Oberża pod Rozbrykanym Ogrem

Gry Wyobraźni - "Purgatorium [Gra]"

Aktualnie w Osadzie: Ognisko jest zgaszone.
Osada 'Pazur Behemota' > Gry Wyobraźni > Purgatorium [Gra]
Wędrowiec: zaloguj, wyszukiwarka
Nitj Sefni

Nitj Sefni

30. czerwca
Post ID: 85067

Oparty o lodową ścianę nie czuł nic. Fizycznie, bo emocjonalnie czuł bardzo wiele, choć nie było w tym żadnego porządku. Ot chaos przeplatający się z chaosem. Gdzieś w tej zupie splątanych jaźni przebłyskiwały okruchy świadomości – delikatne, jasne i krótkotrwałe. Zupełnie jak płatki śniegu. Jakże krótko żyją takie płatki.

Pozbierał się, przynajmniej częściowo. Udało mu się objąć wszystkie cząstki składowe jego istoty, ale niewiele to zmieniało. Wciąż żyły własnym życiem. Znalazł jednak punkt zaczepienia. Otto Kamphausen – to on nadawał temu wszystkiemu sens. Cała reszta to idee, lub cienie dawnych istnień – majaczące duchy. Ale Otto był żywy. Choć nie górował wyraźnie siłą nad resztą, był najłatwiejszy do zrozumienia, najbardziej ludzki. Stał się więc kotwicą łączącą nowo powstały byt z resztą wszechświata.

Spoglądając z boku na tworzące go siły i byty wzniósł się ponad zwyczajny poziom świadomości i dokonał transcendencji. To jednak wciąż za mało. Jeżeli chciał dalej funkcjonować musiał nad nimi zapanować, a w przyszłości może nawet złączyć je w jedno. Wtedy mógłby rozszerzyć swoje kompetencje na inne jaźnie. Jakże wielki potencjał. Czymże jest król IV Rzeszy w porównaniu z władcą jaźni. Król jest pojedynczym człowiekiem, on zaś stałby się Narodem. Czy tym właśnie jest król szczurów? Serwerem dusz panującym nad jaźniami swoich poddanych – jedną wolą w wielu ciałach? Jeżeli tak, to On może stać się znacznie potężniejszy.

Trzeba zadbać o fizyczny nośnik. Na razie będzie mi potrzebny.
Dotknął swojej twarzy. Strzępy skóry i mięśni zwisały paskudnie odsłaniając fragment czaszki. Przycisnął je do głowy. Przez chwilę utrzymały się na dawnym miejscu zlepione zgęstniałą od zimna krwią, ale zaraz się odkleiły wracając do poprzedniego stanu. Chwycił je mocno i zaczął szarpnięciami odrywać, licząc, że po tym zabiegu będzie wyglądał choć odrobinę mniej makabrycznie. Po wszystkim spojrzał na trzymane w dłoniach krwawe ochłapy.
Czy powinienem to zjeść?
Po krótkim namyśle odrzucił strzępy skóry w śnieg i uznał, że niektóre z jego nowych osobowości lepiej będzie po prostu ignorować.

- Lara, najdroższa! – Otto wybuchł szczęściem widząc swoją córkę całą i zdrową. Czy raczej Kamphausen Senior widząc swoją wnuczkę, którą kochał mimo, iż miał jej za złe związek z Arabem? Nie, raczej Otto. On niestety nie wyglądał tak dobrze jak Laura – zamknięty w cudzym i zmasakrowanym ciele mógł jej się wydać obcy. Ten drugi Otto też nie przypominał siebie (czy raczej jego), co przynosiło pewną ulgę.
Nie powinno być nas dwóch. Trzeba to naprawić.
Podjął więc decyzję o połączeniu „siebie” ze „sobą”. Jednak bynajmniej nie na drodze pokojowej. Zwracając się z makabrycznym, ale radosnym uśmiechem do swojej ukochanej córki-wnuczki przypuścił jednocześnie mentalny atak na umęczony starczy umysł skryty za pijawkowym kombinezonem – swój własny, a jednak dziwnie obcy. Dotarcie do niego nie było trudne, gdyż czuł wyraźnie silne, wielopoziomowe połączenie między nimi dwoma.
Ja jestem Otto Kamphausen – jedyny i zupełny!
Na te słowa z głębi splątanych chaotycznym węzłem dusz odpowiedział mu obcy głos, niczym autonomiczne echo.
Ich bin das Volk

I zapytał go: Jakie jest twoje imię? Mówi Mu: Legion imię moje, bo jest nas wielu.” ~ Mk 5, 9

Xelacient

Xelacient

4. lipca
Post ID: 85074

Choć ogarnięty paranoidalną walką o przetrwanie rój pijawek bardziej przeszkadzał niż pomagał to przynajmniej nie zaczął atakować sojuszników. Był to pewien sukces sam w sobie. A, że szala zwycięstwa zaczęła przechylać się na ich stronę i zagrożenie zaczęło mijać to i powód do panicznego strachu zaczął mijać. Do tego gdy Elias siłą swojej woli przezwyciężył jad czarnego nurtu nektarem białego to zaczęło się spokojne rozpływanie się wynaturzonych członków hydry. Po stopieniu się pijawkoklucze połączyły się w jedną spokojną masę.

I tak jak Niemcy walcząc z dziedzictwem III Rzeszy wyparły się swojej historii i tożsamości tak i Otto walczył ze swoim dziedzictwem tak mocno, że zaparł się samego siebie. Tak jak miejsce "Jednego narodu, jednej rzeszy i jednego wodza" zastąpiło "multi-kulti, internacjonalizm oraz demokracja" tak i zamiast jednego Otto Kamphausena był rój ślimakokluczy, każdy z nich był na swój sposób świadomym bytem, każdy nawet miał w sobie pewną cząstkę Der Chemikera. Jednak teraz ten rój zachowywał się niczym demokratyczne społeczeństwo, czyli był podatny na manipulacje... oraz był niechętny walce, bo poszczególne ślimakoklucze nieszczególnie chętnie chciały ryzykować swoją śmiercią, nawet jeśli cały rój mógł zyskać.

Dlatego też "córka" nie miała najmniejszego problemu z "pogodzeniem" roju ślimakluczy. Dzięki cząstce świadomości Otto tkwiącej w każdej piajwce-obywatelu to ów demokratyczny rój pijawkokluczy bardzo entuzjastycznie zareagował na jej widok i robił to co mu nakazała. Szalał za nią niczym fani za Hansem Bulmą na scenie. Tak bardzo, że nawet nie zwrócili uwagę na nadchodzącego Wielo-Anshelma.

Bo w demokracji często bywa tak, że "demos" zajęty rozrywką, swoimi ulubieńcami oraz własnymi problemami nie dostrzega nadchodzących niebezpieczeństw, nawet gdy są wielkim legionem.

Garett

Garett

8. lipca
Post ID: 85079

Oczyszczająca Biała fala zmiotła Czarne niteczki jakimi Wirus oplótł całe miasto i swoją armię zombie. Było ciężej niż się spodziewał, zwłaszcza, że Otto zamiast przejmować kontrolę nad swoimi strachami, to tylko je wzmacniał. Mimo wszystko nie był jednak wyzwaniem dla przewodnika Nurtów jakim było ciało Meliasa. Miasto na krótką chwilę przestało wyglądać jakby znajdowało się w Dondoryjonie, prędzej można by by je porównać do jakiegoś rajskiego pokoju będącego kompletnym przeciwieństwem tego w którym się znajdowali. Zmiana nie trwała długo, ale wystarczająca by oczyszczająca Biel obróciła w proch zombie, a część nawet przywróciła do życia (zapewne te, które zostały przemienione niedawno). W dodatku, w umysłowej pustce Eliasowi na chwilę mignął widok śnieżnobiałego anioła przypominającego jego brata, który świetlistą wiązką smagał czarnego diabła łączącego w sobie cechy Otto i Anschelma. Zapewne tak właśnie ciało Meliasa odbierało walkę Nurtów jaka tu przed chwilą miała miejsce. Nie żeby się bardzo myliło. Wirus zaiste przypominał na swój sposób demona. Odwieczna nieśmiertelna istota pływająca w Czarnym Nurcie tudzież sam Czarny Nurt. Wcielony koszmar pozbawiony twarzy, tożsamości czy nawet świadomości. Przeklęty pasożyt, który kształt przyjmował po nażarciu się negatywnymi emocjami, znajdując wreszcie punkt zaczepienie w świecie fizycznym. Zapewne wszystkie Nurty takie były. Niczym żywe istoty, ale jednocześnie zupełnie ich nie przypominające. Związane z konkretnymi emocjami i ideami, ale tak naprawdę o nie nie dbające dopóki czyjaś wola nie nada im tożsamości. Innymi słowy, tabula rasa. Zupełnie jak Melias.

W tej chwili Wirus nie stanowił żadnego zagrożenie. O ile wcześniej przybierał formę strachów Kamphausena, to teraz, próbując ratować swoje istnienie przed odesłaniem z powrotem do niczego nieświadomego Nurtu, pochłonął wszystkie emocje Otto, nie tylko te negatywne. W rezultacie niejako przestał być awatarem Czerni, a stał się żałosną kopią Der Chemikera, nie tak bardzo różniącą się od Doppelgangerów.

Natomiast ciało niesione odruchem wzbudzonym przed Eliasa uniosło Mjolnir i wystrzeliło z niego w nazistowskich oficerów. Broń była oczywiście atrapą, ale jednak lepszą niż zwyczajne blastery Ryjoknurów, tak więc dzięki sile wiary cytrynowy pocisk zasiał zamęt w szereg wroga, poważnie raniąc przy tym jednego z nich. Elias zamierzał zmusić ciało do oddania jeszcze kilku strzałów, a następnie chciał skupić się na wykorzystaniu pozostałej energii Bieli aby wzmocnić Pokojowiczów, jednak Mathias go powstrzymał.

-Hitler to tylko przeszkoda mająca odwrócić uwagę. Tak, walka ma służyć za rozrywkę dla Tuzów, ale tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia, może poza zarobieniem paru punktów i Oboli. Nic z tego jednak nie będzie miało znaczenie jeśli czas minie. Celem jest obraz, a Hitler istnieje po to aby go chronić. Jeśli go zabierzemy, będziemy mogli stąd po prostu uciec, a Naziści najprawdopodobniej przestaną istnieć.
-Hmm, masz rację, ale obrazów jest tutaj kilka. Możemy wykorzystać Meliasa aby wychwycił intencje ze słów jakie Hades wypowiedział w czasie odprawy i kazać mu dopasować je do obrazów z wystawy Aadolfa. Problemem jest jednak dostanie go. Ryjoknury są właściwie do niczego...
-...Ale Byty z Czerwonej Krainy właśnie straciły swojego władcę, więc będzie łatwo na nie wpłynąć.

I tak właśnie zrobili. Mathias przywołał wspomnienie słów Hadesa - ”Cel Misji: Odwiedzić Aadolfa Hitlera, odebrać od niego obraz z Psem i powiesić w miejscu Hands Resist Him „ – i, tak jak wcześniej to zrobili z jego pytaniem w Mowie Absolutu, „przytwierdził” do wielkich słów „PROSZĘ KONTYNUOWAĆ EKSPERYMENT” unoszących się w centrum pustki. Tym razem jednak słowa Hadesa nie znajdowały się w środku, a na początku. Na końcu umieścił widok wystawy obrazów Hitlera, natomiast sam zajął miejsce w środku, pomiędzy nimi, aby przypisany mu Srebrny Nurt pomógł wskazać „obiekt pragnień” Hadesa oraz Pokojowiczów.

Elias z kolei zajął się drugą częścią planu. Tym razem jednak musiał skorzystać z Nurtu, który nie został mu przypisany przez ciało Meliasa, ale jednocześnie był mu najbliższy. Przywołał wszelkie wspomnienia tego jak ich grupa owocnie ze sobą współpracowała. Przywołał wspomnienie Króla Kamehamehy, który w Czerwonej Krainie bardzo wspomógł Pokojowiczów. Chciał w ten sposób wezwać Spiżowy Nurt, symbolizujący współpracę i społeczeństwo, aby dzięki niemu wpłynąć na Czerwone Byty przywołane tu przez Anschelma. Pozbawione swego pana nie wiedziały co robić dalej, dlatego winny być podatne na manipulację. Za pomocą Spiżu i wspomnień o Kamehamesze wspomagający Pokojowiczów chciał wzbudzić w nich poczucie obowiązku względem nich. Poczucie obowiązku nakazujące dostarczenie Meliasowi obrazu, który wskaże za jego pomocą Mathias. Innymi słowy...

PROSZĘ KONTYNUOWAĆ EKSPERYMENT!

Wiwernus

Wiwernus

9. lipca
Post ID: 85080

Biblioteka Losu

Wiwernus.

Odpowiedź wyprzedziła pytanie, tak jakby to Walter po mentalnym zjednoczeniu przepytywać zaczął klamkę i jednego z tuzów, a nie oni jego. Poddał się sile, która spajała wszystko wokół, pozwalając przepłynąć uniwersalnej prawdzie przez jego usta. Ton głosu był pozornie obojętny, zdradzał jednak swego rodzaju powagę i pewność, którą dało się z łatwością wyczuć, traktując jako wyraz opinii niekwestionowanego autorytetu. Przez moment tuzy zamilkły zdezorientowane, a tajemnicze imię klamka oraz OsiołekFan zbyli serdecznym, odrobinę cynicznym komentarzem.

OsiołekFan: Odpowiedź nieprawidłowa, Panie Piontek!

Elektryczność objęła ciała całej trójki, jednak nie spotkało się to z jakąkolwiek reakcją ze strony pokojowiczów. Niezależnie jak desperacko Hades intensyfikowałby potęgę wyładowań, te zdawały się przenikać ciała, nie pozostawiając po sobie najmniejszego śladu. Dokładnie tak, jakby jakaś potężniejsza siła zainterweniowała w tej wyjątkowej chwili, chroniąc przed niestosowną karą. W momencie kiedy dalsze próby wymierzenia im cierpienia stawały się bardziej upokarzające dla Hadesa niż dowodzące jego bezwzględności i siły, ten zaprzestał ich.

Temat pytania zadanego Walterowi urwał się, jakby nigdy nie miał miejsca. Jedynie Goebbels spoglądający spode łba na swojego wybawiciela i zerkająca kątem oka Niema stanowili świadectwo, że przed chwilą wydarzyło się coś abstrakcyjnego i godnego podziwu. O ile lama wyrażała przede wszystkim nieśmiałą wdzięczność za uratowanie przed wyładowaniami, to kobieta zdawała się wyrażać szacunek wobec zjednoczonego Waltera, wykraczającego możliwościami ponad oczekiwania samego Hadesa, igrającego z siłami tak potężnymi, że jako jeden z nielicznych świadomym ich imion. Powstała między nią i emerytem więź umacniała się. Dotąd Walter, choć nazywał kobietę Erynią, cenił jej talent i pragmatyczne podejście, rozważając ją niejednokrotnie jako sojusznika. Ona zaś okazywała mu szacunek i wiele od niego wymagała, zresztą uratowała go w Pokoju Cmentarnym, a w IV Rzeszy Walter sam przed sobą przyznał, że ta wyrasta na jedyną, ewentualną sojuszniczkę. Zgrzyt pojawił się dopiero w Zamtuzie, a ogłuszenie Lei w Bibliotece tylko go powiększył.

Kolejne z pytań dotyczyć miało Goebbelsa, będąc formą wyboru zgodnej z prawdą odpowiedzi, ot kolejne wyzwanie związane z introspekcją i przyznaniem się do tego, kim naprawdę jest.

Pytanie (czyta: SalamizLammy): Co ukrywasz, a co naprawdę tak bardzo chciałbyś ogłosić?[/b]

a) Nie jestem lamą. Nazywam się Antonio Lamber. Forma jaką tutaj przybrałem to tak naprawdę wyraz mojej podświadomości, która uznaje tak upokarzającą karę za stosowną do moich poczynań za życia. Wiara, że jest ona słuszna jest tak silna, iż przemieniłem się za nim jeszcze opuściłem łono i zawitałem w Pokoju Narodzin. W tym momencie, gdy przyznaję ten fakt przed wami i samym sobą, moja duchowa przemiana dobiegnie końca, a ja zaznam oświecenia, przybierając prawdziwą, ludzką formę. Moja symboliczna kara dobiegnie końca, a ja ujawnię wam mój prawdziwy potencjał i talenty, które odmienią losy tej drużyny.

Uszy lamy uniosły się, a oczy zabłysnęły. Walter obserwował z uwagą jak stworzenie reaguje na teorię, która zgodna jest z jego przewidywaniami. Przez chwilę wydawała mu się nawet, że zwierzęce kształty formują się do postaci humanoidalnej, pozbawionej sierści, kopyt oraz pyska. Był wstanie nawet dojrzeć przez ułamek sekundy rysy twarzy Lambera, przystojne i latynoskie oblicze oraz sylwetkę mogącą stanowić wzorcowy przykład tego, czym powinna być tężyzna fizyczna. Goebbels wydawał się być co najmniej zaskoczony pierwszym wariantem. Nie dało się wyczytać czy zgadza się z myślą reprezentowaną przez odpowiedź i nie zmienił jeszcze formy, przypominając Walterowi, że nie powinien tak łatwo – nawet po zjednoczeniu – poddawać się sugestiom własnego umysłu.

b) Nie kocham Lei. Parodia pocałunku dokonana w Pokoju Sobowtórów i moje dalsze fascynacje stanowiły jedynie wyraz zwierzęcej, irracjonalnej chuci. Nie jestem zdolny do żadnych uczuć i trwam tu tylko dla uciechy bogaczy. Zmieniłem jedno zoo na drugie. I co najgorsze, nigdy nie udzielę tej odpowiedzi, tej poprawnej, bo choćbym wykształcił chór krtani odpowiadających w najpiękniejszych harmoniach, nie jestem zdolny, aby nieść słowami emocji, ani cokolwiek nazwać. Niczym nie różnię się od Lei.

Ten wariant oburzył Goebbelsa, a słowa o fałszywości jego pokrętnego przywiązania do córki Waltera szczerze zasmuciły. Sama możliwość, że nie kochałby kobiety, raniła go.

c) Kojący, przyjemny, kobiecy głos, który tak dobrze znam... Opiekuńcze bóstwo, które ujawniło się w mojej głowie nie jest tak naprawdę żadną charonitką czy innym wymysłem mojego umysłu. To mój wewnętrzny głos, który – na co przyszedł najwyższy czas – uznaję za swój własny. Powitajcie moją prawdziwą, ludzką i kobiecą formę, wyraz tego, że stałem się człowiekiem. Głęboko wierzę, że podobne złączenie bikameralnych aspektów umysłów spotka (M)Eliasa i moich braci z zoo. O to ja, we własnej osobie – Amelia Goebbels!

Lama splunęła nerwowo. Myśl ją zaintrygowała, choć dało się zauważyć, że szybko przestaje ją rozważać, skupiając się na wyczekiwaniu ostatniego wariantu. Poza tym – choć po zmianie linii czasu w Zamtuzie już mniej - wciąż z odrobiną choleryzmu reagował na wzmiankę o studencie. Mniej chodziło o ich konflikt o królestwo zwierząt, bardziej o zwykłą zazdrość o Leę.

Poza tym, homoseksualna miłość pół-człowieka, pół-bytu oraz pół-zwierzęcia, pół-człowieka zdawały się zbijać z pantałyku nawet kogoś takiego jak Goebbels.

d) Oświecenie, które tutaj było mi dane, boli mnie, przeszywa do kości. Teraz mam dwa więzienia – ziemskie i pośmiertne. Nie pasuję ani do lam, ani do ludzi. Miota mną zwierzęca ubogość, mam problemy z udźwignięciem dylematów moralnych tutaj obecnych. Bardzo chciałbym wrócić do dawnej nieświadomości. Los Piontka nauczył mnie jednak, że nie mogę uciekać w utratę wspomnień. To nie jest droga. Ufam mu – nie mniej, a nawet bardziej niż Amelii, która nadwyrężyła moje zaufanie, zabijając mnie – jak ojcu. On dostrzegł we mnie człowieka, czuję, że jego ofiara w tym prawdziwym świecie pozwoliła mi się wybudzić. Dostrzegając we mnie człowieka, uczynił mnie nim. Kocham go, a jeszcze bardziej jego córkę. Jest piękna, wrażliwa na przyrodę i wszystko co żywe. Tak samo jak ja jest jakże nierzeczywista i nie pasująca do tego świata, w którego okropnościach odnajduje jednak ulgę, ucieczkę z osłodzonej niewoli. Z nią chciałbym mieć kolejne dzieci, jak te które mam w Zoo i mieć będę Zamtuzie. Uratuję ją, tak jak Walter uratował mnie. I jeśli zajdzie taka potrzeba, to zginę za drużynę i za nią. Będę w zębach przynosił jej wrogów, a ona będzie ich wykańczać dla własnej korzyści. W niej widzę sens i cel... Czuję się piekielnie samotny i nikt – Nadim, Melias, Walter czy Anshelm, moi przyjaciele z tej klatki – nie zaspokoją mojego kompleksu. Czuję się tak obcy...

O dziwo to Niema okazała najwięcej emocji, dziwnie spoglądając na stworzenie. Milczenie było jej naturalnym stanem, więc nawet Mistrz Gry nie użył swojego czarostwa, aby zakryć jej usta, ale o dziwo teraz zawahała się, by nie skomentować ostatniego wariantu, wyraźnie poruszona. Walter, po zjednoczeniu, wyłapywał takie niuanse z lekkością. Czuł jak nurty kłębią się wokół jej osoby, manifestując przemianę jaka się w niej dokonała. Nie widział kobiety przykutej do lewitującego fotela, lecz chmury czarnej nienawiści, spod których przebić próbuje się biel niewinności i płonący ogień karmazynu, czysta miłość o seksualnym i rodzinnym charakterze. Czuł ten intensywny brak spiżu, jakby kobietę wyrwano z jakichkolwiek relacji społecznych. Nawet Goebbels przez moment wychwycił, że coś jest nie tak z ich andrygoniczną towarzyszką. Przymierzał się już do odpowiedzi, gdy nagle Niema wrzasnęła na całe gardło.

I tak, warto zaznaczyć to już w tym momencie – Walter ją zainspirował. Taki właśnie był wtedy, przed wygraną i taki był ponownie.

Chcesz mojej spowiedzi, złamania kurtyny milczenia, to ją dostaniesz, Hades. Ze wszystkimi szczegółami. Od maleńkości byłam sama, choć otaczała mnie rodzina, przyjaciele i nie miałam się tak źle, bo mimo biedoty panującej w przeklętym NRD, moja matka należała do SED. Nie chodzi nawet o mój kompleks związany z wyglądem, chłopięcą fizjonomią, bo potrafiłam – jeszcze wtedy – nadrobić gadulstwem i optymizmem wymalowanym na twarzy pokręconej, introwertycznej albinoski. Czułam się jednak samotna, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca w tym dziwnym świecie. Moja matka myślała kategoriami społecznej przydatności, mnie zaś uznawała za skazę na swoim idealnym życiorysie. Moim ojcem był polityk z Berlina Zachodniego, bardzo wysoko postawionym osobnikiem, który często przybywał na wschód w ramach tak bardzo niepożądanych, jednak koniecznych aktów dyplomatycznej kurtuazji i gry pozorów obu państw. Tak właśnie poznali się moi rodzice. Na drodze ich przelotnego romansu zostałam poczęta i o ile początkowo utrzymywali ze sobą kontakt targani tlącą się namiętnością i wiążąc wspólne plany na przyszłość, to potem było już tylko gorzej. Kariera mojej matki stanęła w miejscu, ojciec zaś został jednym z 20 delegatów z Berlina Zachodniego, którzy choć bez prawa głosu, mógł uczestniczyć w obradach Bundestagu, gdzie z jego błyskotliwymi opiniami bardzo się liczono. Im bardziej moja matka radykalizowała się w komunistycznych poglądach dla swojej kariery, tym mocniej on brylował wśród kapitalistycznych elit, nie szczędząc ostrych słów o braciach ze wschodu, tak jakby umyślnie blokował sobie w ten sposób drogę do kobiety, którą zostawił z malutkim dzieckiem. Polityczna kariera przeważyła. Matka i ojciec uznali, że czas skończyć z i tak rzadkimi już wizytami, koniec z wyczekiwaniem kolejnych przepustek i pretekstów, aby się spotkać. Jedynym świadectwem zakazanego, niepożądanego romansu zostałam ja i matka zawsze mi potrafiła o tym przypomnieć.

Na moim życiu ta irracjonalna miłość wywarła ogromny wpływ. Marzyłam o spotkaniu ojca, którego nawet nie pamiętałam. Idealizowałam go i mistyczną krainę, z której pochodzi. Agitowałam, by zaimponować matce, w ramach Freie Deutsche Jugend, ale nocami marzyła o lepszym życiu i o pełnej rodzinie po drugiej stronie Muru. Jak się z czasem okazało, nie byłam jedyna. Za murem miałam przyrodniego brata, owoc kolejnego przelotnego romansu obcego ojca, a owoc ten strasznie mnie on zaintrygował. Rozpoczęła się burzliwa, sekretna korespondencja. Dowiedziałam się o moim ukochanym zresztą przypadkiem, czytając jeden artykułów propagandowej gadzinówki, którą rozdawałam. Ton artykułu bez jasny i oczywisty – syn zachodniego kapitalisty przejrzał na oczy i zaczął wyrastać na wzorcowego przedstawiciela proletariatu, działając w młodzieżówce Socjalistycznej Partii Jedności Berlina Zachodniego, przekształconego SED po drugiej stronie muru. Był to moment, gdy poparcie socjalistów było tak chwiejne, że musieliśmy się trzymać indywidualnych przypadków, aby ukazać siłę i zaangażowanie proletariatu i jego sympatyków. To, że polityczna działalność była wyrazem tylko zblazowanego buntu mojego braciszka i pokrętnej zemście na ojcu, który – podobnie jak mnie – porzucił go, to inna opowieść. Najważniejsze, że otrzymałam pretekst. Zagadałam go w ramach wymiany korespondencji, nie przyznając się kim tak naprawdę jestem, zresztą okazało się, że on o mnie nawet nie wiedział i nawet nie podejrzewał, że stary Lunar ma bastarda także poza murem.

Wspaniałe to były listy, pełne zwierzeń i intymności, od której zaczęliśmy pałać do siebie nie tylko szacunkiem, ale i szczerym, pięknym uczuciem. Bałam się wyjawić mu prawdę, ale z każdą wiadomością było coraz trudniej i trudniej, więc byłam świadoma, że racjonalnym byłoby wyznać kim naprawdę dla niego jestem, a właściwie kim być powinnam. Nigdy jawnie nie wyznaliśmy sobie uczuć, nie mniej jednak ich siła i charakter były dla nas oczywiste, nawet jeśli niewypowiedziane wprost. SED miało się coraz gorzej, mój młodszy o rok braciszek działał w nim jednak coraz intensywniej, licząc, że uzyska kiedyś posadę, która pozwoli mu mnie odwiedzić. Im mocniej jednak się starał, tym bardziej jego ojciec angażował się w polityczną działalność wymierzoną w Niemcy Ludowe, poza tym... był zawsze taki poczciwy i dobry, nieporadny w fałszywej roli komunistycznego sympatyka. On po prostu w socjalistyczne brednie przestał wierzyć wraz z końcem młodzieńczego buntu. Malowałam Wschodni Berlin we wspaniałych barwach, byle nie utracił wiary i miał dość odwagi, aby walczyć o możliwość spotkania mnie, ale choć łatwowierny, nie był głupi. Miał świadomość, że u nas jest gorzej. Nie potrafił dobrze grać swojej roli, to i przestano traktować go poważnie. Gdy oficjalnie odstąpił od działalności politycznej i został psychologiem dziecięcym, zrozumiałam, że oddalamy się od siebie.

Nie wytrzymałam i wyjawiłam kim naprawdę jestem. Przyjął piorunującą informację ze stoickim spokojem, może odrobiną buntowniczego zawodu, ale pięknie ukrytego pod wspaniałymi manierami i gotowością, aby chronić ukochaną siostrzyczkę. Gdybym wiedział, że jesteś moją przyrodnią siostrą, aby cię zobaczyć, przekształciłbym całe RFN w komunistyczne imperium... wyznał w jednym z listów.

Marzyliśmy o tym, że Mur w końcu upadnie i spotkamy się oko w oko. Nie musiał upaść, byśmy się spotkali. I jego, i mnie zabił najwybitniejszy z Charonitów, Piontek Przewoźników, jedyny w tamtych czasach, który nie był ograniczony zasięgiem działań do jednej części miasta. Jako wysokopostawiony polityk, jeśli zachodziła taka potrzeba, mógł być i w Zachodnim, i Wschodnim Berlinie. Nienawidzę go do dziś, gardzę wspomnieniem o nim. Doceniam jednak jego geniusz. Utkał zmyślnie kolejną narrację o przyrodnim rodzeństwie. Zabił tego samego dnia i jego, i mnie, i Fisha. Trzech podopiecznych, w tym przyrodnie rodzeństwo i dwóch nauczycieli z tej samej szkoły podstawowej w NRD. Zawsze miał zmysł do narracji.

W Pokojach przemian nie poznałam ukochanego natychmiast. Byłam roztrzęsiona i przerażona, uciekałam w gadatliwość, nieprzydatna do niczego. Brat nie był dla mnie czymś fizycznym, stanowił ideę, którą utworzyłam na podstawie przeczytanych listów. On, uroczy cherubin o kobiecych rysach, łagodny i milczący, obserwował mnie od samego początku, wiedząc kim jestem, mając o wiele więcej rozsądku. Imponował mi, przewodząc drużynie z rozwagą, niczym polityczny lider. Podobał mi się, choć nie poznałam go, mimo że jego zdjęcia trzymałam pod poduszką! Potem wyjawił kim naprawdę jest. Nie spodziewałam się go spotkać po śmierci, nic dziwnego, że go nie dostrzegłam. Zakpił ze mnie, ale nie mogłam się na niego gniewać. Od tej chwili, bardzo krótkiej jak i wiecznej, trzymaliśmy się blisko siebie. Mogliśmy udawać w swoich Berlinach, że nic do siebie nie czujemy, ale po śmierci? Nie ograniczały nasz moralne reguły, obyczaj, ani nawet prawa fizyki i czas. To co skryło się w naszej podświadomości, stłumione... eksplodowało.

W Czerwonej Krainie przełamaliśmy się. Zaznałam bliskości, której tak potrzebowałam, a on z delikatnością i rozwagą wprowadził mnie w miłosny świat, pozwolił zaakceptować siebie, choć sam stawiał w tym aspekcie pierwsze kroki. Zaakceptował mnie jako andrygoniczną kobietę z problemami społecznymi, siostrę i kochankę i było to najwspanialsze co przeżyłam.

Oczywiście nigdy nie wyjawiliśmy wprost pozostałym co się między nami wydarzyło, ograniczając jedynie do komentarzy Tuzów i przeklętego Charonity. Jedynie Janik coś podejrzewał, przeczuwał coś, ale mądrze milczał. Nie miałam jednak odwagi z nim o tym porozmawiać, przerażał mnie, stanowiąc swego rodzaju ojcowską figurę, tak właśnie sobie wyobrażałam ojca.

Na szczęście wyszło na jaw oblicze Fisha, a braciszek poczuł się odpowiedzialny, aby go stosownie ukarać. Może dlatego nikt nie drążył naszej relacji.

Misja nazistowska trwała, aż nadszedł moment rozłąki, powrotu do stanu pierwotnego. Ukochany poświęcił się dla wszystkich, tych pierdolonych niewdzięczników, których nienawidzę z całego serca. Opuścił mnie, zostawiając poczucie pustki i jeszcze głębszego osamotnienia. Byłam bliska, by się złamać. Wierzyłam jednak, że z taką drużyną osiągnę sukces, bo miała potencjał nie gorszy od obecnej. Wierzyłam, bo w nią wierzył brat. “Czwórka” stała się moim celem, pocałowałam nawet Janika, łaknąc miłości... a oni się odwrócili, wybrali stronę Hadesa i sprzeniewierzyli się woli mojego braciszka, który oddał za nich życie.

Na następnej misji nie było już Muru. Zabrakło nam tak nie wiele czasu. Księżyc, jedna misja dzieliła nas od spotkania!

TO CHCESZ USŁYSZEĆ? ŻE STAŁAM SIĘ ZŁA, MORDUJĄC KAŻDEGO, KTO WYBRAŁ INACZEJ ODE MNIE? TAK. TO PRAWDA. NIE UKRYWAM JUŻ TEGO. JESTEM SOCJOPATKĄ. MORDOWANIE UZNAJĘ ZA SPRAWIEDLIWIE, ALE PRZEDE WSZYSTKIM SPRAWIA MI ONO PRZYJEMNOŚĆ, POZWALA ZAPOMNIEĆ O TRAUMIE I ŻAŁOBIE. JEDYNA OSOBA, DO KTÓREJ ŻYWIĘ JAKIEKOLWIEK PRZYWIĄZANIE TO ALBERT. NIE ŻADEN PIES. ALBERT.

ZABIJĘ ICH WSZYSTKICH, KAŻDEGO KTO WEJDZIE NA ŚCIEŻKĘ CHARONITY I KAŻDEGO KTO BĘDZIE NAS SABOTOWAŁ. MAM 99 PUNKTÓW I JEŚLI WYGRAMY MISJĘ, PRZYWRÓCĘ BRACISZKA DO ŻYCIA. KONIEC Z NIEWYPOWIEDZIANYMI SUGESTIAMI I TAJEMNICAMI. KOCHAM GO. CHCĘ MIEĆ Z NIM DZIECI. I ZACHOWAM PRZED NIM W TAJEMNICY CO ZROBIŁAM, CHOĆBYM MIAŁA WYBIĆ WAS WSZYSTKICH.

Wariant C.

Ponad fałszywą ideologią wymierzoną przeciw charonitom dominowało tak naprawdę osładzające traumy okrucieństwo, a z nim wygrać mógł już tylko braciszek, przed którym swoją chorą aktywność kobieta pragnęła zataić. Walter, wrażliwy na nurty i pamiętając o obchodzie po umyśle Erynii, zdawał sobie z tego doskonale sprawę. Wiedział też, że kobieta również uświadomiła już sobie co stanowi dla niej priorytet. Doprowadzona do ostateczności - tak jak w oryginalnej linii czasu, przed odesłaniem w przeszłość Abbadona – gotowa była nawet zostać charonitką. Kobieta byłaby zdolna to uczynić, jeśli miało to ją doprowadzić do brata, ucieczki od bólu lub zachowania tajemnicy. Prościej byłoby nie mieć co ukrywać i nikogo nie zabijać cisnęło się na pysk zdezorientowanemu Goebbelsowi, milczał jednak wymownie. Nie rozumiał jeszcze, że kobieta już raz postawiła swoją ideologię ponad brata, gotowa była przystąpić do rewolucji. Kot jednak odrzucił ją w atmosferze pogardy i zniesmaczenia, przez co wróciła mentalnie na łono Psa - choć gardziła nim, nie dzieliła z nim ideologii i czyniła to wyłącznie, aby odzyskać brata.

- A teraz wróć do Goebbelsa i daj mu odpowiedzieć. - Erynia dodała po chwili namysłu, dysząc ciężko.

- Eee.... - lama wydawała się być nadal zdezorientowana nagłym przerwaniem jej tury, ale zdecydowała się. - Ce-e?

Okazało się, że jednak d. Poraziło ich, boleśnie i odczuwalnie, dając wyraz temu jak wysoko podbito siłę elektryczności po ostatnich pytaniach, nie mniej odpytywanie zakończyło się. Niemej nie wezwano do odpowiedzi – swoje już powiedziała i nie musiała więcej. Ujawniła się jako kazirodcza socjopatka, straumatyzowana kobieta, która tak bardzo potrzebowała silnej więzi z bliźnim, pełna kompleksów i odżywająca w pokojach przemian.

Drzwi ponownie otworzyły się i cała trójka wkroczyła do pokoju o zimowym, górskim klimacie.

Szczyty Dondoryjońskie

Anshelm, aby przetrwać w stałej i zrozumiałej dla siebie formie, punkt zaczepienia znalazł w Otto. Nie jego abstrakcyjnym wyobrażeniu ojca z wyidealizowanymi i zmyślonymi wspomnieniami, lecz bliźnim, którego w jakimś stopniu był wstanie zrozumieć. Zainspirowany Królem Szczurów zapragnął połączyć się nie tylko sam ze sobą, ale i pozostałymi iteracjami. Nie chciał władać narodem, lecz nim się stać. Tak skupiony był na swoim celu, że odrzucił nawet autokanibalistyczne zapędy idealizacji ojca-samego-siebie (?), demona utkanego z czarnego nurtu. Pragnął, na dobry początek, lepszego ciała, mentalnie więc zaatakował Otto. Poczuł, że wielopoziomowe połączenie między nimi pozwalało na unifikację. Chemik zresztą nie oponował. Członki hydry zaczęły się rozpadać po interwencji (M)Eliasa, pozostał jednak połączony ze swoim kombinezonem, a indywidualistyczne zapędy pijawek skupiły się na córce. To tylko utwierdziło “Anshelma” w przekonaniu, że musi stanowić jedność. Objął Kamphausena, stapiając z nim w jedno, za nim chemik uświadomił sobie co właściwie miało miejsce. Pasowali do siebie jak ying i yang. Człowiek, który dał się stłamsić, oddając rodzinnemu życiu i jednocześnie próbujący uciec od swojego dziedzictwa. Człowiek, który wybrał ideologię, od możliwości założenia rodziny, a jednocześnie tak bardzo kroczył ścieżką ojca i bardzo pragnący mieć dzieci. Obaj dążący w życiu do wolności, choć różni jak dzień i noc – chemik i opryszek, zwolennik Kota i zwolennik Psa. Oni zdawali się stanowić dla siebie wyśmienite uzupełnienie.

Czy Otto nie mógł więc w końcu spełnić swojego marzenia i po powrocie, oddając prymat osobowości Anshelma, pokazać pazur żonie i matce, a potem – tak jak to zawsze marzył nazista – zająć się swoimi dziećmi, które jako Otto tak kochał i których jako Anshelm tak bardzo pragnął? Czy, z drugiej strony, Anshelm nie pragnął trochę uporządkowania w zarządzaniu nazistami, talentów, które Otto przejawił po drugiej stronie lustra? I czy pokoje nie przygotowywały ich do zamiany ról? Otto miał ostatecznie więcej blizn od Anshelma, wiedział czym jest wolność, poznał również smak zabijania, nie oszczędzając bytów. Anshelm przez Amelię doznał namiastki skrzywionego rodzicielstwa, a przez przyrodniego brata odnowił, na swój pokraczny sposób, relację z odrzuconą rodziną.

Nic dziwnego, że ich ciała połączyły się w jedno. Pokojowicze ujrzeli mężczyznę w średnim wieku, z błękitnym okiem Kamphausenów i stalowym Vollblüterów. Po Anshelmie wysoki, z włosami zaczesanymi na lewo, podbródek spiczasty, z lewą częścią twarzy obwisłą i naznaczoną bliznami. Po Otto – trochę nadwagi na brzuchu, delikatne zgarbienie, trochę zmarszczek. Ubrany w koszulę chemika, ale z mundurem po Stalookim Seniorze i z nieodłączną muchą. Dominował w nim Otto, więc miał najwięcej jego cech, gdy jednak przez ułamek sekundy prymat osiągały strzępki jaźni Anshelma, zdawał się być znów tym samym zdradzieckim, egoistycznym nazistą. Widok fuzji, Ottshelma, zbił wszystkich z pantałyku, szczególnie, że piętrzące się nurty objęły go niczym aurą fizycznie wyczuwalnej energii.

A poza tym – zlodowaciała skóra, ślady po oparzeniach, blizny po wyładowaniach oraz w połowie martwe ciało postrzępione od wijących pijawek.

W momencie zjednoczenia wiele osób zareagowało w emocjonalny sposób. Otton już raz “porzucił” Gang Wokulskiego oraz idealizowanego Kamphausena dla Anshelma i obietnicy zysków, teraz zaś postanowił nie tyle co trzymać się resztek obietnicy “stołka” Stalookiego, co bardziej skupić na chemiku. Himmler, jeszcze przed chwilą planujący porwanie Otto, po zjednoczeniu nie krył zadowolenia, że nie musi tego czynić. Orkowie nie zauważyli większej różnicy, nawet jeśli zdawali się coś przeczuwać, nie było ich już zbyt dużo. Armia z IV Rzeszy była sprytniejsza, kompletnie zgłupiała i nie wiedziała komu powinna się w tej chwili podporządkować. Nie zniknęła tylko dlatego, że jakaś iluzoryczna cząstka Anshelma w Otto podtrzymywała ich. Amfa uświadomiła sobie, że na dobrą sprawę nie wie już ilu ma charonitów, gdzie oni są i kogo naprawdę wspierają – Guru porzucił Psa i sygnały jego aktywności rozciągały się poza czasem, Anshelm emitował tylko cienkie wibracje nurtów, Otto zaś zdawał się być niezwykle podatny na telepatyczną wymianę myśli, choć jej podopiecznym zdawał się być tylko częściowo. Co więcej, Ottshelm dołączając – najprawdopodobniej w wyniku nie przewidzenia możliwości podobnego biegu wydarzeń, podobnie jak z Kostkiem i jego charonicko-pokojowiczowską działalnością – stał się częścią drużyny kobiety. Jednocześnie charonat rozciągnął się na wszystko to, co miało w sobie wirusa i pierwiastek Otto, choć słabiej. W efekcie iteracje starego, demonicznego Kamphausena również zaczęły słyszeć głos narkomanki i zdawały się być tym zdezorientowane. Nic jednak nie mogło równać się z reakcją zięcia.

Nadim padł na kolana. (M)Elias zrealizował jego plan i osłabił wirusa, a jego “ojciec” poddał się, skupiony na córce, łącząc z nazistą. Ciemnoskóry uznał to co ujrzał za niezwykły przejaw sprytu Anshelma, który chował się w ciele chemika przed jego mieczem, ale i swego rodzaju zdradę Otto. To, że Otto-Otto i Otto-Anshelm zgodzili się na zjednoczenie było przejawem ich woli. Tak zamierzał dążyć do stagnacji, że gotów jest na największy rozwój pomyślał kiedyś Otto o Nadimie. Teraz cecha Tahira tylko się umocniła. Widział co kolejne przemiany i rozpady świadomości zrobiły z Walterem, Mathiasem, Otto i Anshelmem. Gotów byłby w tej właśnie chwili wydłubać sobie oczy i przekłuć uszy, byle tylko żaden bodziec nie odmienił go. Musiał pozostać kim jest, aby móc zadbać o ukochaną i swoje dzieci. Dotąd nurt indygo był mu obcy, odkąd jednak zdystansował się od drużyny stał się chłodny, teraz zaś niemal obojętny i świadomie izolował się od wszystkiego wokół.

Dlatego też zignorował manifestację, którą przywołali Ottowie, ta była tylko wyidealizowaną wariacją Larki, zresztą spotkaną już przez oryginalnego chemika w IV Rzeszy. Przywołali tą, którą chcieli ujrzeć. Nic więcej. Kochał Larkę, zdobył się na emocje, widząc jej manifestację. Była jednak ropiejącym wrzodem w dupie szatana jakim było Purgatorium. Podszedł do kobiety, ucałował i nie zatracając się więcej we własnych pragnieniach, obawiając rozłamu, rozpłatał ją swoim mieczem. Przystanął nad jej zanikającym, utkanym z nurtów truchłem i zastanawiał się czy słusznym byłoby teraz zabić Ottoshelma i czy miałby na to odwagę.
- Hadesie, organie wykonawczy tej sennej dupy! - zwrócił się, wznosząc miecz ku księżycowi. - Czy to o czym myślę... jest możliwe?

Uśmiech, który pojawił się na jego twarzy, zdradził, że tak. Otrzymał znak od swojego “opiekuna”. Joanna, która jeszcze przed chwilą chciała zaatakować iterację po Anshelmie, stanęła obok niego, nie tyle czekając na sygnał do ataku, co raczej przełamując się, aby samemu go dać. Pocałowali się namiętnie, a im intensywniejszy był kontakt pary, tym Nadim bardziej przychylał się do tego, aby odesłać Ottshelma z dupy szatana.

I wtedy, w momencie osiągnięcia apogeum napięcia, wszyscy uświadomili sobie, że (M)Elias uderza we właściwe nurty i przejmując kontrolę nad mieszkańcami Czerwonej Krainy, rozpoczyna próbę przejęcia obrazu. Tępota, bezmiar bezrefleksyjnego skupienia i spontanicznych ruchów zdradzał, że niczym antena namierza właściwą sztukę, odtwarzając cel na podstawie słów zapisanych w przeszłości.

...

Dondoryjon był światem nieprzyjemnym, uciążliwym przez chłód, grawitację i powietrze o narkotycznym składzie. Lama jednak czuła się w górach jak w domu, którego nigdy nie miała okazji odwiedzić. Goebbels, jak sam wyjawił, narodził się w Argentynie, ale już w niewoli i bardzo szybko wywieziono go do Niemiec, więc nie miał okazji poznać żywota w naturalnych dla jego gatunku warunkach. Dla niego Dondoryjon był tym czym Biblioteka dla Guru czy Anshelma, światem wyjątkowo bliskim i na który mógł wpływać w szczególny sposób. W przypadku Waltera i Niemej, cóż, takie pokoje nie były zagrożeniem. Już wcześniej odwiedzili ten nieprzyjazny świat i znali typowe dla niego zagrożenia, choć emeryt pamiętał go w stanie za nim myśl wyrzeźbiła w masywnej górze rozpadliny i groteskowe zniekształcenia, przez co napotykał się na sporo niespodziewanych zagrożeń.

Na pierwsze ślady aktywności pokojowiczów z drużyny natknęli się w ruinach zniszczonego, ukształtowanego w spiralę miasta. Pod gruzami kryły się nieliczne z przerażonych ryjoknurów, miniaturowych zwierzątek przeznaczonych do znoszenia cierpienia. Alter zdeptał nie jednego przedstawiciela tego bytunku i obrócił w dysonans wiele miasteczek tych pokręconych stworzonek. Dowiedzieli się od nich, że ludzie – w swej wspaniałości – nie zniszczyli wszystkich budynków. Jeden z nich obiecywał stworzonkom sojusz, ale te postawiły na niejakiego Meliasa, najwyraźniej Boga lokalnych wyznawców Instynkcieli. Wychodziło na to, że student opuścił kompanów wraz z Leą i tłumem puchatych marionetek.

Na inny, wyjątkowo głośny, natknęli się podczas dalszej wspinaczki. Dowód ten zresztą spadł im na głowy, z dużej wysokości zresztą. Gwiazdor, w górskim klimacie Dondoryjonu oddychający pełną piersią lokalnym narkotykiem, mówił wiele swoim zniekształconym przez rzęski – w Erze Waltera nazywanymi piszczkami – głosem. Domyślili się, że Hans, nie przysługując się w żaden sposób drużynie, uciekł z pola bitwy.
- Otto zwariował i eksplodował jakąś dziwną, nienaturalną energią, od której wirus ogarniający nazi-zombie przekształcił się w obcą siłę. Anshelm zdradził, przeszedł na stronę Hitlera. Młodzik z laseczką, która mogłaby być wnuczką tego starego przybył z tłumem tych dziwnych żyjątek. - tyle zdołał wydukać gwiazdor, zdradzając, że nie zrozumiał zbyt wiele z sytuacji i nawet nie powiązał Waltera z Leą. Przemawiał falsetem, tak bardzo był przerażony, nawet gdy już wymknął się zagrożeniu. - Mogę sobie pójść?
- Jesteś tak bezhonorowy, że na swojej pierwszej misji zostawiasz kompanów i nie karzesz tego zdrajcy? - warknęła Niema.
- Anshelma pokonał Nadim. Gdy go ostatni raz widziałem to konał. - muzyk bał się kobiety, więc próbował sięgnąć pamięcią do tego, co ujrzał. - I zmieniał się w Otto.
- Co robił? - spojrzała na niego jak na robaka, przez ułamek sekundy zresztą skurczył się w oczach. - Narkotyki wyżarły ci móżg, twój umysł to tykająca bomba. Powinnam cię zabić.
- Mówię prawdę, przysięgam! - zapierał się. - Puście mnie wolno. Powiedziałem wszystko!

Goebbels miał dobre serce, więc zgodził się, aby muzyk kontynuował ucieczkę. Niema uczyniła to samo, ale kierując się czystą czernią nurtu. Była przekonana, że ten nie przeżyje podróży w dół. Wspinaczka zawsze była prostsza od zejścia, a szczególnie musiała taka być w tej pokręconej, zdradzieckiej krainie.

Ruszyli dalej, choć wybierając znany tylko Walterowi skrót, który choć niebezpieczny, gwarantował pozyskanie cennego czasu. Góry nie zmieniły się na tyle, aby ten zniknął, przez co mieli wiele szczęścia. Piontek, jako wprawiony weteran, potrafił w obrębie pokojów odnaleźć miejsca wymykające się percepcji nowicjuszy. Przyszło im nie tylko zmagać się z niemal pionową ścianą, ale i otoczeniem górskich smoków, które mogły zaatakować ich zdradziecko w najbardziej nieoczekiwanej chwili. Co więcej, natykali się na spiralne miasta, w których ryjoknury były pierwotne, niczym barbarzyńscy górale oddający się najbardziej wymyślnym aktom masochizmu, niemal błagający o to, aby je podeptano. Lama z rozwagą stawiała każdy krok.

Walter jednak nie interesowały odwiedzane miasta, ani niuanse związane z losem jego towarzyszy. Goebbels tak pełny chęci pomocy i odnajdujący swoje miejsce w świecie, Niema jak w Bibliotece działająca pod fałszywym imieniem i rozdeptująca co się dało, myśląc o bracie – oni go w tej chwili przestali interesować. Czuł w sobie zmianę. Wspinając, odczuł, że wszystko staje do góry nogami, a suche i gęste powietrze zmienia się w ciecz. Unosił się w zbiorniku, obserwowany przez zgraję osobników w fartuchach. Kiedy pomyślał o Lei, o wiele łatwiej było pomyśleć mu było jako atrakcyjnej młodej kobiecie niż córce. Wspomnienie Heleny zaczęło się rozmazywać – ślub z nią miał gorzki wydźwięk, a piękno seksualnego aktu w Voltblutii zmieniało się w nieprzyjemny, wymuszony pierwszy raz z kobietą, którą musiał znosić całe życie.

Zrozumiał, że to wirus odżył po słowach Hansa, jako narracyjna i odwleczona w czasie pułapka Hadesa, którą zneutralizował czasowo w Wątrobywm Domku. Gdyby nie czuł się jednością, z pewnością odsiecz kompanom przybrałaby postać niespodziewanego pojawienia się kolejnego dziwa, prawdopodobnie niebezpiecznego. Jakie były konsekwencje tej zawieszonej w czasie, narracyjnej pułapki? Pozornie żadne, jednak stwarzające ogromne możliwości.

Piontek stał się jednością sam ze sobą, ale przez chwilę zaznał obcej mu wiedzy i wiedział czym jest posiadanie licznego i niewdzięcznego potomstwa oraz apodyktycznej matki i żony. Zdawał sobie sprawę już czym jest rutyna, mając jednak ułamek świadomości Otto mógł poczuć te najlepsze chwile chemika, łącznie z odmiennym i specyficznym postrzeganiem świata. Wirus nie mógł mu nic zrobić, bo trzymał go w ryzach jako jedność i weteran pokoi, dobrowolnie jednak mógł go uaktywnić. Zyskałby wtedy zupełnie inny punkt widzenia, możliwość życia w inny sposób. Poza tym, wirus dawał mu wzmocnienie. Wszystko to jednak wiązało się z ryzykiem. Czuł, że ponownie otwierając się na rozdarcie, może nie tylko zyskać siłę i podwójne życie, dostęp do potęgi wirusa, nowych świadomości i nurtów, ale i utracić kontrolę, stając się iteracją jakieś pokręconej siły. Nie tak potężnej jak Hades, a z pewnością nie takiej jak Wiwernus, ale wciąż silnej, gotowej przejąć nad nim kontrolę. Wystarczy, że zaryzykuje lub odniesie poważne obrażenia, a wtedy stanie się balastem. Nadim, mój “syn” z pewnością wiedziałby co uczynić... pomyślał.

Odczuł, że substancja w zbiorniku wprawiona zostaje w ruch, a ktoś energicznie uderza w jego więzienie. Okazało się, że z rozważań wyrwała go mocnym potrząśnięciem Erynia.
- Ruszaj się. Czas ucieka. - rzuciła oschle, ale potem odsłoniła podczas wspinaczki rękaw kombinezonu i ukazał ślad po ugryzieniu, pozwalając sobie na krótką sugestię co do losu jaki ich dzieli. - Gdy oberwiemy, stajemy się ryzykiem. Musimy trzymać się na uboczu, pozwolić nowemu pokoleniu się wykazać, inaczej przejmie nas ta dziwna, obca siła. Nie po to trzymam się na uboczu, aby duch tego spiżowego chemika mnie opętał. Ty przynajmniej jesteś facetem jak on, ja nie chcę być rozdzielona na dwie płcie z osobnikiem, z którym dzieli mnie taka różnica wieku i charakterów. Niezależnie co się stanie, nie możesz rzucać się w wir walki, choćby Lea wpadła w paszczę lwa. Nie możemy stać się Otto, nie możemy stać się jego największym lękiem.

Nie, wcale tego nie powiedziała. Nie została nawet ugryziona. Była zbyt zdeterminowana, aby wygrać i przywrócić ukochanego, a podrzędne zombie nie przegryzłby obcisłego kombinezonu. Jego psychika była teraz obosieczną bronią i najmniejsze pragnienie – choćby dzielenia z kimś wirusa – stanowiło zagrożenie, musiał więc uważać. Podejrzewał zresztą, że w podświadomości było to dla niego oczywiste i zniekształcając słowa kobiety, chciał sobie przypomnieć o swoim obecnym statusie. Uwaga Niemej dotyczyła więc tylko Piontka.

Uświadomił sobie, że kobieta jest w pokrętny sposób bardzo podobna do Heleny. Również przybyła do pokoi zdezorientowana i przerażona, poznała w nich miłość i utraciła ją, choć upadek Muru był bliższy niż można było się spodziewać. Obie musiały osiągnąć setkę dwukrotnie – Helena, by wypłacić zdobyte środki dla leczenia córki i Niema dla wskrzeszenia brata, a potem raz jeszcze, by opuścić rozgrywkę. Żona Waltera była jednak bogatsza, piękniejsza i bardziej społeczna, sytuacja Niemej była więc nawet gorsza. Piontek nie znał na dobrą sprawę tego kim stała się Helena po jego odejściu z wymazaniem wspomnień. Możliwe, że stała się podobna Erynii.

...

Rzut na akcję: Odczytanie słów Hadesa oraz przejęcie kontroli nad armią z Czerwonej Krainy
Modyfikatory: Siła Woli (+1); Intelekt (+3); Wytrzymałość (-1); Społeczność (-1)

Wyniki: 5; 2; 7; 5 -> 6; 5; 6; 4 (po modyfikatorach) + 0,3 (bonus za opis) -> 21,3 / 4 -> 5,325 -> Większościowe Powodzenie!

Plan (M)Eliasa – czy właściwie elementów jego podświadomości – jak to plan (M)Eliasa, był przebiegły. Stare sztuczki dostosowane zostały do sytuacji. Ponownie użyta wizualizacja została wykorzystana w wymyślnej i skutecznej wariacji. Mathias, Zgorzkniały Bóg, umieścił wspomnienie słów Hadesa na początku obiektu, a na jego końcu dzieło, o którym ten mówił – obraz jaki mieli zlokalizować. Surfując po srebrnym nurcie, pasującym i do niego, jak i Hadesa w momencie wypowiadanych słów, nie mógł zawieść. Poczuł nieznanymi zwykłym ludziom procesami poznawczymi właściwy obiekt i gotów był go wskazać.

Elias zaś skupił się na tym co tak dobrze mu wychodziło, czyli współpracy, a co więcej – odwołał się do wspomnień, które miały związek z IV Rzeszą i jego władcą. Fakt, że przejął kontrolę w sposób odrobinę nieporadny. Otumanione manifestacje rubasznych i umiłowanych w miłostkach żywioły wpadały na siebie; przewracały wszystko na drodze do swojego celu, niszcząc miasto; zdawały się być momentami bliższe zombie czy orkom zamiast cywilizowanym istotom. Na zawsze pokojowicze zapamiętali widok jak jeden z przerażonych satyrów, taranowany przez ogniotaury, desperacko chwyta się obrazu z psem-drzwiami i czepia jego klamki-pyska, byle nie wpaść w objęcia ogni. Wiele dzieł sztuki zostało w tym momencie zniszczonych, ten najważniejszy został jednak przechwycony przez sukkubicę, która wniosła się z nim w powietrze.

Hitler próbował coś krzyknąć, uprzedził go jednak Himmler. Od szybkiej latawicy dzielił go dystans kilkuset metrów, nie pomagał również wiatr. On jednak nonszalacko przystawił futurystyczny karabin do swojego boku i bez większego celowania wystrzelił, nie biorąc nawet poprawki na wiatr oraz grawitację. Jeden strzał wystarczył, aby odstrzelić demonicy głowę, a obraz runął w kierunku ziemi, prosto w wodę pozostawiona po działalności Joanny.

Ryjoknury spontanicznie uznały, że potrafią pływać, więc szybko wyłowiły dzieło sztuki i kontynuowały sztafetę. Aadolf poprawił ułożenie loczku i naprężył muskuły, widać jednak było na jego twarzy zniecierpliwienie. Nakazał zniszczyć obraz, a sam przystąpił do polowania na pobliskich pokojowiczów wraz z dwoma ostającymi się oficerami, podczas gdy Himmler próbował ustrzelić dzieło sztuki. Dystans był coraz większy, na linii strzału pojawiało się coraz więcej przeszkód i ruin po zniszczonym mieście, nie poddawał się jednak.

Sukcesu nie mogli odtrąbić, bo czekało ich jeszcze wiele wyzwań. Obraz, co jako pierwszy zauważył Janik, był przeklęty i wpływał na wszystkich wokół wywołując dziwne stany emocjonalne. Nikt jak ryjoknury nie był na nie tak podatny, prawdopodobnym było, że za kilka sekund runą w przepaść ku swojej radości, zawrócą lub spróbują się wytłuc. (M)Elias był tego świadom, jego wpływ na wyznawców z odległością jednak malał. Nawet Guru ze swoimi nowymi mocami miał problem przewidzieć co uczynią pokraczne istoty.

Tymczasem presja ze strony nazistów była coraz większa, a poza tym pokojowicze wciąż nie mogli zdecydować się co uczynić z Ottshelmem i którą stronę ten wybierze.

I wtedy pojawili się oni – Walter, Goebbels i Niema. Wszyscy odmienieni, najwyraźniej pogodzeni ze swoją naturą lub ku temu bardzo bliscy, emanujący zupełnie innymi nurtami, na które przebudzeni pokojowicze stali się wrażliwi. Nawet sam Aadolf z wiernym, porcelanowym gorylem u boku zatrzymał się. Napiął mięśnie na ukształtowanym jak dzieło Fidiasza torsie i głęboko spojrzał w oczy osiołka. Uśmiech jakim go obdarzył wyrażał absolutny szacunek i absolutne pragnienie konfrontacji, jakby tylko oni się w tej chwili liczyli. Piontek i Goebbels, choć nie pominęli głównego antagonistę misji, skupili się jednak odruchowo na (M)Eliasie i Lei. Szaleniec rozdawał aktualnie karty, przygniatając emanowanymi nurtami nawet samego Piontka, zaś ukochana córeczka zdawała się być pochłonięta tak silnym zmęczeniem, że wywołującym w niej depresję. Widział, że usycha niczym roślina, chudnie w oczach z każdą chwilą, a w jej oczach jest nie wiele więcej emocji niż u jej ukochanego. Lama opuściła głowę w milczeniu.
- Skupcie się. - szturchnęła ich Niema, niemal przyjacielsko. Wskazała oddalające się ryjoknury. - Ktoś musi je przechwycić z rąk tych zwierząt. Bądźcie skupieni...

Nie nagadała się, jak to Niema. Zwróciła uwagę na truchło, które resztkami sił czołgało się w jej kierunku. Romantyk głowę miał przeszytą prąciem orka wyrwanego z romantycznej literatury. Nie żył, jego ruchy stanowiły odruch martwego organizmu. W tej właśnie chwili utraciła ostatnią bliską jej osobę, jedyny pomost z drużyną, która odcisnęła tak wiele piętno podczas jej pierwszej misji. Aura intensywniej czerni spowiła ją, a andrygoniczna fizjonomia w grze cieni i mroku stała się demoniczna. Wzięła oddech tak głęboki i tak automatyczny, że od pełnego rzęsek powietrza nadęła się, jakby nabierając muskulatury, aż jej kombinezon naprężył się. W ekwipunku wygranym podczas wyzwania z walizkami każdy wyglądałby śmiesznie, ale nie ona. Gdy Goring skrócił do niej dystans, zaskakując szybkością i pół tony żywej porcelany zamachnęło się w jej kierunku, uniosła tylko lewą ręką i przyblokowała cios, nie przesuwając się choćby o milimetr. Muskularna, naznaczona zmyślnymi zdobieniami ręka zatrzymała się momentalnie, a para wydobyła się z czubka. Przekręciła rękę niczym w aikido i wykonała przerzut nazistowskim, porcelanowym-zombie. Nie widziała nawet na oczy, bo poruszała się po omacku, niczym w amoku lub bojowym szale. Walter czuł, że jej cała egzystencja opiera się w tej chwili na bezmyślnym okrucieństwie, wyładowującym emocje oraz nie pozostaje jej już nic innego jak przywrócić brata do życia, jedyny ślad tego kim kiedyś była.

Goring wstał. Otrzepał się i przymierzył do kolejnego ataku. Niema odskoczyła, robiąc salto w tył nad zwierzchnikiem Luftwaffe. Opadła z gracją na ziemię i położyła dłoń swojej katoszabli. Jej ruchy dostrzegli tylko tłumacz i emeryt, choć tylko ten pierwszy wiedział co nastąpi po cięciu, które nie tylko nie nastąpiło, co miało miejsce bez wyjęcia broni z pochwy. Kobieta ruszyła w kierunku Ottshelma, ignorując porcelanowe monstrum, to zresztą zaśmiało się, bulgocząc w czajniczku. Nie było kontaktu między metalem i porcelaną, rozpruła jednak oficera, odsłaniając zarys jego wymyślnych wnętrzności. Błękitna krew Kamphausenów wylała się, gęsta i utkana z mroku zawiesina. Oficer Hitlera próbował stanąć po raz drugi, sam Kamphausen Senior próbował tchnąć w niego życie. Herman rozpadł się jednak na części jako preludium tego co uczyni Niema zdezorientowanemu Der NaziChemikerowi. Owładnięta bojowym szałem, bliższa swojemu pierwotnemu stanowi (M)Eliasowi czy lamie niż Walterowi czy Guru, wyczuwała ostatni świadomości zdradzieckiego nazisty. A to, że Otto wiódł prym w (nie)swoim ciele – kto by się tam przejmował, szczególnie, że przyzwolił na połączenie?

Nadim położył ostrzegawczo broń na swoim mieczu, nawet on jednak obawiał się sprowokować kobietę, gdy przechodziła obok niego i Joanny.

Walter, (M)Elias, Goebbels oraz Wokulski – czterech “amantów” panny Berlin – stanęło przy ukochanej kobiecie. Ta wyciągnęła rękę w kierunku ojca, cofnęła ją jednak. Wyczekiwał w jaki sposób zareaguje. Wiedział, że jest świadoma jego przemiany. Ruch nurtów sygnalizował, że zaraz pozna jej “odpowiedź”... jednak musieli przerwać, gdy Hitler podszedł do nich. Pozycja jaką przyjął zwiastowała, że Tae Kwon Do nie było mu obce. Ruszył do ataku, dając Walterowi należną mu rozgrzewkę nowego ciała i ducha. Gdy ich pięści zetknęły się, od fali uderzeniowej zatrzęsło się nie tyle całe miasto, co Góra, a w oddali rozległ się hałas lawiny.
- Guten Tag, Piontek. - uśmiechnął się Hitler, pozwalając przejąć wewnętrznemu demonowi. - To ja... ojciec Otto!

...

Spalona macka zostaje położona klamce, owija się wokół niej, by – z ogromną satysfakcją i persektywą wyrafinowanej zemsty – otworzyć przejście...

Limit Czasowy

20:01

Garett

Garett

11. lipca
Post ID: 85087

-Klątwa? – mruknął (pomyślał) Mathias – Jak miło, że użyłeś akurat tego słowa. Bo widzisz...

Coldberg zestroił z Nurtem Indygo, symbolem wszelkiej logiki i racjonalizmu, a ciało Meliasa zaczęło wypluwać z siebie kolejne „proszę kontynuować eksperyment”.

-...Klątwa to zabobon! A nowocześni ludzie i byty nie mają powodów by wierzyć w zabobony! Każdy kto uznaje, że są prawdziwe jest głupcem, który sprzeniewierza się zasadom logicznego myślenia. Klątwa? To żadna klątwa, a siła sugestii oddziałująca na podświadomość. Kiedy zdajesz sobie z tego sprawę, to możesz się temu oprzeć, a jeszcze łatwiej jeśli znasz mechanizmy za tym stojące. Ta cała „klątwa” to tylko sprytna pułapka nurtowa założona przez Hadesa, oddziałująca siłą sugestii na tych, którzy niosą obraz. Skoro jednak powoduje to chaotyczne stany emocjonalne i kompletnie irracjonalne zachowanie, to można to spokojnie zgasić chłodną logiką Indygo.

-Proszę kontynuować eksperyment, proszę kontynuować eksperyment, proszę kontynuować eksperyment, proszękontynuowaćeksperyment, proszękontynuowaćeksperyment, proszękontynuowaćeksperyment, proszękontynuowaćeksperyment, proszękontynuowaćeksperymentproszękontynuowaćeksperymentproszękontynuowaćeksperyment!

Ciało powtarzała wszystkie słowa Mathiasa na swój własny, jedyny możliwy dla siebie sposób. Tym razem jednak słowa „Proszę kontynuować eksperyment” nie niosły ze sobą ogólnie pojętych emocje, a jedynie spokój i chłodne logiczne fakty. A to wszystko dlatego, że Janik konkretnie użył słowa „klątwa” na określenie tego co Hades zrobił z obrazem. To zrodziło w umyśle (choć trudno to nazwać umysłem, biorąc pod uwagę, że osobowości były astralny skorupami znajdującymi się wewnątrz pustego umysłu swego ciała) Mathiasa pomysł pozbyć się klątwy w najbardziej logiczny sposób. Zaprzeczyć jej istnieniu, odrzeć z całego mistycyzmu i za pomocą bezlitosnej logiki skontrować wszelkie argumenty zabobonnego plebsu, redukując ją do zwyczajnej sugestii. Oczywiście, nie była to do końca normalna sytuacja, biorąc pod uwagę, iż „klątwa” była utkana z materii spajającej Wszechświat, a Coldberg korzystał z energii czystej logiki, racjonalizmu, spokoju i erudycji by zredukować ją do czystej „informacji” pozbawionej jakiegokolwiek efektu, ale cóż... Purgatorium rządziło się swoją własną logiką, ale wciąż jednak jakąś logiką. A skoro w Purgatorium myśli i strachy mogły przyjąć fizyczną postać, a wiara potrafiła zmieniać samą osnowę rzeczywistości, to mógł nadać swój własny sens niektórym rzeczom.

Rozbiór logiczny „klątwy” nie był zresztą jedynym celem Mathiasa. Tak, był to cel główny, ale uwolniona energia Indygo powinna też nieco wpłynąć na atmosferę i tym samym na Pokojowiczów, czyniąc ich spokojniejszymi i bardziej skorymi do współpracy (czyli zrobili to co najbardziej logiczne w tej sytuacji i ratowali cel misji przez snajperskimi zapędami Himmlera oraz samobójczymi Ryjoknurów), a mniej do ulegania panice, tak jak Niema, która przemieniła demona Czerni niczym wcześniej Otto. Chciał przez chwilę spróbować ukierunkować Nurt tak, aby konkretnie jej przesłać ostrzeżenie, że może skończą się tak, iż jedynie nakarmi Wirusa kolejną dawką Czerni, tak jak wcześniej Otto. Dał sobie jednak z tym spokój, gdyż w jej aktualnym stanie raczej nie zdoła na nią wpłynąć. Mógłby spróbować zneutralizować istotę w którą scalili się Kamphausen i Anschelm, ale Ottschelm był spowity taką plątaniną różnych Nurtów, że nie mógłby zwyczajnie go skontrować jednym konkretnym, tak jak to co wcześniej Elias zrobił z Czernią Wirusa za pomocą Bieli. Trzeba było jakoś pozbyć się źródła problemów jakim była świadomość kontrolując Wirusa, ale jak?

I wtedy, niczym niesiony wolą Wszechświata, jak to określały Ryjoknury czczące Meliasa, ciało znalazło się obok Lei na polu walki. Najpewniej jego pierwotne instynkty wyczuły zbliżenie się innych „amantów”, tak więc naturalnym odruchem było znalezienie się tu przy niej aby niejako zaakcentować, iż „należy” do niego... Albo Lea chciała mieć jakieś oparcie w momencie ponownego spotkania z ojcem i podświadomie wpłynęła na ciało Meliasa by tu przybyło purgatoryjskim sennym krokiem. Okazało się to zaiste cudem, gdyż właśnie wtedy ujrzał jak Hitler oddaje swe ciało pod władaniem demonicznemu ojcu Kamphausena, jednocześnie odkrywając przed Mathiasem sposób na pozbycie się ich raz na zawsze.

Proszę kontynuować eksperyment, proszę kontynuować eksperyment, proszę kontynuować eksperyment, proszękontynuowaćeksperyment, proszękontynuowaćeksperyment, proszękontynuowaćeksperyment, proszękontynuowaćeksperyment, proszękontynuowaćeksperymentproszękontynuowaćeksperyment – po raz kolejny ciało powtarzało słowa Mathiasa za pomocą trzech jedynych słów jakie znało, tym razem jednak były one skierowane do jednej, konkretnej istoty, a nie do ogółu. Istoty, do której zaczynał celować z Mjolnira, powoli oplatanego zimną logiką Indygo oraz wyższością i pogardą Srebra.

-Nie. Nie jesteś ojcem Otto. Nigdy nim nie byłeś. Jesteś tylko jego obawą przed spotkaniem ojca. Irracjonalną fobią zrodzoną z traumatycznych przeżyć z okresu dzieciństwa. Najprawdopodobniej winę ponosi tu jego matka, biorąc pod uwagę jego odpowiedź na pytanie zadane mu podczas quizu. Nie ma to jednak tak naprawdę znaczenia, gdyż Otto już tutaj nie ma. Cały twój Nie-Byt opierał się na tym, że pożerałeś jego strach poprzez przyjęcia bliżej niezdefiniowanej formy tego, czego najbardziej obawiał się tu spotkać. Nie można cię nawet nazwać Bytem, o nie, ty jesteś tylko emocjonalnym pasożytem, żałosnym kawałeczkiem materii Czarnego Nurtu, które wydaje się, że uzyskała samoświadomość. No właśnie, jedynie wydaje, bo tak naprawdę jej nie masz, a po prostu ślepa działasz tak jak oczekiwałby tego po tobie Otto. Ale jak już wspomniałem, Otto już nie ma. Scalił się z Anschelmem, stając się zupełnie inną istotą. Nie jest już ani jednym ani drugim. A ponieważ twój Nie-Byt oraz zachowanie było całkowicie zależne od umysłu Otto, to w momencie którym przestał on być sobą, ty przestałeś istnieć. Tylko po prostu nie zdałeś sobie z tego sprawy. Aż do teraz

Nacisnął spust, zarówno mentalnie jak i fizycznie, chcąc uderzyć tym pociskiem pogardy napędzanej przez logikę nie tyle w Hitlera, co w istotę, której demagog wypożyczał ciało. Dla wzmocnienia efektu koncentrował się na wyobrażeniu sobie jak nazistowski sztab bez wsparcia Wirusa traci swoje przerysowane aryjskie formy, zmieniając się w swoje historyczne formy zaślepionych swoją pseudo-wielkością i wyjątkowością facetów w średnim wieku, niezdolnych do żadnych nadludzkich czynów.

Xelacient

Xelacient

14. lipca
Post ID: 85089

Czym stał się Otto? W sumie dalej pozostał sobą, tylko rozszczepionym na osobne świadomości. Jednak tych osobnych osobowości-świadomości nie było kilka tylko kilkaset! Każda z tych ślimakopijawek stanowiła pewien drobny wycinek Der Chemikera reprezentujący dany aspekt jego życia. Były te reprezentujące jego zachowanie wobec poszczególnych członków rodziny oraz znajomych. Były te od jego aspektów pracownika i naukowca, ale były również te reprezentujące "Otto konesera piwa i kiełbasy". Wszystkie te pijawki tworzyły pewne ugrupowania (podobne do partii w demokratycznym społeczeństwie), jednak nie zmieniało to faktu, że społeczność pijawkokluczy była mocno zatomizowana, Niczym społeczeństwo republice weimarskiej (czy jakiejkolwiek innej demokracji). Podzielone na różne grupy partykularnych interesów oraz mające problem z selekcją informacji w ich zalewie.

Dlatego też "atak Anshelma" nie spotkał się z żadną skuteczną kontrą, nawet gdy Otto-rój zapomniał o iluzji-Larce i skupił się na nim. Gdy nazista objął rój pijawek to niektóre "odruchowo" zaczęły się w niego wgryzać, co było "błędem", bo przez to automatycznie zarażały się wirusem-ojcem. A w bezpośrednim starciu "ojciec" bez problemu "nawracał" po kolei osobne cząstki Otto. Zarażone pijawki szybko zaczęły odrzucać partykularne interesy by się zacząć tworzyć jednolitą partię wokół Anshelma. Partia ta górowała swoją jednością i organizacją wokół Anshelma-rdzenia, toteż szybko zarażała swoimi ideami kolejne pijawki, aż w końcu "demokratycznie" nazista został wybrany na dyktatora. Niczym Hitler, który demokratycznie (prawie) przejął władzę. Co prawda jeszcze były w nim wijące się pijawki-desydenci, ale stanowiły margines. Ich wchłonięcie było tylko kwestią czasu.

I tak dokonało się zjednoczenie w jeden doskonały byt, nadczłowieka, a być nawet coś więcej. Ottshelm, Der NaziChemiker. Nowo powstały byt stał dumnie, ale nieruchomo. Mimo gładkiego zjednoczenia, musiał ocenić otaczającą go rzeczywistość wedle nowo powstałych kryteriów.

Pierwszym problemem była Niema, ale ona wzbudziła u Ottshelma tylko uśmiech politowania. Dzięki aspektowi Otto, "osobiście" wiedział jak to jest poddać się czarnemu nurtowi przechodząc transformację szału bojowego. Co prawda przemiana Niemej była o kilka klas jakości wyższa i bardziej nacechowana gniewem niż strachem. Jednak wciąż był to ten sam stan z takimi samymi wadami o których Ottshelm doskonale wiedział i dzięki aspektowi Anshelma mógł wykorzystać.

Na początku misji Mathias chciał uwięzić Niemą w labiryncie z grobów jej brata. Nie udało mu to się, bo wtedy dopiero uczył się kształtować przestrzeń w Purgatorium, zaś Niema była skupiona na otoczenia.

Jednak Anshelm dzięki swoim powiązaniom z Purgatorium mógł nawet kreować byty, toteż przemiana przestrzeni nie sprawiała mu problemu, zaś Niema zaślepiona szałem straciła poczucie czasu i przestrzeni. To był błąd, przez który Der NaziChemiker mógł uwięzić ją w przestrzeni poprzez jej przesuwanie. Przez to, że Niema nie "pilnowała" przestrzeni wokół siebie łatwo było nią manipulować. Im bardziej Niema pędziła tym bardziej przesuwał przestrzeń wokół niej przez co ta "wisiała" w miejscu. Zaś przez swoje zaślepienie nawet tego nie zauważyła.

Większe zagrożenie stanowił już Elias, choćby takie, że gdyby swoim wpływem minimalnie uspokoiłby Niemą to ta zauważyłaby, że dała się złapać w dziecinnie prostą pułapkę, a tym samym by się z niej wyrwała. Ponadto jego atak mógł realnie zaszkodzić wirusowi-ojcowi, podobnie jak jego działania parę chwil temu.

Jednak teraz, wirus-ojciec był wzmocniony wspomnieniami Otto z Wątrobowego Domku, wtedy to był argument, który przygasił Otto (choć na szczęście miał jeszcze groźbę wysadzenia wszystkiego), teraz wzmacniał on Der NaziChemikera.

"Otwarcie przyznała, że pakt z Hadesem chronił ją przed samoistnym zniknięciem, a pokojowicze wymazać jej istnienia nie mogli choćby z tego powodu, że nie da się ot tak wykonywać czynności niemyślenia o czymś. Była to wewnętrzna sprzeczność. A nawet jeśli, w końcu zawsze by wróciła jako jedna z ich traum lub tęsknota. Poza tym gotowa była łamać tyle nóg ile tylko się dało, w końcu nie można wymazać oprawcy z jaźni podczas katuszy. W tym aspekcie miała rację."

Nawet jeśli zrównywaniu tamtej i obecnej sytuacji było naciągnięciem to jednak jak to często bywa "osobiste doświadczenie" sprawiło, że Ottshelm był "głuchy" na "logiczne", acz niezgodne z jego "podświadomym przekonaniem". Resztę sprawy załatwiła zdolność Otto do wybiórczego ignorowania dźwięków. Tak jak Otto od początku misji ignorował "niepotrzebne" mu głosy tuzów, tak teraz Ottshelm zignorował "nieprzydatną" mu argumentację Meliasa.

Oczywiście te sztuczki nie przeważały szali zwycięstwa, w sumie nawet nie miały tego robić. One miały dać czas Der NaziChemikerowi na przemówienie! Stanął pewnie i spokojnie na przekór chaosowi spowijającemu pole bitwy i przemówił głosem mocnym i klarownym, choć nieco wibrującym od pogłosów Otto i Anshelma.

- Radujcie się i weselcie, albowiem mój syn marnotrawny powrócił! Był zagubiony, ale odnalazł się! I teraz jesteśmy jednością! Jam jest Ottshelm, Der NaziChemiker! Ojciec, syn i pisarz święty! Jeden Naród, jedna Rzesza i jeden Wódz! Nie ma Rzeszy prócz Niemieckiej, zaś Hitler jest jej prorokiem!

Po tej deklaracji i manifeście zamilkł na chwilę, zaś cisza spowiła otoczenie, jakby wszystko zastygło w oczekiwaniu na każde jego kolejne słowo.

- Nadimie Tahirze! - zawołał z surowością w głosie odwracając się w stronę araba z oskarżycielsko wyciągniętym palcem, po czym zamilkł na chwilę, przez co napięcie między nimi wzrosło do niebotycznych rozmiarów - jesteśmy z Ciebie dumni! - dodał nieoczekiwanie rozkładając ręce w ojcowskim geście, a nawet pozwalając sobie na łagodny uśmiech.

- Wiedz, że zrobiłeś na nas wrażenie! Na każdym z osobno oraz wszystkich razem wziętych! Jako Otto doceniam twoją dojrzałość i troskę o najbliższych! Jako Anshelm z zawstydzeniem i podziwem muszę uznać Twoje męstwo i waleczność w uczciwej walce! Zaś jako Kamphausen Senior podziwiam twój hart ducha! Otto nie miał wiary, dlatego by przetrwać otaczał się kolejnymi kłamstwami niczym kombinezonem z pijawek, by na końcu się załamać pod ich ciężarem! Jednak Ty wytrzymałeś do końca... dzięki swojej wiarze! Wiarze, której nie miał Otto! Jako Otto uznałem Ciebie Niemcem i członkiem rodziny! Jako Ottshelm nadaje Ci Deutschblütigkeitserklärung! Świadectwo Krwi Niemieckiej oraz tytuł Honorowego Aryjczyka! - dodał z pewnością siebie jaką Otto nie osiągnął nigdy w życiu.

- Honorowymi Aryjczykami nazwałem Japońców, bo choć żółci i kurduplowaci to ich pracowitość i dyscyplina zrobiła dla mnie wrażenie - wtrącił Hitler, czy właściwie ojciec Otto jego ustami jakby taka trywialna uwaga nie była godna wypowiedzenia przez Ottshelma.

- Muszę również dodać, że nieskrywaną przyjemność sprawia mi fakt, że obdarzyłeś Laurę, moją wnuczkę i córkę swoim nasieniem! Jednak jeszcze większą przyjemność sprawia mi to, że obdarzyłeś ją swoją wiarą! Jeśli wasze dzieci przejmą te cechy to będą stanowiły godnych dziedziców Rzeszy Niemieckiej!

- Wielokrotnie w prywatnych rozmowach wspominałem o wyższości islamu nad chrześcijaństwem, że to bardziej odpowiednia religia dla narodu wojowników! Gdyby Karol Młot nie zwyciężył pod Poitiers to… z całą pewnością przyjęlibyśmy islam, naukę o nagrodzie bohaterstwa. Jedynie wojownik trafia do siódmego nieba! Germańskie rasy dzięki temu zdobyłyby świat! - dodał ponownie Hitler. Jak na proroka przystało głosił słowo, nawet jeśli dawało to Piontkowi okazję do ataku.

- Dlatego chcę - Der NaziChemiker ciągnął niewzruszony - żebyś wrócił do Berlina i żył razem z naszą wnuczką i córką! Jeśli chcesz możesz teraz wziąć obraz i odejść w pokoju by spełnić naszą wolę, albo... możesz nam się sprzeciwić i stanąć z nami do walki.

Zapadła chwila ciężkiego milczenia. Nawet Ottshelm ugiął się pod jego ciężarem, w tej chwili zdecydowanie przypominał "prawdziwego" Otto Kamphausena.

- Zwracam się się teraz po raz ostatni jako Otto Kamphausen i lider berlińskiego zespołu! Do wszystkich Współpokojowiczów na raz i do każdego osobno! Przypomnę to co powtarzałem wam wielokrotnie! Musicie odnaleźć swoją ścieżkę! Nie mogę jej za was wybrać, ale mogę wam pomóc po niej kroczyć! Dlatego każdy chce tylko obraz może go wziąć i odejść w spokoju, a kto chce walczyć... z tym będę walczył!

Co prawda dobrowolne oddanie obrazu było wbrew interesom zombie-nazistów. To jednak w perspektywie Ottshelmema, był to tylko jeden cel z wielu... zresztą jeśli przejmie władzę w IV Rzeszy lub Bibliotece Losu to z pewnością znajdzie się tam miejsce dla zombi-nazistów.

Poza tym w jego ofercie był podstęp. Wirus wzmocniony wiedzą i wspomnieniami Otto zyskał nowe zdolności. Dzięki wiedzy o termodynamice i procesach biochemicznych Otto wirus choć po uderzeniu białego nurtu miał zdecydowanie mniej "mocy" to zaczął ją lepiej użytkować i był zdolny do prowadzenia chemicznych przemian.

I tak wirus w ostałych się resztkach zombie-nazistów zaczął je od środka przerabiać na cyjanowodór! Kluczowy związek chemiczny w niesławnym Cyklonie B. Każda chwila poświęcona na przemowy i odwlekanie walki sprawiała, że na polu bitwy znajdowało się coraz więcej "biologicznych bomb gazowych". Jakby tego mało to w swoim własnym krwiobiegu Ottshelm zaczął wytwarzać azotyn izoamylu oraz azotyn sodu. Dwie substancje będące odtrutkami na cyjanowodór.

W ten sposób Ottshelm mógłby zagazować całe pole bitwy i samemu się ostać! W końcu nie bez powodu nosił tytuł Der NaziChemikera!

Fimrys

Fimrys

15. lipca
Post ID: 85090

„Przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. W swej trójcy są jednością.”

Nowa umiejętność tłumacza była nad wyraz konfudująca. Przywykał do nakładania się rzeczywistości i krótkodystansowej prekognicji, przez co nie brał realnego udziału w pierwszej części potyczki. Zamierzał jednak wykorzystać dar, by pomoc zdziesiątkowanej mentalnie drużynie berlińskiej w zwycięstwie i zdobyciu obrazu. Lunatyk obserwował dokładnie wymiany ciosów i mógłby czuć nieprzyjemny posmak odpowiedzialności za wydarzenie, któremu mógł zaradzić, ale nie zaradzał przez opieszałość. Jednakże był nieczuły jak lodowiec, a Duch starał się przekuć częściowe otępienie w działanie.

W świecie oniryczno-mentalnym znów doszło do zmiany scenerii. Sören dalej wisiał głową w dół, jednakże góry zamieniły się ze stromych zboczu w majestatyczne i potężne powierzchnie lodowca. Był stanem umysłu Lunatyka, co miało dopomóc w starciu. Jednakże Sören nie pragnął uzyskać statycznego usposobienia przemieszczających się powolnie latami mas lodu, ale siłę ich ogromu zdolną miażdżyć i szlifować ląd. Żywiołowa natura Inkwizytora sprawiła, że wizualizacja stanęła w płomieniu. I taki właśnie dysharmoniczny i sprzeczny obraz tkwił w Lunatyku. Mentalnie stał się płonącym lodowcem. Mroźny powiew łączył się z istnym żarem.

Pierwszym celem na którym skupił się trójjedyny tłumacz była pomoc Beacie. Bluźniercze satyry wykazały się zbyt wielką brawurą i miały zostać ukarane. W oczach lunatyka już jawił się gniewny płomień mający być w przyszłości przekutym w bezlitosną rękę sprawiedliwości wobec bytów, kiedy ten zobaczył „hydro-Ottona”. I był to najbardziej groteskowy, straszny i śmieszny widok jakiego doświadczył podczas bitwy o Dondoryjon (dopóki nie zobaczył dalszych działań obu stron, rzecz jasna). A on doświadczył go trzy sekundy przed resztą drużyny. Kamphausen pozbywał się ich tak brutalnie, że Lunatyk jedynie przeganiał jeszcze potrafiące się poruszać osobniki potęgą głosu i wymachiwaniem inkwizytorską laską. Pomógł pozbierać się Tutty. Tylko u jej boku był w stanie przetrwać tę bitwę. Ich więź dawała wręcz nieograniczone możliwości, ale teraz mieli skupić się głównie na jej inkwizytorskim aspekcie. Cała ta bitwa była ogromną obrazą Absolutu i musiała zostać naprawione rękoma wyznawców oświecenia. W świecie oniryczno-mentalnym Duch wraz z widmowymi chórzystami obserwował w mglistym niebie poczynania drużyny.

To, co wprawiło go w częściowy strach i zadumę, to mnogość i intensywność przewijających się nurtów. Widział działanie indygo, czerwieni, czerni, spiżu, srebra oraz bieli i powoli zaczynał dostrzegać sposób działania tej idei. Racjonalna część jego umysłu zadała więc pytanie „Dlaczego taka idea opiera na spektrum barw światła widzianych przez ludzkie oko?” oraz „Gdzie jest zieleń?”. Zrozumiał, że w istocie nurtu są dużo potężniejsze niż to, czym władają pokojowicze i byty, a nawet to, o czym opowiadał naczelny rewolucjonista. Są głębsze, podczas gdy wszyscy tu korzystają z ich niepełnego, bo ograniczonego ludzką percepcją spektrum. Uniwersalna była chyba tylko biel i czerń, jako pełnia i brak światła oraz ich odcienie szarości.

„Swoją drogą, jak nurty odbierają od urodzenia ślepi ludzie? Będę musiał tym razem zadać Fordowi więcej pyt...”

Dociekania przerwało mu nagły przypływ energii w świecie Oniryczno-Mentalnym, zasygnalizowane przez uderzenie w Ducha wielokolorowej wiązki na kształt pioruna. Nie odczuł bólu, ale nieprzyjemne odczucie obecności wszechnieobecnego Nidh-Perquunosa. Doświadczał już tego prędzej, aczkolwiek nie w takim natężeniu. Było to odczucie nieprzyrównywane do czegokolwiek, czego doświadczył kiedykolwiek, gdyż było odbierane przez jakiś niezbadany i ukryty zmysł. Mimo częściowej grozy, nie zapadł się w odmęty strachu czy szaleństwa. Nidh w pewien sposób wspomógł jego procesy myślowe. Duch rzucił okiem w świat Sennych Wizji, gdyż zauważył tam odmianę. Do tej pory Pielgrzym odtwarzał sny z przeszłości, jednakże teraz pojawiły się tam nowe elementy. Największą uwagę trójkameralnego Sörena przykuły istoty, które pojawiły się na brzegu górskiego jeziora. Znał te zwierzęta z fragmentu prasy, który niezwykle go przed laty zaciekawił. Były to żyjące w ciepłych oceanach ustonogie, przypominające krewetki kolorowe skorupiaki. Faktem jest, że są to doskonali drapieżcy o sile uderzenia podobnej do wystrzału z rewolweru, ale bardziej tłumacza zastanawiały zawsze ich niezwykłe narządy wzroku.

„Rozumiem, że zwierzęta te były nazywane przez starożytnych Asyryjczyków mianem morskiej szarańczy, ale co u Abbadona one tu robią?”

W mig zrozumiał, że w związku z jego przemyśleniami na temat kolorów chodzi właśnie o ich niezwykle zbudowane narządy wzroku. Inkwizytor przypominał sobie fakty na ich temat. Podczas gdy ludzie widzą trzy barwy podstawowe, one bodajże są w stanie rejestrować ich aż szesnaście, co daje miliony niesamowitych i niemożliwych do wyobrażenia dla ludzi kombinacji barw. W takim razie, jak u licha ustonogie posługiwałyby się nurtami?! Czy miały by ich o tysiące więcej? Jak to się ma do emocji, które są główną składową nurtu? Podzielony na trzy części umysł Guru miał teraz jeszcze więcej problemów do przeanalizowania. Po raz drugi doznał dziwnego wyładowania i poczuł wpływ Nidh-Perquunosa.

Tym razem jednak w wyniku wyładowaniu wielokolorowej wiązki doznał prawdziwego objawienia. Poczuł niesamowite uczucie, podobne do tego jakiego doznaje niewidomy po raz pierwszy smakujący w zmyśle wzroku. Duch zatracił się w pełni w tym odczuciu i tylko Beata podtrzymywała Lunatyka, by ten nie zrobił sobie w tym czasie krzywdy. Uporządkowanie widzenia zajęło trochę czasu, więc znów przegapił część bitwy. Ale powoli wrócił do rzeczywistości, jednakże w jego odbiorze potężnie odmienionej. Jego umiejętność prekognicji o trzy sekundy, w której nakładało się wiele czasoprzestrzeni na jeden obraz, zyskała coś, co z braku odpowiedniego określenia nazwał „kolorem czasu”. Zyskał umiejętność niezwykłej synestezji, której sam nie był w stanie pojąć. Wydarzenia po quizie tak bardzo wpłynęły na duchowość Tłumacza, że ten coraz bardziej wymykał się poza odbieranie trójwymiarowe. I tak teraz zobaczywszy w całym bagnie nurtów jaki się wydarzał na szczycie kolor czasu, postanowił działać.

Zreorganizował się na wszystkich trzech płaszczyznach. Teraz dostrzegł przeklętą abominację w formie Ottshelma, wykradnięcie obrazu oraz powrót lamy z Alter-Walterem i Niemą. W całej tej trójce od razu dostrzegł przemiany, ale nie miał czasu na ich dogłębną analizę. Szarża niemej wzbudziła w Inkwizytorze uczucie, jakby ta starała się dokonać swego rodzaju odkupienia win. Czuł, że w pewien sposób szukała pojednania z własną jaźnią, tak chwiejną w tych kilku liniach czasowych. Wrócił też dualny Piontek, co dawało lekkie nadzieje, że powrót tej dwójki purgatoryjskich weteranów da większe szanse na zwycięstwo. Ale czy ono było teraz kluczowe? Najważniejszy wydał się inkwizytorowi skuteczny odwrót z obrazem. Widział, jak Ottshelm swą manipulacją stara się zręcznie zatrzymać niemą wojowniczkę, której szybkie uderzenia z przyjemnością oglądał w trzysekundowej przyszłości.

Postanowił wykorzystać duchowy potencjał swojego rozdzielenia. Duch zmaterializował róg, który za pomocą bramy - księgi przesłał Lunatykowi. Ten podał go Beacie mówiąc na tyle głośno, by wszyscy dobrze go usłyszeli:

-Gdy dam znać, proszę zatrąb mój aniele. Niech wiedzą, że pierwsza trąba apokalipsy nie będzie milczeć!

Mentalnie przekazywał jej swój plan. Powołując się na wizję Apokalipsy Św. Jana miał zamiar wywołać „mini Armagedon”. Miało to być odwrócenie uwagi, które miało zagwarantować bezpieczny transport obrazu i trochę dokopać „przeklętym nazistom z tą bluźnierczą abominacją Ottshelmem na czele”. Nie miał pojęcia, jaki będzie dokładnie efekt, nie liczył też na przybycie smoka, spadanie gwiazd, najazd szarańczy czy zamianę oceanu w krew, ale wierzył mocno w pozytywne dla drużyny berlińskiej skutki mini Armagedonu na tym szczycie Dondoryjonu. Trójjedyny Inkwizytor pragnął również użyć prekognicji w celu przewidywania strzałów Führera w stronę obrazu. Jeśli Mathias przechwyci obraz, będzie mu w stanie przesyłać na bieżąco o poczynaniach Hitlera i jeśli student okaże się dość szybkim umysłem, na drodze uników dzieło sztuki będzie bezpieczne. Wiedział, że powodzenie mini Armagedonu polega na wierze, toteż mową pragnął wzbudzić wiarę we wszystkich obecnych. Po mowie Ottshelma, przemówił.

-Jako Wielki Inkwizytor stwierdzam, że dokonano tu wielkich zniszczeń, przede wszystkim na płaszczyźnie moralnej. Bluźniercy! Swym buńczucznym szafowaniem nurtami wywołaliście istne pandemonium, przez co wszyscy wymagają oczyszczenia! Nie wierzcie w wężową mowę fałszywego proroka Ottoshelma! Jedyną drogą jest ogień apokalipsy, dzień gniewu w końcu nadszedł. Dies Irare, Dies Illa, sol vet saeclum in favilla! Nikt nie jest w stanie uciec przed sądem, anioł zatrąbi byście byli świadkami upadku starego porządku! W imieniu Absolutu, wszechnegacji Nidh-Perquunosa i jego rzeczywistej manifestacji Nol-Lidliba ogłaszam nastanie nowej ery! Niech ogień oczyszczenia sprawiedliwie osądzi nas wszystkich!

Lunatyk mówił żarliwie, wykorzystując zasoby swej płomiennej inkwizytorskiej retoryki. Miał sprawił wrażenie jak największego fanatyka, by poprzez emocje słuchaczy osiągnąć większą moc wiary w mini-armagedon. Po tym zebrał swoje siły duchowe w świecie oniryczno mentalnym by wysłać emisariusza na audiencję do umysłu (M)Eliasa. Cenił studenta, gdyż ten jako pierwszy odkrył potęgę rozczłonkowanego umysłu i stanowił teraz niezwykle ważne ogniwo w powodzeniu misji. Sören pragnął wesprzeć go możliwie jak najlepiej swym prekognicyjnym talentem.

W pozie apokaliptycznego wieszcza, mając po przeciwnej stronie fałszywego proroka Ottoshelma dał znak stojącej za nim Beacie do zadęcia w róg. Zastanowił się, kiedy w końcu będzie mógł spędzić z nią czas w troszkę spokojniejszy sposób. W jego umyśle ten moment dłużył się w nieskończoność i na całym polu bitwy zapanowała dziwna cisza.

„A gdy otworzył pieczęć siódmą, zapanowała w niebie cisza jakby na pół godziny.”

Senne Podróże Kürenbergera III

Pielgrzym trafił w duchowe ramiona opactwa pierwszych oświeconych tych szczytów, tak chętnie przyjmujące każde aspiracje duszyczek targanych na wietrze jak płatki śniegu. Wstąpił na płaskowyż swą formą sugerujący odcięcie szczytu niczym czubka trzciny przez uformowane ręką z ciała ostrze ze stali i zapadnięcie się potężnego masywu w sobie, jak podkopanej góry piasku. W miejscu otwartej rany góry miast krwi znajdowało się prawdziwe jezioro przeźroczystej, niezakrzepłej jeszcze wody. Swym żwawym krokiem zmącił jego spokój, nie do odróżnienia od tafli najmocniejszego lodu. Nie zapadł się jednak w jego głębię, ale stąpał po nim gładko, wywołując starcze zmarszczki na tafli tej młodej, górskiej rany, gdyż był lżejszy od ociężałej cieczy. Nad centralnym punktem wodnego koła lewitował swą starością i mądrością pretendujący do rangi młodszych gór Guru, do którego ze swym metalowym dziedzictwem w formie szkatuły zbliżył się Pielgrzym.

Oślepiający błysk

Pielgrzym przejrzał na oczy. Wyzwolił się z onirycznych oków dawnego snu i zobaczył przedziwną zmianę. Oto na brzegach jeziora pojawiły się wyglądające znajomo, a jednak nie znane, kolorowe skorupiaki. Spojrzał w twarz Guru. I była to jego własna twarz, która teraz wysyłała go na misję. Dosiadł monstrualnej pseudo krewetki jak wierzchowca i zapadł się w odmęty jeziora. Tak oto Duch wysłał Pielgrzyma jako emisariusza do podzielonego umysłu Meliasa i tylko od jego właścicieli zależało przyjęcie audiencji w celu omówienia dalszych działań a także dyskusji na temat zadziwiającego zjawiska kolorów nurtów.