Oberża pod Rozbrykanym Ogrem

Gry Wyobraźni - "Purgatorium [Gra]"

Aktualnie w Osadzie: Ognisko jest zgaszone.
Osada 'Pazur Behemota' > Gry Wyobraźni > Purgatorium [Gra]
Wędrowiec: zaloguj, wyszukiwarka
Architectus

Architectus

10. sierpnia
Post ID: 85196

Tuż po powrocie z dworu Hanowerczyk popędził do kuchni, aby przygotować swej wybrance zimny okład do przykładania na zasiniaczone oko. Wróciwszy do niej i wręczywszy kojący opatrunek chwycił ją w talii, uniósł w górę i zatoczył kilka kółek wokół własnej osi, uśmiechając się szeroko. Postawiwszy Kondorka na podłodze, obdarował uśmiechem także Garlanda i pogłaskał go po głowie, doceniając, że wzburzyło go skalanie jego godności. Choć wciąż pojawiały się jakieś trudności radowała go chwila spędzana z ukochanymi. Słysząc ustalenia dotyczące wizyty w zoo, zaproponował wspólne wyjście do najbliższego parku, aby pokazać Garlandowi i Joasi miejsca do których zabierał go jego świętej pamięci tata. Podzielił się z nimi również spostrzeżeniem, iż długi sen przypomniał mu jak spanie jest fajne, gdyż pozwala na jakiś czas zapomnieć o troskach.

Szykując się na odwiedziny rewolucjonistów, przygotował warzywny gulasz wedle francuskiego przepisu. Chciał ugościć przybyłych jak również rozpieścić podniebienia swych bliskich. Każdego gościa powitał z szacunkiem, podziękował za toast i upominki. Otrzymawszy możliwość głosu omówił własne przypadki z warsztatu, w tym jak między innymi poznał Sørena Kürenbergera i Anshelma Vollblütera. Przypomniał o zdarzeniu z Carlem, opiece nad Garlandem i kluczostworkiem, związaniu się z Joasią. Przedstawił pokrótce trwające szkolenie z Anthonym Henrym Fordem, Wanną, Kostkiem i Fishem. Zawarł w tym swe wątpliwości, jakimi wcześniej dzielił się z wybranką swego serca. Opowiedział też o groźnej wizycie w Purgatorium. Na pytanie o tortury, stwierdził, że od wielu lat odczuwa katusze na co dzień, więc kolejnym może się poddać, mimo tego, że może ich nie przeżyć. Podkreślił jak w Pokojach zrozumiał brak swojej niezastąpioności.

Przechodząc do znajomości Purgatorium, upewniwszy się, że Garland nie usłyszy jego wypowiedzi, które mogłyby być dla niego zbyt ciężkie, powiedział zebranym, że nie pojął metafizycznych reguł jakie obowiązują w Pokojach. Nie przypominają mu one opisywanych w książkach zaklęć, chociażby na zasadach używania magii dzięki twórczej wyobraźni, gdyż świetlista włócznia jaka zabłysła mu w dłoni podczas pobytu w katedrze i konfrontacji z ludzko-mechanicznej istotą nie była wywołana celowym nakierowaniem toku myśli. Z pytań o kostkowy wymiar, zaczął od zaskakujących anomalii w widzeniu, jakie zaczął doświadczać po powrocie do Berlina, w postaci człekokształtnych naczyń. Wyraził swe dociekanie, czy są one wywoływane wpływem Purgatorium, jak często one występują i czy miną. Kolejne z nich dotyczyło zagadnienia połączenia wędrującego po pokojach z Kostką, które przyszło mu do głowy zeszłej nocy. Wspomniał, że nawiedziła go paskudna wizja, po której zdecydował, że nie może więcej wchodzić do tego miejsca. Począł wyjaśniać, że jego osobiste uczestniczenie mogłoby doprowadzić do wytworzenia się energii wymazującej życie, a w tym zagłady ludzkości.

W owej wizji, podczas przenoszenia się do pokoi bez własnej woli doprowadziłby do przeklęcia pokoi, którego treści nikt nie usłyszał, gdyż byłoby ono bezsłownym zbiorem emocji, jak w przypadku włóczni. Tylko on znałby obraz rzuconej klątwy. Że gdy mu się nie uda przeżyć, zjednoczy się z pokojami. Z ciężkimi ranami śmiałby się szaleńczo i wezwałby pokoje do pomocy. Wielkie kawały ścian, podłoża i sufitu odrywałyby się od miejsca bytowania i pełzły w jego kierunku, by łączyć się z jego wnętrznościami. Przyoblepiałyby się do jego ciała tworząc skorupę. Jego tors by się rozerwał, kark się skręcił, aż głowa opadła bezwiednie na jego ramię. Wygiąłby się nienaturalnie, żebrami do przodu, które zaczęłyby przypominać pionową paszczę. Powstające beztwarzowe monstrum rosłoby. Ręce i nogi jego ciała wykręciłyby się by przybrać kształt wielkich szponiastych łap. Natomiast na plecach na wysokości serca zacząłby formować się odwłok, jaki po kontakcie z podłożem zaczął kształtem przypominać ciało węża. Ręce i nogi oderwałyby się od pierwotnego ciała i z masą mięsa i kości przesunęły się w dół o jedną trzecią ciała powstającej istoty. Wszelkie ataki na powstającą istotę niszczyłyby jej cielsko, lecz kolejne odłamki pokoi dołączały się do niego, uzupełniając dziury.

Po tych okropnych opisach Jörg westchnął, a następnie kontynuował wyjaśnienia, jakoby moce z Pokoi nie mogły mieć z nim kontaktu i przez to mógł jedynie pomagać drużynie na zewnątrz. Zdaniem mechanika, po przebytych purgatoryjskich doznaniach, rewolucyjny konflikt dostarczy kolejne śmierci i zrodzi następny konflikt, których kontynuacji nie widzi końca. Stwierdził, że nie pójdzie na kompromis, gdyż widzi rozwiązanie jedynie poprzez eliminację, a tego nie zamierza uczynić, ponieważ jego uczestnictwo może się skończyć zjednoczeniem z Kostką i ciągłą destrukcją. Po tym spodziewa się scenariusza ze zbuntowaniem się przeciw innym Kostkom, walką z nimi, bez zważania na ofiary istot żyjących w nich i poza nimi, usuwaniem ich, następnie usuwaniem życia na świecie, a na samym końcu samounicestwieniem - niczym niszczycielski cyklon, którego nie powstrzyma ogień, ziemia ani woda, z otępiającym bólem straty, na tyle silnym, że samemu by ją wywoływał. Byłby apostołem, który równocześnie jest jeźdźcem apokalipsy; aniołem śmierci wśród trzaskających kręgów szyjnych.

Mechanik zważył jak naznaczenie uświadomiło mi, że może pomagać z zewnątrz, z doskoku - nieść pokój poprzez nieuczestniczenie, bo pokoju nie wygrywa się wojną. Głośno rozważył usunięcie się w cień, znając swoje miejsce, gdyż to jest dla niego konieczne, w przypadku kiedy uczestnictwo ze wszechmiar będzie kończyć się źle. Podzielił się poczuciem do czego jest zdolny i nie chce czynić niewybaczalnego. Jeżeli byłoby to konieczne, powróci do samotni sprzed wplątujących wydarzeń, by zgłębiać wiedzy na temat mechaniki pośród Wardburgów i Trabantów do końca swych sprawnych dni - w taki sposób się przysłużyć zebranym, bez bezpośredniego angażowania się. Wypowiadając się o odczuciach wobec zebranych, zauważył, że wśród nich staje się lepszy. Efektywniej brnie przez życie będąc przy kimś: kto mógłby zadziwiać; z kim można by dzielić się własnym ciepłem, a równocześnie kogoś kto spojrzy na niego z zewnątrz, poza jego myślami; kto swoją obecnością doda mu sił w trudnych momentach; kto sprawi, że życie staje się pełniejsze, z większą ilością uwznioślających treści. Dodał także, jako że się tutaj zebrali, to mogą omawiać co uznają za słuszne, ponieważ nie chce ich namawiać do konkretnych wyborów.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

16. sierpnia
Post ID: 85216

Po opatrzeniu ran Ottshelm czym prędzej udał się do Zamtuzu gdzie, jak mu doniesiono, mógł spotkać brata.

Kamehameha, mimo słabego charakteru, dominuje w relacji nad swoim partnerem i jeśli przekonam jego, to Ernst nie będzie w stanie się sprzeciwić. Nie powinno być to trudne – król sam twierdził, że ma już dość sprawowania władzy i wolałby oddać się w pełni sztuce. Jednak pozostała jeszcze kwestia dziecka.
Co jeśli mój brat będzie chciał, aby to bachor przejął tron? Teoretycznie mógłbym spróbować go przekonać, że jeśli on sam nie był szczęśliwy w roli władcy, to jego dziecko też nie będzie. Jeśli ma zaznać szczęścia, powinno być od najmłodszych lat wychowywane na filozofa i artystę, nie na króla. Brzmi sensownie. Niestety ten świat nie działa sensownie.

Ja w przeciwieństwie do brata CHCĘ. To już samo w sobie powinno być wystarczającym powodem do przekazania władzy. A ponadto jako człowiek gotowy poświęcić się w całości trudnej sztuce panowania zdecydowanie lepiej sprawdzę się w tej roli.

Kiedy Anshelm spotkał Kamehamehę po raz pierwszy powiedział mu, że ojciec zostawił testament, lecz nie wyjaśnił jaka była ostatnia wola Vollblütera seniora. Teraz mógł to wykorzystać. Jeżeli brat nie zgodzi się oddać władzy , nazista wyciągnie asa z rękawa. Zmyślony testament ojca, w którym przekazuje on władzę nad IV Rzeszą swojemu ziemskiemu synowi Anshlemowi Vollblüterowi. Z wolą ojca nie będzie dyskutował.
Ale to w ostateczności. - Pomyślał Anshelm.

- A tak poza tym trzeba będzie spytać Kamehamehę czy nie słyszał przypadkiem o tym całym Abaddonie.- Mruknął do siebie pod nosem.