z nich z blasterami, robiła wrażenie.

Jej celem nie było zabicie Hitlera. Chciała tylko ukraść obraz, przemykając przez miasto niczym przerośnięta złodziejka. Tak jak przemykała przez pokoje swojej posiadłości jako dziecko, podczas nocnych wypraw.

...

Otto, Nadim oraz reszta drużyny zostawili po sobie zgliszcza i ruszyli dalej. Gdy dysharmonię zburzonego miasta zagłuszył świst zamieci, uświadomili sobie, że Lea odłączyła się od grupy wraz z Meliasem. Plotkowano na ten temat, jednak zdecydowano, że nie ma sensu po nią wracać, zresztą niektórzy wierzyli, że u boku ukochanego da radę przetrwać i spotkają ją w drodze powrotnej, gdzieś zamarzającą pod jedną ze skał lub wydzielinowych cyst.

Drugie miasteczko było mniejsze, zniszczyli je więc bez większych problemów, zmyślnie dobierając drogę. Tłumacz i Francuzka zapadli w głęboki sen. Ciemnoskóry nie miał sumienia budzić ukochanej, ale udało mu się jakoś nakarmić i napoić Joannę. Sięgał po ryjoknury zastygłe w panice, a potem przykładał do ust kobiety. Zgodnie ze słowami porażonego błyskawicą futrzaka, faktycznie smakowały wyśmienicie, a Francuzka otwierała usta w mimowolnym odruchu, delektując się jadłem. Nadim opracował nawet autorski sposób jak wykręcać żyjące jeszcze stworzonka, aby wytrysnęła z nich różowiutka, smakowita krew. Biorąc z niego przykład, do uczty dołączyli się Hans i Beata. Spożywali posiłek przy burzeniu, aż w końcu ciemnoskóry nagle zaskoczył wszystkich, przykładając do ust Joanny pigułkę, którą wcześniej jej podarował. Papryczkowa pigułka była czerwono-pomarańczowa, z zielonymi cętkami i listkami. I najwyraźniej piekielnie ostra, bo natychmiast jej smak obudził Joannę, która prawie ją zwymiotowała.
- Spokojnie, zjedz ją. Zamarzasz i musisz się rozgrzać, tracisz tej siły, a Hitler coraz bliżej. - uspokajał ją stanowczo. - Otto już jedną zjadł i będzie ci pomagał... z przemianą twojego ciała, prawda?
- Dziękuje. - kiwnęła ani do Nadima, ani do Otto.

Trzecie miasteczko zniszczyli niemal rutynowo i z wyjątkową sprawnością, choć nie bez napięcia. Ujrzeli Sterowiec zawieszony na karmazynowym niebie oznaczony swastyką. Czuli, że są obserwowani, a cel ich misji jest coraz bliżej.

W końcu dotarli na szczyt, do stolicy ryjoknurów, gigantycznej metropolii na planie spirali. Muzyka miasta była tak piękna i czysta, że przeszywała ich dusze. Wszystko zdawało się być przygotowane na ich przybycie, a niemal każdą ścianę lodowych brył zdobiła nazistowska symbolika oraz czarne, białe i czerwone barwy. Ryjoknury – niezależnie z jakiej kasty cierpienia, filogildii i czy naznaczone wirusem – żyły tutaj u boku zombie nazistów, nieumarłych żołnierzy z porozrywanymi ciałami i w zniszczonych mundurach, które zdawały się nie cuchnąć zgnilizną tylko przez panujące tu zimno. Mięso armatnie nie posiadało nawet broni, zdając się na monstrualną siłę ich wynaturzonych, powolnych ciał. Dopiero w centrum miasta, na głównym placu ujrzeli Trzech Oficerów, tych którzy oparli się wirusowi i zostali przez niego wzmocnieni.

Goebbels. Göring. Himmler.

Fizycznie zdawali się ich odwzorowywać, byli jednak ich parodią, choć z pewnością silną. Wirus uczynił ich włosy złotymi, a oczy błękitnymi, ich ruchy były drapieżne i hipnotyzujące. Himmler w tym wymiarze nawet nie potrzebował okularów, jego czuły wzrok niebieskich oczu przeszywał pokojowiczów na wskroś. Aktualnie Minister Propagandy wygłaszał swoje przemówienie, obiecując rewolucję dla tych bytów, które będą na tyle silne, aby przetrwać atak pokojowiczów i wirusa. Trafił na podatny grunt, tutejsze ryjoknury sympatyzowały z rewolucją, choć były raczej okupowanym ludem, który z samego założenia nie miał wziąć udziału w finałowej bitwie. Hitler chciał, aby to jego armia wybiła pokojowiczów we własnym zakresie.
- Ej, widzicie to? - Hans wskazał palcem na Göringa. - On zawsze był czajnikiem?

Zawsze nim był, ludzie jednak tego nie zauważyli. Pokojowicze – jak najbardziej tak. Otto poczuł się dziwnie, jak uwięziony w jednym ze swoich koszmarów. Ludzi nie było zbyt wielu i choć miał grupkę od Wokulskiego i Orków blisko siebie, to otoczeni przez przez dwa tuziny zombie i trzech oficerów (subbosów?) nie mieli prawa czuć się pewnie. W powietrzu poza tym unosiły się dwa zeppeliny...

Aadolf Hitler znajdował się w samym centrum spirali-labiryntu. Malował, otoczony sztalugami w ogromnej ilości, a każde jego dzieło, choć piękne, było martwe i ukazywało psa. Wszystkie były bliźniaczo podobne, choć różniły je charakterystyczne szczegóły - jeden z nich był obdarty ze skóry, inny przypominał drzwi z klamką zamiast nosa, na jeszcze kolejnym spoczywała porcelanowa ręka nazisty.

Cel ich misji miał długie, złote włosy opadające mu na plecy; jedno oko niebieskie, drugie skryte za przepaską; skórę mleczną i naznaczoną odmrożeniami. W każdym jego ruchu krył się cień siły, którą krył w swoim ciele. Groteskowy, ale wzbudzał respekt. Był spokojny, więc rzęski nie deformowały jego mowy. Zdawał się być stworzony do tej właśnie chwili. Miał charyzmę.
- Rozumiem, że wiecie co teraz nastąpi. Jeśli wygram i wybiję was, Hades pozwoli zombie-nazistom żyć w Purgatorium. Mam więc o co walczyć. - wyszczerzył zęby. Goebbels sięgnął po swoją katanę, monstrualny Göring zacisnął ceramiczne pięści wielkości głazów, Himmler wyciągnął futurystyczny karabin. - Najpierw jednak pytanie. Czy jest z wami Anshelm, syn Stalookiego?

Nie szukał go długo. Księcia zdradził wirus naznaczający ciało i charakterystyczne blizny. Naziści spotkali się wzrokiem.
- Hades, w swej łaskawości, czyni wobec ciebie pewien wyjątek. - budował napięcie dramatycznymi pauzami. - Celem nie jestem ja, lecz obraz. Dam ci go i zakończysz pomyślne zadanie, ale musisz dołączyć do mnie. Przyłącz się do nazistów-zombie w bitwie o Dondoryjon. Bez Piontka, nie macie ze mną szans.

...

Odłączenie się od grupy nie było mądrym posunięciem. Lea krążyła wokół góry po wąskich i zdradliwych ścieżkach, mając ze sobą tylko ścianę (i Meliasa), a pod stopami przepaść. Błądziła we mgle, tracąc siły i wolę walki. Pierwsze ryjoknury zakończyły swoje żywoty, spadając w otchłań. Nawet dźwigany młot zdawał się jej ciążyć.

Usiadła w pozornie bezpiecznym miejscu, trzymając ukochanego na kolanach, który lekko pochrapywał. Ryjoknury utworzyły wokół nich okrąg.

Usłyszeli bulgotanie, a we mgle ujawniły się trzy ciemne sylwetki. Napotkane istoty były humanoidami przypominającymi małpy, z długimi i sięgającymi ziemi rękami z dwoma stawami łokciowymi. Futrzaste, dwumetrowe stworzenia wydawały się być silne oraz częściowo inteligentne. Zrodzone z lęków związanych z podróżą przez mroczne góry, były dla ryjoknurów tym, czym one dla rzęsek.
- Daj MNIE małe ryjce, a nie zrobimy wam krzywdy. - nakazał jeden z nich. - Daruję ci życie, bo jesteś bytem.
- Nie dam. - odpowiedziała.

Biblioteka Losu

Dedukcyjny geniusz.

Inaczej tego nazwać się nie dało. Piontek rozegrał Kobietę w Czerwieni jak dziecko, podważając sens pętli cierpień. Nie chodzi nawet o to czy miał rację czy nie – miał dowody, które pozwalały mu uwierzyć, że to co widzi, nie jest prawdą i nie może mu zaszkodzić. Czerwony Nurt fizyczności i Czarny Nurt cierpienia nie mogły mu zrobić za wiele, wyrzucił je z siebie, powołując drugą córkę. Dostrzegał również absurd sytuacji, tak groteskowy, że momentami aż – w wyjątkowo cyniczny sposób – zabawny. Ćwiczenia ciała i ducha, którym się oddał, ćwicząc Tae Kwon Do, sprawiły, że wyciszył się, mogąc ze spokojem obserwować zmiany kolejnych poziomów cierpienia ze stoicką obojętnością. Z takiej perspektywy niestosowny do sytuacji trening w umyśle (M)Eliasa był przejawem geniuszu, nieustannego rozwoju mającego przygotować go do tej właśnie chwili.

I co najważniejsze – podważył siebie samego w tym wszystkim, a nie można było zadawać tortur komuś, kogo nie ma. Był tylko jeden Piontek. Możliwe, że tortury były ostatnim krokiem (W)Altera uwięzionego w jego umyśle, ostatnią próbą przed połączeniem. Walter nie mógł poradzić sobie z zaburzeniami pamięci i wynikającymi z tego problemami, uciekł, więc w rozdwojenie jaźni na dwa elementy, próbując pogodzić jego różne tożsamości. Jedna skupiała się na córce, druga na żonie. Jedna podważała istnienie bytów, druga była w tej materii bardziej powściągliwa. Jedna reprezentowała wspomnienie młodszego wieku i witalnych sił oraz ciekawość świata, druga stagnację i pragnienie spokoju. Obie, tak bardzo przeciwstawne i sobie wrogie, musiały się połączyć.

Wydawało mu się to teraz oczywiste. Jeszcze gadanie Kota o jego dwojakiej naturze wydawało mu się być wyjątkowo „zabawnym” i niefortunnym podtrzymywaniem go w teorii dwóch świadomości. Ciężko go jedna było o to winić, sam chciał w to wierzyć od chwili, gdy własna córka wymierzyła mu rozdzielający na dwie natury cios. Macie przed sobą mnie takiego jakim byłem naprawdę, liderem i przewodnikiem. Okrutnym wobec bytów, pełnym dumy i odmienionym przez traumy pokoi, jednak przysięgam, że nigdy niezdolnym do zabicia niewinnego człowieka. Podzielam twoje poglądy, Niemo. Daj mi się uleczyć i naprawić swoje błędy. Nie wiedział czy nie zaklinał tymi słowami jedynie rzeczywistości, próbując uwięzić niewygodną część jego tożsamości w więzieniu. Trzy grosze dorzuciła również Beata swoją teorią... Tak, wszystko składało się w jedną całość.

A może mylił się i faktycznie machinacje Forda rozdzieliły jego świadomość, a wypracowana właśnie interpretacja była jedynie desperacką próbą przełamania coraz boleśniejszej tortury i ucieczki od najważniejszego z wyborów – Rewolucja, Córka czy postronni... ludzie/byty?

Nie ma to żadnego znaczenia dopóki sam wierzył w swoją teorię, miał na nią dowody i pogodził się sam ze sobą. Żadnego. Purgatorium.

Wyciągnął rękę i ścisnął palce, jakby ściskał obrus, który potem podniósł, odsłaniając to co naprawdę kryło się za obrazem piekła w jaki obrócono Berlin. Przerwał Gnozję, na moment zaznając oświecenia. Wszystkie sześć nurtów spajało rzeczywistość. Połączył się z nią, osiągając harmonię i ze sobą, i ze wszechświatem. Przez moment – mogący trwać tak naprawdę wieczność – zdolny był poruszać się w pod prąd czasu lub wybiegać o wieki do przodu. Podczas krótkiej/długiej wędrówki odwiedził ogrom miejsc i czasów, mijając innych podróżników w czasoprzestrzeni. Wielokrotnie natykał się na... Guru, za każdym razem jednak innego, jakby przybywającego z innych okresów.

Jeśli miał z nim współpracować powinien chyba lepiej poznać tego – myśliciela? Filozofa? Nie bardzo wiedział nawet kim on jest pomyślał raz jeszcze.

Widział też siebie. Piontka z czasów, gdy dopiero osiągnąć miał on „setkę”. Wyczuli swoją obecność, wyminęli jednak w osłupieniu i niedowierzaniu oraz dziwnym poczuciu wyjątkowości chwili.

I byli też Mathias i Elias, przez trwającą wieczność chwilę stający się, podobnie jak Piontek, jednym. Zdawali się być całkowicie pochłonięci istnieniem osobowych sił w strukturze wszechświata, unikając zbędnych ingerencji. Skupili się na podziwianiu i... odpowiedzeniu. Walter uzmysłowił sobie, że to Mathias i Elias, przynajmniej ci napotkani, są z niedalekiej przeszłości, jeszcze z momentu przed wkroczeniem do Dondoryjonu. Jako, że w pobliżu znalazł się również Król Szczurów, cała czwórka (Walter, Melias, Lea i Król Szczurów) weszli ze sobą w przelotną, ale i trwającą wieczność interakcje. I potem przyszła piąta osoba, inna Lea, jak najbardziej prawdziwa, choć wywodząca się ze znanej tylko sobie linii czasu.

Z Gnozji wyrwało go spotkanie... córki. Lea czekała na niego i samą siebie, zabraną z pętli tortur. Szepnęła sama do siebie coś, co córkę z Piekła przeraziło, a potem zwróciła się do swojego ojca.
- Czeka was jeszcze jedno, wielkie i nieprzewidziane cierpienie. - uśmiechnęła się gorzko do siebie samej, Waltera i Meliasa. - Ogrody Abbadona. Tam mnie spotkacie, gdy nadejdzie moment...

...

Był wszystkim – literatem, muzykiem, aktorem, inżynierem, lekarzem, psychologiem, mistrzem miłosnej sztuki, zabójcą, nauczycielem i politykiem. Liznął wszystkiego, a jego doświadczenia rozrastały się do wieczności, jak i najmniejszego z możliwych wycinków na osi czasu. A teraz był Jednością sam ze sobą. W końcu!

Piontek, nawet ratując Goebbelsa z niewoli, myślał. Fakt, Szczury nawet dla niego stanowiły wyzwanie i zagrożenie. Nie znaczy to, że nie był wstanie, z typowymi dla siebie przebłyskami absolutu, oddać się rozmyślaniom na temat swojej natury. Czy pełne pogardy pogadanki z częścią jego świadomości w ogóle miały miejsce? Czy rozmawiał w swojej głowie z Fo... Kotem? Czy skazał cząstkę siebie na pokutę, a jaźń rozdzielił na dwoje, by móc z dwóch perspektyw przemyśleć swoje życie? Czy faktycznie przeżył torturę? Zdawała się ona nie mieć sensu, zresztą jak same te linie czasu, które przecież Hades mógł z łatwością cofnąć, aby uniknąć konsekwencji działań Kota. Z drugiej strony, podczas wyrwania się z Gnozji widział splot wszystkich możliwych zdarzeń niczym w niemal jakieś kwantowej teorii, mogli przecież nie tyle uczestniczyć w zmianie biegu wydarzeń, co przenosić się między różnymi wariantami zdarzeń. Wciąż mu coś nie pasowało...

Dopiero oblizanie jego twarzy przez Goebbelsa ocuciło go. Było, co było, teraz stanowił jedność. Pełną sił i nienaturalnego spokoju. Nigdy nie dało się być kompletnym w całości, to byłoby sprzeczne z naturą człowieka, nie mniej osiągnął sukces. Niestety przegapił najwyraźniej bieg aktualnych wydarzeń. Wychodziło na to, że dokonał spektakularnej akcji ucieczki z własnego więzienia, by potem odbić Goebbelsa i Niemą w innym.

Co właściwie czuł teraz do Lamy? W przypadku była to litość do człowieka, którego uwięziono w zwierzęcym ciele. A teraz? Futrzak zdawał się wyczuwać swoimi zwierzęcymi zmysłami zmianę w kompanie, coś co przegapiła nawet obeznana z prawidłami Purgatorium Niema. Miało to sens. Ludzie byli niemal po środku osi rozwoju, mając wszystkie przywary istoty świadomej, jak i „zwierzęcej”, ale niekoniecznie ich zalety. W tej materii Ford... Kot miał rację, a Goebbels, który mimo wzrostu inteligencji był najbliższy Meliasowi, był wstanie wyczuć zmianę w Piontku.
- Dziękuję. - futrzak zniżył łeb.

I jaki właściwie Osiołek miał stosunek do rewolucji? Obie części jego świadomości podzielały postulaty Forda i pragnienie zmian. Walter jednak gotów był podporządkować się, działać u boku Kota, zaś Alter był zbyt dumny, aby stać się obiektem badawczym i narzędziem, co upodobniało go do Anshelma. Co myślał teraz?

Zauważył, że wokół materializują się Szczury i najwyraźniej wszystkie obecne w pokoju, bo denerwujące dzwonienie przyprawiło go o ból głowy. Otoczyły go, zastygając w bezruchu. Przy takiej ich ilości jeden gryzoń był tak silny i inteligentny, że byłby wstanie bez większych problemów unieszkodliwić połowę obecnej drużyny berlińskiej. Za nim jednak zrobił cokolwiek, mignął mu Król Szczurów we własnej osobie, wymienił ukłon i zniknął wraz ze wszystkimi kompanami. Wychodziło na to, że osiągając przebłysk oświecenia, spotkał Waltera u boku Lei i Meliasa, a to w jakiś sposób nakierowało go na to, aby odwołał pościg.

Lea. Nie było po niej śladu. Jej iluzja (a może kopia?) rozpłynęła się, wtapiając w nurty po pętli tortur. Była już tylko jedna Lea, ta w Dondoryjonie. A może dwie?

Dotarł do krańca Biblioteki wraz z Goebbelsem i Niemą. Zasiedli na teslafotelach, wyczekując pytania. Pierwszy odpowiadającym miał być Piontek.

Pytanie Waltera (czyta: Osiołek Fan): Ooooo Jezu to sam Piondeggg... Osiołek to zaraz wióry z tych zombie zrobi ! setka w księzyc... Ja w ciebie wierzę !!! Postawiłem wszystkie pieniądze na CIEBIE!

Największy miłośnik Piontka otrzymał możliwość zadania mu pytania. Niestety, był kompletnie pijany i ledwo zdolny do artykułowania swoich myśli. Inne Tuzy przynajmniej na czas pytania się starały być pomocne, obecnie jednak skala zabaw na statku była tak duża, że nie wiele można było oczekiwać od grona bogaczy. Osiołek Fan jednak w końcu się opanował.

To pytanie bardzo osobiste dla miłościwie panującego nam Psa. Otóż... dzięki komu postawił on pierwszy krok na drodze do oświecenia?

Limit Czasowy

23:57

Garett

Garett

26. maja
Post ID: 85022

Grom stworzony z czystego Karmazynowego Nurtu doprowadził do eksplozji swego celu, niszcząc przy tym sporą część miasta (nie żeby było to coś trudnego, biorąc pod uwagę, że sam krzyk Meliasa był w stanie doprowadzić do pęknięcia niektórych ścian). Astralne ciało Mathiasa zagwizdała i zaczęło z wolna klaskać.
-Doświadczenie uznaję, za zakończony sukcesem – oznajmił pozostałym lokatorom pustki, celowo unikając słowa „eksperyment”. - Ford nazwał naszego debila zwierciadłem, ale ta mała próba udowodniła, iż jest też jednocześnie pryzmatem oraz soczewką. Najpierw niejako wyodrębnia z emocji danego „boga” czysty nurt mu przypisany, a następnie skupia go. Innymi słowy, jest niejako naturalnym przekaźnikiem Nurtów. – Dzięki swemu wcześniejszemu połączeniu z Absolutem, zdołali się co nieco dowiedzieć o Nurtach i jakie miejsce mają w strukturze wszechświata/ów.
-Szkoda tylko, że zrobił taki bałagan... Czy to nie ty przypadkiem wytykałeś Walterowi, że zachowuje się jak nazista w stosunku do Bytów? – odpowiedział Elias.
-Jestem przeciwnikiem rozwiązywania sporów w sposób fizyczny, podczas gdy jest inny sposób na ich rozwiązanie. A przestraszenie małych Rurkowców tylko pomoże reszcie. Wcześniej widać było, że coś kombinują, ale teraz są przepełnione strachem i uwielbieniem względem naszego debila.

Miał rację. Zaraz po tym jak Lea odłączyła się od reszty (co było niezbyt roztropnym posunięciem), doczłapały do niej Ryjoknury niosące dar dla swego boga. Och, jakże się Mathias śmiał kiedy dziewczyna podświadomie połączyła koncept „broni Boga Piorunów” z Thorem i jego Mjolnirem, tym samym zmuszając go do przyjęcia tej właśnie formy. Nawet jeśli była częściowo Bytem, to wciąż miała zdolności kreacji, prawdopodobnie nawet większe od Kamehamehy, gdyby temu odebrać jego połączenie z Pokojem. Prawdopodobnie miało to coś wspólnego z tym, iż oboje jej rodzice byli ludźmi i jedynie sam proces zapłodnienia był „purgatoryjski”.

Melias dalej spał, dlatego Coldbergowie oraz Janik starali się zachowywać jak najspokojniej, aby nie spowodować bez potrzeby wybuchu nurtu. Niestety (albo stety), Purgatorium nie dało im długo pobyć spokojnie. Zresztą nie tylko im, bo Lea także chciała odpocząć od trudnej podróży wokół góry, kiedy pojawiły się istoty przypominające opowieści o Yeti. Pewnie zresztą na tym wzorował się Hades, które je stworzył, tudzież Pokojowicze, których strach powołał je do życia.

Tym razem Mathias postanowił spróbować swoich sił w sterowaniu Meliasem. Siła uderzeniowa gromu Janika powaliła na ziemię wszystkich Pokojowiczów obecnych w mieście, dlatego użycie go tutaj byłoby zbyt niebezpieczne. Tutaj trzeba było czegoś bardziej wysublimowanego. Mathias patrząc na obraz „Yeti”, których to obraz Melias odbierał od Lei, oraz ich długie łapy przypomniał sobie mimowolnie o ochroniarzu Janie i swoim poniżeniu.

Wtedy wybuchnął. Machał rękami, besztając Mathiasa w bardzo niewybrednych słowach. Gadał o złamaniu regulaminu, tak jakby lokal nazwany dumnie Córą Anarchii z nagą panną mizdrzącą się na neonie powinien dbać o tego typu sprawy. Nie było to zbyt przyjemne, szczególnie gdy wysypał całą zawartość plecaka na podłogę, kazał wszystko posprzątać, a potem jeszcze bezczelnie potrząsał Mathiasem. Ochroniarz nie wzbudzał respektu, ale nie brakowało mu siły w jego tłustej ręce.

Coldberg paradoksalnie nie odczuł w tym momencie strachu. Nie, to co czuł to była irytacja. Irytacja, że takie tępe góry mięśni mogą się z łatwością wyżywać na tych prawdziwie uzdolnionych. Irytowało go, że nawet dzięki swojej gładkiej gadce i inteligencji mógł jedynie trzymać kłopoty na dystans, a nie się ich pozbyć. W dodatku nie zawsze się to udawało, bo przecież szkolne osiłki często po usłyszeniu nieznanego słowa uznawały je za obelgę. Irytowało go, że nigdy nie mógł tym prymitywom pokazać gdzie ich miejsce. I wreszcie irytowała go własna nieostrożność. Zlekceważył bramkarza uznając, że będzie jeszcze większym tępakiem od gości na przyjęciu, dlatego też zdecydował się na tak prosty fortel. Przez tę nieostrożność musiał teraz zapłacić. I to nawet nie perspektywa obicia przez osiłka lub tłumaczenia się na policji go irytowała. Irytował go fakt, iż się pomylił właściwie na ostatniej prostej. Udało mu się wytrwać na tym cholernym przyjęciu, w dodatku na swój sposób przekonać ojca, iż jest taki za jakiego go miał, a teraz jakiś tępak uniemożliwiał mu rozmowę z jednym z niewielu ludzi, którzy mogli mieć pojęcie o takim zjawisku jak to jakie zaprezentował gruby szef swoim zachowaniem. Chłopak miał ochotę zazgrzytać zębami ze złości.

Wszystkie te negatywne emocje wezbrały w Mathiasie i zaczęły się przelewać na Meliasa.
-Uspokój się! – krzyknął do niego Elias.
-Wiem co robię... – wycedził Mathias przez astralne zęby.
Emocje miał do dyspozycji, teraz musiał je ukierunkować. Skupił w sobie całą swą pychę i dumę oraz pragnienie udowodnienia własnej wielkości, aby przeciwstawić się Yeti, które przypominały mu o Janie. Dołączył do tego swój gniew wywołany ową bezsilnością i połączył to wszystko poniżenia, jakie znały wszystkie tutejsze Ryjoknury. Wyobraził się Jana z cechami Yeti (albo Yeti z cechami Jana), wtedy kiedy go trzymał swoimi długimi tłustymi łapami. Dalej modyfikował to wspomnienie tak, by wraz z pychą, dumą i poczuciem wyższości emanującymi od Mathias, Jan zaczął się kurczyć, aż przyjął postać Ryjoknura, a potem czegoś jeszcze żałośniejszego, co mógłby z łatwością zgnieść pod swym butem.

PROSZĘ KONTYNUOWAĆ EKSPERYMENT!

Xelacient

Xelacient

27. maja
Post ID: 85023

Przebicie się przez miasto przebiegło bez niespodziewanych przeszkód. Niszczenie kolejnych budowli i sprowadzanie zguby na ich mieszkańców nie sprawiało Otto przyjemności, ale też nie napawało go żalem. Mimo wszystko uważał, że podjął najlepszą decyzję dla drużyny jaka była.

Jednakże, wbrew przykładowi Nadima nie miał najmniejszej ochoty na konsumpcję miejscowych istot, i to mimo tego, że zdążył już porządnie zgłodnieć. W Pokoju Narodzin nie zjadł zbyt wiele zaaferowany nieznanym mu miejscem i nowymi ludźmi... i zaczynał tego żałować.

Jednak widok sterowców ze swastykami sprawił, że zapomniał o głodzie. Dopiero wtedy naszła go refleksja, że zbyt łatwo uległ swojemu dziedzictwu. Przeszedł przez miasto gnomoryjów niczym jego ojciec przez Polskę w czasie Kampanii Wrześniowej... chociaż bardziej trafne byłoby porównanie do podboju Francji, bo opór był minimalny. Jednak te myśli zaraz zostały przegnany przez silny lęk, irracjonalny i bezzasadny... ale przez to jeszcze groźniejszy.

Der Chemiker zaczął się obawiać, że spotka... swojego ojca! Nazistowskie dziedzictwo, które go prześladowało mimo, iż próbował się od niego odciąć. Świadomość, że samym swoim lękiem może go wykreować w tej "symulacji", bynajmniej nie dodawała mu odwagi. Jedynym problem było to, że... za bardzo nie potrafił wyobrazić swojego ojca, bo na wskutek różnych wydarzeń jego matka nie miała żadnego zdjęcia z nim. Mógł jedynie zgadywać jak się prezentował na podstawie jej opowieści... i swojego własnego wyglądu, bo matka nieraz mu powtarzała, że przypomina swojego ojca.

To porównanie w jej ustach zawsze było komplementem.

Nękany tymi obawami dotarł do centrum miasta, Głównego Placu. Wtedy pozwolił sobie na westchnienie ulgi, owszem, ujrzał przytłaczającą przewagę wroga, ale nie było tego, którego bał się najbardziej. Swojego Ojca, symbolu nazistowskiego dziedzictwa. Niedościgniony ideał do którego miał dążyć (wedle jego matki), skaza według niego, od której próbował uciec.

Skaza-ideał, czyżby właśnie znalazł "swoje" Purgatoryskie przeciwieństwo i jedność? Idee sprzeczne, choć w tym miejscu równoważne?

Na szczęście przed popadnięciem w spiralę piętrowych rozważań ocalił go przymus zajęcia się "rzeczywistością", czekała ich walka i trzeba było się do niej przygotować. Kamphausen całe życie tłumił swoją agresję, walkę uważał za coś nieodpowiedniego, ale jego posłuszeństwo i dostosowanie się do zasad sprawiło, że akceptował stoczenie bitwy jako "niezbędny element tej całej symulacji i kuracji".

Nie zmieniało to faktu, że nie znał się na walce... co najwyżej na materiałach wybuchowych i gazach bojowych, ale wiedza o ich produkcji nie była równoważna z umiejętnością użycia... i posiadaniem.

Jednakże Otto wysilił swoją wiedzę inżynierską oraz instynkt do organizacji "pracy w grupie". Spojrzał na katanę Goebbelsa, następnie pięści Göringa oraz karabin Himmlera. Ataki "cięte", "miażdżące" oraz "przebijające"... z tych wszystkich typów Otto uznał, że jego kombinezon najlepiej będzie sobie radził z kataną. Teoretycznie metalowe elementy pijawkokluczy powinny zatrzymywać i tępić jej ostrze... teoretycznie.

Dotknął ramienia Nadima, ten na niego spojrzał, zaś Otto wskazał na siebie, a następnie na Goebbelsa. Dzięki ich więzi ten prosty komunikat był czytelny. Jednak Kamphausen niczego więcej nie mówił arabowi. Jakiś czas temu zasypałby go rozkazami, instrukcjami oraz wskazówkami, ale nie teraz. Po tym jak ich relacja się zmieniła to zwyczajnie zaufał zięciowi. Ufał mu, że to on zna lepiej swoje możliwości i sam będzie wiedział najlepiej jak je wykorzystać.

W sumie to tak było, arab przecież zaskoczył Niemca tym jak błyskawicznie powalił zombie-nazistę wtedy na cmentarzu, gdy ten swoim tańcem odwrócił jego uwagę.

Następnie wydał bardziej bezpośrednie rozkazy orkom za pomocą gestów i zdawkowych słów, Ci po prostu mieli zająć się szeregowymi nieumarłymi żołnierzami, żeby Drużyna mogła "w spokoju" walczyć z "najważniejszymi" przeciwnikami.

Jednakże Hitler złożył nieoczekiwaną propozycję Anshelmowi, dało im to kilka dodatkowych chwil. Chwil, które Otto postanowił poświęcić na wytworzenie materiałów wybuchowych... w taki sam sposób co stworzył orków.

Jednak umysł go zdradził, w trakcie wyobrażania sobie jak tworzy bomby przez ciąg skojarzeń broń-wojna-naziści-jego ojciec znów opanował go lęk, że gdzieś na tym placu może się kryć jego ojciec. Tylko, że zamiast bycia "zwykłym" trupem to ma jakąś bardziej "eteryczną" postać, o nie potrafi mu nadać konkretnych kształtów. Albo gdzieś się kryje z tyłu, bo podobno był medykiem polowym. Lekarz i żołnierz w jednym... to dlatego matka chciała, by Otto został lekarzem albo wojskowym, a najlepiej jednym i drugim na raz. Przeklęty ideał-skaza, przed którą uciekał. Jego dziedzictwo i jego odrzucenie.

Jednak pojawiła się jedna zbawienna myśl, która ocaliła, go przed kolejnym zapętleniem się w lękach. Jego ojciec był ideałem, ale według opowieści jego matki! A jak już ustalił, jego matka była omylna! Podobnie zresztą jego matka sławiła Hitlera, jednak wystarczyło mu się uważnie przyjrzeć, by ujrzeć dysonans.

- Hej TY! - ryknął sfrustrowany Der Chemiker wyciągając rękę w stronę Hitlera i wysuwając się na czele grupy - może masz o co walczyć, ale utraciłeś swoje ideały! Moja matka opowiadała mi o Tobie i wiem, że PRAWDZIWY Hitler był idealistą! Jego piękne sielankowe obrazy były właśnie znakiem tego idealizmu! A ty tu malujesz jakiś turpizm, naturalizm i groteskę! Uległeś zgniliźnie toczącej niemiecką kulturę z którą przysięgałeś walczyć! Twoja zgnilizna przeszła na resztę nazistów, przez zamiast mieć piękne zdrowe ciała są gnijącymi trupami! Stałeś się tym z czym walczyłeś! Jako drugie imię matka nadała mi Adolf, całe życie się tego wstydziłem... teraz widzę, że słusznie! Gardzę tobą! - dodał ze splunięciem.

Jaki cel był tego wyskoku? Der Chemiker wiedział, że był on... nierozsądny, ale lepiej było uciec w agresję słowną niż pogrążać się w paranoi przed fantazmatem ojca. Spod figurę matki-tyranki mógł się wyzwolić, bo potrafił ją określić, ale co z figurą ojca-ideału, którego nie mógł opisać? No i poza tym jakoś tak... łatwiej sprowokować wroga do ataku niż być tym agresorem, dawało to pewne poczucie "wyższości".

Fimrys

Fimrys

28. maja
Post ID: 85027

„Szczyt nie jest końcem. Nie jest nawet początkiem. Nie ma końca ni początku”

Søren osiągnął szczyt, ale ten raczej okazał się kolejnym punktem na drodze dziwnej defragmentacji duchowej jaka zaszła. Mgliście był w świecie purgatoryjskim i jako tako się poruszał, choć oswojenie się z rzeczywistością nie należało ani do łatwych, ani do przyjemnych doświadczeń. Rad był, że (M)Elias będący w jeszcze gorszej kondycji umysłowej jakimś cudem dał radę odpowiedzieć na pytanie, czym oszczędził bardzo widowiskowej eksplozji. Swoją drogą, ciekawe czy poprzednim drużynom zdarzało się kończyć z takim rozmachem? Dawał znaki życia i świadomości Beacie, która była dobrym punktem zaczepienia w rzeczywistości dla skołatanego ducha inkwizytora. Dodatkowo sił dodawał mu szczątkowy gniew tlący się w ciele po ujrzeniu przeklętej postaci Joanny, której prawie udało się zdewastować cała misję, a na pewno przyczyniła się do znacznego osłabienia grupy. Inkwizytor żądał sprawiedliwości, ale rozsądek słusznie oznajmiał, że teraz jest jeszcze zbyt słaby by dokonać słusznego osądu, więc nie dawał się przejąć emocjom mimo częściowego rozpadu świadomości. Ona sama również była osłabiona, więc rozsądek podpowiadał także, że ma niewielkie szanse przetrwania reszty przygody i być może Purgatorium wyręczy go w stosownym ukaraniu jej głupiej postawy.

Następny pokój wydał mu się dziwnie bliski, zapewne przez klimat i nastrój do którego przywyknął już podczas przemierzania himalajskich szczytów w swych marzeniach senny dziejących się w jego podświadomości równocześnie. Ożywczy dech chłodnego powietrza z początku pobudził, potem jednak dał jasno do zrozumienia, że mróz jest tu naprawdę potężną siłą i żar tlący się w duchu guru musi stawiać mu opór, by przetrwać. Mimo aparycji otępionego z nieobecnym wzrokiem żwawo przemierzał lodowaty Dondoryjon. W momencie gdy dotarli do miasta tubylców, Søren stał się jeszcze bardziej nieobecny. Ryjoknury istniały tylko po to, by zwracano na nie uwagę i „deptano je”, ale półświadomy guru w ogóle ich nie zauważał. Jego percepcja ich nie dostrzegała, więc przed oczami miał jedynie obraz szalejącej impresjonistycznej śnieżnej bieli. W Lunatyczny zamroczeniu czuł się jak lodowiec, który musi obojętnie po prostu przeć dalej. W zamroczeniu nawet był w stanie w stoickim stylu przekazać grupie myśl:

-Trzeba przeć naprzód jak lodowiec.

W świecie materialnym sprawa jego egzystencji była w miarę prosta. Gorzej w kwestii świata duchowego, bo teraz funkcjonował tam niejako na dwóch płaszczyznach: po nieudanym przeskoku i nie odnalezieniu odpowiedzi na szczycie znalazł się niejako w dziwacznym i onirycznym świecie wizji i sennych mar. A jakby tego było mało, w podświadomości cały czas rozgrywał się teatr marzeń sennych z dawnych lat, dziejących się całkowicie niezależnie jakby na drugim planie. Z niego to jednak część motywów przenikała i kształtowała przypominającą halucynację rzeczywistość duchową, w której się znalazł. Tak wielki chaos zapanował w jego umyśle, że musiał usiąść na szczycie, by choć trochę to uporządkować. I tu zauważył swoje dziwaczne roztrojenie jaźni.

Istnieje Søren-Lunatyk na szczytach Dondoryjonu.

Istnieje Søren-Duch w świecie oniryczno-mentalnym.

Istnieje Søren-Pielgrzym w świecie dawnych marzeń sennych.

Najwięcej świadomości zachował Duch, ponieważ z tej perspektywy miał najszerszy obraz rzeczywistości i niejako spajał swe trzy postaci, by żadna nie zagubiła się w swym oddzielnym świecie, bo każda zawierała element jego jaźni i utrata ich byłaby co najmniej niekomfortowa. Wydało mu się, że stał się trójjedynym człowiekiem, co skojarzyło mu się z chrześcijańską koncepcją Boga. Działał jednak na innej zasadzie, i do istoty absolutnej na wszystkich trzech płaszczyznach było mu bardzo daleko. Wyładowania, emocje i nieudany skok sprawiły, że jego medytacyjne zdolności się zmieniły, bo choć miewał różne wizje w swych snach jeszcze na ziemi, to nigdy nie dopadła go tak dziwna sytuacja. Jako iż jego duch był uszkodzony po zabójczym teleturnieju, uznał że jest to machinacja Nidh-Perquunosa. Wszystkie trzy rzeczywistości działy się jednocześnie i w jakiś sposób były ze sobą połączone, nie bez przyczyny również stylistyką krajobrazu. Kiedy to (chyba) zrozumiał ogarnął go z jednej strony niewypowiedziany strach, z drugiej napełniła go ekstaza możliwości.

Lunatyk stał na zboczu szczytu i obserwował przeciwnika w górze. Ciało czuło chłód, ale jemu to nie przeszkadzało, gdyż racjonalizmu w tej części trójjedynego Kürenbergera zostało najmniej, w przeciwieństwie do irracjonalnej woli i wiary. Wiary w siebie. Czuł się jednością z klimatem Dondoryjonu, w czum pomagała mu zaburzona percepcja i dziwne poczucie bycia metaforą lodowca. Kiedy sam Aadolf powiedział, że zniszczy berlińską drużynę i zamieszka w Purgatorium ze swymi zombie-nazistami, lunatyk cicho zachichotał w paranoidalny sposób, co dostrzegła i była w stanie zrozumieć jedynie Beata. Gest ten zrozumiał również Duch, bo nie był to przejaw zarozumiałości czy pewności zwycięstwa, ale racjonalnego podejścia do porażki. Gdyby Søren został pokonany, naładowane niemożebnie wiarą „Tchnienie Abbadona” doprowadziłoby do bardzo widowiskowej katastrofy odwleczonej od teleturnieju.

„Płoń Aadolf, płoń!”

W Purgatorium zaczynała się bitwa, od której zależało zarówno powodzenie misji, jak i całej rewolucji. Trójjedyny Søren uznał, że nie powinien stać na linii frontu, bo to zbyt ryzykowne. Poza tym nigdy nie był dość silny, by w taki sposób rozwiązywać problemy i nawet teraz, kiedy jego lepsze purgatoryjskim ciało było mocniejsze i objęte szaleńczą wolą Lunatyka, wolał nie walczyć wręcz. Zastanawiał się nad raczej możliwością wsparcia i trzymał się blisko Beaty. Starał się jej przekazać, żeby chroniła jego cielesną formę. Mieli bardzo mocną więź, więc Duch starał się z nią komunikować w ramach telepatii.

W świecie oniryczno-mentalnym nastąpiły zmiany. Stał na szczycie i ten fakt pozostał niezmienny, tyle że szczyt stał się dnem. Poczuł jakby cały świat się obrócił i on teraz wisiał zawieszony do góry nogami w przestrzeni. Niebo stało się lekko karmazynowe i zaczęło prędko wirować w chaotyczny sposób. U podnóża gór, które teraz miał pod sobą, pojawiły się drgające lodowce, z których sunęły w stronę splamionego szkarłatem nieba śnieżnobiałe wiry. Wszystko nabrało pewnej dynamiki i statyczny krajobraz górski zmienił się w coś żywego i dynamicznego. No zboczach stoków również dostrzegł ruch i cisza została przerwana jednostajnym, mistycznym zawodzeniem. Zza pasa wypadła mu jego księga, ale nie upadała w stronę nieba pod spodem, lecz jak on zawisła w powietrzu i rozwarła się. W tym momencie nasiliła się paranoja, bo ani na chwilę nie opuszczały go myśli o antytezie, czyli Nidh-Perquunosie. Zawodzenie nie ustawało, ale powstało drugie źródło głosu, tym razem ze strony zachmurzonego nieba.

Credo in unum Nidh-Perquunos, omnipotentem factorem caelorum et infernorum

Rozumiał to, była to swoista kalka łacińskiego credo, ale w nowej, przerażającej odsłonie. Z jednej strony było to przerażające, ale również fascynujące. Racjonalizm nakazywał mu w jakiś sposób wykorzystać znalezienie się w sytuacji roztrojenia. Mógłby wykorzystać połączenie światów, by w jakiś sposób wesprzeć drużynę berlińską. Tylko jak? Szukał łącznika pomiędzy światami, przez który mógłby przeprowadzić wsparcie. Jego postać sama w sobie odpadała, bo to mogłoby mieć jeszcze gorsze skutki. Amulet był oczywistym rozwiązaniem, ale wolał z niego nie korzystać, bo swym ostatnim skokiem już wystarczająco namieszał w jego strukturze i w fakturze swojego własnego umysłu. W momencie zadumy i wsłuchiwania się w narastające dźwięki ujrzał lewitującą pod nim księgę. Oczywiście Lunatyk posiadał jej materialny egzemplarz uzyskany w ogrodach Abbadona, więc ona ze swoją wielofunkcyjną naturą mogłaby posłużyć jako łącznik, bądź brama.

Visibilium Omnium, et Invisibilium

Kolejne wersy dziwacznego wyznania wiary wypluwało niebo, a jęki ze zboczy nasiliły się do tego stopnia, że zaczęły brzmieć mu znajomo. Sytuacja ta przypomniała mu niespełnione marzenie mistycznego kompozytora, Aleksandra Skriabina. Ogłosił się muzycznym mesjaszem i planował swym misterium odbywającym się na stokach Himalajów wprowadzić ludzkość na inny poziom egzystencji. A może on sam był w jednym z Purgatoriów i stąd brał swoje pomysły? Jak się już okazało, wiele wielkich (i częstokroć szalonych) umysłów miało okazję zwiedzić ten wymiar. Teraz Søren-Duch zauważył, że źródłem dźwięków są swego rodzaju widmowi chórzyści, ukształtowany z błękitnej, żarzącej się ektoplazmy.

Et in unum dominum, Nol-Lidlib, filium Nidh unigenitum

Duch zrozumiał, że jakaś mentalna manifestacja Nidh-Perquunosa pragnie wykorzystać połączenie i wydostać się z umysłu tłumacza do Purgatorium. Jego myśli wirowały szaleńczo. Czy to w ogóle możliwe? Czy nie oznacza to śmierci? Takiego obrotu spraw nie spodziewałby się sam Pies! Ale nie, to by oznaczało najpewniej porażkę Sørena i zagładę jego jaźni . Nie był pewien, jak bardzo musiałby wpaść w szaleństwo, żeby tego spróbować. Niebo wydało mu się nad wyraz łapczywe i chętne takiemu rozwiązaniu, gdyż patrząc w dół ujrzał, że zaczęło pulsować. Wolałby raczej przesłać jakieś wsparcie ze świata Sennych Podróży, bądź ze zboczy górskich świata oniryczno-mentalnego.

Factum, non genitum, consubstantialem Nidh

Tymczasem Lunatyk na zboczach Dondoryjonu ożywił się nieco i mimo ciągłego nieobecnego wzroku stał już o własnych siłach, podpierając się inkwizytorską laską i szepcząc niezrozumiałe nikomu dziwnie łacińsko i złowrogo brzmiące frazy. Zrozumiał, że takim połączeniem z innymi poziomami świadomości może wspomóc drużynę w walce. Kiedy Otto wygarniał Hitlerowi, cielesny Søren otworzył księgę, skupił swoją wolę i oczekiwał na dalsze wydarzenia, mentalnie starając się przekazać Tutti „Nie martw się”.

Deum de Deo, Astrum de Astra, lumen de lumine

Eteryczni chórzyści podłapali myśl Ducha, zaczęli zbliżać się na szczyt, lgnąc do księgi i duchowego inkwizytora. Jemu samemu przypomniała się wizja, jakiej doświadczył jeszcze w pokoju narodzin, kiedy wpatrywał się w monolit z ciemnego szkła i widział siebie ukrzyżowanego głową w dół . Faktycznie zwisał niejako głową w dół, ale nie był martwy. Dopiero teraz zauważył rzeźbę kobiety naturalnych rozmiarów, która również wykazywała ruch i pragnienie przedostania się przez księgę. Strumienie ciemnej mgły wzbiły się z nieba i również zaczęły lgnąć do księgi. W tej krainy dziwnych wyobrażeń mistycznego umysłu Guru mogły wypłynąć naprawdę ciekawe rzeczy. Duch zastanawiał się, co może napłynąć ze świata Sennych Podróży, ponieważ przy otworzeniu tunelu za pomocą ksiąg Pielgrzym nie miał swojego egzemplarza. Jednakże w przypadku tego trzeciego, prawie całkowicie odciętego fragmentu jaźni łącznikiem była szkatuła, której senne wyobrażenie Pielgrzym tak kurczowo trzymał.

Per quem omnia facta sunt.

Senne Podróże Kürenbergera II

Pielgrzym budzi się uderzeniem w gong, ponieważ senne więzy Hypnosa nie są w stanie dotrzeć aż do wiecznych stoków brodzących jedynie po kostki w mocy uważających się za wszechmocnych bogów. Otulając się w mgłę zapomnienia o doczesnym świecie rusza dalej, za jedynego towarzysza mając patetyczną i niezmienną od początku czasu siłę żywiołu. Szczyt mieni się w oddali niczym wzgórze ofiarne starotestamentowych ojców narodu, a u jego podstaw w śmiertelnym bezruchu stoją lodowe masywy już nawet nie pamiętające czasów pantha rei, gdyż żywioł położył je spać pod kołdrą mrozu.

Dopiero po pokonaniu zębatych grani można dostrzec tlące się na skalnych nicościach życie. Dotarli tu już przed pielgrzymem, dotarli i osiedli jak kryształowa rosa opadająca na trawę aż do momentu rozpoczęcia dominacji słońca i jak rosa zostali wchłonięci przez wiecznie głodny grunt. I stali tak, kryształowe postaci na lodowych słupach uczynionych przez zmyślnego i kapryśnego rzeźbiarza jakim jest wiatr, swą zadumą starając się dorównać nieporuszonym szczytom górskim. Wiedzieli o maszerującym już wiele dni gościu i aprobatą rysującą się na ascetycznych twarzach zapraszali zdeterminowany, tak kontrastując z nieruchomą skałą kłąb delikatnych spazmów ciała, by ten znalazł się wraz ze swą szkatułą tam, gdzie znaleźć się miał.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

28. maja
Post ID: 85028

Anshelm, wzbogacony o futurystyczny blaster wetknięty między poły dziwacznej tkaniny nałożonej mu przez orków, ze spuszczoną głową przedzierał się przez miasto ryjoknurów. Głowę miał spuszczoną z dwóch powodów – po pierwsze musiał stale patrzeć pod nogi, aby się nie przewrócić lub nie narobić niepotrzebnych zniszczeń. Drugim powodem był wstyd. Dopiero co obiecywał tym głupiutkim stworkom, że obroni ich przed śmiercią i utratą domów, a teraz sam po tych domach deptał. Nie miał jednak innego wyjścia. Im szybciej wykonają tę misję, tym lepiej.
Za każdym razem, gdy spod jego buta tryskała różowa posoka, mimowolnie brał głębszy wdech, a ławice rzęsek wpadały do jego płuc wywoływały nieprzyjemne drapanie, tak iż zaczął się obawiać o mikrourazy pęcherzyków płucnych. Kilka dni przed śmiercią czytał trochę o gazach bojowych i wiedział, że to nie przelewki.

Nagły krzyk chwilowo wytrącił Anshelma z równowagi psychicznej, a uderzenie pioruna z tej zupełnie fizycznej. Aby nie upaść przytrzymał się czubka wysokiej lodowej iglicy. Okazało się, że wewnątrz mieściła się walcowata komnata, a ściany były bardzo cienkie. Pękający lód skaleczył go w dłoń i ostre, splamione krwią odłamki posypały się z brzdękiem na ziemię. Na szczęście w komnacie na szczycie wieży nie była zamknięta żadna ryjoknurza księżniczka.

Z tego, co widzę zawieranie sojuszy będę musiał zostawić na później… - Pomyślał Anshelm, widząc zastępy nazistowskich zombie snujących się po lodowym mieście. Mimo swojej dużej liczby, tępoty, rozkojarzenia i niezdarności i tak dokonywały mniejszych zniszczeń niż jego drużyna. A może po prostu budynki tutaj były solidniejsze niż w pozostałych miastach.

Nazistowskich oficerów rozpoznał bez problemu. Goebbels, Göring i Himmler – jedne z najznamienitszych osobistości III Rzeszy. Niewiele się różnicy od oryginałów, może poza tym, że Himmler nie miał okularów, a Göring został przez Hadesa zmieniony w wielki humanoidalny czajnik, zachowując przy tym jednak rysy twarzy. No i wszystkich trawił ten sam wirus, co jego samego. Za nimi stał przy sztalugach sam Hitler. Tego jednak nie było Anshelmowi taki łatwo rozpoznać.

Chwila wahania. Wystarczająco długa, aby wzbudzić podejrzenia zarówno Hitlera, jak i pokojowiczów. Chwila wahania, a potem skrzypienie śniegu pod ciężkimi oficerskimi butami. Anshelm skinął głową z szacunkiem i stanął obok Führera. Po prawicy, wystarczająco blisko, aby rozwiać wszelkie wątpliwości. Rachunek potencjalnych zysków i strat był aż nader klarowny.
Zmierzył wzrokiem swych dotychczasowych towarzyszy. Otto wykrzykiwał metalicznym głosem obelgi w kierunku Hitlera, które jednak nie za bardzo kogokolwiek obchodziły.
- Musicie mi wybaczyć, prywatnie nic do was nie mam. Muszę jednak przede wszystkim dbać o interesy Rzeszy.
”Prywatnie nic do was nie mam.”
Czy nie te same słowa wypowiedział do Tłumacza na cmentarzu chwilę przed śmiercią? A co się stało potem? Został razem z nim zabity. Przez ludzi, co do których żywił nadzieję.

Szybko odegnał natrętne myśli.

No to pora się wykazać. Idole młodości patrzą. A przynajmniej ich sobowtóry.
Anshelm rozłożył ramiona i odchylił głowę. Wziął głęboki wdech przez nozdrza i nieomal zakrztusił się rzęskami. Te stworki bardzo utrudniały koncentrację.
Sięgnął w głąb wspomnień odcinając się od rzeczywistości. Wrócił do IV Rzeszy. Ponownie ujrzał w oddali na różowym wzgórzu swoją danielicę, wraz z armią podobnych jej myślostworów. Cofnął się głębiej – ponownie ujrzał brudny basen i postument z białego marmuru. Ponownie poczuł na ustach dotyk spierzchniętych warg Carla.
DOŚĆ!
Za daleko. Wróćmy. Vollblütia. Armia myślostworów na wzgórzu. Połączył się mentalnie z danielicą. Już raz to robił, ale tym razem było trudniej.
Przyjdź, potrzebuję Cię. Tym razem potrzebuję nie tylko Ciebie. Potrzebuję was wszystkich.
Ogarnął myślą pozostałe bestie. Teraz utrzymanie kontaktu stało się trudniejsze. Jeśli ma się udać, nic nie mogło go rozproszyć.
PRZYBĄDŹCIE NA MOJE WEZWANIE
Anshelm otworzył oczy.

Wiwernus

Wiwernus

28. maja
Post ID: 85029

Szczyty Dondoryjońskie

Trójka małpoludów wyszczerzyła zęby w nerwowym uśmiechu. Nie spodziewały się tak pewnej odpowiedzi, trochę żal im było dziewczyny, którą zapragnęły ukarać, ale zdominowała je prostolinijna radość z możliwości pobawienia się ze stawiającymi opór ofiarami. Ich sierść nastroszyła się i ciągnąc po mięsistej ziemi długie ręce, przybliżały się do swoich posiłków. Ryjoknury zdawały się być przerażone napotkaniem naturalnego wroga, bytunek o poziom wyżej w hierarchii dondoryjońskiego łańcucha pokarmowego. Ich ton głosu podniósł się od stresu, którym przesiąknęły rzęski. Podobnie było w przypadku Lei, choć ta zmieniła tonacje z każdą sekundą, gdy podnosiła się powoli i kierowała w górę podarowany przez wyznawców Meliasa młot. Początkowo ciążył jej zauważalnie, ale jego ciężar malał z każdą sekundą. Im bliżej była trójka potworów, tym pewniej zaciskał się palec na spuście obuchowej broni. Ostatecznie jednak nie zdążyła wyprowadzić ataku, choć najbliższy małpolud był już w zasięgu jej ręki. Nie wiadomo było czy w ogóle by się zdecydowała, Melias uprzedził ją przez sen.

PROSZĘ KONTYNUOWAĆ EKSPERYMENT!

Wyczuła, że jej ukochany nie sięga po moc błyskawic i grzmotów. Ton zdradzał użycie zupełnie innego zaklęcia. Gniewny, bolesny ton zwiastował pioruny, łagodny i miłosierny łaskę uleczenia, pełen pogardy i wyższości zaś... To mogła dopiero ujrzeć na przykładzie zdezorientowanej małpy, która choć zdążyła wyciągnąć jedną z przydługich łap, zastygła, by sama z zaciekawieniem obejrzeć przemianę jaka się w niej dokonała. Sierść odpadała mimowolnie, odsłaniając nagą i zwierzęcą sylwetkę, która przybierała zauważalnie na wadze i zdawała się nie przestawać. Im bardziej łysą i tłustą, tracącą nadwyżkę stawów i oporniejszą w ruchach istotą się stawał, tym jednocześnie mniejszy był. Początkowo spoglądał na swoich przeciwników z góry, z czasem zrównał się z nimi, by w końcu wyciągać wysoko w górę pozbawioną szyi głowę i z przerażeniem obserwować górujące nad nim postaci. Kiedy był już tak mały, że zakrztusił się rzęskami – te były wszędzie i we wszystkim co żywe – otoczyły go, oczywiście spontanicznie i instynktownie, ryjoknury. Ciężko było określić w jakim stopniu wyższa siła nakazała im podobne posunięcie, czy same pragnęły zabawić się odwróceniem roli, ostatecznie – przyszpiliły ociężałego, naturalnego wroga i zaczęły zjadać go żywcem w dziwnym akcie spontanicznego złaknienia.

Lea spoglądała na spektakl z oburzeniem i zażenowaniem, zmęczona do granic możliwości odwieczną walką kolejnych elementów łańcucha pokarmowego. Pokój ten najwyraźniej ilustrował dla niej konflikt gatunków, co w jakiś pokraczny sposób miało uderzyć w jej wrażliwą, wegetariańską i prozwierzęcą naturę. Nie uznawała, że silniejszy ma prawo do dominacji nad słabszym.

Nie umknęło jej jednak, że jej ukochany stał się soczewką dla nurtów, które kierowały nim spontanicznie, choć nie przewidywała, że za zaklęciami kryły się moce nurtów odpowiadające elementom świadomości Coldberga. Każdy z nich miał przypisane dwa z nich – jeden mu właściwy, drugi odpowiadający interpretacji samego Melias. Gromowładny Janik był karmazynem i postrzegany jako czerń, Zgorzkniały Mathias był indygo i postrzegany jako srebro, Elias – był spiżem i postrzegany jako biel. Perfekcyjna harmonia.

Niezależnie jak wspaniała była natura (M)Eliasa, najważniejszy był efekt – nawet nie potyczki – próby kolejnej z mocy. Po bolesnej śmierci pierwszego z nacierających powoli małpoludów pozostałe dwa rzuciły się do ucieczki i to z tak zawrotną prędkością, że jeden z nich poślizgnął się na ośnieżonym mięsie, zleciał po stromej ścianie i przepadł w jednej z kolejnych przepaści. Ostatni stwór zdołał skryć się we mgle, ale i tam dopadło go przeznaczenie, kolejna „większa ryba” w górskim ekosystemie. Tym razem dziwaczna wariacja chińskiego smoka, na którą składał się lewitujący i poskręcany wąż górski zakończony pyskiem kozicy lub innego, rogatego stworzenia, które mogło odnaleźć się w tym nieprzyjaznym świecie. Zawył, by... opis beharowioralny tego stworzenia z pewnością byłby wart wielu stronic, nie mniej najważniejsze z punktu widzenia historii jest, że chwilę potem, skrytego we mgle, pochłonęła go jeszcze większa ryba, na co Lea zareagowała utratą woli do działania, a (M)Elias mimowolnym przewróceniem na bok, by nie wykonać żadnej sensowniejszej interakcji z otoczeniem.

...

Janik skinął głową z uznaniem. Pozwolił sobie nawet poklepać Mathias po nieistniejącym ramieniu i wspomnień tępego ochroniarza z Córy Anarchii. Był pod wrażeniem swoich uczniów/ucznia, znajdując jednak moment, aby wtrącić swoje trzy grosze.
- Lea. Jej zachowanie. Lęki, niezdolność do przeżywania przyjemności, odrętwienie... To nie jest przemęczenie, to nie jest kryzys wartości. Ona ma dość tego czym jesteśmy i my, i byty. Wrażliwość jaką posiada, niszczy ją. PTSD to może nie jest, ale...

I wtedy zauważyli przez uchylone minimalnie oko (M)Eliasa, że młoda kobieta bardzo niebezpiecznie pochyla się nad przepaścią i opuszcza powoli w dół. Tylko atak paniki i rozstępująca mgła, by ukazać oddalający dół, powstrzymały ją. Przewróciła się na bok, a potem zwymiotowała.
- Ruszamy dalej, kochanie. - rzuciła, zupełnie bez życia.

...

(A)Adolf Hitler niepewnie obserwował Anshelma, który przybliżył się do niego. Widać było jak na dłoni, że takiego obrotu sprawy się nie spodziewał, szybko jednak zaakceptował wsparcie ze strony stalo- i niebieskookiego. Poklepał go po ramieniu – zresztą tak mocno, że nazistę przeraziła jego nadludzka siła – potem zaś nakreślił dłonią miejsce pełne sztalug, obiecując oddanie obrazu zaraz po starciu. W tym momencie wygrana Hitlera zdawała się być jedynie formalnością. Niemal z rozbawieniem obserwowali Otto i jego dyskretne, pełne przytłaczającego szacunku do Nadima instrukcje, który potem nagle zaczął besztać Fuhrera w nieprzyjemnych słowach, jakby przenosząc na niego frustrację wywołaną znanym mu tylko lękiem.

Już w tym momencie plan się posypał. O ile orkowie i Gang Wokulskiego zaczęli blokować, taranować i uniemożliwiać zombie-nazistom dostęp do Berlińczyków, o tyle Nadim szybko zignorował Goebbelsa jako swój cel. Wzgardził drużyną, która ślepo uwierzyła Otto i wyniosła go na ołtarz, podobnie jak on sam zresztą, nie miał jednak zamiaru nigdy podnieść na nią ręki. Teraz, gdy Anshelm jawnie zdradził kompanów, a jako że Tahir nie miał powodów, aby szanować z powodu swojego pochodzenia zwyrodniałych nazistów, cały swój gniew skierował na Vollblütera. Poprawił ułożenie czarnej zbroi i trzymając kurczowo miecz, zaszarżował w jego kierunku, choć ten stał obok samego Hitlera. Trzech zombie zdołało się przedostać przez blokadę, ale wpadł na nie tak boleśnie, że dwa z nich przewróciły się. Jeden z nich oddalił się, ślizgając na lodzie, drugiemu dopomógł w tym kopniakiem. Ten, który ostał się na nogach, najpierw oberwał błyskawicznie okutym łokciem, został podcięty mieczem, a potem ciemnoskóry zaczął w niego tępo uderzać, choć z taką siłą, że po stworze zostały tylko kawałki wijącego się, wciąż żywego, lecz w końcu zastygającego w bezruchu mięsa. Zwiększył szybkość biegu, ryzykując – w tej chwili jedno poślizgnięcie sprawiłoby, że wpadłby bezpośrednio pod nogi Hitlera i Anshelma.

Najważniejsza walka jednak toczyła się nie między zombie-nazistami, a gangiem, orkami i drużyną. Toczyła się między nimi, ale w dosłownym tego słowa znaczeniu, jako zawiesina materializujących się leków i pragnień. Otto tłumił, świadomie, swoje własne obawy przed pojawieniem się ojca, tak bardzo abstrakcyjnego, jak bardzo mała była jego wiedza o nim i silna wyobraźnia. Anshelm zaś zapragnął przyzwać armię bezpośrednio z IV Rzeszy, co zdradziło absolutne skupienie na jego twarzy. Nazista zauważył, że wcale nie jest to takie irracjonalne. Miał prawo zwątpić w podobny uczynek wcześniej, poległ już przy przywołaniu pojedynczego Daniela, ale teraz miał w sobie wirusa, który stępiał mu racjonalność i zwiększał nie tylko moc jego ramienia, ale i umysłu. Hitler w napięciu obserwował jak między ryjoknurami, nazistami i pokojowiczami z ich wiernymi bytami przepływa energia nurtów, przybierająca fizyczną postać.

Rzut na akcję: Wywołanie wsparcia dla Aadolfa Hitlera – Otto i jego ojciec, Anshelm i Armia z IV Rzeszy
Modyfikatory Pierwszorzędne (rzut Otto): Siła Woli (-1), Charyzma (-2), Inteligencja (0)
Wyniki: 2; 1; 2 -> 1; -1; 2 (po modyfikatorach) -> 2 / 3 -> 0,(6) -> Niepowodzenie Krytyczne!

Modyfikatory Pierwszorzędne (rzut Anshelma): Siła Woli (+1), Charyzma (+2), Inteligencja (+2)
Wyniki: 2; 1; 7 -> 3; 3; 9 (po modyfikatorach) -> 15 / 3 -> 5 -> Większościowe Powodzenie!

Nurty, metafizyczna energia spajająca wszystko wszelką materię, zaczęła kłębić się i nawarstwiać, pod własnym ciężarem, kipiąc niczym zupa. Ci, którzy zdolni byli ujrzeć jej spiętrzenie, np. tkwiący w półśnie Inkwizytor, zrozumieli, że niewidzialna energia zwiastuje dla całej drużyny niezwykle niekorzystny obrót spraw, taki, którego nikt nie miał prawa się spodziewać...

Przewalający się wzajemnie na lodowe, roztrzaskujące od kolejnych uderzeń budowle zombie i orkowie, wywołali w stolicy dysharmonię. Przenikliwy, paskudny dysonans jednak został zagłuszony przez nagłe fanfary i trzepot proporców oraz dudnienie bębnów. Kto przybył zwiastował trzepot skrzydeł i cieniste sylwetki skryte za mgłą, przelatujące obok sterowców. Gdy rzucono pierwsze kule ognia, a z fletni wydobyła się melodia do przaśnej – choć jakże erobojowej pieśni! - wiedzieli już, że przebyło wsparcie z Czerwonej Krainy. Kawaleria ogniotaurów, sukkuby i inkuby wspierające z powietrza, piechota satyrów i limfonimfy przybierające tutaj lodowe formy – każdy z czterech żywiołów miał po tuzinie przedstawicieli, znacząco zwiększając siły nazistów. Anshelm, jako Książę, jeden z dwóch władców Czerwonej Krainy, miał nad nimi władzę, kierując ich ruchami zwiększoną siłą jego połowicznie martwego umysłu. Hitler aż gwizdnął, pod takim wrażeniem był.
- Z wirusem jesteś zdolny do naprawdę wielkich rzeczy, młody człowieku. - poklepał go ponownie. - Koniecznie musisz poznać szacownego Kamphausena, jego twórcę.

Jak na zawołanie, ujawnił się on sam, we własnej osobie – Kamphausen Senior, lęk dla Otto tak niewysłowiony i nieuświadomiony, że wykreowany i przywołany, zdolny do najwspanialszych czynów. Najbardziej skalę jego potęgi uświadomił sobie Anshelm, z racji swej natury wyczuwający go... w sobie. Wirus dał o sobie znać na wzmiankę o Kamphausenie. Tak jakby nie był to wirus, lecz... kod genetyczny wzmocnionego Kamphausena, roznoszący się na wszystko co żywe i go zmieniający na wzór swojego właściciela. Hitler, jego oficerowie i Anshelm we własnej osobie przez moment poczuli, że ich kamphausenowski pierwiastek przejmuje nad nimi chwilową, choć całkowitą kontrolę. Wszyscy, także zombie, jednocześnie wygłosili swoje słowa:
- OTTO... SYNU... DZIĘKUJEMY ZA PAMIĘĆ <3

I w tym momencie, wszelkie nadzieje, przepadły. Orkowie zaczęli się cofać, więżąc drużynę w okręgu. Otto stał w samym jego centrum, zdezorientowany. Hans próbował uciec, ale nieprzydatny do niczego, poślizgnął się, a mimowolna niechęć Anshelma skierowała na niego uwagę zlodowaciałych limfonimf. Zaczęły tłuc go po głowie, podczas gdy zombie trzymały go swoimi zębami i rozrywały. Darł się mocno spanikowany, że jego pisk osiągał tony tak wysokie, że paraliżujące wszystko co nie było zombienazistami. Beata, jako tuz, była odporna na obrażenia, zdolna jednak do interakcji z otoczeniem. Dzielnie broniła ciała ukochanego, w końcu jednak satyry przewaliły ją i zaczęły zdzierać z niej ubrania z wiadomym, lubieżnym zamiarem.

Tylko Nadim biegł, coraz bardziej zdeterminowany, skracając dystans do celu proporcjonalnie wraz z uporem i wściekłością na chemika. Nie miał potrzeby udowadniać wyższości nad nim, ale jako poboczny cel... w jakimś stopniu tego pragnął. Dostrzeżono jego upór i wolę walki. Goebbels, najszybszy z nazistów, postanowił bronić Adolfa i Anshelma, widząc w ciemnoskórym zagrożenie. Prędkość z jaką poruszał się Minister Propagandy sprawiała, że wydawał się znikać, by pojawić w innym miejscu. Błyskawicznie przemknął po lodzie i przez tłum walczących z niebywałą gracją, by wydobyć z gracją ostrze z jelcem ukształtowanym na wzór swastyki. Miecz i katana pozostawiały w gęstym powietrzu pełnym rzęsek jedynie smugi i wyładowania, tak szybko metale spotykały się ze sobą. Godny miana nadczłowieka Joseph spotkał godnego siebie, pełnego determinacji przeciwnika, oddając mu nawet przez krótką chwilę prowadzenie, gdy grupa zombie rozdarła na strzępy jego Boga oraz Buddę.
- ON JEST NASZ. - przemówił mimowolnie Anshelm, kierowany świadomością najstarszego z Kamphausenów. - ZŁE GENY MUSZĄ BYĆ WYELIMINOWANE Z NASZEJ RODZINY. WIESZ KIM JESTEM, NADIM? WIESZ KIM JEST DLA MNIE LARKA?

Anshelm zdawał sobie sprawę, że choć nie kontroluje w tej chwili swojego głosu, jeśli chce, może coś powiedzieć. Co więcej, choć ojciec Otto, szara eminencja nazistów, wzmacnia jego ciało jeszcze bardziej, daje mu pierwszeństwo w jego kierowaniu. Nazista mógł więc walczyć z ciemnoskórym na własnych zasadach, według osobiście opracowanej taktyki, mogąc spodziewać się awaryjnej interwencji Kamphausena. Ten zdawał się być zdeterminowany, aby pozbyć się wybranka jego wnuczki. Dało się to wyczuć. W ogóle, Anshelm czuł wiele, bardzo wiele i miał prawo być przytłoczony. Tuzy znów oszalały od nadmiaru wrażeń, Amfa wyklinała go, wewnętrzny Kamphausen oddawał się emocjom, a Hades dawał wyraz swojemu zadowoleniu.

- Wierzę w ciebie, Nadim! Kocham cię! - krzyknęła Joanna.
- Ja ciebie też. - odparł Nadim, otrzymując zastrzyk sił do walki z Anshelmem, jeden na jeden.

I nie dostrzegł, że jego ukochana robi się coraz bardziej czerwona, a oczy kobiety krwawią, by w końcu... zionąć ogniem, który zaczął topić pobliskie domostwa, zalewając wszystkich, co w ostatecznym rachunku przynajmniej rozdzieliło walczących, dając chwilę pokojowiczom na przegrupowanie.

Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies.

Romantyk oszalał, niesiony przez falę i rozbijając łysą głową o rozpadające od ognia domostwa. Gdy w końcu woda dała mu spokój, zatrzymał się bezpośrednio pod stopami (A)Adolfa Hitlera. Szczał i walił pod siebie, jak to on, z uporem maniaka, choć jego kiszki były już od dawna puste. W końcu jednak, wiedziony jakąś obcą siłą, zebrał się w sobie i podniósł. Spojrzał w niebieskie oczy aryjczyka i choć uciekał wzrokiem, zawsze wracał. Nazista patrzył na niego z obojętnością, choć ten wyróżniał się w tej chwili aktem niebywałej odwagi, stojąc twarzą w twarz z czystą pogardą i nienawiścią utkaną z czarnego nurtu. W końcu Fuhrer znudził się, woląc poświęcić się zmaganiom Anshelma i życiodajnej siły Kamphausena, który rozpościerał się na wszystkich w odrodzonej III – i IV! - Rzeszy. Zasłaniającego kalekę było trzeba usunąć. Hitler spojrzał na niego gniewnie, co samo w sobie sparaliżowało szaleńca, a potem tylko stuknął palcem w klatkę piersiową mężczyzny. Fala uderzeniowa przeszła przez niego, aż jego tors zapadł się. Pies padł w wodę, w której topił się, a ta zamarzała pod nim natychmiastowo. Próbował się podnieść, ale nie był wstanie pokonać grawitacji i własnego lęku.

Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies. Pies.

Mantra, która teraz uosabiała jego lęk przed śmiercią i całkowity rozpad psychiki, zaczęła być inkantacją. Czarny nurt odpowiadający za cierpienie i ból – wiecznie Romantykowi towarzyszące – zaczęły kłębić się i narastać, formując w czyste uosobienie chaosu, przypominające cerbera łby gotowe pochłonąć szczękami wszystko wokół i wirujące niczym tornado, które zmierzało bezpośrednio w kierunku Otto. Powtarzana przez tyle misji mantra przybrała fizyczną formę.

Pie... Pie... Pie... Pie.. – próbował przełamać mantrę, tylko ją wzmacniając, aż w końcu... - Pierdolę was wszystkich...

Nawet nie skończył, zgasło w nim życie, a Hitler zaciekawiony coraz bardziej Nadimem bez większych oporów stanął na kalece. Nie doceniając, że ten ostatnim zrywem powracając inteligencji, osłabił myślocerbera. Wirującego z coraz mniejszą siłą i tracącego na zapale, by jedynie – za nim się rozpadł – raz jeszcze przewrócić wszystkich w około. Po tsunami, cerberze i szalejących orkach z ogniotaurami trzecia część miasta obróciła się w ruinę, w której żywot stracił ogrom przerażonych ryjoknurów. Kakafonię miasta zwiększył tylko hulający przez konstrukcje utkane z zamarzniętej wody wiatr oraz... degradująca zmysły muzyka.

Mistrz Gry

Tak swój żywot zakończył mój uroczy imiennik Pies, Romantyk, Albert Cader, skłonny do bezpodstawnych miłosnych uniesień fizyk, który owładnięty obsesją przywrócenia przelotnie poznanej dziewczyny, oszalał od nadmiaru cierpień i zawodów w Purgatorium. Co niezrozumiałe do tej nawet chwili, w jakiś pokrętny sposób zdołał przetrwać wiele wyzwań, choć nigdy nie zdobył nawet punktu. Maskotka, żywe wspomnienie Niemej o jej pierwszej drużynie, stały bywalec Berlińskiego psychiatryka, nadpobudliwy obiekt drwin, który w obliczu własnej śmierci... wrócił na sekundę do dawnego siebie. Jego śmierć uczy nas, że: ”Powtarzane słowo, staje się częścią istoty, które je wypowiada.”

Pamięć zmarłych w Purgatorium obchodzi się przez puszczanie ulubionych piosenek zmarłych. Specjalnie dla was utwór, którego Albert nigdy nie usłyszał fizycznie, ale który wybrzmiewał zawsze w jego snach i myślach, utwór, którego rytm i struktura oddają meandra jego umysłu.”

Pozostało: 14 Pokojowiczów

Muzyka w tle

...

Hitler kieruje swój wzrok na Nadima i nic mu w końcu nie przeszkadza. Arab jest szybki, imponująco szybki, gotowy jednym ruchem zakończyć żywot Anshelma. W żadnym wypadku jednak nie jest zdolny pokonać szacownego Kamphausena, który rozpostarł się na ogromie półumarłych iteracji. Tak, to było warte zaakcentowania. Hitler schylił się, by sprawdzić jak ma się zdeptany przed chwilą robak. Funkcje motoryczne prawdopodobnie zachowałby po przemianie, więc Fuhrer wgryzł się w mężczyznę, przenosząc na niego wirusa, potem zaś rzucił zwłoki, choć na tyle niedbale, by tylko odbiły się od jednej z budowli, która w niewyjaśniony sposób się ostała. Trochę to Aadolfa sfrustrowało, Nadim właśnie drasnął naznaczony bliznami policzek Księcia, wyglądało jednak na to, że za nim Pies spadł, jego truchło ożyło i zaczęło czołgać się w kierunku najbliższych żywych celów, w tym przypadku... Otto.
- To syn sam wiesz kogo... Bierzemy go żywcem? - spytał Himmler, dołączając do Fuhrera.
- Tak, bierzemy. - Hitler poprawił włosy, a na czoło opadł mu złoty loczek. Sięgnął do kieszonek eleganckiego munduru, by dobrać się do papierosów. Poczęstował Himmlera i już po chwili raczyli się dymem. - A tak poza tym wszystko w porządku?
- Tak, najbardziej. Czemu pytasz? - uśmiechnął się złośliwie. - Znowu jakieś kąśliwości do moich sekretarek?
- Tym razem to ty będziesz miał szansę się zrewanżować. Sprawa natury fizycznej. Felix Ke.. Ke...
- Kersten?
- Tak.
- Co z nim? - Himmler zaciągnął się. - A raczej, co z tobą? Nie powiesz chyba, że się uskarżasz na bóle?
- Nie, słuchaj...

Przerwali nagle. Wyczuli przybycie wsparcia. Nie było to trudne. Krzyk armii ryjoknurów – spontaniczny! - był słyszalny z daleka. Ujrzeli jak w mieście pojawia się kolejna fala, tym razem zdeterminowanego do boju i fanatycznego mięsa oraz sierści. Stwory wymachiwały łapkami oraz, niekiedy, dziwną bronią, choć w małej ilości. Na swych barkach niosły tkwiącego w połowicznym letargu (M)Eliasa oraz jego ukochaną, oszalałą od skali dostrzeżonych zniszczeń oraz tego jak wyglądało w praktyce jej subtelne wykradzenie obrazu. Kobieta zresztą zauważyła którą stronę wybrał Stalooki i bardzo, bardzo jej się to nie spodobało.

Himmler w ciszy spoglądał na (A)Adolfa, drżącego coraz silniej i nerwowo ruszającego jedną ze swych silnych rąk. Od dawna nie widział go w takim stanie.
- Ten... ten człowiek... - Fuhrer wskazał na Coldberga. - On jako jedyny może nam zaszkodzić. Musimy się nim zająć.

...

Tym czasem Inkwizytor rozdzielił się na trzy świadomości, mniej w odniesieniu do Trójcy Świętej, bardziej jako swego rodzaju inspiracja przejawem geniuszu Coldberga. Tkwił zawieszony w teraźniejszości, przeszłości (wspomnienia) i sennych wizjach (przyszłości), choć jeszcze tego nie wiedział. Nie zdołał odpowiedzieć na pytanie Hadesa, to go przerosło, ale wywołało ono w nim proces myślowy i dało aspirację do rozwoju. Lunatyk, Duch i Pielgrzym. Postrzeganie czasu zmieniło się, nie stanowił też jedności – był wszędzie i nigdzie, w czasie i przestrzeni. To otwierało przed nim zupełnie nowe możliwości, choć wciąż był silnie związany z „aktualną” linią czasu. Widok Beaty, do której dobierały się rubaszne satyry nie był przyjemny, również zionąca ogniem Joanna zdawała się zwiastować katastrofę. Wciąż jednak był Inkwizytorem, dla którego Hades był tylko pomniejszym demiurgem, skupiając się na Górze i lękom przed Nidh-Perquunosem. Widział do czego zdolny był strach Otto, dający nazistom ogromną przewagę i przeciwnika rozrastającego się w każdej chwili na coraz większej ilości zarażonych, odrastający niczym hydra potrzykroć. Im więcej osób ginęło w bitwie, tym więcej naziści mieli mięsa armatniego. Czym był on jednak przy Nidh-Perquunosie? Nikim. Przywołanie takiego bytu byłoby jeszcze gorsze, zmaterializowane urazy Kamphausena stanowiły igraszkę.

Lunatyk otworzył szerzej oczy. Wyczuł obecność (M)Eliasa, odczuwając dziwny spokój wywołany jego obecnością, jakby przybyło nieocenione starcie.

Pielgrzym odwiedził dawne wspomnienia, najwyraźniej mające wywołać w nim proces myślowy, który doda mu sił w tej potyczce.

Duch gnał poza czasem po krainach, które uznawał za sny, nieświadomy nawet, że Pies wywołał w nim swoim pytaniem przemianę i otworzył przed nim czasoprzestrzeń.

A co jeśli, wraz z rozwojem Sorena, wszystkie trzy linie czasu połączyły się, wszak czas jest jednością?

...

Iteracja-lunatyk rozbudziła się nagle, niecałkowicie, choć zauważalnie.

Uświadomił sobie, że coś się w nim zmieniło, a rozdzielenie na trzy osobowości w różnych miejscach stanowiło tak naprawdę wyraz jego rozwoju, przeniesienia poza czas i zrozumienia, choć częściowo, mowy Purgatorium. Chwilowe oświecenie zanikło, ale ogrom wiedzy pozostał... i nowa umiejętność.

Inkwizytor od tej chwili zdolny był inaczej postrzegać czas, wyprzedzając myślami obrót zdarzeń o trzy sekundy, co pozwalało mu zapobiegać złym obrotom sytuacji. W tej właśnie chwili widział jak na rzeczywistość, którą dostrzega nakładają się kolejne, w których dokładnie widzi kolejne ruchy Anshelma zmagającego się z Nadimem, posunięcia zombie czy spontanicznie rozlewającą się falę ryjoknurów (M)Eliasa. Ten najwyraźniej przymierzał się do jakiegoś spektakularnego posunięcia... I wyglądało na to, że Lea rzuci się do samobójczej szarży na Anshelma.

Limit Czasowy

23:02

Xelacient

Xelacient

10. czerwca
Post ID: 85043

Tahir, stał się zięciem Otto, stał się dla niego niczym syn, ale wciąż pozostał głupim arabem, który potrafił nawalić w krytycznym momencie. Otto sam chciał się zająć nazistą z kataną, ale... to już było nieważne, albowiem Der Chemiker nawalił jeszcze bardziej... tak bardzo, że nawet naukowcy z jego wizji śmiali się stłoczeni wokół jego akwarium i wytykali go palcami. Ucieczka przed lękami i paranojami nie udała się, zaś poczucie bezsilności tylko je spotęgowało.

Stał nieruchomo, ale jego umysł zaczynał się sypać. Tyle wysiłku, tyle poświęcenia, tyle trzymania się ideałów... i wszystko poszło na nic.

To czego bał się najbardziej stało się faktem... a nawet jeszcze bardziej. Jego ojciec nie był ideałem, tylko ideą! Ideą, która żyła w wielu ciałach. Zmieniając je na swoje podobieństwo!

A co jeśli dostanie się do jego ciała?! Stanie się jak swój ojciec? Całe życie przed tym uciekał!

Chociaż nie, to nie było tak. Było znacznie gorzej! Jeśli zostanie zarażony to stanie się niczym ojciec czy właściwie stanie się nim samym!

Nie! Do tego nie mogło dojść, tego nie było w planie!

A co jeśli to od początku było w planie?

Czy to było ukartowane wcześniej? Czy wszystko od momentu jego krytycznego wypadku było zaaranżowane przez tajną neonazistowska organizację, która prowadziła badania nad idealnym rasowo kodem genetycznym? I do tego potrzebowali Otto? Może to wszystko co się wydarzyło było kłamstwem i pozorem wprowadzonym tylko po to, by ukryć prawdziwy cel? Wobec tego nie mógł już być niczego pewien! Nawet tego czy reszta jego drużyny jest prawdziwa!

Fakt, że orkowie otoczyli go uniemożliwiając mu ruch był poderzliwy, cerber-tornado wymierzony w jego stronę pogłębił jego nieufność, a to że w końcu został sam przez co Pies-zombi zaczął się czołgać w jego stronę bez przeszkód utwierdził go w paranoi. Nie mógł ufać nikomu! Mógł polegać tylko na sobie! Musiał się bronić! Musiał się zmienić! Choć jedna myśl go wstrzymywała:

"Przynajmniej miał pewność, że podobne przemiany i taktyki będą go kosztowały kompromis z tymi pokręconymi istotami/własną osobą."

Jednak widok przybliżającego się zombi i perspektywa zarażenia ojcem-wirusem-kodem genetycznym, przeważyła.
Setki jego oczu przysłoniła mgła, a może krew? Spojrzał po sobie, coś z niego wyciekało, czarnego. czarny nurt? Tęcza Ciemności? Rzecz zdolna zamienić nawet małego pastelowego czworonoga w wielkiego potwora! Zaczynał się przekształcać, chaotycznie, bez ładu i składu, a każda ta przemiana zmieniała Der Chemikera w zdegenerowaną i pokręconą wersję samego siebie.. Jego ojciec był jednością w wielu ciałach! To on stał się jednością z wielu ciał!

-Żywcem mnie nie weźmiecie! - odparł setkami obłąkanych głosów Der Chemiker nim przez kolejne przemiany utracił zdolność mowy. W końcu jego forma ustabilizowała się na kształt hydry-balisty... złożonej ze pijawko-kluczy. Jedność złożona z wielości. Tak samo metaliczno-organiczna jak one.

Gdy już Pies-truposz powoli dopełzywał to z Der Chemikera-hydra-balista wysunęła się macka zakończona szczęką, która sięgnęła przebiegającego w pobliżu orka i... wyrwała mu podbrzusze wraz z penisem, penis ten następnie został załadowany i wystrzelony z balisty w głowę Psa-truposza rozwalając mu ją na kawałki.

Skaza nie mogła wejść w kontakt z ideałem, żeby nie została zarażona doskonałym wirusem-kodem genetycznym. Musiała go pokonać w między-pokoleniowej walce na penisy! I to na odległość! W tym celu potrzebowała największy i najlepszych penisów! Szybko namierzył ich największe skupisko, to wokół Beaty kłębiły się satyry z lubieżnymi zamiarami! One miały wspaniałe penisy! Hydra-balista zaczęła pełznąć w ich stronę, w zalanym wodą obszarze szło jej to nad wyraz dobrze. Z pyska każdej macko-głowy kapała czarna ciecz niby jakiś jad. Gdy dopadła satyrów to szczęko-głowy błyskawicznie wyszarpały z nich potrzebne organy, po czym zaczęły ładować do balistycznej części, która następnie posyłała je w stronę kolejnych truposzy, będących nosicielami Kamphausena Seniora.

Najważniejsze było unikanie bezpośredniego kontaktu z żywymi trupami, żeby uniknąć zarażenia ojcem. Hadra-balista wobec tego musiała do niech strzelać na odległość. W tym cel będzie potrzebowała więcej amunicji, więcej penisów. To czym ich źródłem będą satyry, inkuby, orkowie czy męska część drużyny schodził na dalszy plan. Najważniejsze było przetrwanie... jakiekolwiek by ono nie było.

Garett

Garett

12. czerwca
Post ID: 85045

-Zauważyłem – odpowiedział Mathias – Można by rzecz, iż jest niezdolna do życia na tym świecie. Nie zgadza się z najbardziej pierwotnymi prawami, które nim rządzą. Chce im zaprzeczyć, ale nie potrafi, bo to niemożliwe. Jest pod tym względem niczym dziecko, które chce jakąś bardzo drogą zabawkę i nie chce przyjąć do wiadomości, iż rodziców na nią nie stać. Nawet gorzej, bo pragnie zmienić coś, czego zmienić się nie da. Jednocześnie jest ślepa na to, iż te pierwotne prawidła mają i swoje dobre strony. Patrzy na wszystko jednotorowa, nie potrafi dojrzeć tego co znajduje się na drugim planie. Walter kompletnie zjebał pod tym względem. Stworzył dla Seleny córkę, która miała być lepszą wersją Sobowtóra będącego ucieleśnieniem Białego Nurtu. Jednocześnie ukształtował ją w nienawiści do siostry. To nie miało prawa się udać. Biel została skażona Czernią. Samo w sobie nie byłoby to niczym złym, wszakże Biały i Czarny Nurt są przeciwieństwami, które uzupełniają i definiują się nawzajem. Problem polega na tym, że w Lei brakuje równowagi. Zależnie od okoliczności przeskakuje ze skrajności w skrajność. Ma swoją wyidealizowaną wizję świata, ale w momencie zderzenia z rzeczywistością traci całą swoją wolę.

-To także i po części twoja wina – wtrącił Elias – W końcu jej przemiana została spowodowana przez twoją pokręconą zemstę na twoim Walterze.

-W pierwszej kolejności miało to kupić nam dodatkowy czas – Mathias wzruszył ramionami. - Zresztą zawsze możemy ją „naprawić”, mamy w końcu taką możliwości.

Walka w ogóle nie szła po myśli Pokojowiczów kiedy Coldbergowie, Lea oraz ich armia przybyli na miejsce. Czarny Nurt był tutaj tak gęsty, że aż widoczny gołym okiem, nie trzeba było być do tego jakoś specjalnie dostrojonym aby go dostrzec. Oczywiście ponieważ Melias był w takim a nie innym stanie, „mieszkańcy” jego umysłu widzieli nawet więcej. Wszystkie zombie były jakby poruszane na sznurkach z Czarnego Nurtu, ale nie przez Hitlera albo jego podkomendnych, ani nawet Anschelma, który zdradził resztę, a przez jakąś niewidzialną, wszechobecną istotę. Zdawała się być ona wszędzie i nigdzie jednocześnie, a zarażeni stanowili jedynie przedłużenie jej egzystencji. Gdyby się postarali, to może zdołaliby zajrzeć za zasłonę czasu i dowiedzieć się czym dokładnie ona jest i dlaczego sprawuje kontrolę nad zombie, ale Coldbergowie nie mieli na to czasu. Trzeba było działać. Tylko jak? Użycie domeny Janika mogłoby się tu obrócić przeciwko nim, nie mieli pojęcia czy zdołają wygrać bitwę na Karmazyn i Czerń. Może i Melias był idealną soczewką na Nurty, to jednak jakość nie zawsze zdoła pokonać ilość. Zwłaszcza, że wróg miał przewagę ilościową w przedstawicielach obu Nurtów, gdyż zdrajca wezwał wsparcie z IV Rzeszy. Osłabienie ich też nie wchodziło w grę. „Klątwa” Mathiasa zadziałała wcześniej tylko na jednego małpoluda, a nie na wszystkie trzy, więc wątpliwe było by teraz zdołała objąć zasięgiem całą armię. Teoretycznie mogliby zamienić Hitlera w żałosnego robala, którego każdy mógłby z łatwością zgnieść, ale nie wpłynęłoby to raczej na resztę zombie, biorąc pod uwagę, iż kontrolowało je coś innego. Pozostała już tylko domena Eliasa... No przecież! Jeszcze przed chwilą o tym rozmawiali! Skoro nie można ich zabić, to trzeba ich „wyleczyć”!
-Proszę kontynuować Eksperyment – wymamrotał Elias wyobrażając sobie Meliasa sięgającego po młot. Takie wsparcie mogłoby się przydać w tej chwili. Lea co prawda zaczynała się z nim oddalać, promieniując złością skierowaną w stronę Anschelma, ale miał nadzieję, że po zauważeniu jak w jej ukochanym wzbiera Biały Nurt i próbuje dosięgnąć broni, to odda mu ją.

-Janik, potrzebujemy teraz twojej pomocy

Elias zaczął tłumaczyć swój plan (Mathias też zresztą wtrącał swoje trzy grosze, gdyż po przeżyciu swego oświecenia ich umysły przez większość czasu pracowały na podobnych torach). Całość opierała się na idei taiji, która zresztą dosyć dobrze ilustrowała rzeczywistą budowę Absolutu (możliwe zresztą, że jej twórcy wynieśli tę wiedzę ze starożytnych Purgatoriów). Yin i Yang, Czerń i Biel, Noc i Dzień, dwa przeciwieństwa, które się nawzajem definiują i dopełniają. Równowaga zrodzona z dualizmu... Która tutaj została zachwiana. Ford mówił, iż ludzie popsuli Purgatorium poprzez jego permutację. Dopuścili się świętokradztwa na miejscu mającym ilustrować kosmiczną równowagę. Stąd wniosek, iż Dondoryjon wcale tak nie wyglądał od samego początku. Nawet jeśli od zawsze był krainą Czerni, to musiała tu istnieć także i cząstka Bieli. Tak samo jak zgodnie z ideą taiji, nawet w najgłębszej ciemności musi znajdować się promyk światła zdolny do przechylenia szali na drugą stronę. Tak samo też nawet w środku dnia istniał cień, gdyż ciemność nie mogłaby całkiem zniknąć. Tego wymagała Równowaga. Równowaga, która w tym pokoju została zaburzona przez działania pokoleń Hadesów oraz w mniejszym stopniu Pokojowiczów. Więc nie chodziło nawet o to czy Melias zdoła ją przywrócić. Nie, skoro Absolut naturalnie dążył do dualistycznej równowagi, to logicznym byłoby, iż rzeczywistość nie będzie się przeciwstawiać temu co planowali, gdyż mogłoby to chociaż po części zrównoważyć stan tego pokoju. A plan był genialny w swej prostocie. Skoro wróg był napędzany przez chorobę/wzmocnienie wywodzące się z Czarnego Nurtu, to należało ich wyleczyć/osłabić za pomocą Białego Nurtu, przywracając tym samym jako taką równowagę. A ponieważ znajdował się tutaj nadmiar Czerni, to należało ją zmienić w Biel, tak samo jak Noc zmienia się w Dzień. Przemiana Otto w groteskowego potwora z Czarnego Nurtu w momencie kiedy Elias objaśniał swój plan mogła im tylko pomóc. Chemik znajdował się po stronie Pokojowiczów, tym samym więc w momencie gdy Elias uwolni Biel, Kamphausen stanie się cząstką Yin w Yang. Dzięki temu możliwe będzie wprowadzenie cząsteczki Bieli/Yang do strefy Czerni/Yin. Z pośród wrogów idealnym celem do przekonwertowania zdawała się być ta wszechobecna istota kontrolująca zombie. Utożsamienie jej z cząsteczką Bieli znajdującej się w Czerni powinno zerwać sznurki z Czarnego Nurtu i pozbawić wroga przywódca nad armią nieumarłych, czyniąc z nich niejako kukły pozbawione tego kto by nimi poruszał.

Coldbergowie poprosili Janika by spróbować dostroić swoją „domenę” do Czerni wytwarzanej przez Otto, aby przypadkiem Chemik nie został zalany przez uwolnioną Biel ani jej nie przeszkadzał. Elias ujął czule dłoń postaci śpiącego Meliasa, unoszącej się w środku pustki i zaczął wcielać swój plan w życie. Mathias natomiast pilnował Eliasa by konwersja Czerni w Biel zachodziła równomiernie, mając mu przerwać gdyby stracił kontrolę i rozpętał się chaos.

Żeby mogła nastać Światłość, najpierw musiała panować Ciemność.
Żeby mógł nastać Dzień, najpierw musiała być Noc.
Żeby móc zaznać uczucia Ulgi, najpierw trzeba poznać czym jest Ból.

Elias zaczął przywoływać wszelkie wspomnienia w których negatywne uczucia ustępowały tym pozytywnym. Chwila gdy zaczynał zdrowieć po gorączce, uczucie nasycenia głodu, jego brat, Mathias-Sobowtór, który przyszedł go pocieszyć po kolejnej kłótni z rodzicami i zawsze go bronił. Praca u Janika i te kilka momentów kiedy widział jak terapia przynosi skutki i pacjentom przychodzących do nich się polepsza. Irytacja tym, że nie daje rady sprostać oczekiwaniom gości, którymi jego ojciec kazał mu się zajmować, by po chwili uspokoić się i uśmiechnąć zadowolonym pod nosem na widok tego jak najważniejszy z nich właśnie dobrze się bawi. Lek Jokasty, który zaleczył jego język. Najświeższe wspomnienie tego jak doznawał bólu na fotelu w Bibliotece, a następnie wybuch ulgi przyniesionej przez purgatorinę, co zresztą Melias instynktownie utożsamił z działaniem Eliasa. Wszystko to co złe, a skończyło się dobrze. Tak jak Noc w Dzień.

PROSZĘ KONTYOWAĆ EKSPERYMENT!

I w tej samej chwili w której wykrzyczał te słowa, przez głowę przemknęło mu ostatnie z serii przywołanych wspomnień. Chociaż nie, wspomnienie to za dużo powiedziane, bliżej temu do tego co umierający człowiek widzi jako ostatnie, widok mający mu dodać otuchy, który zrodził jego umysł by ułatwić mu „przejście na drugą stronę”. W przypadku Eliasa była to wizja jego brata, Mathiasa-Sobowtóra, który wbiega do sali na sekundę przed wstrząsem który zabił Coldberga, krzycząc: „proszę przerwać eksperyment!”.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

12. czerwca
Post ID: 85046

No i udało się. Ale dlaczego się udało? Przecież nie miało prawa się udać. Może udało się właśnie dlatego, że nie miało prawa się udać, a mimo to Anshelm nie wątpił w to, że się uda.
Jeśli faktycznie tak to działa, to będę musiał spróbować z przeniesieniem przysłowiowej góry, kiedy to wszystko się już skończy. Za pałacem w IV Rzeszy widziałem ładne wzgórze, które mogłoby stać nieco dalej.
Bądź co bądź udało się – przybyła armia z Rzeszy. Satyry, centaury, nimfy i inkuby, łącznie koło pięćdziesięciu żołnierzy zalało pole bitwy. Ilość ta zdecydowanie wystarczyła by przeważyć losy starcia.

Uczucie jakiego doznał Anshelm gdy wirus, którego czuł w sobie od dłuższego czasu, zyskał świadomość, duszę, rozum i charakter było jednym z najdziwniejszych, jakie poczuł w całym swoim życiu. Nie, w sumie to nie. Było zdecydowanie najdziwniejsze. Nie dało się go porównać z niczym, co może czuć zdrowa psychicznie osoba. A jakby tego było mało Wirus przejął na chwilę całkowitą kontrolę nad fizycznością Anshelma. Nazista czuł się bardzo niekomfortowo z nowym lokatorem w swoim ciele mimo potęgi jaką ze sobą niosła ta specyficzna symbioza.
Ja już nie jestem jedną osobą. - Uświadomił sobie. Czuł coś podobnego przed kilkoma laty, gdy jego symetryczna twarz została serią z pepeszy podzielona na dwie części: pobliźnioną i szpetną oraz tą, która nie uległa zmianie. Potem podział zaszedł dalej, za sprawą wirusa (teraz już Wirusa). Podziałowi ulegały już nie tylko policzki, ale również oczy, kolor cera oraz włosy. Teraz miał też w sobie dwie jaźnie. Tym razem zaszło to nie na skutek dzielenia, a dodawania. Ale czy na pewno? A może to część jego samego uległa przekształceniu? Czyż nie tak działają infekcje wirusowe?

Dobra słuchaj pan, panie Wirus… Kamphausen? Dobra, może być Kamphausen. Mam plan, jak poradzić sobie z Arabem, ale będę potrzebował pańskiej pomocy. Na razie się podzielimy. Proszę oddać mi panowanie nad ciałem w jakichś osiemdziesięciu procentach. Potrzebuję pełnej kontroli, ale z zachowaniem pańskiej siły i refleksu. Na mój znak przejmie pan inicjatywę, a ja się wycofam.
Anshelm nie usłyszał sprzeciwu, więc zaczął wprowadzać swój plan w życie.

Wyciągnął jeden z dwóch złotych noży stołowych, które nosił ze sobą od Pokoju narodzin. Mimo, że był praworęczny, to nóż trzymał w lewej ręce, która dzięki zogniskowaniu w niej mocy Kamphausena była szybsza i silniejsza. Nie docenił jednak przeciwnika. Pod wpływem zamaszystego ciosu mieczem nóż wyleciał z ręki Anshelma i wpadł w topniejącą zaspę. Krzyżowanie noża stworzonego do smarowania kromek chleba masłem z masywnym półtorametrowym mieczem na ogół nie jest dobrym pomysłem.
Nazista spojrzał na swoje powyłamywane palce. Przynajmniej nie czuł bólu.
Trzeba by je ponastawiać.
Obserwacje i rozmyślania przerwał jednak Nadim, który mimo szybkiego uniku Anshelma zdołał rozorać mu czubkiem miecza lewy, pobliźniony już wcześniej policzek.
Scheiße! Znowu to samo!
Zdesperowany nazista sprawną dłonią zerwał z pleców płachtę skóry zmiennokształtnego i zarzucił ją na Araba. Wyszło na tyle sprawnie, że dało mu trochę czasu.

Anshelm szybko wycofał się kilka metrów i wyjął z zawojów założonej mu przez orków szaty ryjoknurzy blaster. Drugą dłonią – zesztywniałą i pokrzywioną wyciągnął z kieszeni płaszcza zmrożoną pigułkę podarowaną mu przez przyrodniego brata. Po jej przełknięciu przywołał jaźń Kamphausena.
Teraz pańska kolej, żeby się wykazać. Oddaję panu ciało do dyspozycji. W imię czystej krwi! Im Namen von voll Blut!
Ostatnim wysiłkiem woli szarpnął kompulsywnie palcem za coś, co w blasterze uznał za spust celując w czarnego rycerza, a potem odpłynął.

Wiwernus

Wiwernus

12. czerwca
Post ID: 85047

Szczyty Dondoryjońskie

Niezależnie co wydarzyłoby się w na szczycie góry, w zniszczonym mieście, najważniejszy był Otto. Zmagając się przez wszystkie pokoje z traumą związaną z matką, osobową i powszechną, zupełnie zignorował istnienie tej niemal nieuświadomionej, nie mającej nawet twarzy ojca, lecz postać idei. Strach względem matki mogło wywołać jedynie przybierającą fizyczną postać kobietę, złożone zaś, trudne do nazwania uczucie – choć skupione wokół czarnego nurtu – coś o wiele bardziej abstrakcyjnego i złowrogiego. Otto niczym u Kierkegaarda, jak i część pokojowiczów, przeszedł w Purgatorium przemianę – z człowieka estetycznego do etycznego. Nie doznał jednak jego oświecenia, abstrakcyjnego stanu, który przez chwilę osiągnęli (M)Elias, (W)Alter czy Soren. To co najbliższe było oświeceniu zawierało się w jego najgłębszych zakamarkach podświadomości, jako skupiona wokół czarnego nurtu, trudna do określenia prostą mową ludzi trauma związana z ideą-ojcem. Nic dziwnego, że wyzwolenie tej potężnej siły odmieniło bieg wydarzeń, dając szansę nazistom na sukces, w który – przy tak dobrej drużynie – mało kto wierzył.

I największym problemem Kamphausena było, że dalej karmił powołany byt, tak jak Walter po uwięzieniu w zakamarkach umysłu (czy aby na pewno?) wyzbył się czerni i karmazynu, wydając na świat drugą córkę. Nie walczył z traumą. Bał się jej, karmił wizerunek własnej słabości wiarą w pogardliwy śmiech naukowców skupionych wokół jego inkubatora, dopatrywał się w sytuacji przewidzianego i zaplanowanego fatum (i miał na to wiele dowodów, choćby tornado czy orków). Powołany czernią byt chciał pokonać większą ilością czerni, zło chciał pokonać złem i wierzył, że ma to sens. Przybrał nową formę, walczył na odleglość i unikał ugryzienia – bardzo mądrze – wciąż jednak walczył z przeciwnikiem używając tych samych metod co on, nic nie zmieniając i nic nie rozumiejąc.

Niezależnie jak wiele osiągnąłby oddając się obłąkańczej przemianie, nie mógłby zmienić zbyt wiele. Z samego założenia. Dalej szkodził bardziej niż pomagał.

...

Wyprzedził bieg czasu, spoglądając w przyszłość. Miecz wbijający się w głowę nazisty... to wszystko działo się zbyt szybko. Co przyszło mu z nowej zdolności, kolejnego stopnia na drodze do oświecenia, gdy najmniejsza opieszalość dawała mu nieprzyjemny posmak odpowiedzialności za wydarzenie, któremu mógł zaradzić?

...

Nóż stolowy spotkał się z rycerskim mieczem, jednak nie na długo. Błyskawiczna wymiana ciosów zakończyła się szybciej niż się spodziewał. Utracił broń, wirus na szczęście oszczędził mu cierpień. Ku jego zdziwieniu frustracja i stłumiony ból – niczym czerń zgłębianego przez całe życie nurtu – umocniły wirusa, dodając mu sił i zapału. Kiedy spojrzał w pełne pogardy, obce i zaskakująco bystre oczy ciemnoskórego uświadomił sobie jednak, że nawet mając po swojej stronie byt tak silny jak ojca Otto, nie był wstanie uzyskać przewagi nad dobrze uzbrojonym i zdeterminowanym Tahirem. Ten, po słowach wiary i uznania Joanny oraz prowokacji ojca Kamphausena, przewyższył nazistę, zmuszając, by musiał uciec się do zdradzieckiej sztuczki.

Anshelm, po otrzymaniu rany w policzek, narzucił na oponenta skórę zmiennokształtnego. Kupił sobie niezbędny ułamek sekundy, aby spożyć lodową pigułkę oraz sięgnąć po blaster, jednocześnie oddając pierwszeństwo drugiej części jego osobowości, ojcu Otto. Tak, przez chwilę nabrał wiary, że odzyskuje kontrolę nad sytuacją, wniósł nawet w myślach pełen wiary okrzyk. Szarpnął za spust, wyczekując pożądanego efektu. Poczuł jak potężna energia przepływa przez największą technologiczną zdobycz ryjoknurów. Wymierzył w ciemnoskórego i poczuł jak przyjemny ton zagłusza pośmiertny utwór Alberta oraz kakofonię miasta.

JESTEŚ SUPER <33333333

Zawierzając broni, popełnił błąd. Nie po to ludzkość powołała ryjoknury do istnienia, aby przypominały jej o prymacie Szczurów w Purgatorium, technologicznej i mentalnej wyższości. Małe futrzaki nie miały odwagi do walki z ich monstrualnymi twórcami, ich broń była zaś jedynie udoskonaleniem jedynej znanej im taktyce przetrwania – fałszywej, nieudolnej, jednak jakże miło wysłuchiwanej przez zamarżniętych ludzi paplaninie o ich wyższości. Blaster nie strzelał wiązkami promieni slonecznych, jonizowanego gazu czy plazmą. Ryjoknury używały cierpniętniczej gadaniny i pochwał, a broń miała nadać wiarygodności ich histronizmom. Blaster, jak się okazalo w praktyce, był swego rodzaju głośnikiem, który wyrzucał z siebie słowa otuchy, tak mile widziane w tych góra. Anshelm tak mocno oczekiwał laserowej wiązki – podświadomie – że poczuł nawet swąd spalenizny, pierwotny cel broni jednak przeważył dzięki Nadimowi, który – jak każdy człowiek – również pragnął uznania.

Wypowiedziane przyjemnym, żeńskim głosem słowa otuchy – obok slów Joanny i ojca Otto – sprawiły, że ciemnoskóry objął całkowitą przewagę. Zbity z pantałyku nazista nie wiedział co uczynić, nie miał broni, a ciemnoskóry zamachnął się pewnie swym rycerskim mieczem. Ostrze wbiło się w twarz tak mocno, że zdolny był odczuć ból. Ostatnim co ujrzał był...

... Nadim wyciągający długie, silne ręce dzierżące butelkę whisky, które kierował w jego stronę. Nie odczuwał zimna. Było nawet ciepło, jak to we Wrześniu o tej porze dnia. Pociągnął nosem, wyczuwając woń smażonego mięsa. Ciemnoskóry spoglądał na niego z lekkim strachem, ale i dziwną fascynacją, szacunkiem, niczym przyjacielska dusza, którą ktoś wepchnął w miejsce, gdzie go niepożądano. Towarzyszyła mu młoda kobieta, na której widok szybciej zabiło mu serce. Przypominała Amelię, nie była nią jednak, choć była tym samym archetypem córki. Początkowo był zdezorientowany, ale szybko przypomniał sobie kim jest Laura, jego wnuczka... Nie, nie wnuczka, bardziej córka.

Sięgnął dłonią do twarzy, raz wyczuwając blizny, a raz nie, jakby był i sobą, i kimś zupełnie innym. Nabrał powietrza w płuca i wydychając powietrze, uświadomił sobie, że tkwi przez moment w obcym wspomnieniu, które przeplata się z tymi, które już posiadał. Przez chwilę miał rodzinę, cztery pociechy i wspaniałą córkę, która właśnie prezentowała mu swojego wybranka, turka, którego ręce z troską próbowały go przytrzymać. Upadł mimo jego pomocy, a gdy podniósł się...

... był z powrotem w nieprzyjaznej, lodowej krainie. Ciemne ręce zmieniły się w białe i podnosiły go powoli. Czuł się jakby ktoś rozpłatał mu głowę, a paskudny ból zwielokrotniała kakafonia miasta oraz odgłosy tłuczonej porcelany. Uświadomił sobie, że ostrze wyłupiło mu jego stalowe oko, a twarz zwisała paskudnie, odsłaniając zarys czaszki i mięsa. Nie miał również nosa, odciętego pewnym i silnym cięciem, które prawie go uśmierciło, a właściwie w pewnym sensie zabiło, bo aby przetrwać, musiał oddać ciało prawie pełnej mutacji. Mniej było w nim Anshelma, dominować zaś zaczął Otto, tak jakby wirus okazywał się nie być tylko wyobrażeniem ojca Kamphausena, ale i – wywodząc z myśli chemika – jego cechy osobowości, nawyki, cechy fizyczne oraz, przede wszystkim, wspomnienia. Trzy osobowości przeplatały się ze sobą, tworząc chorą hybrydę. Nie bylo problemem dla Anshelma, aby szczerze wierzyć, że tego samego dnia jako Anshelm wiódł samotne i pełne przemocy życie, jak i rutynę pantoflarza z liczną rodziną. Doprowadzało go to i do szaleństwa, i wielu wniosków, tak jakby naprawdę posiadał rodzinę i mógł porównać czy jego wybór okazał się być trafny.

Po refleksji, uświadomił sobie, co właściwie miało miejsce. Goring zasłonił go własnym, otyłym ciałem. Wielka bryła z porcelany niczym mur blokowała drogę do niego, podczas gdy Otton III i dowódca Ogniotaurów odciągnęli go pod pobliskie sztalugi z psimi obrazami, gdzie szybko zbierał siły i odrzucał obce wspomnienie. Miał zaledwie kilkanaście sekund, aby znów dołączyć do bitki, tym razem bardziej grupowej, bo – jak się okazało – Nadima wsparła Lea oraz Wokulski, swoją drogą wściekły po wybiciu jego kompanów oraz jawnej zdradzie Ottona III. Kiedy doszło do starcia, walczący ścierali się w każdej możliwej konfiguracji, także gdy Lea przywołała swojego doppengalgera. Goring-Nadim, Lea-Otton, Otton-Wokulski, Anshelm-Wokulski, Anshelm-Lea (jak ona go nienawidziła!), Anshelm-Sobowtór. Tak, zadano sobie wiele ran, choć żadna nie mogła się równać z ostrzem Nadima, które na swój pokraczny sposób zabiło Anshelma, przyprawiając o paskudne poczucie pustki. Dopoki Otto jednak bezmyślnie karmił czernią swojego ojca, a czerpiący z nienawiści nazista otrzymywał kolejne rany, miał wciąż szansę. W końcu też wytrącił broń z ręki ciemnoskórego, wpadli sobie w ręce, ślizgając na lodzie, oddalili od grupki i zatrzymali na ścianie ryjoknurskiej biblioteki, by dokończyć walkę w bardziej osobisty sposób – na pięści.

Rzut na akcję: Anshelm vs Nadim, Runda II
Modyfikatory Pierwszorzędne (rzut Anshelma): Siła (0), Wytrzymałość (0), Zręczność (+1), Inteligencja (+2), Siła Woli (+1)
Modyfikator Narracyjny: Artyzm (0) -> Wynik: 1
Wyniki: 2; 3; 3; 2; 4 -> 2; 3; 4; 4; 5 (po modyfikatorach) -> 18 / 5 + 1 (Bonus: wirus; wsparcie czarnego nurtu; zadane obrażenia) -> 4,6 -> Częściowe Powodzenie!

Modyfikatory Pierwszorzędne (rzut Nadima): Siła (+1), Wytrzymałość (0), Zręczność (-1), Inteligencja (+1), Siła Woli (+1)
Modyfikator Narracyjny: Artyzm (+1) -> Wynik: 4
Wyniki: 7; 5; 4; 6; 1 -> 8; 5; 3; 7; 2 (po modyfikatorach) -> 25 / 5-> 5 -> Większościowe Powodzenie!

Dokonało się. Nazista zdawał się mieć początkowo przewagę, mogąc – choć niezdarnie, w stylu wynaturzonego desperata – okładać przyszpilonego do ściany araba. Ten jednak, przez własną niezdarność, upadł i prześlizgując na tyłku, zamienił się z nim miejscami, potem już tylko obejmując coraz większe prowadzenie. Jego styl nie był o wiele piękniejszy, jednak skuteczny, pełen determinacji i dzikiej, orientalnej drapieżności, aż w końcu...

... pigułka zadziałała. Organizm uległ przemianie i ta okazała się być szybka, bezbolesna. Miał w sobie wspomnienie również lodowej transformacji Otto, po tej samej pigułce zresztą, nabrał więc odporności na ewentualny efekt uboczny. Nie topił się. Jego kości zmieniły się w bryły zbitego lodu, wytrzymalsze od najwymyślniejszych metali. Zniszczone ciało stało biało-błękitne, odbijające światło pożółkłego księżyca na czerwonym niebie. W krainie chłodu, na szczycie góry czuł się jak ryba wodzie, a przynajmniej na tyle, by odepchnąć przeciwnika lodową bryzą, a potem uciec.

Anshelm przegrał, pokonany przez ciemnoskórego. Czuł, że tak naprawdę został zabity już dawno, a każdy kolejne cios odbierał mu resztki świadomości, która ustępowała wirusowi. Anshelma było coraz mniej i mniej, jego fragmenty zaszyły się w ułamkach jego podświadomości, pozwalając objąć większość kontroli staremu Kamphausenowi. Ciemnoskóry mógł dobiec do Anshelma, poprzepychać się z nim trochę i ostatecznie dobić, ale zostawił go samego sobie, upokorzonego, woląc zająć się Otto, który uparcie karmił wirusa swoją wiarą w abstrakcyjną ideę. Anshelm przepadał więc zignorowany, upokorzony i pokonany przez gorszy gatunek człowieka. Goring, Ogniotaur, Otton III i wszyscy jego poplecznicy robili co mogli, aby kupić mu czas, zawiódł ich jednak, niespodziewanie przegrywając z podczłowiekiem. Zawiodła go najpierw technologia ryjoknurów, a potem on sam. Czuł jak wspomnienia Otto i wyobrażenia o wspomnieniach ojca Otto jego syna (jednocześnie, by nie było za prosto, przeplatane czystym czarnym nurtem) łączą się, tworząc przerażajacą, wynaturzoną mieszaninę. Osunął się wzdłuż ściany lodowego budynku. W ferworze walki, w jakiś niewyjaśniony sposób, spluwa ryjoknurów doślizgnęła się do niego, prawdopodobnie osuwajac po topionym od ognia Joanny lodzie. Sięgnął po przedmiot i nacisnął spust.

No kto jest najpiękniejszy? :) No kto jest? :* Ty jesteś awwwwww...

Odrzucił broń, tak jak Aadolf odrzucił Alberta.

Skierował jedyne oko na hydrę-balistę, spoglądając na ostrzał członkami. Poczuł ból w zamarżniętym sercu. Paskudny bół. Przywołał wspomnienie własnej niepłodności, żal mu również było satyrów, potem jednak zalała go czerń i... Mógł się jedynie uśmiechnąć spękanymi od lodu wargami, gdy słyszał jęki faunów. Otto nienawidził, jak wszystkiego, jednocześnie czuł, że sam nim właśnie jest oraz równocześnie jego ojcem. Czuł, że wiódł żywot Anshelma, senny i niejasny oraz wiele bardziej bliższy mu, równoległy chemika. Gdy się skupił, był przekonany, że toczył boje również jako jego tata, a nawet egzystował w roli idealistycznej sile wieki przed III Rzeszą, energii nienawistnej i nieludzkiej. Wszystko to przeplatało się. Gdy pomyślał o Nadimie, był on dla niego nie tyle pokojowiczem, który go upokorzył i pokonał, ale i „synem”, wybrankiem wnuczki oraz jednym z milionów istnień, pyłkiem w obliczu setek lat rozwoju państwa niemieckiego.

Miało to też swoje plusy, czuł, że rozciąga się egzystencją na inne ciała. Dlatego Nadim go zignorował. Mógł się nad nim pastwić, ale po co? Dał wyraz osobistej nienawiści, zabita iteracja przepadłaby, ale pozostałyby inne, nie było więc powodów do kontynuowania potyczki.

„Anshelm” westchnął. W przyszłości – kto wie – może dałoby radę połączyć wszystkie iteracje, zostawiając po synchronizacji kolejne kopie zapasowe i znów rozwijając się wykładniczo, w wielu ciałach, by objąć w końcu cały żywy świat. Nie miał czasu rozważać zbyt mocno swojego losu, choć z pewnością przydałoby się ocenić jak mocno połączony jest z innymi iteracjami.Wszystko jednak opieralo się na Otto. To on był źródłem jego potęgi. Mógł mieć i sto ciał, bez niego nie tylko by nie były tak silne, co mogłyby utracić „zbawiennego” wirusa.

Źródłem, które (M)Elias w swej mądrości i sprycie próbował osłabić. Plan studenta był przebiegły, mógł uratować drużynę, bo opierał się na zrównoważeniu czerni bielą. Dopóki jednak chemik karmił byt swoimi obawami i wiarą w rzeczywistość ojca, nie walczył z najsilniejszą z traum, mógł jedynie niwelować bezmyślność Kamphausena.

Rzut na akcję: Starcie nurtu białego (Elias) oraz czarnego (Otto)
Modyfikator Pierwszorzędny: Siła Woli (Elias: +1; Otto: -1)
Wyniki: 7 (Elias); 2 (Otto) -> 8 > 1
Wygrywa: Elias!

Nurty znów zaczęły się kłębić, ścierając niczym dwie przecistawne siły. Nie można było odmówić Otto wiary w jego przekonania, w tej właśnie chwili jednak przeważył Elias, którym przesiąkł (M)Elias, sprytnie zauważając, że najpotężniejsze nie są nurty same w sobie, lecz energia przez nie wyzwalana, oświecenie przy ich przekształceniu – jak w filozoficznej teorii rozpadu atomowego.

Moc wcześniej użyta do wyleczenia ran, czerpiąca z dobroci Eliasa (a właściwie – wyobrażenia o niej Meliasa), teraz została wykorzystana na większą skalę, jako przeciwwaga dla zła, czysta dobroć mająca osłabić wirusa. Początkowo nie działo się nic, ale zombie zaczęły albo panikować i uciekać, albo rozpadać się, albo przybierać zdrowe postaci, zaś Aadolf Hitler, władającego siłami lodu ciało po Anshelmie oraz trzej oficerowie znacząco osłabli.

Tę chwilę było trzeba należycie wykorzystać. Zombie-naziści w tym pokoju nie stanowili już siły, a IV Rzesza nie wiedziała co właściwie czynić i biernie naradzała się w karmazynowym obłędzie co dalej, wyczuwając, że Anshelm przepadł i jego cząstka tkwi w jednej z iteracji Kamphausena Seniora. Co więcej, połowa bytów rozpadła się na popioły. Otto, choć najwyraźniej nieświadomy co właściwie się stało, dalej jako wynaturzona hydra miotał członkami, zanim te rozpłynęły się.

Nawet Melias, dla większego efektu, nacisnął spust na Mjolnirze. Stało się to, czego mógł się spodziewać – broń działała w ten sam sposób co Anshelma, jednak o wiele potężniej i nie ograniczając się wyłącznie do wiadomości pozytywnych, te były losowe. Potężna energia przepłynęła przez młot, a potem rozległo się:

Stabsauger! Stabsauger! Ooo, Stabsauger!

...

Rzut na akcję: Losowe „zaklęcie” Mjolmira
Wynik: 4 – częściowe powodzenie

Cytrynowy „pocisk” niczym smuga pojawił się w ruinach miasta, sunąc prosto w kierunku Aadolfa Hitlera i Iteracji pozostałej po Anshelmie. Gdyby nie, niezawodny jak zawsze, porcelanowy Goring blokujący uderzenie, byłoby z nimi źle. Odrzucony wrak, jeszcze z tkwiącym w środku Hansem i Carlem, został odrzucony w bok, niszcząc ostatnie zombie jakie pozostały. Zeppeliny odleciały zdradziecko, to co zostało z Psa zaś zostało zniszczone przez potęgę nasienia wystrzelonego przez Hydrę. Na placu boju pozostało już tylko pięć iteracji, znacząco osłabionych, z prawie niezdolnym do walki Goringiem.

Iteracja po Anshelmie osłabła również jako Kamphausen Senior, dominowała w niej teraz osobowość Otto, jeszcze przed przemianą. Stała zdezorientowana, nie wiedząc przez chwilę co czynić. To jak momentalnie osłabli naziści, zdradzał fakt, że – o ironio władająca ogniem – Joanna odważyła się stanąć na przeciwko Iteracji po Anshelmie. Rolę zdawały sę odwracać, ale gdy Aadolf Hitler ściągnął czarny, gustowny mundur, potem beżową kamizelkę i szelki, by odsłaniając muskularny tors, odegnać opadający, złoty lok... Fuhrer i oficerowie wciąż byli potężną siłą!

Otto i Otto spotkali się wzrokiem, jakby między nimi i wokół nich nie znajdowało się kompletnie nic. Przeszło ich bardzo dziwne uczucie, burzące ich oszalałe umysły, gdy niespodziewanie z amoku wyrwał ich znajomy głos – córki oraz córki-wnuczki. Dziewczyna pojawiła się znikąd i najwyraźniej próbowała... pogodzić obie strony.

Limit Czasowy

21:53

Tabris

Tabris

12. czerwca
Post ID: 85048

Odpowiedź była prosta, krótka. Czas reakcji WAltera wprawiłby Instynkcieli w ekstazę - Piontek nie wykorzystał żadnego czasu by odpowiedzieć - odpowiedź bowiem zlała się z pytaniem, a może nawet je wyprzedziła. Tak naprawdę nie usłyszał nawet tego co powiedział. W chwili między wybrzmieniem odpowiedzi, a reakcją klamki miał jednak dość czasu by parę kwestii przemyśleć.
~
Znalawszy się w miejscu gdzie ścieżki się spotkały WAlter musiał porównać to z czym przyszły jego aspekty. Nie zmienił zasadniczo swego nastawienia do Rewolucji i innych osób. Po tym jak miał okazję poczuć jedność czasu i przestrzeni patrzał na wiele rzeczy bardziej całościowo. Pomagało to ujednolicić poglądy Waltera i wAltera.
~
Wracając do bieżącej sytuacji, sytuacja Piontka znalazła się w trudnej sytuacji. Znów dopomógł Erynii. O ile jego stosunek do Lamy powoli ewoluował od zirytowania głupotą zwierzęcia do zaciekawienie tym niebanalnym człowiekiem to w jej wypadku... Miał ją teraz zabić, rzucić Szczurom na pożarcie, czy udać że nic się nie stało, jest wAlterem i czekać na jej pytanie/odpowiedź?
~
Cały czas istniała możliwość przywołania Szasta. Ale aby skupić się na tym zadaniu musiałby po pierwsze zignorować pytania/odpowiedzi towarzyszy nieudanej podróży. Poza tym ujawniłby się jako użytkownik taekwondo, co mogło zdekonspirować połączenie. Z drugiej strony cielesne ćwiczenia były czymś czego potrzebował bo jednak mentalne wymachy to nie to samo co fizyczne (A i ciekawa byłoby porównanie na ile Purgatorium fizyczne różni się od tego stworzonego myślą).
~
Tyle przemyślał. Ale nie pomyślał nawet o tym że dostał pytanie i sformował odpowiedź. Tą bowiem była jak pocisk wystrzel i zapomnij. Jak w tym żarcie o nudnej wieczności pod koniec, znajdował się na końcu mistycznego stanu, gdy wszystko tworzyło jedność. I właśnie to tajemnicze hasło, pseudonim, slogan, miano, definicja stała za jednością. Po raz pierwszy poczuł to zwiedzając różne wersje Purgatorium. A także napotykając Lee i inne osoby. Były inne ale ktoś/coś je łączyło. Być może do tego czegoś dążył Król Szczurów. Była to jakby pewna zasada. Uosobiona reguła. Coś co było jednocześnie wszędzie i nigdzie. Pochodziło z najdziwniejszych permutacji, wypływało z każdego nurtu. Wpływało na wszystko w gruncie rzeczy stanowiąc uniwersalną odpowiedź. Zapewne OsiolekFan zadał pytanie zbyt szybko, zanim Osiołek wyszedł z trybu nieskoności. A że pytanie było nieprecyzyjne więc otrzymał uniwersalną responzę. I z punktu widzenia tamtego WAltera była to jedyna dopuszczalna odpowiedź, czerpiąca z doświadczeń emeryta. Ale gdy już wyszedł z trybu było to tak trudne do wyobrażenia, że WAlter natychmiast zapomniał o co chodziło.
~~
Wiwernus