Oberża pod Rozbrykanym Ogrem

Gry Wyobraźni - "Purgatorium [Gra]"

Aktualnie w Osadzie: Ognisko jest zgaszone.
Osada 'Pazur Behemota' > Gry Wyobraźni > Purgatorium [Gra]
Wędrowiec: zaloguj, wyszukiwarka
Nitj Sefni

Nitj Sefni

23. marca
Post ID: 85592

Anshelm miał pewne doświadczenie z instrumentami muzycznymi. W szkole podstawowej grał na trąbce i cymbałkach.
Perkusja to najlepsza opcja z dostępnych. Wystarczy uderzać pałką w bęben w określonym rytmie. Co w tym może być trudnego? I tak będę zagłuszany przez śpiew Bulmy i gitary, więc na ewentualne błędy nikt nie zwróci uwagi.

Po ataku niekontrolowanego obżarstwa Nazista ponownie utracił dominację na rzecz Otta. Mógł się spokojnie zaszyć w zakamarkach umysłu Ottshelma i przeanalizować sytuację.
Wygrana w tym całym konkursie muzycznym może okazać się bardzo istotna dla dalszego przebiegu futurystycznej misji. Nie znam preferencji Hadesa, ale raczej oczywistym jest, że nasz zespół pod wodzą Hansa pójdzie w pop. Trzeba coś zrobić, aby nasz repertuar był na wyższym poziomie niż przeciętna piosenka Bulmy.
Pochłonięcie dużej ilości nienaturalnie smacznego jedzenia rozbudziło w Anshelmie wenę. Postanowił więc zająć się napisaniem tekstu, podczas gdy ciało Ottshelma oddawało się libacji, narkotyzowaniu i bezcelowym rozmowom z pokojowiczami. W swoich książkach zawierał czasem krótkie utwory liryczne, jednak to musi być coś zupełnie innego. Aby tekst pasował do komercyjnego stylu Bulmy musi być prosty i rytmiczny, pozbawiony metafor czy wyszukanych nawiązań. Ponadto powinien wpadać w ucho i poruszać odpowiednią tematykę. Mając to na uwadze zaczął składać wers po wersie.
Pierwszym, co będę musiał zrobić po powrocie do Berlina będzie znalezienie maszyny do pisania.

Gdybym miał wymienić rzeczy, w których Purgatorium jest lepsze od Berlina jedną z nich byłby fakt, że tam całując faceta można stworzyć gadające zwierzęta, które potem ratują ci życie, a tutaj co najwyżej zwymiotować. Z drugiej strony tam faktycznie się ten pocałunek czuje, a tu wszystko jest jakieś jałowe i nijakie. Zawsze tak było?
Kiedy Ottshelm i Nadim skończyli się całować ruszyli w dalszą drogę szarymi ulicami miasta. Dla Anshelma liczył się teraz tylko jak najszybszy powrót do Kostki. Ale do tego czasu miał możliwość się przygotować.

Nazista i Chemik siedzieli naprzeciwko siebie przy płaskiej ciemnej masie robiącej za blat biurka otoczeni przez szarą nicość. Anshelm nie miał czasu, ani ochoty na lepsze wizualizacje.
- Przy dokonywaniu jakichkolwiek działań musimy brać pod uwagę, że formalnie wszyscy jesteśmy martwi. Dlatego nie wiem, czy wizyta u rodziny to dobry pomysł. To może być dla nich spory wstrząs, szczególnie biorąc pod uwagę nasz wygląd. – Mówiąc „nasz” miał na myśli Ottshelma. – Pozostawiam tobie tę decyzję, jednak chciałbym wspomnieć o paru kwestiach. Potrzebujemy maszyny do pisania i dobrego bojowego noża. Najlepiej od Spyderco lub innej zachodniej firmy ze światową renomą. Ponadto przydałoby się poćwiczyć grę na perkusji. Wszak nie mamy większego pojęcia o graniu na tym instrumencie. Mam w Berlinie ukryte trochę pieniędzy. Siedem tysięcy marek zaszytych w kanapie na piętrze opuszczonej rudery w Kladow – na obrzeżach miasta. Myślę, że mogą się przydać.

Xelacient

Xelacient

25. marca
Post ID: 85595

Otto nie upodlił się tak bardzo jak chciał, i w sumie tego żałował. Totalne zniszczenie się stanowiłoby pewną granicę między "misją w Purgatorium", a "normalnym życiem w Berlinie", dzięki czemu łatwiej byłoby mu wrócić do codzienności.

Przynajmniej tyle dobrego, że nawiązał nić porozumienia z Bulmą. A przynajmniej zaczął postrzegać muzyka w inny sposób. Dotąd Otto postrzegał go jako "jednostkę nieproduktywną", człowieka, który może nie tyle szkodził społeczeństwu, co po prostu korzystał z jego osiągów samemu nic nie wnosząc. Jednak w czasie bełkotliwej rozmowy zdołali znaleźć wspólny mianownik. Tak jak Der Chemiker dostarczał społeczeństwu taniej żywności (poprzez sztuczne nawozy i pracę naukową) tak Hans dostarczał społeczeństwu taniej rozrywki (poprzez swoją muzykę i wybryki). Może jedno nie było równoważne drugiemu to jednak obie rzeczy były jakoś potrzebne społeczeństwu do funkcjonowania.

W ten sposób Ottshelm zaczął gwiazdora darzyć odrobiną szacunku, czy to wystarczy, by stworzyć z nim zgrany zespół dopiero miało się okazać.

Równie udane było picie z inkwizytorem, Kamphausenowi przypadł do gustu intelektualistyczny oraz synkretyczny charakter jego sekty, jednak w obecnym stanie słabo mu szło zrozumienie zawiłych dogmatów, podobnie było ze smakowaniem subtelnych aromatów nalewki.

Później nastąpił koniec, jeśli Otto miał jeszcze jakieś złudzenia co do kuracji to właśnie je utracił.

-Tak, chodźmy - odparł apatycznie zięciowi - i dziękuje za uratowanie mi życia... kolejny raz - dodał z westchnięciem. Kamphausen czuł się znużony, do tego jego umysł zaprzątały różne troski, dlatego w czasie eksploracji rezydencji to Tahir przejął inicjatywę. Otto wszystkiemu przytakiwał i nawet gdy arab nieoczekiwanie go pocałował to przyjął to bez oporu.

- Tak, Nadim Tahir, przyjmuje Twój hołd lenny, jako lenno nadaje Ci jeden z pokoi w moim domu! - zażartował słabo gdy zięć się od niego oderwał, po czym widząc jego zdziwienie dodał szybko - kiedyś na terenach obecnych Niemiec był system feudalny, byli seniorzy i lennicy... i w czasie hołdu lennego całowali się w usta... jakoś to mi się nagle przypomniało...

Jednak już Otto nie ciągnął wywodu o średniowieczu, bo Anshelm "wziął go na rozmowę". Uważnie go posłuchał, chwilę podumał, po czym odparł:

- Po pierwsze, w przeciwieństwie do araba przeżyłem wypadek, sparaliżowany od pasa w dół, ale jednak. Ponadto sądząc po rozmowie przez telefon z moją matką to minęło niewiele czasu, co oznacza, że nie załatwiono żadnych formalności z naszym zgonem. Jednak co do wyglądu muszę przyznać rację, będziemy musieli się tym zająć w pierwszej kolejności. Co do do noża to się załatwi, za to maszynę pisarską mam... a przynajmniej powinienem mieć... kiedyś moja córka Doris naszła ochotę na pisarstwo to jej oczywiście kupiłem odpowiednie ustrojstwo, co prawda szybko jej przeszła wena na jej "wielki debiut literacki", ale gdzieś u mnie w domu ten rupieć powinien dalej stać. Po te 7 tysięcy będziemy mogli podejść w wolnej chwili, ale jeśli mam dobre rozeznanie w "naszych" wspomnieniach to masz coś znacznie cenniejszego.

Chwila efektownej pauzy, po czym Otto machnął ręką wizualizując na biurku różne kolorowe tabletki oraz proszki.

- Niedawno otrzymałem propozycję rozpoczęcia narkotycznego biznesu, wtedy uważałem to za za nie warte ryzyka, teraz uważam to jedną z rzeczy, które przywrócą mi chęć życia. Ty zaś masz swój gang neonazistów, dysponujesz brutalną siłą potrzebną w przestępczym półświatku... to może dać nam znacznie więcej niż kilka tysięcy marek.

Naprawa patologicznej sytuacji rodzinnej, ćwiczenie gry na perkusji, przyłączenie się do sekty oraz rozpoczęcie produkcji narkotyków. Było tego dużo, nierozsądnie dużo, branie się za to rzeczy na raz było szaleństwem!

Kamphausen lekko się uśmiechnął, perspektywa rzucenia się w wir zajęć sprawiła, że choć na chwilę coś poczuł.

Po powrocie do rzeczywistości poszukał jakieś lusterka, mogło być w klapie u sufitu, ewentualnie "przestawiłby sobie" to wsteczne w celu skontrolowania swojego wyglądu. Ciekawiło go czy w rzeczywistości zmienił się tak samo jak w Purgatorium.

Tabris

Tabris

25. marca
Post ID: 85597

Cóż, znowu znalazł się w absurdalnym miejscu. Najpierw chciał szybko się podnieść i pomóc jęczacej kobiecie. Chyba zadziałało doświadczenie życiowe - wyczuł w jęknięciach rozkosz, a nie strach. Kilka chwil zajęła mu analiza gdzie się znalazł - to był raczej na pewno Berlin Zachodni. Zważywszy na umeblowanie chyba hotel, albo willa. Tutaj mógł się pomylić, nie bywał w mieszkaniach po drugiej stronie miasta. Łóżko było bardzo wysokie - nie dotykało Waltera nawet gdy pod wpływem skumulowanego ciężaru ciał kochanków
zaczynało się kolebać i opadać. Piontek z zażenowaniem doszedł do wniosku, że jego pozycja ciała musi przypominać tą tej kobiety, jakby on był następny do wyruchania.
~
Było jakby szarawo, choć Walter wiedział, że to efekt wyjścia z Purgatorium - teraz nie będzie widział jaskrawych barw, a jedynie odcienie szarości. Pozostawało ważne pytanie, ongi zadane przez Lenina - co robić?
~
Nie miał chęci zajmować się analizą słów Beaty, nie teraz. A zatem... ujawnić się? Gdy to sobie wyobrażał przeleciało mu przez głowę dziesiątki możliwych tekstów, a jeden absurdalniejszy od drugiego. Nie, to nie było mądre. O wiele lepiej było chyba poczekać. W końcu sobie pójdą... może. Jeśli to byłby hotel na pewno by go opuścili po kilku godzinach. Jeśli to jej mieszkanie mogą spędzić tu noc. Szansa na bezgłośne wydostanie się z pod łóżka była nieduża, ale istniała. Poza tym nawet jeśli Walter by ich obudził mogliby uznać go za jakiś koszmar, zjawę. Na pewno sparaliżowałoby ich na moment. Jeżeli to jego mieszkanie jest duża szansa na to, że niedługo je opuszczą - młody kochanek doprowadzi kochankę. Szansa na to nie była duża. Wiele też zależało od piętra, powyżej pierwszego nie było szansy na opuszczenie pomieszczenia przez okno. Tak więc należało poczekać kilka godzin, w międzyczasie zaś Walter mógłby...
~~~
-A PSIK!!!

Wiwernus

Wiwernus

27. marca
Post ID: 85599

25 Września 1991 r., Berlin

Otto

Zawieszony w wizualizacji, rozdzielony na dwie z trzech swoich tożsamości i prowadzący sam ze sobą konwersację Ottshelm zdecydował, że oprze swoje aktualne życie na: naprawieniu relacji z rodziną, muzykowaniu, przestępczej działalności i aktywności w synkretycznej grupie Kurenbergera. Aspekt „Anshelma” był raczej sceptyczny, szczególnie względem własnej fizjonomii, co ze względu na jego wspomnienia i traumy było oczywiste. Dominujący obecnie chemik skierował wzrok na lusterko, dostrzegając samego siebie w wyjątkowo zmęczonej, znudzonej życiem wersji starzającego się faceta. Widok ten miał prawo go przerazić. Podważył w ułamku sekundy całą konwersację między nim, a nazistą, czyniąc przerażającym świadectwem obłędu straumatyzowanego mężczyzny. Nawet Purgatorium wydało się nierealnym w samym swoim założeniu snem, o czym poświadczyć mogłaby w wystarczającym stopniu jego skrajna wyrazistość. Kamphausen opadł bezwładnie na siedzenie, gdy Nadim pewnie pchnął pedał gazu na dłuższej prostej. Poczuł się straszliwie zmęczony. Wymsknęło mu się, a wtedy dostrzegł na własnej twarzy specyficzny grymas zdobiący tą część oblicza, którą w tej chwili właśnie skąpał cień. Na wezwanie odpowiedział nie tyle co Pisarz Święty. a Ojciec w swej kosmologicznej okropności. Wychodziło na to, że chemik pozostał fizycznie człowiekiem, nie mógł już jednak wątpić w fakt, że stanowi wypadkową wielu tożsamości, które zlały się w jedno i jest świadectwem istnienia niewątpliwie pokrętnych sił oraz zjawisk. To pozwalało mu uwierzyć, że osiągnie sukces za równo na polu rodzinnym, artystycznym, religijnym, jak i przestępczym. Nie był człowiekiem, nie podlegał więc regułom i zdrowemu rozsądkowi, którym podlegać powinien człowiek.

Poza tym Anshelm obiecał siedem tysięcy marek, a to nie tylko zwiększało ich szansę, to jeszcze dałoby ostateczny dowód egzystencji nazisty w ciele chemika. Miał również jasno sprecyzowany kierunek muzycznej kariery, a przynajmniej zamierzał poćwiczyć i pisać teksty – Otto był, najprawdopodobniej zainspirowany Hansem, tą żywszą częścią tożsamości ze swoimi licznymi aspiracjami i wizualizacjami.

Nadim nie mówił zbyt wiele. Prowadził w milczeniu, krążąc myślami wokół zbliżającego się wyzwania. Słowa o hołdzie lennym nawet do niego nie dotarły, podobnie jak nie dotarł do niego fakt egzystencji pająka, który wędrował aktualnie po jego nodze. Tylko raz, gdy auto z naprzeciwka minęło ich z przesadną prędkością, dał swoją twarzą i kropką potu spływającą po czole wyraz delikatnego zdenerwowania. Starł pot ręką i w grymasie rzucił:
- Prowadzić, prowadzę, ale nie znam miasta na pamięć. Pomóż mi odnaleźć NASZ nowy dom.

W końcu, po ciągnącej się niemal wieczność podróży, zatrzymali się pożyczonym autem pod domem. Światła były zgaszone, ale ruch firanek zdradzał ogromne poruszenie domowników i wywoływał niepokojącą atmosferę. Zebrali siły, Otto otworzył garaż, pojazd zjechał do środka, a potem postanowili stanąć na przeciw wyzwania, wspinając się na krótkich schodach na górę. O ile Kamphausen był przez moment zestresowany, szybko wrócił do maniery pewnego siebie, niezależnego już mężczyzny, nad którym nikt już nie miał kontroli i który chciał tylko zobaczyć rodzinę. Rodzina. Wydawało mu się, że nie widział jej całe lata. Purgatorium wydawało się być wiecznością. Nadim – spokojniejszy nawet niż byłoby to wskazane względem „wpraszającego się” nieznajomego – zresztą rzucił myślą, która wydawała się być zaskakująca.
- Nie dziw się, tato. Z pokojowiczami świętowaliśmy po misji kilka tygodni, a ty biesiadowałeś w ciągu od jednego kielicha i porcji narkotyku, do kolejnych przyjemności. Mamy teraz rodzinę ziemską i tą drugą. Nic dziwnego, że czujemy się odrobinę nieswojo, wracając do rzeczywistości i odległej rodziny.

Wkroczyli do salonu. Mrok rozświetliła włączona nagle lampka. Hannah siedziała z rękoma skrzyżowanymi na piersi i nerwowo drżącą nogą założoną na drugą, grubą nogę. Oczy miała podkręcone, a twarz brzydszą niż kiedykolwiek, aż nawet Anshelm zwątpił w koncepcję rodzinnego życia, z którego zrezygnował i którego tak bardzo zazdrościł innym. Początkowo drążyła wzrokiem dziurę w brzuchu Otto, wymsknęło jej się nawet „gdzie żeś kurwo był i szlajał się”, lecz przerwała, gdy Nadim wyłonił się w pełnej okazałości. Wtedy momentami sięgnęła do kieszonki szlafroku i wyjęła papieros, którym zaczęło raczyć się nerwowo na uspokojenie. Dopiero wtedy powstrzymała zbędne komentarze, dybiąc na obu intruzów. Wychodziło na to, że uznała nieobecność Otto za nocną przygodę. Nienawidziła go, szczególnie po tym, że przypomniał jej o egzystencji Tahira, wychodziło jednak na to, że i bardzo się o niego martwiła. Dotąd nigdy Otto nie pozwolił sobie na podobny wybryk. Momentalnie tak jak wywołał w niej wściekłość i nienawiść, tak i troskę oraz cień niespodziewanego szacunku. Wystarczyło tylko raz „zabawić się” - zmęczona po kosmologicznej libacji twarz chemika zdawała się tylko potwierdzać, że oddał się rozrywce.

Tahir podszedł do siedzącej kobiety. Był może i odrobinę chłodny oraz zdystansowany na granicy prowokującej obojętności na jej reakcję, jednak zachował klasę i spokój. Przez moment wydał się być niemal aryjski ze swoją ogładą.
- Witam, pani Kamphausen i przepraszam za nasze spóźnienie, która wywołała moja opieszałość w wyniku napotkania pewnych drobnych kłopotów. Pani mąż jest całkowicie bez winy. - pocałował ją w rękę. - Pozwoliłem sobie przyjąć zaproszenie Otto i wprowadzić do waszego domu, za co jestem bezgranicznie wdzięczny. Uczynię wszystko, aby niedogodność ta nie była problemem.

Larka - podsłuchująca rozmowę od samego początku - wyłoniła się. Podbiegła do ciemnoskórego, wykorzystując zamroczenie matki jego słowami i nabierając śmiałości po nocnych gościach. Nie była Hannah, która bardzo powoli przyswajała fakty. Momentalnie wyczuła, że coś jest nie tak z najważniejszymi mężczyznami jej życia, nie potrafiła tego nazwać, aczkolwiek niewątpliwie jej się podobało. Swojego ojca wyściskała, zaś ojca swoich dzieci ucałowała w usta. Zdawała się być szczęśliwa z ich bezpiecznego powrotu, bo w jej oczkach pojawiły się łzy. Byleś na panienkach? szukała przyczyny nieobecności Otto i Tahira oraz starała się rozładować napięcie, co tylko świadczyło o jej bystrości umysłu... choć nie można było powiedzieć, że nie wolała tych samych podejrzeń, które nękały jej matkę. Dopytywał zresztą nie do końca umiejętnie, bo ciemnoskóremu zrobiło się głupio i stracił przez chwilę pewność siebie, spoglądając na swoje buty.
- Tato, wiesz coś o jakiś panienkach? - rzucił do teścia.

I w tym momencie Gertruda Kamphausen wstrzeliła się w przygotowane – zgodnie z tradycją – kapcie czekające pod łóżkiem i wbiegła do salonu, wymachując rękami. Co TO robi w naszym domu i nazywa cię ojcem? zaczęła ostro. Spuściła z tonu, ale zdarzały się jej liczne, pełne rasistowskiej pogardy przytyki do ciemnoskórego, którego traktowała jak powietrze, gdy beształa Otto za włóczęgostwo, samowolę i dysponowanie rodzinną nieruchomością, dogadując się za plecami z czarnuchami. Tahir zdawał się być absolutnie niewzruszony na wszystkie epitety.
- Nie będę przeszkadzał. Będę zachowywał się tak, żeby ktoś nie wiedzący o mnie, nie domyślił się o mojej obecności w tych skromnych progach, łaskawa pani.
- Nadim, wystarczy. - Laura nie wiedziała co ze sobą zrobić. - To może faktycznie nie jest dobry pomysł.
- Kto w ogóle wpadł na coś takiego? - Gertruda zaczęła sapać.
- To twój synek. - warknęła Hannah.
- Wychowałam go na posłusznego i wiernego rodzinie oraz wartościom. To przy tobie zaczął świrować, a odkąd pojawił się kebab, odwaliło mu do reszty. - niespodziewanie to kobiety zaczęły się wykłócać, szczególnie gdy Nadim był denerwująco obojętny względem całego zamieszania, a Otto emanował specyficzną aurą. - Zabieram Editha. Nie będę tutaj mieszkać z wariatami, lepiej już pod mostem. Zniszczyłaś wszystko, Hannah. Od początku uważałam, że zniszczysz tę rodzinę.
- Tak? - skierowała wzrok na córkę, próbując przenieść winę na nią, ale po kilku przytykach znów zwróciła się do teściowej. - Słuchaj, wyjaśnijmy sobie parę rzeczy, bo mnie też to męczy od jakiegoś czasu...
- Edith, wychodzimy. - babka zaczęła walić do wnuka, który zatrzasnął się w pokoju, choć był już pełnoletnim, „poważnym” studentem psychologii. - Tutaj nie ma warunków, aby cię wychować.
- Jeżeli wywołałem zamieszanie, przepraszam. - spuścił głowę Nadim.
- Zamknij się. - rzuciła w końcu Laura, ale widać było, że tak jej imponował nagłą przemianą, że gotowa była mu się oddać na dywanie po środku salonu. - Zamknij...

Otto uświadomił sobie jak bardzo podobne, ale i różne są trzy pokolenia kobiet rodu Kamphausen. Jego córka była najbardziej bystra - gotowa docenić (oraz w ogóle zauważyć) przemianę mężczyzn. Żona chemika była wściekła, ale zdawała się być osobą, która gdy zrozumiała, że traci władzę, próbuje ukierunkować złość na postronne osoby, czyli córkę i teściową. Nie był zaskoczony, właściwie wiedział to już podświadomie dawno temu. Seniorka rodu zaś dala wyraz swej demonicznej naturze, choć wydawała się w końcu dostrzec obecność „Ojca”, najbardziej posępnego aspektu w ciele chemika. Był w końcu także jej uosobieniem nazisty idealnego (podobnie było z prawie idealnym Anshelmem), więc i wzbudzał ogrom emocji, z wzajemnością zresztą, bo demon z czarnego nurt zdawał się być zaintrygowany swoją wybranką. Po szybkiej refleksji Otto zdefiniował to nietuzinkowe zaintrygowanie jako wypadkową zaskoczenia, pogardy, zniesmaczenia, przesiąkniętej cynizmem ciekawości i niezdrowego, ociekającego sadyzmem zauroczenia o zboczonym zabarwieniu. I wszystko to spływało na niego, Otto, syna Gertrudy.

Tymczasem Anshelm przelał całą swoją egzystencję w lewe oko i obserwował z zachwytem Laurę Kamphausen. Była wymarzoną córką, młodą kobietą, która łączyła w sobie cechy jego jedynej żony i Amelii, choć fizycznie zdawała się być od nich raczej odległa. Momentalnie... zakochał się w niej.

Walter

Słusznie wydedukował, że znajduje się w Berlinie Zachodnim, zwracając uwagę na meble, jak i nawet na takie subtelności jak akcent. Mądrze postanowił, że najlepszym rozwiązaniem byłoby przeczekać igraszki pary, problemem jednak okazało się być głośne kichnięcie, od którego zatrzęsły się meble. Czuł się, jakby miało go rozerwać. Pojawił się nawet cień ulgi, wydawało mu się, że w chwili fizjologicznej czynności przez ułamek sekundy żył i poczuł coś.

Nie pozostało nic innego jak wysunąć się z łóżka i przyjrzeć oniemiałej parze, która w przerażeniu połączyła się w uścisku, by dopiero po chwili refleksji przestraszonego młodego mężczyzny zdano sobie sprawę z powagi sytuacji. Jak można było się domyślić, Walter został uznany za kochanka, którego kobieta skryła przed przyjęciem swojego wybranka serca. O czymś podobnym nie było oczywiście mowy, aczkolwiek Hades musiał starannie wybrać postronne ofiary swoich gierek i padło na białogłowe, która raczej nie wyglądała na dość bystrą, by móc zaprzeczyć tezie jej seksualnego partnera.

Walter spoglądał na parę, a para na Waltera. Emeryt nie wydawał się być kimś, z kim można było zadrzeć w bójce, ani nawet za pomocą rozmowy. Kopulujący mężczyzna, osobnik raczej bez charakteru i cywilnej odwagi, wyżył się najpierw na „zdradzieckiej zdzirze. Potem skorzystał z pomocy organów ścigania, kierując się powoli do telefonu jak wystraszone, wycofujące zwierze i próbując wezwać policję, by zajęła się najściem w hotelowym pokoju. W opcję wtargnięcia oczywiście nie wierzył, ale wystraszony i zasmucony próbował przekuć taką wersję wydarzeń w prawdę swoimi czynami, by umocnić się w przekonaniu, że zaproszony na stosunek został przyjęty zaraz po innym mężczyźnie. „Po diabła znowu przyszedłem przed czasem” rzucił raz nawet. Opcji magicznej materializacji z zaświatów oczywiście nie brał pod uwagę.
- Jak ma pan w ogóle na imię i nazwisko? - spytał, czekając na podniesienie słuchawki po drugiej stronie łącza.

Niewątpliwie nie był wiele bystrzejszy od łóżkowej wybranki.

...

Recenzja #3


Nazwa Zespołu: Blaubeeren
Nazwa Albumu: Just... Blaubeeren
Gatunki: Pop
Rok Wydania: 1976
Długość: 28 minut
Ocena RateYourMusic: 2,68 przy 124 ocenach (rok 2019)

(...) Zwieńczenie trylogii Blaubeeren pozostawia u słuchacza spory niedosyt, choć jest to najkrótsza ze wszystkich płyt Ebbelinga, jakby w złośliwej opozycji i przytyku do dłuższych form Hansa, które obnażali bezdusznie krytykujący poprzednie wydanie supergrupy. Z rocka zostały już tylko instrumenty, choć i on ustępują jarmarcznym keybordom i syntezatorom, a przynajmniej muszą ustąpić im (nie)zasłużonego miejsca. Przy całym szacunku do artystycznej, momentami zbyt płodnej twórczości Ebbelinga jestem zaniepokojony tym, jak bardzo niezażenowany jest bezpieczeństwem kierunku jaki obrał. Jeżeli zarzucałem „Hande” niespójność – przepraszam. Młody Hans Bulma dodawał muzyce Blaubeeren ciepła, energii i sentymentalności. Mam nadzieję, że na zbliżającym się niedługo solowym albumie da wyraz swojej pozycji na rodzimym rynku, dzięki czemu jako równy z równym usiądzie do stołu ze swoim idolem, porozmawiają i wrócą do współpracy. Oni siebie potrzebują.

Krytyk Muzyczny August Juwel, Berliner Zeitung “Kolumna Muzyczna”, 1976, ocena: 2/5

(...) „Just... Blaubeeren” prymitywnie stara się przypodobać słuchaczowi, mizdrzy się do niego bez wstydu jak obnażona ladacznica, która do zaprezentowania jedynie silikonowe atrybuty odmierzone ręką zachłannego producenta gotowego by strzyc durnych bawarczyków. Ekspansja na cały zachodni rynek na szczęście się nie udała - nawet plagiatująca okładka, angielskie teksty i tytuł krążka nie pomogły. Całe szczęście, bo najedlibyśmy się wstydu nie większego niż w 1945. (...)

(...)Ma jednak niewątpliwe pozytywy. Po pierwsze, jest krótka. Po drugie – słyszałem gorsze.(...)

Krytyk Muzyczny Rupert Adler, Bilt “Retrospektywa”, 1996, ocena: 2.5/10

Recenzja #4


Nazwa Zespołu: Hans Bulma und Rot-Golden
Nazwa Albumu: Gefuhl
Gatunki: Piano Rock, Rock'n'Roll, Folk
Rok Wydania: 1978
Długość: 37 minut
Ocena RateYourMusic: 3,53 przy 645 ocenach (rok 2019)

Wydanie długo zapowiadanej, właściwie już zapomnianej przez wszystkich płyty przeciągnęło się do prawie trzech lat. Dla młodego, debiutującego połowicznie już muzyka takie opóźnienie jest czymś zabójczym, zdolnym stłumić w zarodku całą karierę, choćby najwybitniejszego instrumentalisty i wokalisty.

Po jednocześnie zawodowym i personalnym konflikcie Bulmy i Ebelinga wytwórnia [i]Hansa zadeklarowała się zorganizować swojemu nowemu nabytkowi odpowiednie zaplecze do autorskiej, kompozytorskiej działalności włącznie z zawodowymi, sesyjnymi muzykami i profesjonalnym studio nagraniowym. Możemy tylko domyślać się co poszło nie tak, że Bulma pozostał bez wydawcy i zmuszony był szukać kogoś, kto wyda jego opracowywany od dawna, pełnoprawny debiut. Dopiero trzecia wytwórnia, młoda wytwórnia ostatecznie zgodziła się przyjąć pod swoje skrzydło młodego Bulmę, za cenę jednak połączenia z Rot-Golden, niezbyt wyrazistym dotąd zespołem, który przygrywał większym od siebie, choć na pewno nie pozbawionym talentu. Ot, rzemieślnicy z zacięciem do podgrywania, tym którzy potrzebują zawodowców z krwi i kości.

Na pewno płyta ta nie jest kolejnym rozdarciem między młodym Bulmą i inną formacją, nie ma też sprzeczności obranych stylów, jest momentami aż za spójnie na gruncie stylistyki. Hans rozpoczyna karierę od lekko podstarzałego, odtwórczego, jednak przyjemnego w odbiorze rock'n'rolla, przeplatanego z sentymentalnym folkiem i piano rockiem. Staromodne wydają się być również jego teksty, naiwne i proste, zdolne jednak ukryć w sobie dwuznaczności i ujmującą szczerość pragnącego miłości i uznania młodego mężczyzny.[/i]

Krytyk Muzyczny August Juwel, Berliner Zeitung “Kolumna Muzyczna”, 1978, ocena: 3.5/5

(...) i zgodził się ostatecznie na kompromis, gdy nikt nie chciał finansować jego pomysłów. Tylko ta zapomniana przez Boga i ludzi wytwórnia zdecydowała się zaryzykować, by wskrzesić z popiołów młody talent, który przez dwa lata muzyczną działalność ograniczył do objazdu po przydrożnych lokali dla spragnionych posiłku i noclegu kierowców ciężarówek oraz wszelkiego rodzaju męt z wiejsko-miejskich gmin. Wepchnęła mu przy okazji formację sesyjnych muzyków, doprowadzając Hansa do furii, gdyż ten nigdy nie zamierzał słuchać rad skromniejszych, nie tak pewnych swego jak on i bardziej doświadczonych kolegów, a poza tym mierzył w stuprocentowo autorskie dzieło. Muszę przyznać, że posunięcie to nie było wcale skrajnie złe, siła Hansa zawsze tkwiła w charyzmie, melodyjności, improwizacji, kontakcie z publicznością i szczerości przekazu, nigdy jednak nie był dobrym, albo choćby przeciętnym aranżerem. Potrzebował ich wsparcia i sugestii. Tego jednak nie potrafił nigdy przyznać przed sobą.

Ostatecznie jednak „Gefuhl” to bardzo przyjemny krążek, bezpieczna podróż po bezdrożach Niemiec, pełna uroku i młodzieńczej ikry, nawet jeśli momentami odtwórcza.(...)

Ruttenhoff

Stosunek do Aloisa wkraczającego w nowe życie Alexandra oparty był o obustronne uznanie, wielkie nadzieje odzianego w płaszcz mężczyzny, ale proporcjonalną do nich ostrożność, z lekkim niesmakiem brakiem kultury przedsiębiorcy. Od emocji, słów i umów ważniejsze były jednak czyny, a Ruttenhoff jasno dał wyraz, że akceptuje przedstawione warunki. Nie stawiał oporu względem wszechstronnego treningu i badaniom jego stanu zdrowia, zgłębianiom grafomaństwa i radiowej chałtury, narkotyków, a nawet – choć z oporem – wyjawieniu swoich sekretów.
W momencie, gdy karta znalazła się w zasięgu ręki Alexandra, zapomniał on o niedogodnościach i znalazł się na podwórzu rezydencji, sam zresztą nie pamiętając w jaki sposób, tak bardzo skupił się na szczęśliwych dwudziestuczterech godzinach.

Rozpoczął od niezbędnych zakupów, zaczynając od płaszczy. Wiedział gdzie szukać, więc nie musiał błądzić zamówioną taksówką po Berlinie. Od razu dokonał zakupu, kierując się ku miejscu, gdzie mógłby zakupić gogle z noktowizją, które planował przyczepić do metalowej maski, którą planował kupić w następnej kolejności. Wiedział gdzie może dokonać transakcji, więc natychmiast udał się do dzielnicy, którą pomieszkiwały męty z przestępczego półświatka. Pokręcił się w tym rejonie odrobinę dłużej, by dokonać wyboru odpowiedniej broni, dokonując jednocześnie zamówienia na grawerunek. Nawet nie był zdziwiony jak szybko otworzył sobie odpowiednie drzwi, wymachując wypłaconą gotówką – znał kryminalną stronę stolicy i zdawał sobie sprawę, że z odpowiednimi kontaktami i grubym portfelem mógł sobie kupić rzeczy (nawet osoby!), które zaspokoiłyby pragnienia najbardziej zdegenerowanego umysłu.

O dziwo z pianinem poszło równie łatwo, taksówkarz za odpowiednim napiwkiem rozwiązał swoje zamknięte od zaintrygowania klientem usta i wskazał mu miejsce, gdzie można było dokonać właściwej transakcji. Sprzedającym okazał się być osobnik, który pomieszkiwał – o ironio – niedaleko Aloisa. Z pośpiechu Ruttenhoff pominął ogrom jego prywatnej, niekiedy dosyć nielegalnej kolekcji instrumentów, czas naglił. Alexandrowie jednogłośnie uznali, że Bechstein z 1859 roku (tylko 176 sztuk, pierwsza seria!) nie tylko jest świetnie zachowany, to jeszcze odpowiada im jego brzmienie, wyśmienicie się prezentuje i ma niezaprzeczalny wymiar kolekcjonerski. Kilka minut po finalizacji transakcji, a Alexander już załatwiony (i opłacony) miał transport instrumentu do skrzydła budowanego u Ferenza. Odwiedził go zresztą po drodze, informując o tym, żeby przyjął nieoczekiwaną dostawę. Jeżeli żyd miał jakiekolwiek obiekcje, nie dawał po sobie znać. Zdawał się być nawet zaskoczony i bardzo zadowolony z wyboru Alexandra, ciesząc się razem z nim dokonanego zakupu.

Limit Czasowy – Hedonizm

18:16

Xelacient

Xelacient

7. kwietnia
Post ID: 85616

Ottshelm z początku zamierzał wszystko wyjaśniać, opowiedzieć jakąś zmyśloną historię opartą na półprawdach, o wypadku, o tajnych eksperymentach NATO, o przeszczepianiu organów i ruskich agentach.

Jednak zaniechał tego z trzech powodów, po pierwsze Hannah i Gertruda zbyt dobrze go znały i bez problemu wiedziały kiedy, "omijał prawdę". Po drugie całe życie tłumaczył się ze wszystkiego przed żoną i matką i miał juz tego dość. Po trzecie i najważniejsze, skoro Tahir wziął całą "winę" na siebie to jego obowiązkiem, było "wsparcie" syna.

Do tego na swój sposób delektował się faktem, że domowe awantury przestały być dla niego ciężarem, mogły sobie być, ale on już był ponad nie. Choćby to "zagranie" jego matki, prosty moralny szantaż w którym, Otto przecież jako dobry syn i ojciec nie może pozwolić, by jego matka i syn zamieszkali pod nosem. Bardzo prosty i bardzo skuteczny chwyt.

Jednak po tych wszystkich ciężkich moralnie decyzjach w Purgatorium (jak choćby rozdeptanie ryjonurków w celu szybszego dotarcia na szczyt) uodporniły go na takie rzeczy i pozwoliły na nie spojrzeć z góry. Dlatego postanowił zwyczajnie zignorować matkę, po to by pokazać, że takie rzeczy już na niego nie działają, ale także bo to, by w chorej ciekawości zobaczyć jak daleko Gertruda posunie się w swoim przedstawieniu.

Jednak w końcu trzeba było przejść do działania, rodzina była priorytetem, jednak prawda była taka, że teraz Tahir był jej najważniejszym członkiem.

- Muszę się zgodzić z moją córką Tahir, przestań za wszystko przepraszać, przez ostatnie kilka dni zrobiłeś dla mnie więcej niż moje rodzone dzieci przez całe swoje życie i dlatego bardziej zasługujesz na moje dziedzictwo bardziej niż one razem wzięte! - dodał klepiąc go po ojcowsku, po czym spojrzał na swoją żonę.

- Od dzisiaj Tahir mieszka z nami - dodał stanowczo - możesz się odnosić do niego jak chcesz, ale to jego uczynię swoim spadkobiercą, jeśli to Ci się nie podoba to możesz wystąpić o sądowy podział naszego majątku, tylko pamiętaj, że ponieważ nasze dzieci są samodzielne, a ty pracowałaś tylko w domu to zbyt wiele nie dostaniesz! - dodał z wrednym siebie uśmiechem, a jakby tego było mało to jeszcze podszedł do Hannah, zabrał jej papierosa i sam się nim zaciągnął - poza tym pokój po Alfredzie od dawna stoi nieużywany, jeśli Tahir w nim zamieszka to nawet tego nie odczujemy - dodał Otto bardziej zgodnym tonem. Kamphausen w tej chwili był nad wyraz spokojny, miał poczucie, że bez względu jak sie wszystko potoczy to on razem z Tahirem dadzą sobie radę.

Tabris

Tabris

7. kwietnia
Post ID: 85618

- Mówili mi, ale nie wierzyłem. Jak córka i bratanica milicjanta, może oddawać się takim typkom? Aż musiałem sprawdzić. Zastanów się nad sobą, moja droga
~~~
Zdemaskowany, lekko upokorzony tym Walter nie miał zbyt wiele czasu na myślenie. Nerwowo patrzył na chłopaka i jego kochankę. Widział już że jest na Zachodzie i to w hotelu. Poznał to po umeblowaniu i braku domowych szpargałów. Nie bardzo wiedział co ma zrobić, ale nieco "pomogło" mu zachowanie młodego człowieka. W czasie gdy ten podchodził do telefonu coś wymyślił. Zaiskrzyło. Połączył w jedno widok ubrań uprawiającej przed chwilą seks pary, miejsce i parę doniesień prasowych. Wcześniej wymyślał powody dla których mógłby opuścić miejsce lądowania... Zdenerwował go też ten młodzian, który najpierw patrzył się na niego tchórzliwie, a potem podszedł do telefonu, nagi jak święty turecki. Głupi młody chujek.
~
Dość spontanicznie zaczął udawać wuja, który kontroluje swą siostrzenicę. To mogło tłumaczyć jego ukrycie się pod łóżkiem i śledzenie. Jeśli dobrze zrozumiał pochodzący z zachodniej części Berlina wyrwał starszą kobietę z wschodniej części. Teraz niech skonfrontuje z jej krewnym, byłym milicjantem - Walter był pewien, że to przestraszy dodatkowo tchórzliwego kochanka, a także sprawi, że odechce mu się dzwonić na policję. Kobietę jak zamurowało, tak wciąż była jakby sparaliżowana. Nawet jeśli wydusi z siebie zaprzeczenie, nikt się nim nie przejmie.
~
Po wygłoszeniu filipiki Walter opuści ten pokój, skoro to hotel klucze znajdują się w drzwiach, ewentualnie są gdzieś obok. A potem zorientuje się jaka to dzielnica i tak, czy inaczej wróci do domu.
~~~
- Jak możesz to robić?! Jak możesz kalać siebie i swoją rodzinę?! Kurwić się z tym burżujem! Za banany!

Crystal Dragon

Crystal Dragon

12. kwietnia
Post ID: 85626

Pakt został podpisany. 24 godziny. Nie należało ich marnować.
Zabrałem się za pierwszą rzecz z listy, czyli zakup płaszcza. Przy moim obecnym 24-godzinnym budżecie jestem w stanie kupić sobie najdroższy dostępny płaszcz niczym butelkę taniego piwa w lokalnym sklepie spożywczym. Niemniej nie cena się liczy, a kunszt. O dziwo znalazłem dość szybko to, czego pragnąłem i, choć nie w pełni taki jakiego sobie wyobraziłem. Długi płaszcz, barczysty, z naramiennikami, a przy tym lekki i wygodny. Całość skąpana w głębokiej czerni. Płaszcz przylegał przy tym do ciała, uwydatniając sylwetkę, a przy tym pławił noszącego go człowieka w ciemności. Jedyne co mi nie odpowiadał to szerokość rękawów, pomijając to, wciąż był to doskonały wybór. O cenę nawet nie pytałem, było to całkowicie bez znaczenia przy moim obecnym budżecie. Obowiązkowo dobrałem do płaszcza czarny kapelusz z szerokim rondem. W międzyczasie wybrałem też prostszy, surowszy płaszcz, z metalowymi klamrami. Jakoś przypadł mi do gustu, nie wiem.

O broń było teoretycznie trudniej się postarać, w praktyce wystarczyło odwiedzić Hansa „Schmeissera” Schrodera, znanego w półświatku przestępczym i mistrza rusznikarskiego fachu i dokładnie opisać pożądany produkt. Hans doskonale znał się na modyfikowaniu istniejących modeli. Choć rozmyślałem nad różnymi modelami, ostatecznie ponownie wybrałem Colty M1911, wzbogacone jednak o nieodłączne znacznie przedłużone lufy i dodatkowo dłuższe, choć nie nazbyt widocznie, magazynki plus kilka pudełek amunicji. Grawerunek, broń białą i płytki pancerza pod płaszcz należało jednak uzyskać już u innego osobnika, Guntera Kleina, wysokiego, masywnego olbrzyma, który specjalizować się w kolekcjonowaniu i odrestaurowywaniu ostrzy wszelakich tak, by można było jeszcze przy ich pomocy dokonać rozlewu krwi. Grawerunkiem też się zajmował. Nie miałem za bardzo pomysłu, co wygrawerować, dlatego poprosiłem go o dowolny wzór na jednej stronie, a na drugiej napis „Moria” Można było lepiej, ale czas gonił, poza tym grawerunek nie zabija, tylko ja. Pancerz zajął Gunterowi krótką chwilę, szkoda nawet o tym wspominać, miecz wybrałem prosty, jednoręczny, z gustowna rękojeścią, możliwy do ukrycia pod połami płaszcza. Do tego komplet noży w prezencie. Prawie jak w telezakupach.
Najbardziej problematyczna była maska, głównie ze względu na jej skomplikowanie i trudność wykonania. Parę wizyt załatwiło jednak sprawę, choć przypłaciłem to nieco stratą czasu. Zahaczając po drodze o kryjówkę, by zabrać z niej karabin Mauser w końcu dotarłem do punktu kulminacyjnego mojej wyprawy.

Pianino.

Sprzedawca mieszkał niedaleko mojego pracodawcy. Widok pliku banknotów sprawił, że właściciel bardzo szybko przekonał się do zaprezentowania mi swojej kolekcji. Czułem się jak w niebie. Tyle wspaniałych, mało znanych i dźwięcznych modeli i pośród nich trafiłem na anielicę – Bechstein, 1859, pierwsza seria. Zagrałem próbnie fragment „Bouree” Bacha.

W UMYŚLE ALEXANDRA

„Dobra” Osobowość patrzyła ze skonfudowaniem na tą złą. Zachowywała się wręcz wbrew swej naturze, rozpływając się nad czystością dźwięków pianina i pięknie muzyki Bacha. Wyglądała, jakby całe zło ją opuściło i przez chwilę nawet niemożliwe było odróżnienie obu osobowości. Może „dobrej” się zdawało, ale z oka złej ściekła chyba łza.

Niedługo jednak trwał ten stan, kiedy zła zerwała się na równe nogi, krzycząc – nie wiem jakie jest twoje zdanie, ale chuj mnie ono obchodzi. Chcę to pianino w rezydencji! Żadnego innego! – Ostatnie zdanie zabrzmiało trochę jak krzyk marudnego dziecka, żądającego od matki zakupu lizaka.
„Dobra” patrzyła jeszcze przez chwilę na złą. Przez myśl jej nie przeszło, by jakoś się sprzeciwić. Ją również zachwyciła melodyjność instrumentu.

DOSTAWA

Powiadomiłem Aloisa o nowym nabytku. Początkowo chyba się zdziwił, potem jednak wyglądało na to, że mój zakup go zadowalał. Cieszyło mnie to, mimo że nie miałem pełnego zaufania do tego człowieka. Spojrzałem na zegarek. Zostało mi jeszcze od 5 do 6 godzin, podczas których mogłem nabyć coś jeszcze. Pytanie tylko co?

W UMYŚLE ALEXANDRA

- Szczerze to wydaje mi się, że przy naszym obecnym budżecie trzy giwery, miecz i komplet noży to całkiem mało. Moglibyśmy kupić trochę fikuśnego sprzętu. – Zła krążyła wokoło, zerkając od czasu od czasu przez Alexandrowy wzrok. – W końcu mamy te pieniądze tylko jeszcze przez kilak godzin i szkoda by było je zmarnować.
Dobra miała jednak pewne podejrzenia co do szczodrości Aloisa Ferenza. Co prawda zła miała poniekąd rację, jednak z drugiej strony obawiała się, że kontynuowanie wydawania gotówki źle się skończy. Zdecydowała się pójść na kompromis.
- Najlepiej będzie, jeśli zobaczymy, jaki sprzęt jest jeszcze dostępny. Zdawało mi się, że maska to już szczyt możliwości. Nie mam bardzo zaufania do ludzi pozwalających mi ot tak kupić co tylko mogę na ich koszt. Generalnie nie wymyślajmy już nic nadto.
- A butelka luksusowego wina?
Dobra spojrzała na złą zza ramienia , ze zmrużonymi oczami.
- Wytrawne?
- Wytrawne.