Gorące Dysputy

Świątynia Mahadevy - muzyka - "Czego aktualnie słuchacie?"

Aktualnie w Osadzie: Ognisko jest zgaszone.
Osada 'Pazur Behemota' > Gorące Dysputy > Świątynia Mahadevy - muzyka > Czego aktualnie słuchacie?
Wędrowiec: zaloguj, wyszukiwarka
Silveres

Silveres

27.12.2014
Post ID: 78813

Temat inspirowany tym z przesławnego stolika literackiego (jak mogę to zareklamuję, a co!).

Pewnie większość Jaskiniowców ma podobne stany upojenia muzycznego, co i ja. Czasem znajdujemy zupełnie nowy, nieznany nam do tej pory kawałek, którego możemy słuchać i tysiąc razy z rzędu - pominę już fakt, że potem zwykle na samo jego brzmienie chce nam się wymiotować.
Przechodząc do sedna sprawy, jakim zespołem albo piosenką zachwycacie się w tej chwili? :)

Może, z racji otwarcia tematu, i ja zacznę. Choć o Toolu słyszałem już od dawna, to jakoś nigdy wcześniej nie zainteresowałem się nim na poważnie. Po jakimś czasie grzebania w internecie zakupiłem płytkę (Lateralus - polecam, bardzo klimatyczna) i... na tym się skończyło. Kilka dni temu znalazłem singiel Right in Two i faza na Toola wróciła. Świetny zespół, świetna muzyka i równie świetne teledyski.

Proszę jednocześnie o nie spamowanie samymi nazwami piosenek/linkami. Jeśli ktoś chce brać udział w dyskusji niech napisze 2-3 zdania na temat utworu/zespołu/tekstu/teledysku/etc.

Dagon

Dagon

27.12.2014
Post ID: 78815

Hmm... z pojedyńczych utworów, ostatnio bardzo zaintrygowała mnie piosenka z napisów końcowych filmu "Oblivion"("Niepamięć" po polsku bodajże?), który to ostatnio miałem okazję obejrzeć.
M83 - Oblivion.
I generalnie stwierdzam, że piosenka jest lepsza niż film. "Jest w niej jakaś tak nostalgia", jakby to powiedział pewien pingwin. Na pewno lepiej by się wkomponowała w bardziej ambitny obraz poruszający tę samą tematykę, ale od biedy może być :P

Tarnoob

Tarnoob

28.12.2014
Post ID: 78821

W tym momencie mam słuchawki na uszach i słucham „Keeper of the 7 keys, Part I„ zespołu Helloween z 1987 r. To był jeden z pierwszych zespołów power metalowych na świecie, a to jeden z pierwszych power metalowych albumów. Zawiera nieśmiertelny utwór „Future World”, wymieniany wśród najlepszych w tym gatunku. Jest także „I’m alive”, które było wznawiane później przez gitarzystę i wokalistę zespołu Rhapsody – to Luca Turilli, od którego zaczęła się moja przygoda z power metalem dzięki linkowi od Xela. ;-)

Sama zawartość – jak to power metal – gitary elektryczne i basowe, rytm na zestawie perkusyjnym (choć nie podam dokładnie taktu), tenorowy i dość krzykliwy wokal Kaia Hansena, wreszcie wolniejsze i nieco melancholijne fragmenty na złapanie oddechu przed tryumfalnym, wielkim finałem utworu.

Hubertus

Hubertus

29.12.2014
Post ID: 78823

Ooo, temat podobny do sławnego kiedyś Co na CD... :D

Mi dziś towarzyszą Winter Carols zespołu Blackmore's Night, jest to brytyjska kapela grająca renesansowy folk rock. Brzmią bardzo klimatycznie, ale nie typowo jak z wiejskiej bałałajki, utwory są z rockowym, a nawet, miejscami metalowym, pazurem. Nazwa pochodzi od nazwisk pary małżeńskiej tworzącej trzon kapeli.
Kiedyś zespół ten polecał w JB sam Hetman jOjO, dziś polecam go ja, nie tylko na święta. Bardzo udanym albumem pozabożonarodzeniowym jest Village Lanterne, z tytułowym niezwykle pięknym utworem, posłuchajcie, bo warto.

Viking

Viking

15.02.2015
Post ID: 79432

Witam wszystkich! Od 30 stycznia niemal nieustannie towarzyszy mi album niemieckiego zespołu powermetalowego Blind Guardian - Beyond the Red Mirror, a moim ulubionym utworem z tej płyty jest The Throne - ponad siedmiominutowy kolos przepełniony niesamowitymi partiami orkiestry oraz chwytającymi za serce wokalizami (ach, te chóry!). Szczerze polecam, zarówno ten kawałek, jak i cały album.

Fimrys

Fimrys

21.02.2015
Post ID: 79480

Od dłuższego czasu przeszukuję internet w poszukiwaniu chwytliwych kawałków klasycznych oraz operowych. Dziś znalazłem prawdziwe arcydzieło, które od razu przypadło mi do gustu i wpadło w ucho. Mowa o operze Aleksandra Borodina "Kniaź Igor". Już od rana oblega moje głośniki. Polecam to dzieło nie tylko fanów tego gatunku, ale wszystkim spragnionym nuty "epickości".
Oto link, dzięki któremu można usłyszeć ów kawałek na portalu YouTube:
https://www.youtube.com/watch?v=Sw1weml0-r0

Dagon

Dagon

30.09.2015
Post ID: 81026

Jako, że w pracy przez ostatnie tygodnie słuchaliśmy Trójki, miałem okazję podłapać kilka kawałków, których absolutnie się tam nie spodziewałem. Nie ma co, w dobie komercjalizacji zapomniałem już co to radio, w którym nie puszczają 4x dziennie jednej piosenki, bo akurat jest na to szał. Radio, w którym prowadzona jest, rzeczowa audycja z normalnym natężeniem głosu prowadzącego. Jestem bardzo pozytywnie nastawiony i polecam, każdemu kto w pracy ma możliwość posłuchania radia. Prawdziwy oldschool w pełnym tego słowa znaczeniu :)
I jako, że wzięło mnie na nostalgię:
https://www.youtube.com/watch?v=gOM-PfzbFko

Thanathos

Thanathos

10.10.2015
Post ID: 81080

Ostatnio natrafiłem na rodzimy zespół Agressiva 69.
Zastanawiam się, jakim cudem wcześniej go nie poznałem. Industrial, który nie męczy a nawet daje się nucić ostatnio mnie się nie trafiał ;)
"Nie widać końca" - trafił od razu na moją składankę.

Architectus

Architectus

1.06.2016
Post ID: 82046

Szukałem odpowiedniego stolika do zagadnienia jakim chciałem się podzielić i ten uznałem za odpowiedni. Poszukuję dwóch utworów na jakie natrafiłem na youtubie trzy lata temu, jednak utraciłem je poprzez egzystencjalne zawirowania w postaci usunięcia na tej stronie konta wraz z playlistami. Większość wartościowych utworów odzyskałem, jednak tych dzieł, pomimo usilnych prób, nie odnalazłem. Pozostały mi jedynie tropy, w oparciu o które nie mogę ich odnaleźć.

Pierwszy jest polskiego rapera, który w dniu nagrywania kawałka miał młodzieńczy głos. W tle była kolorowa grafika, być może okładki albumu lub EP-ki, niezmieniająca się przez cały czas trwania utworu. Natrafiłem na niego dzięki opcji wyboru odtwarzania podobnych utworów, tuż po "Bądź sobą" Grupy Operacyjnej, "Siła w jedności" Krochola oraz AMV-ek przedniego anime grozy "Hellsing" w wersji studia GONZO. Z tego co pamiętam, treść tekstu dotyczyła kierowania się trendami mody, pozostawania sobą, i chyba zakładania masek.

Drugi jest utworem anglojęzycznym zagranicznych wykonawców, gdzie śpiewa mężczyzna oraz kobieta. Tekst jest bardzo zbliżony do tego, zawartego w piosence "If I Were A Boy" Beyonce, i dotyczy tych samych komplikacji w komunikacji międzyludzkiej. Wydaje mi się, że jego tytuł zawiera w sobie podział czegoś dwubiegunowego i śnienie o występowaniu w przeciwnej roli, która i tak nie nastąpi, gdyż bodajże ogień nie stanie się wodą. Zdaję sobie sprawę z tego, że moje opisy są niedokładne, jednak uważam, że ktoś z Was mógł przejawiać podobne zainteresowanie tematami poruszanymi w tych utworach, dlatego proszę Was o pomoc.

Aby nie pozostawić poczucia pustki w swoim poście podzielę się z Wami zespołem jaki aktualnie słucham, a także przychylę historię jego poznania. Mianowicie, dzisiaj w nocy Hobbit obdarował mnie muzycznym odkryciem (raz jeszcze serdecznie Ci za nie dziękuję!), jakim jest zespół Agalloch, grający muzykę nazywaną mianem połączenia folku, dark i doom metalu, który po dwudziestu latach grania zakończył działalność dwa tygodnie temu. Przez ten czas artyści nagrali wiele przemawiających do mego serca kawałków. Słuchając ich utworów czuję dom, w znaczeniu angielskiego słowa "home", a także że nie jestem odosobniony w odczuwaniu bólu. Przykładem ich twórczości jest piosenka "Not Unlike The Waves", której tekstu interpretację pozostawię Wam.

Edit:
Znalazłem jeden z utworów, to "If You Were a Woman" Bonnie Tyler.

Wiwernus

Wiwernus

1.02.2018
Post ID: 83995

Sekcja muzyczna w Osadzie nie jest martwa, ale zauważalnie sztywna. Postanowiłem ją rozruszać cyklicznymi, co miesięcznymi rekomendacjami albumowymi. Ten miesiąc to 77 nowych odsłuchanych albumów, które przywróciły mi wiarę, że wciąż wiele jest do odkrycia. Odkryłem New Age, świetne zastępstwo dla skostniałego ambientu; wróciłem do city popu; znalazłem albumy, które pewne gatunki zdefiniowały mi na nowo.
Co do ciekawszych, wartych uwzględnienia przemyśleń:
-> Toby Fox i James Roach wydali nowy ościk w zeszłym roku, który przeoczyłem. Całkiem niezły, ale nie wiem czy godny polecenia i na tle Undertale jednak nieistniejący. Po cichu liczyłem, że kolejne jego dzieło będzie równie dobre co magnum opus.
-> Marty Friedman zaczynał karierę w Hawaii, zespole, który swoją niższowością jest w sumie warty uwagi dla fanów tego instrumentalisty.
-> Odsłuchałem całe G3 z Satrianim, Malmsteenem i Vaiem, Całe od dechy do dechy po raz pierwszy, bo znałem je od lat. Zabrzmi to złowrogo, ale Yngwie, choć shreder bez litości, kompozycjami i serduchem zjada Vaia, który jednak przesadza w swoich artyzmach. Satriani, technicznie i obiektywnie, najlepszy. Cała trójka – z osobna i razem – tworzą różnorodną, instrumentalną ucztę. Znam to jednak od tak dawna i nie odkryłem w całości nic nowego – w przeciwieństwie do Bensona, o którym na samym końcu – że nie uwzględniam na liście.

Lista

Tier III

The Paragons - On the Beach – Rocksteady – 1967
Brzmi to jak przeboje mojego dziadka z lat młodości, ale wykonywane przez murzynów, którzy zaciągają się tylko do połowy. Technicznie jednak całkiem dobra płyta, rozdarcie w pół kroku sprawia, że nie jest nudno.

Refused - The Shape of Punk to Come – Post-Hardcore? - 1998
Co tu dużo mówić, technicznie kawał dobrego punka.

Pilot - From the Album of the Same Name – Pop Rock – 1974
Dobry debiut, choć perła tego klasycznego, inspirującego wiele wybitnych kapeli zespołu znajduje się przy końcu listy.

Thomas Bergersen - Sun – Modern Classical – 2014
W kategorii „klasycznej”, „epickiej” muzyki E. S Posthummus mi raczej nic już nie zdetronizuje, ale Bergersen jest całkiem wzniosły (i to nie na siłę), łącząc klimat i energię w bardzo ładny sposób. Kilka utworów wyróżnia się na tyle, aby z chęcią do nich powrócić. Nie jest nudno, ale i nie przeszarżowano.

The Chick Corea Elektric Band - The Chick Corea Elektric Band – Jazz / Fusion – 1986
Dobry, klimatyczny i wyróżniający się album Chicka, który podąża ścieżką jaką najbardziej u tego wybitnego muzyka cenię. Sporo jego lepszych, potem często wykorzystywanych utworów. Całkiem gładko wchodząca w ucho płyta, szczególnie dla osób zapoznających się z Coreą.

Haruomi Hosono – Hosono Hosono – Folk Rock – 1973
Debiut Hosono jest krótki, minimalistyczny, ale bardzo przyjemny dla ucha. Brzmi jak egzotyczne, folk-country w wykonaniu japończyków. xD

Haruomi Hosono and The Yellow Magic Band – Paraiso – Psychedelic Pop / Exotica / City Pop – 1978
Album dziwny do granic możliwości, trudny w klasyfikacji, a także bardzo różnorodny. Zachłyśnięcie się hawajami, bluesy, nietuzinkowe dźwięki i instrumenty, sporo kiczu – to trzeba odsłuchać.

Dominique Guiot - L'univers de la mer – Progressive Electronic – 1983
Klimatycznie, z bogactwem brzmień, w unikalnym klimacie. Czuć w tym francuską rękę do elektroniki.

Tier II

10. David Naegele - Dawning of the New Age – New Age – 1983
Z pewnością najlepsza z powtarzalnych do bólu płyt tego artysty. Zaskakująco wiele się w niej dzieje, a klimat w niej ujęty jest bardzo przyjemny.

9. The Devin Townsend Band - Accelerated Evolution – Progressive Metal – 2003
Wyrywkowo nie ma szału, nie licząc ostatniego utworu, całość jednak to ogrom pozytywnych wrażeń i charakterystyczne, unikalne brzmienie. Bardzo mocne wokale i gitary, jednak wiedzące kiedy powiedzieć dość. To ambitny, ale nie ostentacyjny kawał dobrej muzyki.

8. Rabih Abou-Khalil - Bitter Harvest – Arabski Jazz – 1984
Debiut, ale za to o wiele lepszy od tych hermetycznych, nudnych i przeciągniętych, pseudoklimatycznych wyczynów z następnych płyt, które choć technicznie dobre, nie mają tej duszy co Bitter Harvest. Spore zaskoczenie.

7. Toshiki Kadomatsu – Gold Digger (With True Love) – City Pop / Synth Funk – 1985
Jak dla mnie to jeden z bardziej ekscentrycznych albumów tego twórcy, więcej tu chyba synth funku od city popu, ale jest dobry, nie mogę zaprzeczyć. Brzmi jak mokry sen retromaniaka szukającego materiałów do prac na future funkowymi remixami.

Tier I

6. Roy Wood – Starting Up – Pop Rock? - 1986
Wood to jeden z moich ulubionych artystów, jego najgorzej oceniany album czekał dosyć długo, ale warto było odkryć go tak późno, by w pełni docenić. Brzmi to jak David Bowie w jednym ze swoich parkietowych wcieleń i esencja kiczu lat '80, ale to dobry, chwytliwy krążek, który ma w sobie jednak sporo z typowych dla Roya dęciaków, prowadzonej sekcji rytmicznej i charakterystycznego wokalu. Poza tym - świetna gitara solowa. Najmniej wymagająca z jego płyt, ale wciąż warta polecenia, z pewnością nie najgorsza.

5. Sanodg & B.K.O – Tekken 3: Playstation Soundtrack – Big Beat – 1998
Ścieżka dźwiękowa składająca się prawie całkowicie z motywów postaci, swoją drogą o bardzo podobnych konstrukcjach, wykorzystująca najbardziej kiczowaty i durnowaty gatunek swego dziesięciolecia. Mimo tego to chyba magnum opus tych rejonów muzyki. Motywy Lawa, Jina, Hwoaranga, Kinga, Gona, Niny (bas!) czy Bryan (co tu się odwaliło!) dowodzą, że jednak można zachwycić i utworzyć niezwykle charakterystyczne utwory. Najlepsza ze ścieżek muzycznych do Tekkenów (zresztą mających świetne OSTy) i o dwa poziomy lepsza od wersji arcadowej tych samych autorów i do tej samej gry, która nie ma nawet cienia tego samego pazura co wariant na playstation.

4. Pilot – Morin Heights – Progressive Pop / Rock – 1976
35 minut wykorzystane wzorcowo. Genialne, dosyć krótkie, ale charakterystyczne utwory, tworzą bardzo dobrą mieszankę. Nie rozumiem czemu nie jest to powszechnie znana kopalnia hitów godnych Jacksona czy Queen. Canada, First After Me czy Too Many Hopes – zasługują na powszechne uznanie, szczególnie, że zespół ten stworzył podwalinę pod klasyczne już zespoły. Geniusz albumu to zasługa Patona, który odpowiada za najlepsze utwory.

3. Alice Coltrane – Turiya Sings – New Age – 1982
Pierwszy odsłuchany album żony Coltrana (!) i od razu trafiłem na najlepszy. Wyśmienity nastrój i klimat, ale – co jest domeną tego typu muzyki – nie zatracono się w nich. Utwory mają zauważalną kompozycje, przy całej oddzielności są jednak piekielnie spójne. Utwór otwierający album wgniata prostotą basu, a potem bogactwo brzmień i rozwiązań nie zanika. Polecam gorąco.

2. Satellite Young – Satellite Young – Synthwave (New Retro) / J-Pop – 2017
Mocarny debiut, który zdefiniował skostniałe, hermetyczne od powtarzalności brzmień i rozwiązań New Retro. Nie powinno być ono zapętloną do znudzenia ipsacją nad przeszłością, lecz elementem urozmaicającym większą, bardziej różnorodną strukturę. Tutaj mamy prosty wokale, chwytliwe melodyjki i napięciowe akordy, generalnie
„przeboje” w kiczowatym stylu, ale razem z New Retro tworzy to wpadającą w ucho całość, gdzie różnorodne wykorzystanie nostalgii robi świetne tło dla wokalu, na którym w całości się tutaj skupiono. Kupuję z dobrodziejstwem inwentarza i czekam na więcej. Game Changer w nurcie New Retro.

1. George Benson – Live at Montreux – Jazz / Pop-Jazz – 1986
Koncert ten znałem w całości od lat, nigdy jednak nie odsłuchałem go od początku do końca, tak jak Pan Jezus powiedział. Tak się powinno go słuchać, bo jest wyśmienity i tak różnorodny, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Ogrom najlepszych przebojów – w pewnych kręgach Benson to postać kultowa – czyni ten występ podkręconą, ubogaconą o świetny big band składanką hitów. Są te rozrywkowe i chwytliwe przeboje; numery bliższe klasycznym jazzowym standardom; elementy funkowe i latino; sporo ballad. Poza tym, George jest tutaj w szczytowej formie wokalnej, jak i instrumentalnej. Trudno ocenić czy lepiej ubogaca utwory, bawiąc się wokalem, czy jednak perfekcyjnie brzmiącą gitarą. Od początku do końca spocony, zawsze jednak w pełni sił i nie wyczerpujący formuły. Sekcja dęta, która prowadzi z nim ogrom wspaniałych „wymian”, również zachwyca. Mój faworyt to Love Ballad, podczas którego Benson odwala takie podwójne solo na wokalu i gitarze jednocześnie, co zresztą jego jego rozpoznawczym znakiem, że pęka mózg.

Architectus

Architectus

21. kwietnia
Post ID: 85637

Za radą Wiwernusa podzielę się z Wami albumami muzycznymi, które mają specjalne miejsce w moim sercu i najczęściej goszczą w mych domowych głośnikach. Podzielam wrażenia swego przedmówcy, ponieważ poznając nowe brzmienia także odczuwam jak twórczość ludzka jest niesamowita, wciąż dostarczając mi zadziwienia. Przy czym zauważenie jak sztuka przemijająca wolniej niż doznawane własne doświadczenia jest pocieszające i kojące.

The Jimi Hendrix Experience - The Best of - 1997
Patrząc przez pryzmat przesłuchanych innych kompilacji spod szyldu tej kapeli, omawiany album zawiera fajnie brzmiące wersje utworów stworzonych przez członków zespołu, a wskazanie tylko oficjalnie wydanych albumów zbyt ograniczyłoby ich dokonania. Co do samej muzyki, zachwycam się obfitością przekazu słownego w niej zawartego. W połączeniu blues/psychodelic/acid/hard rockiem lub electric church music, jak nazywali swój styl wskazani artyści, dostarcza powodu do podziwu. Co istotne, materiał był nagrywany od 1966 do 1970 r.

Agalloch - Pale Folklore - 1999; The Mantle - 2002
Tutaj wyróżniłem dwa albumy jednej kapeli grającej połączenie doom i folk metalu. Gdyby jakiś zespół miał zagrać to, co brzmi w mym wnętrzu, najbliżej byliby twórcy z tego zespołu. Artyści poprzez połączenie gry na instrumentach z dźwiękami natury wybitnie podkreślili znaczenie tych drugich, którymi wbrew pozorom są także te pierwsze. A dochodzą do tego szerokie barwy dźwięków wydawanych przez ludzki głos, rewelacyjnie wpasowujące się w całe zaprezentowane przez tych twórców brzmienie o naturalistycznym wydźwięku.

Lenny Kravitz - Lenny - 2001
Po poprzedzającym ten krążek podsumowującym dotychczasową twórczość, o tytule "Greatest Hits" z 2000 r. ten ścina z nóg. Dojrzale jest w nim blues, rock, soul, funk i folk. Warto podkreślić, że w japońskiej wersji pojawił się gościnny występ duetu Outkast przy genialnym remixie kawałka Again, który w oryginalnej wersji został wydany na wcześniej wspomnianej płycie. Istotnym bieżącym faktem jest szykujące mi się kolejne spełnienie marzenia, już za niecałe trzy tygodnie w Łodzi, kiedy na trzydziestolecie twórczości, która towarzyszy mi od dziecka, Pan Lenny Kravitz zawita do Polski.

Fort Minor - The Rising Tied - 2005
Interesujący projekt we współpracy różnych alternatywnych muzyków dał owoc w postaci tego nadzwyczajnie zagranego i zaśpiewanego albumu z dużą dawką globalnej przeszłości poprzeplatanej ówczesnymi indywidualnymi przeżyciami, które dziś są historycznymi perłami, pozwalającymi we wspomnieniach cofnąć się o kilkanaście lat. Choć w tym roku minie 14 lat od premiery tematy poruszane przez artystów w tym połączeniu hip hopu i rap rocka nadal są aktualne. Później, do tej pory został opublikowany między innymi utwór "Welcome" w 2015 r., pozostający w tym samym klimacie i także warty uwagi.

Flyleaf - Flyleaf - 2005
Brzmienie mocne głosowo Pani Lacey Sturm i instrumentalnie całego zespołu daje czadu w nurcie christian nu metalu. Nadzwyczajne w tym dziele jest to jak artyści wskazują jednej ze światopoglądowych opcji, zostawiając przestrzeń dla innych, mając na uwadze jak każda z nich może poprowadzić do tego samego światłego celu. Podobnie jak przy RED, debiutancki album nadal nie ma sobie równych względem późniejszych albumowych publikacji.

RED - End of Silence - 2006
Debiutancki album, grany w gatunku hard christian rock wciąż pozostaje daleko na przedzie wobec późniejszych płytowych wydań tego zespołu. Począwszy od nastrajającego intra, do końcowych uspokajających dźwięków ostatniego utworu wybitny krążek do wielokrotnego słuchania, spełniający zadanie gałęzi kultury jaką jest muzyka. Miałem okazję zobaczyć ich na żywo i spełnić swoje pierwsze koncertowe marzenie, kiedy przyjechali do Polski i zagrali 27 dnia Księżyca Behemotha XVIII ACC na Stadionie Wrocław, podczas festiwalu Capital of Rock.

Exist Trace - Recreation Eve - 2008
Nonszalancka groza kobiecego głosu, będąca pionierem w wyszczególnianiu tego rodzaju śpiewanego stylu, przyprawiająca o nastrój lokacji jaką chciałbym odwiedzać, a przy tym gothic i melodic death metal wraz z dającymi do myślenia, przejmującymi tekstami dają szerokie pole do rozważań. Kiedy odkryłem to brzmienie ponad osiem lat temu zakochałem się w nim i do dziś inspiruje mnie jedynym w swoim rodzaju klimatem, jak również pozwala umacniać pokorę dotyczącą ludzkiej kruchości i miałkości.

Alcest - Ecailles de Lune - 2010; Les Voyages de l'Ame - 2012; Kodama - 2016
Na wzór wcześniej wymienionej kapeli Agalloch, podkreślam więcej niż jeden krążek, jako że ta też stara się zachować styl nazywany blackgaze. Ach! Obszernie gustuję w takich brzmieniach. Przy tym nadmienię, że spełniłem swe drugie muzyczne marzenie w przypadku tego zespołu, gdy 14 dnia Księżyca Wiecznych Pożegnań XIX ACC, jako support dla Anathemy, członkowie grupy Alcest przyjechali do Poznania. Brzmieli tak samo jak na płytach! Aktualnie, w swojej starej poczciwej miniwieży mam załączone te płyty.

Royal Republic - Save the Nation - 2012
Rock and roll i hard rock rozbrzmiewa z tego krążka. Teksty zawierają stereotypową męskość, a równocześnie fantastyczną refleksyjność, która płynie w dźwiękach twórczości tej mającej dystans do siebie kapeli. Po ten album często sięgam by zatrzymywać się dla przypominania sobie świadomości własnego miejsca w czasoprzestrzeni oraz obranych celów. Wobec tego zespołu szykuje się następne marzenie do spełnienia 1 dnia Księżyca Głębokiego Śniegu, gdy zamierza przyjechać i dać koncert w Krakowie.

Bubeusz

Bubeusz

17. maja
Post ID: 85660

Za zachętą Architectusa podrzucę kilka swoich typów muzycznych, ale ponieważ od wielu lat słucham już raczej tylko casualowo, będzie to lista nie płyt, a wykonawców właśnie. Postaram się wyszperać ciekawostki, żeby nie zanudzać tym, co wszyscy znają.

Ismael Lo - Poznany w czasie wyprawy do Maroko, zachwyca głębią i siłą emocji. Jego muzyka jest właśnie taka, jaką cenię najbardziej w tzw. "world music": czuć w niej pierwotność i ludowość, ale bez wiochy i darcia papy. Profesjonalnie i z klasą.

Playing for Change - świetna inicjatywa, niezwykły klimat, duży powiew świeżości i kreatywności, a przy tym i wyczucia, bo połączyć tak wiele światów w pojedynczych utworach wcale nie jest łatwo. Słuchając, jak instrumenty z Japonii współgrają z tymi z Brazylii, a w tle ciśnie afrykański chórek, naprawdę ma się poczucie, że świat się jednoczy. I to jest piękne.

Calle 13 - nie wiem, jak opisać ten zespół. To byłoby coś w rodzaju hip-hopu, ale na tyle alternatywnego, że zdecydowanie wartego uznania nawet przez osoby z hip hopem nie mające nic wspólnego. Uwielbiam tego faceta właśnie za to, że nie daje się wsadzić w szufladę, a do tego buduje autentyczny, portorykański klimat - i ma poczucie humoru.

DelaDap - lubię zespoły ciężko klasyfikowalne. Ten można by uznać jako coś w stylu gypsy electro swingu. Połączenie dziwne, ale wszystkie te rzeczy mają jedną cechę wspólną: noga do nich sama chodzi. W kombinacji otrzymujemy zatem prawdziwą bombę taneczną.

Chambao - kobieta dojrzała o ciekawym głosie i repertuarze, wchodzi lekko w nutki new age, dla mnie zwłaszcza urzekające są kawałki inspirowane muzyką arabską. Wciąż nie znalazłem swojego ideału w tym rodzaju muzyki, ale ona gdzieś wokół niego krąży.

I póki co wystarczy, pięć to i tak dużo, jeśli chciałoby się każdemu poświęcić choć trochę uwagi.