Oberża pod Rozbrykanym Ogrem

Gry Wyobraźni - "Purgatorium [Gra]"

Aktualnie w Osadzie: Ognisko jest zgaszone.
Osada 'Pazur Behemota' > Gry Wyobraźni > Purgatorium [Gra]
Wędrowiec: zaloguj, wyszukiwarka
Tabris

Tabris

30.08.2017
Post ID: 83385

- Leo, jesteś jedynym dzieckiem jakie miałem. Dlatego posłuchaj dobrze. Sama mówiłaś, że żyłaś przez wiele lat pod kloszem. Marzyłaś o szerokim świecie i w końcu do niego uciekłaś. Ale nie tylko o nim marzyłaś. Gdy Ciebie słuchałem, wtedy w kawiarni, czułem, że marzyłaś także aby trafić tam gdzie matka, po drugiej stronie lustra. Szukanie mnie, a potem rodziny Wilka było wywołane chęcią znalezienia także klucza do Purgatorium, po to właśnie chciałaś się z nimi spotkać w dniu pełni Księżyca. I znalazłaś się! Dlatego gdy Kostek zaproponował użycie narkotyku na Tobie od razu się zgodziłem. Nie wiem jednak, czy zauważyłaś, ale Purgatorium nie jest Caelum. To miejsce nieprzyjazne, wrogie, w którym pobyt jest sam w sobie formą kary. Musisz w nim nieustannie walczyć. Z zadaniami, nadzorcami, innymi i sobą. Głównie sobą. Swoimi słabościami i bólem. Fizycznym także. Muszę pomóc Charonicie. Masz ze sobą broń białą i palną. Poza tym wyjącym szaleńcem nikt Ci nie zagrozi. Nikt zatem nie musi się Tobą opiekować. Wydaje mi się, że pomoc nadchodzi. Nie obrażaj się jak dziecko, bo to nie jest miejsce, gdzie kogoś to wzruszy, czy na coś wpłynie.
~~~
Walter zamarł, momentalnie po wykonaniu paru kroków w kierunku Kostka zatrzymał się. Na bezruch wpłynął mętlik w jego głowie. Błyskawicznie musiał zareagować, dodatkowo powinien odpalić Tryb Weterana. No i Lea. Naprawdę nie chciał jej zranić, wyszło fatalnie. Wynikałoby z tego, że w czasie wykonywania zamachu bronią Tryb nie został włączony, mimo dramatyzmu sytuacji. Taka labilność irytowała emeryta. Dodatkowo córka czyniła mało przychylne i, jak uważał Piontek, małostkowe uwagi. Miała prawo być sfrustrowana, zła, ale powinna brać to pod uwagę proponując takie rzeczy. Może to ta głupia, gadająca klamka? Albo powoli ogarniające uczucie frustracji. Zamiast skupić się na zadaniu chciał skląć Psa i jego głupawe pomysły.
~
„A może by tak sprzymierzyć się z Niemą i pomóc jej z Doktorem?” – przemknęło mu po głowie. Była to szybka myśl i po niewiele dłuższej chwili odrzucił ją. Nie wiedział o co chodziło Niemej, nie wiedział nawet, czy przyjęłaby pomóc. No i rozpoczęcie walk wewnętrznych w obrębie grupy debiutantów było co najmniej głupim pomysłem. Przy okazji jednak pomyślał o tym co mogło wywołać atak. Dlaczego Charonita? A może właśnie to było odpowiedzią? Sporo o niej wiedział, czyżby to dzięki niemu milcząca agresorka znalazła się w Purgatorium? Z drugiej strony ten szaleniec. Czy on był z nią sprzymierzony, czy znali się wcześniej? Do czego był jej potrzebny. Jak na osobę, która jedyne co potrafiła to jęczeć ‘Pies’ nie był użyteczny, jedynie Lama wydawała się gorszym kompanem do zadania.
~
Nie miał jednak czasu ciągnąć tych dywagacji, gdy jednak postanowił kontynuować bieg w kierunku Doktora nagle mętlik w głowie powrócił. Za sprawą połączenia z innymi ofiarami Charonity przez chwilę czuł się jakby będąc w dwóch miejscach naraz. Zapewne było to wywołane jego skomplikowaną, rozdwojoną tożsamością. Wołał o pomoc jakiegoś Araba (niedoszłego). To był chyba ten, który mu wtedy pomógł…
~
Dopiero po chwili się ocknął. Należało przemówić do Lei i pomóc Doktorowi. Milcząca mimo, że jej agresja nie była zapewne bezprzedmiotowa, musiała zostać odparta, choćby to oznaczało jej śmierć. Ze smutkiem i postanowieniem w sercu Walter zwrócił się do córki, by na chwilę przemówić jej do rozsądku, a później tak szybko jak się da wspomóc doktora. Przede wszystkim pistolet bólowy. Wydawał mu się bronią pewniejszą od szabli, na której bez trybu weterana kompletnie się nie znał. Oczywiście jako pracownik Ministerstwa Rolnictwa nie miał z bronią nic wspólnego, jednak był w wojsku zaraz po studiach, tam trochę strzelał. Ustawił siłę bólu na 1/3 skali - tam gdzie zieleń przechodziła w żółty kolor. Najpierw chciał odgonić Niemą od Doktora, potem we dwójkę z Charonitą powinni dać sobie radę - z jednym przeciwnikiem walczącym wręcz i drugim strzelającym byłoby jej trudno atakować. Do czasu nadejścia reszty współgraczy nie byłaby groźna. Trochę niepokoił się o Psa, który mógł nagle zaatakować, dlatego postanowił być czujny, do samego miejsca walki podchodzić ostrożnie. W sumie najlepiej byłoby oflankować Milczącą, dlatego też skierowałby się lekko w bok, tam gdzie nagrobki gwarantowałyby lepszą osłonę. Dzięki wcześniejszym strzałom poznał mniej więcej zasięg broni i szybkość strumienia bólu. Założył, że zagrożenie ze strony zombi na razie nie grozi - dopiero gdy wszystkie klucze znajdą się tam gdzie powinny główny cel misji zmaterializuje się. Na włączenie trybu weterana nie liczył - było to zawodne i niestabilne, poza tym chyba lepiej było nie liczyć, że się uruchomi - tak jak z walizkami, gdy samoczynnie wybrał prawidłowe cyfry, a próbując go aktywować zawiódł się srodze.
~~~
- Zabij w sobie dziewczynkę, niech narodzi się dorosły.

Garett

Garett

30.08.2017
Post ID: 83387

Pomimo tego, że wycinanie oka Kamphausera na żywca było dantejską sceną, Coldberg miast się wzdrygnąć, obserwował to z żywym zainteresowaniem. Pewnie gdyby się zastanowił, to mógłby się nawet przerazić swoją znieczulicą, ale teraz miał ważniejsze sprawy na głowie. Stwór uwięziony w kostce lodu zaczął się szamotać ze strachu spowodowanego oddzieleniem od nosiciela i skurczył się. Najwyraźniej pomimo karmienia się strachem i narastania dzięki niemu, ślimakoklucz tracił siły, kiedy sam go odczuwał.

Ni stąd, ni zowąd wrócił do nich Tłumacz, który w czasie operacji siedział w znalezionym sekretnym pokoju. Co ciekawe miał przy sobie klucz, ale nie wyglądał na rannego... Mathias nie widział nawet śladów krwi na jego ubraniu. Jedynie wzrok Sorena się jakiś nieobecny. Jakby jego myśli znajdowały się gdzieś daleko... Coldberg nie miał szansy się go o to zapytać, bo jego nos zaatakował smród rozkładającego się ślimaka. Tego było już za wiele. Mathias mógł być nieczuły na cudze cierpienie, ale jednak pochodził z wyższych sfer, więc jego wrażliwe powonienie nie było w stanie wytrzymać czegoś co tak waliło. Student, podobnie jak i nazista, nie wytrzymał i zwymiotował... A ponieważ wymiociny nawet w normalnych okolicznościach nie są szczególnie smaczne, to w Purgatorium były szczególnie obrzydliwe. Coldberg aż pożałował, że sobie jeszcze nie odciął języka, bo wtedy przynajmniej nie musiałby czuć smaku swej treści żołądkowej.

Mathias oparł się o pobliski nagrobek, zmęczony nieco wymiotowaniem. Zastanawiał się jak rozegrać sprawę z Niemą i Kostkiem. Jakaś jego część mówiła mu, żeby nie przejmować się neurochirurgiem, wbrew zaleceniom Janika, ale Eckstein znowu wtrącił swoje trzy grosze.
-Wszyscy Charonici? Kostek jest dla was aż tak ważny, czy może chcecie przeszkodzić tej wariatce, bo boicie się, że na was także przyjdzie kolej? Zgaduję, że to drugie. Ale może zamiast wydawać tylko rozkaz, powiedziałbyś o niej coś, dzięki czemu można by przemówić jej do rozsądku albo chociaż wytrącić z równowagi na chwilę, aby można ją było spacyfikować. No bo przecież musisz coś o niej wiedzieć, gdyż biorąc pod uwagę naszą rozmowę przed barem o kobiecie która cię prześladuje, dziwne telefony z groźbami, a teraz atak na Kostka, to wydaje mi się, iż mamy do czynienia z jedną i tą samą osobą co? – czekając na odpowiedź Janika, student zwrócił się do pozostałych. - Panie Anschelm, po oddaniu tego klucza niech pan pobiegnie do lamy. Zdaje mi się, że Goebbels się do pana przywiązał, więc może pozwoli sobie wyjąć klucz. Co do tej Niemej wariatki, to mam pewien pomysł, ale nie wiem czy wypali. Skoro klucz można zniszczyć, to możemy jej zagrozić zabiciem jednego ze ślimaków jeśli się nie ogarnie. Wszystko zależy od tego czy bardziej ceni sobie zachowanie życia czy też śmierć Kostka. Ta kobieta zdaje się mieć jakieś zatargi z Charonitami, więc może mój Charon przekaże nam jeszcze jakieś informacje o niej, które mogą okazać się przydatne.

Jedna osoba zdawała się nie słuchać Coldberga. Był nią Tłumacz, który padł na kolana przed grobem i zaczął się modlić. Student miał ochotę go szturchnąć i kazać się ogarnąć, ale powstrzymał się. Przypomniały mu się nieobecne oczy Sorena oraz to jak sam przyśpieszył swoje procesy myślowe podczas rozwiązywania łamigłówki. Ewidentnie w Purgatorium umysł był potężniejszy od ciała. Kto wie, może „Guru” uda się dzięki temu wezwać „duszę” Pokojowicza spoczywającego w grobie przed którym się modlił i poprosić o pomoc. To miejsce już i tak kpiło sobie z tego jak działał normalny świat. Gadające klamki, dziwne ślimakowate stwory żywiące się strachem, telepatia... Nagle Mathias wpadł na pomysł. Skoro student miał połączenie telepatyczne ze swoim Charonem, a Otto najwyraźniej jeszcze z Nadimem, to teoretycznie powinno być możliwe nawiązanie takiego połączenie również z innymi Pokojowiczami... Oraz innymi istotami.
Mathias skupił się na pasożycie. Stwór nie narastał ze względu na obojętność swego nosiciela, ale zdawał się nabierać inteligencji. I to mogło zadziałać na korzyść Mathiasa. Skoro ślimakoklucz żywił się strachem, to musiał mieć dostęp do myśli swej ofiary, więc powinno to także działać w drugą stronę. A skoro w tym konkretnym przypadku potworek robił się coraz inteligentniejszy, to jak każda rozumna istota powinien się także bać śmierci.
Coldberg wysunął język i ugryzł go mocno zębami aby uniemożliwić ślimakowi wycofanie się do tyłu. Od spodu przyłożył do niego złoty nóż.
WYJDŹ
Student przesłał myśl do umysłu pasożyta. Zamierzał zmiażdżyć jego wolę swoją wolą, zmusić go do odczucia strachu i skurczenia się oraz wygrzebania się. Lepiej był mieć małą dziurkę w języku niźli całkiem go nie mieć.
WYJDŹ
Coldberg pomyślał o tym jak Anschelm grzebał nożem w swoich ranach i zabił robaka. Pokazał swojemu pasożytowi co się stanie jeśli sam nie wyjdzie.
WYJDŹ
Tym razem przesłał mu wizję innego ślimaka, tego należącego do Tłumacza. Spał on sobie spokojnie na ramieniu modlącego się „Guru”. Miało to pokazać stworowi, że jeśli sam wyjdzie, to będzie żył i nie stanie mu się krzywda.
WYJDŹ

Wiwernus

Wiwernus

30.08.2017
Post ID: 83388

26 Września 1991 r., Berlin
- Jesteś chory, zawsze byłeś. Głaskaliśmy cię po głowie, bo przechodziłeś żałobę nawet gorzej od Elisy. Autystyczny socjopata. Jeśli wzięło cię na chore żarty, to lepiej...

Ryknęła do słuchawki. Ton jej głosu zdradzał, że w końcu wyrzuciła z siebie to co sądziła o szwagrze, choć dotąd była wobec niego uprzejma i opiekuńcza. Zdradzał też, że nie dowierza i dopiero po chwili zaczyna przyjmować do wiadomości, że mechanik nie żartuje i musiało dojść do czegoś straszliwego, niespodziewanego. Skomlała do słuchawki, jednocześnie próbując pozbierać się, bo jej synowie zaczęli coś podejrzewać. Wolała uchronić ich przed gorzką prawdą. Mechanik nie zdołał zrozumieć rozmowy matki z dziećmi.
- Sam fakt, że nie poinformowałeś mnie, zignorowałeś kompletnie i zacząłeś działać na własną rękę jest dla mnie chory. Potraktowałeś mnie jak powietrze, zepchnąłeś na margines rodziny, po tym co dla ciebie wszyscy zrobiliśmy. - ledwo powstrzymywała płacz. - Mogłeś umrzeć w tym samochodzie wtedy. Może nikt nie porwałby Carla.

Po kilku cichych inwektywach, skrycie przed czujnymi i zaniepokojonymi również o ojca pociechami, rozłączyła się. Joanna rozumiała, że nie potraktowano go zbyt dobrze i zdradzała miną, że obwinia się za nieprzyjemną sytuację, przede wszystkim nie rozwianie tajemnicy zniknięcia jej i Carla. Nie znaczy to jednak, że powiedziała Pringsheimowi cokolwiek. Pocieszała go słowem i dotykiem, jednak umiejętnie unikała tematu.

Godziny mijały nieubłaganie. Mechanika pocieszyć spróbowało nabierające niespodziewanej empatii stworzonko. Starało się go nawet pogłaskać czułkami tak jak czynił to on w warsztacie czy piękność podczas rozmowy po dołującym telefonie. Oślizgły dotyk kluczopijawki pomagał, choć wyraźnie ją osłabiał, proporcjonalnie do stopnia w jakim wzmacniało ją wszystko co związane ze strachem i lękiem. Joanna zaproponowała, aby malejące i coraz mniej ruchliwe stworzenie zostawić w cieniu i chłodzie.
- Musimy coś ustalić, jakąś wersję tego co miało miejsce. - zebrała się w sobie, gdy chowała pijawkę do zamrażarki, coraz bardziej zadowoloną. - Twoja bratowa ściągnie policje, a ta nie tylko nie pomoże Carlowi, co jeszcze narobi nam kłopotów. Ja nie powinnam zdradzać tego co mnie spotkało.

Robiło się już ciemno. Wtedy zadzwoniła Gabriele. Po kilku tabletkach uspokajających i brandy czuła się lepiej, przynajmniej na tyle, aby otrząsnąć z paniki i niepewnie przeprosić mechanika za wybuch szczerych emocji, bądź co bądź ten zdawał się organizować akcję ratunkową. Nie miała jednak zamiaru zostawiać losu męża w rękach brata.
- Jadę już zaraz do ciebie. Czekam w budce, wraz z synami, na przyjazd taksówki. Urlyk i Sigrid zostaną u ciebie. Już wiedzą o wszystkim, choć mają swoje własne osądy co do całej tej sytuacji. Zaopiekują się tobą, z pewnością jesteś przerażony. Wiem, że ciężko znosisz takie sytuacje, nawet jeśli wydajesz się być socjopatycznie zrelaksowany. Opowiesz mi wszystkie szczegóły. Muszę ci zaufać. Nie wzywałam policji, może porywacze postawili warunek i nie miałeś wyjścia. - na moment zamarła. - Carl... mówił o problemach w spółce. Naziści, sekciarze... Bał się ich, ale stawiał im czoła, jak to on. Sądzę, że to oni odpowiadają za jego zniknięcie. Te bydlęta, śmieci ludzkie. Boże, z kim my zadarliśmy?!

Kiedy Joanna uświadomiła sobie, że zaraz będą mieli gościa, postanowiła powoli wytłumaczyć co właściwie jej się przydarzyło. Atak płaczu jednak całkowicie pozbawił ją rozsądku, a z jej bełkotu nie wiele rozumiał, poza wzmianką o pokoju, w którym przetrzymywano ją i inne osoby. Nie zdążyła się uspokoić przed pojawieniem gości. Nie pozostało nic innego jak otworzyć drzwi. W progu nie stanęła jednak Gabrielle, lecz Elisa, już poinformowana telefonicznie o zaginięciu brata po urodzinach najmłodszego Pringsheima. Weszła jak do siebie, pewnym i pełnym agresji krokiem. Tłumiła w sobie obawy, ale nieskutecznie. Zbeształa brata i oznajmiła, że na własną rękę, wbrew Gabrielle, poinformowała policję, którą wezwała do mieszkania Jorga. Joanna zbladła, zauważalnie dla wszystkich obecnych. Dopiero w tym momencie zaczęło się jej przepytywanie przez kobietę, aż do momentu zasłabnięcia. Mechanik zamknął się ze swoim pięknym gościem w łazience, gdzie tam w końcu pozbierała się. za nim to nastąpiło, Elisa dokładnie obejrzała sobie szklane trumny, stertę pieniędzy w salonie, ślimakoklucz wychylający łeb z zamrażarki pod wpływem obecności silnego źródła lęku oraz otworzyła drzwi Gabrielle. Zamknięci w ciasnej łazience JoJo przysłuchiwali się rozmowie kobiet, powoli zaczynających dobijać się do łazienki. Najwyraźniej chciały wydobyć tyle informacji ile tylko się dało. Wtedy też francuska piękność uznała, że musi wyznać prawdę mechanikowi.
- Carl nie żyje. Wielokrotnie nie żyje. Po śmierci przedostaliśmy się miejsca, w którym poddano nas licznym próbom, chorej grze. Carl, choć dzielny i mężny, nie podołał. Nie zamierzałam ci tego mówić, aby cię nie skrzywdzić. Nie chciałam ryzykować. Nikt nam nie uwierzy. Jedyny dowód to ślimak, ewentualnie trumny i pieniądze. Nie chcę by wzięli nas za szaleńców. Mogłeś nie mówić nic o żadnym porwaniu. - podniosła się z dywanika. - Ale nie wiem czy nie będziemy musieli ciągnąć tej farsy.

Pokój Cmentarny

No bo przecież musisz coś o niej wiedzieć, gdyż biorąc pod uwagę naszą rozmowę przed barem o kobiecie która cię prześladuje, dziwne telefony z groźbami, a teraz atak na Kostka, to wydaje mi się, iż mamy do czynienia z jedną i tą samą osobą co?

Student dzięki telepatycznej więzi łączącej go z Charonitą wyczuł bez większych problemów silne, liczne emocje jakie zawładnęły Janikiem. Był pozytywnie zaskoczony dedukcją swojego ucznia i podopiecznego, nawet nie dedukcją samą w sobie, lecz jej szybkością. Nie zabrakło też zdezorientowania wzmianką o prześladującej kobiecie, czymś oczywistym dla Mathiasa, lecz niekoniecznie powiązanego przez samego Ecksteina, wydawać by się mogło geniusza. Dominował jednak przede wszystkim strach przy myśleniu o kobiecie, a ten udzielił się pijawce. Narastała nieprzyjemnie w buzi, zapewniając przykre doznania fizyczne i rozwijała intelektualnie, zdając się gotowa z czasem skomentować we własnym zakresie całą sytuację.

Janik Eckstein

Tak, Niema to ta sama osoba co dręczycielka od telefonów i gróźb, przynajmniej w większości przypadków. Wzmianką o kobietach, które lubią prześladować miałem na myśli przede wszystkim te, które próbowały wyciągnąć ode mnie, zresztą należące im zgodnie z prawem, alimenty. Szczerze mówiąc zawsze ignorowałem wszelkie groźby i ostrzeżenia. Facet to jednak istota prosta. Na swój pokrętny sposób napawałem się zaangażowaniem tych kobiet, prowokowałem je, aby sprawdzić jak daleko posuną się, aby zapewnić środki dzieciom. To było jak kolejny z eksperymentów, moralnie paskudny, fakt. Było to jednak poświęcenie, na które byłem gotów dla dobra nauki. Zresztą i tak byłem na tyle bogaty, że mogłem sobie pozwolić z czasem na rekompensatę za "pomoc". Pokoje nauczyły mnie, że pieniądz nie jest wcale ważny i nie zdolny jest zaspokoić żądze intelektualne, najpiękniejsze i czyste, nie przejmowałem się więc, gdy go ubywało. Nie chodziło jednak tylko o naukę. W jakiś sposób radowało mnie kobiece zainteresowanie, dowód moich skutecznych podboi miłosnych, tak łatwych dla wprawnego psychologa. Zawsze ignorowałem jednak realność zagrożenia. Byłem świadomy, że Niema może stanowić zagrożenie, ignorowałem je jednak, uznając siebie i Kostka-Chirurga za tych w miarę bezpiecznych, dania poboczne, które zdołają ją jakoś przebłagać sprytem. Zresztą Sutara niemądrze wiele razy chroniła mnie przed nękaniem przez tą kobietę i oszczędzała szczegółów, przez co nie miałem pełnego obrazu sytuacji. Teraz jednak mam już pewność, że postąpiłem głupio. Nierozważnie. Zbagatelizowałem zagrożenie.

Wszystko zaczęło się wiele księżyców temu. Mieliśmy wspaniały zespół debiutantów, wcale nie gorszy od waszego. Ja; Kostkowie dzielący jeden pseudonim i różni jak ying i yang; skłonna do największych poświęceń Zwierzak; Romantyk, który w nowym ciele zakochiwał się w każdej napotkanej kobiecie; naćpana Amfa; zwyrodniały Fish; pierdołowaty Rudy o wielkim sercu; podobna jemu Gaduła tak bardzo kochająca ludzi i jej milczący brat; znany mi wcześniej przelotnie Wanna; ten usrany enkawudzista Czapa. I ci, których nie będę wspominał. Ci, którzy zmarli i do dziś brak mi ich. Ci, którzy wsiedli razem z nami na charoncką łódź i dotarli do „trójki”, bezpieczni i niezdolni do wspomnienia. Wspaniałe czasy.

Misja o poziomie trudności „C”, trudniejsza niż wasza obecna. Przekuła nas wszystkich na nowo, a właściwie pozwoliła odkryć kim naprawdę jesteśmy, dała ku temu odpowiednie warunki. Nie można oczekiwać ludzkich zachowań w nieludzkim świecie. Nie mam jednak do siebie pretensji o to jak się zachowałem, bo ja zachowałem się dobrze, choć nie musiałem. Nawet taki megaloman jak ja, który tylko liczył otumanione kobiety, których ciałami i duszami zawładnął dzięki sprytowi i doświadczeniu, nawet ktoś taki jak ja przeszedł swoją próbę. Nie tylko dotarłem do końca zadania, przechodząc przez wszystkie pokoje z coraz bardziej kurczącą się kompanią, to nie stałem się potworem. Było wiele pokus, skrótów i możliwości, aby ułatwić sobie szanse na sukces, przejść po plecach innych, odrzuciłem je jednak z chęci poprawy i tlącej się gdzieś w podświadomości przyzwoitości. W nowym ciele odkryłem kim naprawdę jestem, zaakceptowałem wszystkie moje fetysze, uprzedzenia i skłonności do zła oraz dobra, obu przeze mnie wypieranych. Zrozumiałem też kim chcę być, kimś więcej i to nie mierzonym trywialnymi sukcesami w nauce czy łożu.

I wtedy Hades, miłościwie nam panujący, w momencie największej ekstazy, gdy spontanicznie pocałowałem Gadułę w usta po zakończonej misi, by potem upić się z Wanną, oznajmił nam, że to nie koniec, a rozwój trwać będzie tak długo, aż zadowolimy jego punktowy licznik. Nogi ugięły się pode mną, mocz spływał po kombinezonie, trzech musiało mnie cucić. Nie mogłem tego zrozumieć. Nikt nie był wstanie. Gra miała trwać dalej. W tamtym momencie wszystko co osiągnąłem swoimi decyzjami, każde poświęcenie, wydało mi się pozbawione sensu. Gdyby nakazał mi wtedy wziąć ze stołu złoty nóż i wyrżnąć wszystkich, uczyniłbym to, byle tylko ukończyć to piekło. Nawet Hadesa jednak ograniczają zasady i musiał nam zaproponować drugą ścieżkę, ścieżkę Charonity, przewoźnika do Purgatorium na czarnych, szklanych łodziach. Jeśli zapragnąłem ustrzec się przed kolejnymi misjami i zadaniami domowymi, mogłem zająć się wytypowaniem kolejnych graczy, ku radości Mistrza Gry i Tuzów, biorąc pod uwagę dobrane przeze mnie kryteria. Wytypowanie równoznaczne było z ich zabiciem w trakcie pełni, nie dając nawet pewności, że Mistrz ich zaakceptuje, a organy ścigania nie złapią mnie. Jeśli gracze pod moim charonatem, kierowani moimi radami, zadowoliliby Mistrza Gry punktami i obolami zdobytymi u Tuzów, mógłbym wybrać „jedynkę” i opuścić rozgrywkę raz na zawsze. Oczywiście z traumą. Zabijanie, nawet rękami innych, nie jest wpisane w naturę zdrowego człowieka. Ale i na to Hades miał receptę. „Dwójka” to możliwość dalszego składania ofiar, wyższy próg, po którym można uwolnić się także od pamięci o zmarłych i wszystkich doświadczeniach związanych z Pokojami, nawet jeśli nie przywracała ona nikogo do życia, ani nie czyniła świata lepszym. „Trójka” pozwalała pójść jeszcze dalej – w końcu organy ścigania zawsze mogły nagle zapukać do pozbawionego pamięci Charonity, a co gorsza także jego dawni podopieczni. I jedni, i drudzy mogli wykorzystać jego „słabość”, aby odesłać go na tamten świat. Chore, ale jakże pomysłowe. Godny Hadesa marketing – zabijać dalej, aby zapomnieć o wcześniejszych morderstwach i nie trafić do więzienia lub co gorsza zginąć, nie znając nawet powodu tego stanu rzeczy.

Wybrałem Charonat, na kolanach i całując monument. Rozegrał mnie koncertowo, moją dziedziną nauki i prostymi technikami manipulacji. Charonat to coś co i tak musiałby nam zaoferować, a budował wokół niego aurę niedostępności. Wypomniał mi kilka razy rady, których udzielił mi za błyskotliwość, w dziwnej formie reguły wzajemności. No i klasyczna wysoka piłka. Charonat po wizji dalszego udziału w misjach był jak dar. Gdyby na początku powiedział o możliwości Charonatu, nie byłoby takiej radości, może nawet bym się na niego nie zdecydował. Sprytnie. Rozegrał mnie, przewyższył. Z resztą nie żałuję. Nie udźwignąłbym drugiego pobytu w pokojach i nie wynagrodziłoby mi to żadne z doznań cielesnych, wiedziałem, bo dobrze rozwinąłem inteligencję intrapersonalną podczas tej jedynej misji. Więksi ode mnie padali w odmęty szaleństwa. Nie dałbym rady grać dalej czysto, bez zabijania i forteli, noży wbijanych w plecy. Wolałem już otwarcie pogodzić się z rolą zabójcy. Tłumaczyłem to sobie, że przynajmniej dobiorę takie osoby, które będą miały szansę wygrać, rozwiną się i będą dla mnie cennym obiektem doświadczalnym. Nie ja, to ktoś inny przejąłby charonicką łódź. Ba, przekonany byłem, że moi podopieczni szybko wywalczą mi „jedynkę”! Jak się potem okazało, przeceniłem się, pewny, że będę z nimi w miarę szczery, uczynię ich autentycznymi dla Tuzów, będą lepszym przewodnikiem duchowym od Mistrza Gry. Nie znosiłem mieć kogoś nad sobą i chciałem go przewyższyć chociaż w tym aspekcie.

W moim wyborze nie byłem odosobniony. Doszło do swoistego precedensu, bo cały ten barwny i zgrany zespół, prawie cały, podążył za moim wyborem. Pokusie oparła się tylko Gaduła i Romantyk. Ona chciała przywrócić swojego brata, była dość szalona, aby uwierzyć, że ma na to szansę. On chciał przywrócić kobietę, z którą nie zdążył zamienić zbyt wielu słów, a którą w nowym ciele pokochał do obłędu. Nam powiodło się jednak nie wiele lepiej. Byliśmy pewni, że Charonat to już z górki, ciężko jednak było dobierać nam graczy, którzy byliby wiarygodni i pociągający dla Tuzów, przetrwaliby pokoje i jednocześnie nie przetrwaliby naszego polowania na nich. Ja byłem subtelny niemal od początku, nie stawiając na mord i ryzyko policji. Wykorzystywałem manipulacje, tak aby do ofiary przychodziły same. Podczas pobytu ze mną miały odbierać swoiste lekcje przygotowawcze, choć z czasem zrezygnowany dałem sobie z nimi spokój. Próbowałem znaleźć osoby zdolne do błyskawicznych przemian w pokojach, takie które zmieniłyby się w oka mgnieniu w herosów. Mrzonki. Ludzie są zdolni do wielkich czynów, nawet pokoje jednak nie zmienią natury człowieka w sposób jaki chciałbym ja czy Hades. Wpadłem w pułapkę, powoli godząc się, że jeszcze dużo czasu upłynie mi na przeprowadzaniu na drugą stronę. Gdyby nie wsparcie Sutary, która uwierzyła mi w moją opowieść, pewnie już bym się poddał. I gdyby nie ty. Straciłem nadzieję po tym jak dałeś się zabić. Liczyłem, że wpakuję cię do trumny własnymi rękami, bo przewidzisz zagrożenie, że będziemy się bić i okładać w męskiej, fizycznej potyczce dwóch intelektualistów. Ty jednak... możesz dać radę... Straciłem wiarę, ale ją odzyskuję. Dowodzi nawet tego twój szybki osąd i rozwiązanie zagadki Niemej, coś co ja uczyniłem w pełni właściwie dopiero... kilkadziesiąt minut temu.

Gaduła - gdy my paraliśmy się charonatem - kontynuowała rozgrywkę. Okrągłe „0” przy debiucie nie wróżyło jej kariery, przyjemnie jednak oglądało się jak miłująca ludzi matematyczka walczy z własnymi lękami i wyzwaniami. Jej problemem było jednak przywiązywanie się, przesadne i chore. Ciężko przeszła śmierć połowy drużyny na pierwszej misji oraz odejście pozostałych do funkcji, którą pogardzała. Na drugiej misji znów było „0”, jeszcze większe cierpienie i jeszcze większy płacz, choć szczęśliwie jej przemowa sprawiła, że Charonat wybrał tylko jeden osobnik. Na trzeciej misji było już „7” i nikt nie ośmielił się w jej obecności choćby wysłuchać słów Mistrza o drugiej możliwości. Już wtedy zdradzała, że coś jest z nią nie tak, że wpada w odmęty obsesji. Rozumiem ją, przywiązała się do nas, a my do niej, powinna jednak zrozumieć, że nie zdradziliśmy zmarłych kompanów, wybierając opcję sprytnie podsuniętą przez Hadesa.

Pierwszą jej ofiarą musiał być Czapa. Powinien zdechnąć jeszcze przed pobytem w Pokojach, nie otrzymując żadnej szansy. Nikt nie płakał po tym jak zniknął, Charoni odczuli jedynie ulgę. Już wtedy jednak mogłem się domyślić, że ktoś taki jak on nigdy by nie dał się podejść, nawet jeśli pół miasta miało powód, aby go zamordować. Nie brałem pod uwagi Gaduły. Drugi był Rudy, w dziwnie upozorowanym wypadku, niedługo po tym, gdy wyjawił Wannie, że on i jego nieświadoma rodzina są ofiarami nękania psychicznego. Ktoś znał jego sekret, grożono mu, aby zaprzestał charonickiej działalności jeśli chce mieć familię i dalszy żywot. Spalono mu nawet dom. Fakt, jego samobójstwo wydało mi się podejrzane, ale był dosyć słaby i nie radził sobie z Charonatem, strata domostwa musiała go zaboleć, w końcu zapracował sobie na obole w pokojach, najpierw rękami swoimi, a potem graczy. Podejrzeń nabrałem, gdy nękać zaczęto pozostałych, a Wanna wyjąkał wszystko co dowiedział się od Rudego. Trzeba jednak pamiętać, że gracze zmieniali się co misję, Gaduła nie była ani najlepsza pod kątem fizycznym i umysłowym, ani nie zdradzała zachowaniem, że może jeszcze kryć urazę, wtapiając się w tłum barwnych osobistości, które wysyłaliśmy. Zlała się w tłumie pokojowiczów jako ta, która stoi na uboczu i do nikogo nie odzywa się, bo nie chce się już przywiązać do kolejnych osób. Parła tylko naprzód ze względu na brata. Nie przypuszczałem, że mogło chodzić także o próbę ukrycia swoich intencji. Już wtedy mogłem powiązać, że tajemniczą kobietą dzwoniącą do Sutary jest ona. Ale nie, ja i pozostali, woleliśmy śmiać się z Romantyka, który uciekając w pokojowe miłości dla nadania sobie sensu oszalał i trafił do psychiatryka, zdolny powtórzyć tylko jedno słowo – Pies. Jak on nas bawił. Jak on nas bawił! Patrzyliśmy na niego, na graczy, na kolejne cudaki wysłane z zoo przez Zwierzaka, która w proteście przed Charonatem obeszła reguły i za pomysłowość dostała dyspensę, monopol na wysyłanie egzotycznych stworzeń, zespołowe maskotki. To były nasze myśli – co zrobi nasz dawny przyjaciel „Pies”, kogo wyśle Zwierzak, jaką misje przygotuje Hafes!

A ona nie próżnowała. Podejrzewam, że było nas wtedy więcej. Kilku trójkowiczów, którzy odciągali sprytnie od nas jej uwagę i ryzykowali własnym życiem, by nas uchronić przed zagrożeniem. W porę osiągnęli próg, a teraz nawet nie pamiętamy naszych wybawców. Tak to sobie tłumaczę. Wyższa siła, zdolniejsi Charoni najwyższego poziomu, w coś trzeba wierzyć. Tłumaczy to przynajmniej czemu przetrwaliśmy, a kolejne prośby o zaprzestanie działalności trwały tak długo za nim zmieniły się w groźby. Ostatecznie jednak musieli oni odejść, a wtedy zaczęły się ofiary – Czapa, Rudy, ledwo uchodzący z życiem Kostek, ten drugi. Podejrzeń co do tożsamości tajemniczego bytu nękającego nas nabrałem dopiero dziś. Nie miałbym aż tak zawziętej studentki z bękartem, przestałem też wierzyć, że nękająca kobieta to ”Archanielica Michała”, dobrze nam znana siła, która w służbie Hadesa miała nam umilić pracę. Pewności nabrałem, gdy ujrzałem ukradkowe spojrzenia jakimi obdarzyła dziś Kostka. On również się już musiał domyślać, choćby gdy odegnała go wzrokiem. Wiedział już, że nawet dobieranie trupów, nie mordowanie, w ramach kolejnego zmyślnego obchodzenia zasad i dawanie niektórym osobom wyboru nie starczy, aby dała mu spokój. Chirurg przecenił się. Podeszła go, gdy poczuł się bezpieczny. Z pewnością spodziewał się, że wystawi go próbie na koniec misji, w której miał odrzucić Charonat, aby ją uszczęśliwić. Nie wiem czy tak by uczynił. Teraz jednak umrze, przynajmniej dopóki go nie wspomożecie.

Burchard Wendelin to cenna dla społeczeństwa jednostka. Jako neurochirurg uratował wiele osób i uratowałby jeszcze więcej. Jego "odsyłane" podczas pełni i liczone w dziesiątkach życia... poszły na marne. Trudno, wina Piontka. Złamie się, ale nie porzuci ideałów. Dalej będzie odsyłał już martwych, wykorzystujących szczęśliwie swój dostęp do kostnicy. Choćby dlatego powinien przetrwać - rzadko który charonita ma odwagę zostawić swój los w rękach losu i liczyć na "szczęśliwe" wypadki podczas pełni.

Po nim, jak się spodziewam, następny będzie Jajogłowy, dla Niemej z pewnością ktoś jeszcze gorszy od Charonity, bo nie obarczony wyborami w pokojach, które choć trochę by go usprawiedliwiały. Jego los będzie marny, a śmierć okaże się łaską. Szczerze mówiąc, zabijcie go sami, to będzie litość.

Po nim będziemy my, wasi mentorzy, a także twoi przyjaciele, którzy podążą naszą ścieżką. Dlatego zrób wszystko, aby uratować Kostka i zabij Niemą, tę nieszczęśliwą istotę.

I nie mów nikomu, ale to nikomu, co ci powiedziałem o Charonacie, progach i wyborze po zakończeniu misji. Stracą całkowicie wiarę. Niech wierzą, że po nazistach-zombie będzie raj lub powrót do życia, a nie kolejne zadania czy wybory. Jeśli powiedziałbyś im to, to jakbyś wyrżnął cały ten obiecujący zespół.

Retrospekcja z przemową przekazana została bardzo szybko, a wyrzucone spontanicznie przemyślenia błyskawicznie przeszły na studenta. Usiadł na nagrobku, zbierając myśli i rozważając prośbę mentora, aż zapomniał całkowicie o deklaracji ewentualnego sojuszu z Niemą, podobnie jak nazista. Ostatecznie Tahir uznał, że nie będzie się dalej prosił ustami Otto i gotów był przekazać kobiecie – na wypadek spóźnienia – że pomocą służy jej on, Alois, Herman i Soren. Również nie próżnował i dopracował własną teorię co do Purgatorium, łącząc wizję sennej krainy z islamskim piekłem. W rajskim, opisanym w Koranie Dżannach mieszkańcy nie spali, tutaj zaś rządziły senne reguły. Anioł Ridwan ustąpił psiej karykaturze, a ogrody komnatom, kryjącym swoje mięsiste, odrażające właściwości. „Znajdujemy się w odwróconym Dżannach, dupie Szatana” wyjawił z typowym dla wyznawców swojej religii pesymizmem, nawet w piekle był jednak gotowy do dobrych uczynków, co tylko dowodziło jak ważnym imperatywem było dla niego to co dobre i prawe. Joannę aż ujął swoją odwagą i musiał jej obiecywać, że wróci, choć Otto wyczuwał doskonale, że trzęsie się jak galareta. Mimo to był gotów przemierzyć senne piekło, dupę szatana i pokonać Niemą, licząc, że nie będzie musiał jej zabić. Tuzowie byli zachwyceni.

Zachwycił ich, jak przy każdej aktywności, również Der Chemiker. przewodząc drużynie i sprytnie radząc sobie z niszczejącym kluczem, nawet jeśli paradował przy tym pół nagi. Obnażone ciało okazało się być festiwalem turpizmu. Stare, kolorowe od odmrożeń i zniekształcone nadało mu jednak demonicznej aury i groteskowości, przez co zachwycał jeszcze bardziej.

WPurgaOdDawna: Zauważyłbym jak naturalny i bezkompromisowy jest ten staruszek. Wielu twierdzi, że to Walter lub Alois będą przewodzić, lecz naturalny, urodzony lider jest tutaj. Jestem skłonny postawić cały mój majątek, że ten pocieszny osobnik kryjący się za maską nieporadnego dziadka to chemiczny potentat, który obraca najładniejszymi kobietami, a na co dzień zajmuje się sportami ekstremalnymi - nieugięty i niezłomny. Wspaniałe zjawisko. Gratuluję Kostkowi podopiecznego. Chętnie wspomogę go Obolami, zresztą nie będę w tym chyba odosobniony. Pozdrawiam serdecznie i życzę sukcesów. 127 000 Marek
Osiołek Fan: kogo ja widzeczy to nie w Purga od dawna ?! 20 000 Marek
WPurgaOdDawna: A no witam dawno nie widzianego kolegę. Dawno nie wypływałem, ale postanowiłem, że jednak brak mi tych doświadczeń i trzeba wrócić. Jak to mówią, „kto raz zasmakował w czyśćcu, temu nie w smak w Berlinie”. Nie widzę aktualnie Pana, więc prosiłbym o zdradzenie lokalizacji. Chętnie przysiądę się i pogadam o życiu, dzieląc się moimi przewidywaniami. Nie będzie tajemnicą, że stawiam na Pana Der Chemikera, nie tylko w rankingu popularności, ale i zakładach. 30 00 Marek
BogatyBoGoStac: ej nikt nie mówi, że wpurhaoddawna wrócił On tak obstawiał dobrze 28 000 Marek
Osiołek Fan: będę oszczędzał fundusze, nie jestem aż tak bogaty Do rozmowy zapraszam pod mój stolik poznasz mnie po cylidnerze i paru zmarszczkach które doszły mi na znanej ci twarzy ! Właśnie do ciebie macham . Jezu, ale my się nie widzieliśmy długo. Napiłbym się z tobą przyjacielu. 20 000 Marek
Jan Sebastian Bach3007: Ta w dupe se jeszcze tego Chemikera pocałuj Osiołkafana też smacznego 20 000 Marek

Otto jednak dzięki talentowi do ignorowania tuzów przegapił wyróżniająca się pogawędkę i zakończył w spokoju zwalczanie korozji. Martwemu kluczoślimakowi dalej groził rozpad, ale odroczony w czasie i nazista w każdej chwili mógł go, podpatrując metody Der Chemikera, naprawiać. Nie pozostało nic innego jak przejąć przedmiot i ruszyć ku drzwiom. Kamphausen odetchnął z ulgą, oddając przedmiot. Pomarszczona skóra ozdobiła się już bielą, czernią, czerwienią i błękitem. Nie potrzebował zieleni od smrodu zwłok stworzonka.

Przystąpił do zmyślnej operacji, opartej zresztą o bardzo sprytne rozumowanie i właściwość unikatowego, rzadkiego ślimaka. O ile tłumacz pozbył się pasożyta osiągając harmonię między duchem i ciałem, przez co w naturalny sposób wyzbył się intruza dzięki woli wpływającej na organizm, o tyle młodszy mężczyzna miał wykorzystać symbiozę ze stworzeniem i jej właściwości, aby rozwinąć pijawkę i obrócić jej ewolucję przeciw niej.

Rzut na akcję: Nietypowa operacja Studenta
Modyfikatory Pierwszorzędne: Charyzma (+2), Siła Woli (+1), Inteligencja (+3)
Modyfikator Drugorzędny: Mądrość (+1)
Wyniki: 6; 2; 4; 2 -> 8; 3; 7; 3 (po modyfikatorach) + 1,0 (bonus za opis) -> 20,5 / 3,5 -> 5,85 -> Większościowe Powodzenie!

Najpierw upasł stworzenie własnymi lękami, potem snuł wizje śmierci stworzenia, następnie zaś obiecywał mu żywot poza ciałem. Im dłużej trwała operacja, tym silniejszy stawał się stwór, przynajmniej w intelekcie. Bardzo szybko zaczął odpowiadać swojemu gospodarzowi, z każdą chwilą coraz sprawniejszym i piękniejszym językiem. Na początku był prymitywny i lakoniczny, przypominał bełkot Otto ogarniętego telepatycznymi ciągotami. Z czasem w mowie pojawiły się subtelności, dwuznaczności i barwne metafory, aż student zaczął prowadzić w myślach pełną szantażu i intryg debatę. Lokator blefował ile wlezie, dowodząc, że niczego się nie boi, a i jemu samemu nic nie grozi, bo student nie będzie miał odwagi wypełnić gróźb. Był w tym tak skuteczny, że zaczął wygrywać. Coldberg wpadł we własne sidła. Uratowało go tylko to, że stworzenie nie zapanowało w pełni nad lękiem i gdy raz zdradziło słabość, słabło pod wpływem własnego strachu wykładniczo. Jednocześnie nabrało inteligencji wystarczającej, aby bać się śmierci, a przede wszystkim utraty intelektu związanego z osłabieniem. Uznało, że ulegnie i wygryzie się z języka, byle zachować skórę. Mathias musiał obiecać, że w zamian za pomoc wywiąże się z umowy i nie pozostawi stworzenia w drzwiach, lecz wyjmie je i zachowa, karmiąc tak długo, aż stanie się ono tytanem intelektu.

Wiesz, możemy zostać kompanami, choć straszliwy chuj z ciebie.

Stworzenie wygryzło się, boleśnie, jednak umożliwiając Mathiasowi mówienie. Również boleśnie, mowę przypominającą raczej gadaninę Otto, ale i tak było to sukcesem, który Janik zachwalał. Nawet jeśli Tuzowie nie lubili studenta i nie zdradzali publicznie podziwu, musieli jednak być zaskoczeni bystrością umysłu młodzika. I relacji jaką nawiązał z pasożytem. Ten okazał się być wyjątkowy. Włochate pijawki, odróżnieniu od standardowych, zachwycały transformacją lęku w intelekt. Ten osobnik zaś nawet wśród swojego unikatowego rodzaju wyróżniał się - albinizmem. Biały futrzak wydał się niemal słodki. Skurczony, pozbawiony bezpośredniego żywiciela nie był zdolny już do mowy, wyraźnie jednak żądza rozwoju przetrwała w nim. Węszył, próbując przywrócić się do dawnego stanu, najwyraźniej w ramach zaprogramowanej przed utratą rozumu taktyki. Aż chciało się go nakarmić strachem i lękiem.

...

Walter postawił na rzeczywiste pojawienie się na polanie. W ciele Kostka był tylko przez chwilę, jedynie przez moment mierząc się z kobietą i to w ramach odruchu. Wyczuła, że coś jest nie tak, taktyka przeciwnika zmieniła się i zaczyna nad nią górować w technice oraz sprycie. Zmiana ręki okazała się być przydatną zmyłką, nawet jeśli leworęczność wcześniej była zaletą, bo kłopotem dla drugiego szermierza. Osiołek wrócił jednak do swojego ciała, zostawiając neurochirurgowi nie wiele czasu na przetrwanie.

To nie był jego jedyny błąd. Zupełnie zignorował klucz, który sygnalizował wyraźnie próbę ucieczki. Skrył się w gęstej trawie i pełzł dalej. Z Leą poszło ojcu lepiej. Słowa dobrał trafnie i zebrała się w sobie, co z tego jednak, jeśli nadal pozbawiona połowy piersi. Zmienić, zmieniła się. Teraz jednak potrzebowała pomocy, a ojciec nie udzielił jej. Pobiegł na ratunek Kostkowi, nie zdając sobie nawet sprawy, że swoją decyzją skazał go na porażkę.

Do biegu zerwały się zresztą trzy osoby. Nadim jako wsparcie i oczy dla Kostka z ewentualną propozycją sojuszu, Walter jako jego katoszabla i bólospluwa (w zależności od potrzeby), Anshelm jako klucznik. Wszyscy napotkali na swojej drodze zombie.

Pierwszym był Tahir. W ciężkiej zbroi zdyszał się i ledwo zauważył jak zza mięsnego drzewa wyłania się krzaczastobrwiste monstrum. Nie wiem. Nie mogę sobie przypomnieć. zawodziło jak w mantrze, zdradzając swój śladowy intelekt, gdy kroczyło z wyciągniętymi rękami, potykając się o nagrobne płyty i kościste korzenie. Ciało Nadim znał z relacji telewizyjnych, ale w innym stanie. Teraz było młodsze, u szczytu sił, gdy zombie było jeszcze Reischleterem, choć dało się zauważyć na postrzępionych ciele ślady po próbach samobójczych podczas długiej odsiadki „najdroższego więźnia świata”. Nazistowskie monstrum zresztą miało wytatuowaną siódemkę na pokrytej zgnilizną nodze. Stwór śmierdział, był powolny, ogłupiały, w jego nieporadnych ruchach kryła się jednak siła, a poza tym kierował się instynktem. Ciemnoskóry chwilę wpatrywał się w Rudolfa Walter Richard Heßa. Ten początkowo go nie zauważył, szedł dalej, jednak nozdrza wychwyciły woń nieczystej rasy. Obrócił głowę. W Purgatorium nawet zombie nazista miał uwypuklone cechy. Prywatna nieśmiałość zniewieściałego nazisty ujawniła się szybko. Wpatrywał się przez moment w „rycerza”, w końcu jednak umiłowanie do ideologii Hitlera wygrało, a przynajmniej Nadim odebrał powolny marsz zombie do niego jako atak. Szybko wskoczył na mięsiste drzewo i mimo przeciążenia zdołał wspiąć się na grubą gałąź, zastanawiając się jak silne musi być jego ciało, skoro zdołał uczynić to w zbroi. Z góry obserwował jak nazista o stanowczo za grubych brwiach próbuje wspiąć się za nim, a czego nie był zdolny uczynić. Nie wiem. Nie mogę sobie przypomnieć. warczał. Rozglądał się nerwowo i sfrustrowany jęczał, drapiąc drzewo, które pod wpływem jego siły i ciężaru Nadima drżało. Pomoc. Ja Nadim. Błagam. Na Drzewie. Rudolf Nazista. Zombie Nazista. O NIE!!!

Der Chemiker wyczuł co się stało. położony wysoko „zięć” mógł mu własnymi oczami ukazać jaki los spotkał Kostka. Nawet wykorzystując senne reguły podróży po pokojach Tahir został skazany na porażkę, gdyż Niema nie miała zamiaru bawić się z neurochirurgiem, dając innym czas na przybycie. Jedyna możliwość ratunku – Walter – zawiodła charonitę. Krew zalała mu oczy, a kobieta bez większych problemów i oporów rozbroiła go, odcinając obie ręce. Padł na kolana w błoto i nie zdołał się z niego wygrzebać, choć próbował. Przycisnęła go twarzą do krwistej brei. Dusił się. Torturowała go, a jego ból przechodził na wszystkich jego podopiecznych. Nadimowi zakręciło się w głowie. Z jednej strony przekazywany ból, z drugiej zaś nacierający coraz zajadlej Heß. Zwymiotuje. Spadnę. Pomocy.

Wykręcił się jednak tak, aby móc obejrzeć ostatnie chwile neurochirurga, choćby dla Otto, jego zdaniem lidera Berlińskiej Drużyny o niepodważalnym autorytecie i wpływach. Po dłuższym torturach z topieniem w krwi, w jękach po stracie wrażliwych i tak sprawnych za życia dłoni, Wendelin został wyciągnięty i zaprowadzony przed groby swoich ofiar. Niema upewniła się, że obejrzał wszystkie płyty nagrobne. Łudził się jeszcze, co dało się telepatycznie wyczuć, że ktoś przybędzie z pomocą. Całował marmur, próbując zadowolić kobietę, ale nieubłaganie uznała, że czas na wyrok. Katoszablą zaczęła go ćwiartować, poczynając od nóg, każdy kawałek odkładając na grobach. Powinien umrzeć już po dwóch cięciach, w ciałach Purgatorium zdolny był jednak dotrwać niemal do samego końca. Głowę cisnęła wysoko w górę, a dzięki nadludzkiej sile ta przeleciała nie tylko nad głową Nadima, bo zauważyć ją był wstanie nawet Otto z Drużyną Pierwszą.

Janik Eckstein

Przepadł. Nasz przyjaciel. Pochowaj go, proszę.

Mistrz Gry

Tak swój żywot zakończył Kostek, Burchard Wendelin, nijaki neurochirurg, jeden z najbardziej moralnych Charonitów, którego ofiara poszła na marne przez durnotę Waltera Piontka. Pokoje były jedynym miejscem, w którym dało się wydobyć z niego charakter. Jego śmierć uczy nas, że: „Czasem wszystkie starania mogą przepaść przez zbieg okoliczności lub głupiego osła.”

Pamięć zmarłych w Purgatorium obchodzi się przez puszczanie ulubionych piosenek zmarłych. Specjalnie dla was utwór, którego neurochirug tak się wstydził, a który tak namiętne śpiewał i do którego tańczył w domowym zaciszu. Utwór do którego wykonywał swoje operacje.

Pozostało: 17 Pokojowiczów

Muzyka w tle
Well, you can tell
by the way I use my walk,
I'm a woman's man
No time to talk.
Music loud and women warm
I've been kicked around
since I was born.
And now it's all right. It's OK.
And you may look the other way.
We can try to understand
the New York Time's effect on man.

Whether you're a brother
or whether you're a mother,
you're stayin' alive, stayin' alive.
Feel the city breakin' and
everybody shakin',
and we're stayin' alive, stayin' alive.
Ah, ha, ha, ha, stayin' alive, stayin' alive.
Ah, ha, ha, ha, stayin' alive.

Połączenie urwało się niemal natychmiast, co przynajmniej złagodziło ból udzielający się podopiecznym Charonity, kończąc tym samym nieprzewidziany przez mechanizmy Purgatorium ewenement jakim był Charonita i Pokojowicz w jednym. Otto uwolnił się od telepatii, choć jeszcze echo bólu trawiło go długo, a oczami Nadima widział jak w rytm skocznej muzyki grób Kostka pojawia się wśród jego ofiar. Nie miał pewności czy zięć nie spadł z drzewa. Gdy ostatni raz „czuł go”, ten wisiał z gałęzi i jęczał z bólu, wzmocnionego przez bliskość ze zmarłym.

Jeszcze gorzej miał Walter, który był najbliżej umierającego. Obudził się z amoku, z twarzą w ziemi dosyć szybko, ale przegapił pojawienie się zombie. Richard Walter Darré, nazistowski minister rolnictwa był o wiele bardziej agresywny od Heßa. Pochylił się nad nieprzytomnym emerytem, a z paszczy pełnej pożółkłych zębisk kapała mu ślina. Oblazły go muchy, pół twarzy zapadło mu się i zgniło, jedna noga była wykręcona. Miał jednak w sobie siłę i determinację. Warknął i postanowił zaatakował, dając Walterowi bardzo mało czasu na uniknięcie ataku szponem. Piontek w ustach czuł smak ziemi i krwi, w duszy zaś ostatnie przekleństwo i piętno nienawiści jakim obarczył go Kostek. Ostatnim uczuciem zmarłego była pogarda absolutna skierowana wobec niego.

Anshelm uniknął konsekwencji śmierci Kostka, bo nie był z nim połączony, w jego przypadku jednak zombie był najbardziej zaciekły. Wyczuł go z daleka i wyszedł na przeciw, ścigając zaskakującą szarżą, którą można było przyrównać do blitzkriegu. Gerhart Hauptmann, powiązany z nim pisarską działalnością, zachował się zaskakująco dobrze, choć pożółkł. Jego oczy zdradzały wrażliwość, zdawał się być swego rodzaju ofiarą, której pamięć szargano dopisując śmiało do nazistowskiej aparatury, nie słusznie. Mimo to zaciekle atakował, nawet jeśli wzrokiem zdawał się prosić o łaskę śmierci, prawdziwej śmierci.

...

Amfa

[color=red]Kostek... miał tyle czasu, aby przyjąć światło Pana. Nie uczynił tego, zdechł, jednak żałuję go. Pomścij go, nie przemocą, lecz tak jak uczyniłby to nas Pan. Dokładnie tak, proś go o radę przez modły. I uratuj Jajogłowego.

Dopiero po chwili zrozumiała, że gotowość do rozwoju duchowego nie oznaczała porzucenia bożka, a tłumacz nie zwraca się do Psa. Nie wiedziała jak zareagować, nie przerwał jednak rytuału, a jego determinacja po śmierci Kostka wzmocniła się, nawet jeśli dojrzał latającą głowę - a może i właśnie dlatego - odbijającą od drzwi na suficie tylko kątem oka. Zdawał sobie sprawę, że traci w ten sposób przychylność Charonitki, ale Bóg odpowiedział, a jego pomruk usłyszał także Mathias i ledwo oddychający Otto. Amulet zawibrował, rozżarzył jak węgle i zaświecił, by pokryć płomieniami, które nie robiły mu krzywdy. Przez moment dzierżył przedmiot, w który przelał swój gniew.

Janik Eckstein

W Purgatorium wola staje się faktem. Rzadki to talent, ale umysłowe i duchowe talenty tego osobnika wykraczają poza normę. Jest tu pierwszy raz, a czyni cuda jakby odbył już tuzin misji – otwiera bramy, wchodzi do sekretnych pokoi, myślami kreuje byty. W Purgatorium, zgodnie z zasadą przeciwieństw, ze sługi sam stał się stworzycielem dla swojego Boga. Na ten moment forma jest niestała, jego Bóstwo wydało z siebie tylko pomruk, ale tli się gdzieś w jego amulecie i duszy, gotowe odrodzić silniejsze, gdy raz jeszcze rozbudzi się w nim pamięć o Kostku. Niebywały talent. Ta modlitwa może kiedyś zemścić się na Niemej.

Myśli Janika zdradzały, że odczuwa stratę zaprzyjaźnionego neurochirurga, a także pała zemstą, której nie potrafił stłumić.

Ah, ha, ha, ha, stayin' alive, stayin' alive...

...

Limit Czasowy

80:02

Tabris

Tabris

1.09.2017
Post ID: 83393

"A więc to jest zombi. Typowy faszysta."
~~~
Pierwszym posunięciem, instynktownym Waltera było gwałtowne skręcenie głową w celu uniknięcia ataku Darré'a. Gdy go wykonał, starał się poturlać z daleka od agresora. Nie poznał w tym zombi byłego notabla III Rzeszy, zwłaszcza, że połowa twarzy nieumarłego była zmasakrowana. Wytarł twarz z ziemi i krwi. Pierwszą rzeczą do odzyskania była broń - szabla i pistolet. Akurat na dolnej połowie ciała miał strój, który zwiększał jego mobilność, zaś hitlerowiec... Cóż, ledwo chodził. Postanowił więc odzyskać uzbrojenie, a następnie zbliżyć się do Lei. Nie wiedział, czy ją coś zaatakowało, ale należało to sprawdzić. Jeśli sytuacja byłaby dobra mógłby założyć górną część stroju, choć ręka zainfekowana pijawką go bolała. A jeśli nie powinien wspomóc córkę.
~
Z jakiegoś powodu uznał, że to wina pasożyta, że nie zdążył uratować doktora Wendelina. Dawką nienawiści i pogardy otrzymaną od niego starał się nakarmić tą rzecz. Być może to ukryte wspomnienia, a może pamięć o kaźni Charonity sprawiły, że nie bał się Zombi. Zastanawiając się nad taktyką głośno i obcesowo przeklinał ją nawet po polsku, który to język pod tym względem był bogatszy od niemieckiego.
~
Plan na starcie był prosty - korzystając z przewagi mobilności zadawać przeciwnikowi ciosy, najlepiej w szyję, ale też nogi - aby go obalić i dobić. "Leć delikatnie jak motylek, żądl mocno jak motylek pszczoła" - Jak to sformułował Muhammad Ali. Nie ruszał się zgrabnie jak motyl, ale w porównaniu ze zgnilcem był szybki i mobilny. Nie wiedział jak dobija się zombi, ale to stanowiło obecnie najmniejszy problem.
~~~
- Głupia o* p, jesteś taka k beznadziejna, że g* c* zabiłaś nie tego co potrzeba. Ty nawet pasożytować nie umiesz g* p** tak głupim jesteś c***. Jesteś najbardziej p** z przeszkód brudna k**. Zaraz dam Cię wyżreć temu zombi, on jest od ciebie lepszy k** n**. (...)

Fimrys

Fimrys

2.09.2017
Post ID: 83394

-Miałaś rację, Charonitko, musimy być silni w wierze. I czeka nas przemiana. Musimy pomścić w jak najbardziej psi sposób Kostka, tak? A więc będzie to droga szaleństwa! Mistrz Gry miał rację, nie możemy głupocie pozwolić zwyciężyć, więc niech ta bezsensowna śmierć będzie ostatnią bezsensowną śmiercią. Zadbamy o to, w imię Comic Sansa. Czyli następnym celem może być jajogłowy? On najlepiej zna władcę tego świata i jego nauki, więc nie możemy go stracić. Niech ogień szaleństwa wspomoże nas na drodze męczeństwa, byśmy z popiołu wstali niczym feniks! Stayin' alive, stayin' alive.

Søren był wręcz w euforii widząc, co właśnie uczynił i dlatego całkowicie w momencie największej dezorientacji Charonitki wygłosił monolog, w którym on sam ciężko rozumiał opisanie swej drogi ducha w Purgatorium. Mówił z prawdziwym natchnieniem i kiedy pod palcami poczuł swego Pana odnalazł swoją misję w tym pokrętnym wymiarze. Czuł się jak krzyżowiec, a połączenie z nowym demonicznym bytem odmieniło go. Czuł się tak bardzo zjednany z nim, że mówił o sobie w liczbie mnogiej. Wygłaszał słowa pokrętnie z szaleńczym błyskiem w oczach, gdyż natchnienie spotęgował fakt, iż w tym wymiarze najważniejszym jest zaskakiwanie. Poczuł zew obowiązku wobec Jajogłowego, którego prędzej nie znosił. Teraz widział w nim kluczową postać w strukturze wyznawców psa, do której tłumacz wstąpił troszkę mimowolnie, ale teraz pragnął ją lepiej poznać. Z Abbadonem na piersi postanowił bardziej wgłębić się w duchowy aspekt tego wymiaru i jego boga. Po raz pierwszy zwrócił się do Władcy tego wymiaru:

"Masz rację, Psie. Głupota zabiła Kostka, and we must stayin' alive, stayin' alive."

Zw swego dzieła był Søren niezmiernie dumny. Wiedział, że duch w końcu zatriumfuje i umożliwi mu coś takiego. Po przelaniu swego gniewu do amuletu i "stworzeniu" swego boga, w tłumaczu obudziły się dawno nieodczuwane, ukryte emocje. Z rodziną miał dobry kontakt, ale jak na pragmatyka przystało bardziej odczuwał aspekty korzyści więzów krwi, niż miłość wewnątrz rodziny. Nigdy go to nie dziwiło ze względu na fakt odbudowy normalnych relacji i jego wychowanie świeżo po doświadczeniach wojennych. Ale teraz poczuł prawdziwe przywiązanie, prawie równe jego przywiązaniu do samego siebie. Już sam pomruk potężnego Abbadona wzbudził w nim euforię i fascynację, więc sama możliwość zwiększenia jego siły niezmiernie ciekawiła i napawała energią Sørena. Zamierzał zasilać go wiarą i ludzkimi emocjami. Dniew był dobry, bo nie był bezmyślny, ale skondensowany i w momencie śmierci Kostka zmieszany z nutką czarnego jak noc żalu. W głowie huczało mu wręcz idealne w tym momencie
Infernum z Symfoni Dantejskiej Liszta. Uronił nawet jedną łzę, która jednak w kontakcie z płomieniem natychmiast wyparowała. Po przelaniu na przedmiot jeszcze kilku dawek chęci zemsty, demon we wnętrzu przeszedł w stan swoistego uśpienia. Był jeszcze dosyć słaby, toteż tłumacz postanowił "karmić" go wieloma doznaniami i emocjami jakie oferowało Purgatorium oraz siłą wiary. Po ekstatycznym pół-kazaniu, wrócił do swojego standardowego spokojnego usposobienia sprawiającego wrażenie pokornego. Z lekkim uśmiechem pogłaskał kluczoślimaka na ramieniu i powiedział doń pół-żartem "A ty mały, chcesz stać się pierwszym Akolitą Otchłani w tym wymiarze?". Potem odwrócił się do pozostałych współpokojowiczów okazując swój standardowy stoicki spokój, żeby nie mieli dalszych powodów do strachu albo nazywania go szaleńcem. Mówił też całkowicie normalnie, no może poza mówieniem o sobie w liczbie mnogiej.

-Widzę, Panie Coldberg, że pan również zmyślnie poradził sobie ze współlokatorem. Te stworzenia są bystrzejsze, niż się można spodziewać. I jak pan pewnie zauważył, to umysł dominuje w tym wymiarze nad ciałem. -W tym momencie poobracał w palcach żarzący się jeszcze medalion. - A zatem, ma pan jakiś konkretny plan działania? Czas powoli ucieka, a nasza sytuacja jest co najmniej średnia: lekarza straciliśmy, a następny może być jajogłowy kapłan, którego już tracić nie powinniśmy. Ta kobieta może i jest szalona, ale przede wszystkim jest zdeterminowana i zabójczo skuteczna. Poza tym mamy dosyć niezręczną sytuację nad rzeką, z tego co widzę. Moglibyśmy zajść tam z Tutty by opatrzyć rannych, pomóc ze zdobyciem kolejnych kluczy i zreorganizować ich jakoś, przy okazji wypatrując Jajogłowego.

Czekał na wypowiedź studenta, bo ten zdawał się mieć jakiś plan i dodatkowo już zaczynał rozumieć potęgę intelektu w tym przeklętym wymiarze. Przy okazji też liczył na zdanie zdeformowanego chemika, bo ten zdawał się być kimś (lub już czymś) na kształt dowódcy. Gdyby zszedł nad rzekę i zaczął opatrywać rannych, mógłby nakarmić demona dawką ludzkiego bólu, strachu i Pies wie czego jeszcze. Sytuacja wydała mu się wręcz karykaturalnie zabawna, gdyż cały czas leciało "stayin' alive, stayin' alive".

Xelacient

Xelacient

2.09.2017
Post ID: 83395

Fakt, że wiedza chemiczna była tutaj na coś przydatna pokrzepił Otto na duchu. Co prawda w takiej symulacji okazuje się, że nawet modlenie się nad cudzym grobem daje jakieś efekty… pewnie ten kto nadzorował symulację mógł na bieżąco ją modyfikować pod oczekiwania współpokojowiczów… przynajmniej jeśli miał taką wolę…

W sumie przecież już byli tego świadkiem… „Nadzorca”, jak go określił Otto już modyfikował wygląd grobów, żeby rozproszyć uwagę Joanny.

Niestety Otto nie miał zbyt wiele czasu na rozmyślania, bo Tahir został zaatakowany przez „zombi”, a zaraz po tym rozpoczęła się agonia Kostka. Arab jakoś się trzymał na drzewie, ale dla Niemca to już było zbyt wiele. Powoli osunął się z nagrobka i skulił na ziemi, w takiej samej pozycji co umierał Kostek. Tylko jego ciałem wstrząsały kolejne spazmy, gdy neurochirurg tracił kolejną część ciała.

Tak, teraz było naprawdę źle. Co prawda zmiana fazy srogo odbiła się na jego ciele, ale to i tak było lepsze niż to co przeżył podczas wypadku samochodowego, bo przynajmniej kości miał całe. Teraz jednak wolałby nie czuć nóg wcale, niż znać uczucie jakie ich towarzyszy ich odcinaniu po kawałku. Był tylko ból… i nienawiść do Waltera. Kamphausen nie wiedział co dokładnie zaszło miedzy nimi, ale nie miał już wątpliwości, że lekarz miał ku temu jakieś dobre powody.

Przynajmniej wraz ze śmiercią lekarza ból zaczął ustępować. Jeszcze przez chwilę inżynier leżał na ziemi z trudem łapiąc powietrze. Jednak w końcu się otrząsnął z szoku i powoli wstał wspierając się na swojej pałce. Jego stan się nie poprawił, ale ustąpienie bólu przyjął z ulgą.

Nie zmieniało to faktu, że Niema zabiła Kostka, i to w wyjątkowo sadystyczny sposób.
Jednak skoro to symulacja, a Kostek był cały i zdrowy (przynajmniej wtedy gdy odsyłał Otto do Purgatorium) to czy on naprawdę zginął? Może to było tylko jego „lustrzane obicie” w tej symulacji?

Ale po co tu był?

Żeby kontrolować pacjentów podwyższonego ryzyka! Z Kim gadał najwięcej? Z nim, otyły, starym inwalidą. Zmasakrowanym w wypadku młodzieńcem, a także z Walterem, który przez wiek też był pacjentem podwyższonego ryzyka? Może jego też zmasakrowało przed śmiercią?

Tak, to było bardzo dobre wytłumaczenie! Dzięki niemu Otto mógł błyskawicznie przejść do porządku dziennego po tak brutalnej śmierci.

W końcu ta kuracja miała zregenerować ich ciała, co nie?! Toteż nic dziwnego, że byli poddawani bolesnym doświadczeniom! W końcu to stymulować ich receptory bólowe do regeneracji!

A może strach przed śmiercią był częścią kuracji?! Więc może powinien się bać śmierci? To była poważna zagwozdka dla Otto, ale po chwili uznał, że powinno wystarczyć jeśli będzie udawał strach przed śmiercią!

Po tych przemyśleniach Kamphausen poczuł się na tyle dobrze, że mógł przystąpić do działania. W pobliżu grasowała Niema, a także „zombi”, które Der Chemikerowi kojarzyły się z ofiarami chorób popromiennych. Z drugiej strony musiał się pośpieszyć, by pomóc zięciowi (niedoszłemu!).

Co robić? Zaryzykował z pigułką, zaszkodziło, ale też trochę pomogło. Nie zaryzykował przy pomaganiu Kostkowi i zakończyło się to totalną klęską. Nie mógł winić drużynę pierwszą za brak wsparcia, bo mieli własne problemy, ale nic nie zrobi kurczowo się ich trzymając!

- Bardzo dobry pomysł Panie Søren - odparł tłumaczowi po tym jak ten zabrał głos- idźcie do drużyny drugiej, tylko trzymajcie się przy tym ścieżki! Ja idę ratować mojego zięcia... niedoszłego! – zawołał na odchodne zawiązując sobie nogawice spodni wokół pasa, pasek zatknął za nie, bo he he he… zgodnie z tutejszą zasadą przeciwieństw od teraz to spodnie trzymały pasek. I ruszył wspierając się o lasce. Kierunek znał, bo Tahir przesłanymi obrazami jasno określił swoją pozycję.

Po drodze zaczął się zastanawiać co właściwie mógł zrobić wobec zombi nazisty. Próbował przypomnieć sobie wszystko co wiedział o „zombi”. Czytał kiedyś artykuł populrnonaukowy w którym tak opisywano ofiary ciężkiego napromieniowania, ale co oznaczał ten termin? Nagle go oświeciło i aż przystanął z wrażenia.
Thriller! Przypomniał sobie teledysk tego czarnucha! Tam były zombiaki i to niby były żywe trupy! Że też od razu sobie o tym nie przypomniał. Kaseta z tym teledyskiem była jedną z wielu zachcianek Doris, którą oczywiście jako dobry tatuś spełnił. Później nie mógł się nadziwić, że jak można na VHS sprzedawać coś co ma ledwo piętnaście minut?! Niemniej obie córki z zachwytem oglądały teledysk, aż do zdarcia taśmy.

Zatem, by uratować zięcia, musiał się zmierzyć z nazistowiskim żywym trupem, co prawda w obecnym stanie miał z nim małe szanse, przez odmrożenia był osłabiony i wyglądał nawet gorzej niż nazista.

No właśnie! Skoro wyglądał jak żywy trup to może mógłby udawać jednego z nich? Nazistowskie dziedzictwo miał. To mógłby spróbować udawać nazistowskiego żywego trupa!

Tylko jak się wczuć w taką rolę? Otto postanowił połączyć posiadana wiedzę, o żywych trupach i nazistach. Spróbował stanąć na baczność i iść równym marszowym krokiem, na ile mu obecny stan pozwalał. Matka za młodu zafundowała mu trochę wojskowego drylu, to miał ku temu pewien dryg. Następnie zaczął śpiewać Hymn trzeciej rzeszy, ale robił to na melodię jaką pamiętał z teledysku Thriller.

-Deutschland, Deutschland uber alles, uber alles in der Welt… - zaczął z początku niepewnie, później coraz głośniej starając się zagłuszyć lecąca "żałobną" piosenkę. W pewnym momencie tak się wczuł, że zaczął odtwarzać choreografię z teledysku, przynajmniej na tyle ile ją zapamiętał z kilkukrotnego obejrzenia gdy w skupieniu oglądał musical próbując zrozumieć co tak zachwyca jego córki.

I tak ni to maszerując, ni to tańcząc, ni to się słaniając osłabienia zbliżył się do drzewa gdzie stał truponazista. Jego obwisły brzuch i inne luźne części ciała kołysały w rytm jego ruchów, podobnie jak luźno związane spodnie. Gdu w końcu ujrzał szukaną parę głośno przytupnął na drodze, jeszcze głośniej klasnął, zwracając ich uwagę, po czym z wysiłkiem odwrócił się do nich plecami, po to tylko by gwałtowanie ponownie zwrócić się w ich stronę niczym czarnuch z tamtego teledysku.

- Jestem Otto! – zaczął śpiewnie – Otto Adolf Kamphausen! Czysto rasowy Niemiec narodzony z Lebensborn! Szukam mojego ciemnoskórego sługi, popsuła mi się klamra od paska i ma mi zrobić nową! – dodał wyciągając popsuty pasek na dowód.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

2.09.2017
Post ID: 83396

Anshelm przyjął do wiadomości słowa studenta, ale uznał, że lama może poczekać.
Przecież nie ucieknie. – powiedział sobie w myślach, choć nie był tego taki pewien.

Bieg nie był wcale łatwy. Mężczyzna często musiał omijać kamienie i wystające z podłogi korzenie, które wydawały się celowo go spowalniać. Potknął się kilka razy, ale nie upadł. Domyślał się, jaki ubaw miałyby tuzy, gdyby wyrżnął o ziemię i rozkwasił sobie nos. Nie chciał dać im tej satysfakcji. Z każdym krokiem czuł – niemalże fizycznie – że zbliża się do wyjścia. Zatrzymał się dopiero słysząc znajomy głos mistrza gry.

Jednego mniej. Nie wiem, kim był ten Kostek, ale jego śmierć oznacza, że zaczęło się robić naprawdę niebezpiecznie.
Muzyka w groteskowy sposób komponowała się z cmentarnym otoczeniem i umilała gonitwę.
Kiedy do nosa Anshelma dotarła niemożliwa do pomylenia z niczym innym zatęchła woń trupa, przypomniał sobie o tematyce misji.
Na jego drodze stanął jeden z zombie nazistów, który okazał się wcale nie być nazistą.

Mężczyzna bez trudu rozpoznał w wysuszonych zwłokach niemieckiego noblistę – Gerharta Hauptmannna. Wiele się nie zmienił od śmierci.
Ciekawe, czy to prawdziwy Hauptmann. Równie dobrze może to być twór tego miejsca, mający go przypominać. Gdyby to naprawdę były jego zwłoki, to nie zachowałyby się w tak dobrym stanie.
Anshelm czytał większość dzieł wybitnego literata, w tym te najsłynniejsze i nie znalazł w nich pochwały dla ideologii nazistowskiej. W Magnus Garbe można by się wręcz doszukiwać pewnej krytyki nazizmu. Mimo to nazista podziwiał i szanował Hauptmanna. Sam fakt, że znalazł się on na Gottbegnadeten-Liste o czymś świadczy.

Truposz nie zachowywał się jednak jak stereotypowy zombie. Zamiast powoli i niezdarnie powłóczyć nogami, ten dosłownie biegł w stronę Anshelma. Nie wydawał się zbyt silny, ale długie, zakrzywione paznokcie i brudne zęby z pewnością były ostre i pokryte mnóstwem bakterii.

Anshelm należał do ludzi, których umysł działa na zdwojonych obrotach w sytuacjach stresowych. To wielokrotnie uratowało mu życie.
Nawykłem do celowania w szyję, ale nie sądzę, żeby w tym wypadku na wiele się to zdało. Przebita krtań, czy przecięta tętnica nie powinny być problemem dla zmarłego, który nie musi oddychać i prawdopodobnie nie posiada krążenia. A jednak się porusza…
Jeśli cokolwiek w jego organizmie działa, to jest to ośrodkowy układ nerwowy. Z drugiej strony być może porusza się tylko dzięki „magii” czy innej sile wykraczającej poza prawa fizyki i biologii.
Mamy więc dwie możliwości: albo jego mięśnie poruszają się dzięki impulsom nerwowym, a energię czerpią z dziwnych sił działających w tym miejscu albo jest zanimowany całkowicie przez te siły. W drugim wypadku mózg nie jest potrzebny.

Po tym wywodzie Anshelm doszedł do wniosku, że najlepiej celować w głowę lub kręgosłup. Jeśli zombie rzeczywiście zachowuje pewne prawa biologii, to powinno go to uziemić na stałe. Z pałką w jednej i nożem w drugiej ręce ruszył powoli w stronę domniemanych zwłok Gerharta.
Najlepiej będzie najpierw wytrącić go z równowagi uderzeniami pałki, a potem wyminąć go i uderzyć nożem od tyłu w rdzeń przedłużony. Ostrze wbite w miękki punkt u podstawy czaszki, między kością potyliczną, a kręgosłupem powinno na stałe zakończyć jego żywot.
Postanowił zrealizować ten plan i zamachnął się na truposza nogą od krzesła, czekając na odpowiedni moment, aby znaleźć się za jego plecami.

Garett

Garett

2.09.2017
Post ID: 83397

-Dobrze rokujesz – odpowiedział Mathias na obelgę – jak dotąd jedyna osoba, która nazwała mnie „chujem” była właśnie geniuszem.

Coldberg pozwolił białej pijawce przyssać się do ramienia, aby mogła spijać resztki lęku Janika. Wcześniej się trochę zdenerwował, że stwór mógł pożerać nawet strach Charona, przez co urósł mu w języku, ale z drugiej strony jednak mu się to opłaciło, bo w innym wypadku pasożyt byłby za głupi żeby zrozumieć, iż jest szantażowany. Student oparł się o nagrobek, próbując zebrać myśli po tym jak jego umysł zaatakowały wspomnienia Ecksteina. A najłatwiej było mu to zrobić wygłaszając komentarze swemu Charonowi.
-Idiotka. Ograniczona tępa dzida. Oszukuje samą siebie. Nie szuka żadnej sprawiedliwości ani nawet zemsty, bo gdyby tak było, to miast polować na Charonów, za swój cel obrałaby Tuzów. Nie, jedyne czego chce to wymówki. Założę się, że śmierć jej brata to albo jej wina, albo poświęcił się on by ją uratować. Nie potrafi przyjąć do siebie tej wiadomości, więc uważa, że to wy splunęliście na jego pamięć wybierając Charonat... Tylko dlaczego uwierzyła, że może przywrócić swojego brata do życia? Skąd w ogóle taki pomysł? Zaraz... To jest właśnie wariant 4, o którym wspominał Jajogłowy, a który Kostek wyśmiał, prawda? Wskrzeszenie kogoś, kto zginął w Pokojach. Hmm, tę obsesję można wykorzystać przeciwko niej... Dwa szybkie pytania: jak wiele z tego co według plotek potrafi Sutara może zadziałać w Purgatorium i jak nazywał się lub jaki miał przydomek brat Gaduły? To bardzo ważne.

Podczas całej przemowy Sørena Mathias wpatrywał się w jego amulet z żywym zainteresowaniem. Coldberg zawsze uważał, że religii to tylko opium dla mas, narzędzie, z którego można było korzystać jeśli tylko było się dostatecznie sprytnym aby zgromadzić wokół siebie dostatecznie dużą grupę wyznawców. Tutaj jednak wiara stawała się ciałem, co jedynie utwierdziło Coldberga, iż w Purgatorium umysł pod każdym względem górował nad ciałem. Co dawało im przewagę nad Niemą, której działania jak dotąd opierały się tylko na jej fizycznych zdolnościach wzmocnionych działaniem kombinezonu.
Kiedy Tłumacz skończył mówić, Student potwierdził, iż rzeczywiście Jajogłowy będzie następną ofiarą Gaduły-Niemej. Następnie podzielił się z nim własnym pomysłem.
-Blat – mówił niewyraźnie przez dziurę w języku. - Ta faliatka miała blata. Umal. Pefnie psez niom. Zieś tu jes jeko klóp. Musi pyć, bo pył Pokojoficzem. Ma opsesje na jeko punksie. Musi szęsto trafiaś na jeko klóp. Musimy ko znaleś. Szeby wiezieś jak wyklonda. Mamy tfa umysły. Silne. I to – wskazał na „zaklęty” amulet Tłumacza. - Moszemy smusiś to miejse to potposzątkowania się. Stwoszyś tla niej lapilynt z klopów blata. Spowolniś jom. Ale najpielw...

Student pociągnął za sobą Sørena po głowę Kostka, która ze względu na nadludzko silny rzut Niemej wylądowała niedaleko drużyny pierwszej. Kiedy już ją znalazł, zasłonił mu oczy i za pomocą pogrzebacza zaczął kopać płytką dziurę. Przy tym cały czas jak najsilniej wyobrażał sobie, że ziemia z łatwością osuwa się pod dotykiem jego narzędzie, traktując to trochę niczym wprawkę do o wiele większej próby narzucenia swej woli temu miejscu.
-Nie powinienem tego robić , skoro zadanie jest na czas – powiedział w myślach Janikowi. - A mimo tego, iż jest to nielogiczne, to to robię. Nie wiem czemu. Czy to dlatego, że mnie prosiłeś, twoja żądza zemsty i smutek jakoś wpłynęły na mój umysł, czy też pomimo tego, że jestem „aroganckim chujkiem”, to mam jakieś mikroskopijne pokłady uczciwości. Wiem tylko, że nienawidzę kiedy osoby uzdolnione, a z twoich słów wynika, iż Kostek był kimś takim, padają ofiarą głupoty innych.

Wiwernus

Wiwernus

2.09.2017
Post ID: 83398

Pokój Cmentarny

Na początku było stonowane niedowierzanie, potem obietnica samorozwoju, a teraz zręczne, niejasne dla postronnych wpasowanie się między Psie Bóstwo i Abbadona. Tuzy snuły teorie dla jakich wyższych sił działa tak naprawdę Guru, nawet mająca częściowy dostęp do jego myśli Amfa nie była zdolna stwierdzić gdzie u jej podopiecznego zaczyna się wiara, a gdzie pragmatyzm. Czuł, że zależało jej jednak, aby ktoś w końcu przyjął jej drogę i ostatecznie poddała się monologowi, przyjmując, że Søren wybrał jej pana, a Abbadona uniżył przez uczynienie go sługą. Logika ta była pokrętna, ale dla tłumacza całkowicie zrozumiała. W momencie gdy Charonitka zbliżyła się do niego, ich połączenie myślowe stało się silniejsze i wiedział jakimi mechanizmami obronnymi włada jej psychika. Ćpunka, zwyrodniała grzesznica odwrócona od Boga zaznała piekła w pokojach. Bólowi nadała sens, przyjmując wszystkie słowa Hadesa dosłownie, czyli jako naukę. Pokoje były dla niej drogą ku duchowej przemianie. Przemianie, którą jako charonitka postanowiła obarczyć innych, zmuszających do udziału w śmiertelnej grze. Dobierała osoby podobne kiedyś do niej i rękami kapłanów psiej sekty wysyłała do Purgatorium, wierząc, że czyni właściwie. Albo pozbywała się chwastów ze społeczeństwa, albo nawracała ich. Albo, albo. Korzyść niezależnie od obrotu sytuacji.

Niestety nawet jeśli którykolwiek podopieczny zdołał przeżyć choć jedną misję, szybko odwracał się od wiary. Søren zapowiadał się być geniuszem, kimś więcej. Nie mogła sobie pozwolić, aby ją zawiódł, dlatego zaczęła wierzyć, że każdy najmniejszy element jego przemowy i rytuału był aktem poddaństwa wobec psa. Abbadon zapieczętowany w amulecie był dla niej niczym spętany bożek w akcie wyjątkowo sadystycznej szydery. Kürenberger jako istota o niezwykle silnym duchu doskonale rozumiał Amfę. Spenetrował jej umysł i wiedział już, że ma ją w garści, na swój sposób uzależniając ją od siebie. Była gotów tłumaczyć wiele z jego zachowań wiarą w Psa. Pozyskał cenne wsparcie.

Zaintrygowała go jednak myśl, do której nie mógł się przedostać, blokowana celowo, choć nie w pełni skutecznie. Czasami kobieta zdawała się jej ulegać, przez co paradoksalnie wydobywała ją na wierzch. Podejrzewała, że tłumacz jest bożym pomazańcem, obiecanym w mistycznej przepowiedni funkcjonującej w obrębie mitologii kostki, a różnie interpretowanej przez pokojowiczów, charonitów, tuzy i sektę Amfy. Każda definiowała go na różne sposoby, wspólne były jednak oznaki wyjątkowości wybrańca, których jak na złość nie był wstanie sobie przypomnieć z lektury Purgatorium. Na pewno parę postaci pobocznych podejrzewało, że Osiołek może nim być, ale wątek ten nie doczekał się zakończenia.

Westchnął. Dotknął palcami gorącego jeszcze amuletu. Abbadon stał się jego ukochanym dziełem, które wyraźnie łaknęło kolejnych doznań, emocji i bólu, którymi mogłoby się nakarmić. Dziełem uśpionym, ale nie zdolnym ukryć pragnienia czynienia zła, z którego się narodziło.

Mathias spoglądał jak Guru wraca do normalności i nawiązuje relacje ze swoją pijawką, ku lekkiej zazdrości pijawki-albinosa, która również, choć bardziej egoistycznie, łaknęła pieszczot. Słodycz interakcji przerwał jednak wyraźnie zaniepokojony Janik, nakazując jeszcze uważniej spojrzeć na tłumacza, a także na chemika.

Janik Eckstein

Może mój entuzjazm był zbyt silny. Tłumacz jest wyrachowany, ale nie podchodzi z pokorą do swojego dzieła. Oby narodzony z pragmatycznego gniewu byt nie zemścił się i na Niemej, i na nim. Podobnie jest z chemikiem. Strach przed śmiercią może ją przywołać, to jak wywoływanie wilka z lasu. Ty zresztą też uważaj, pijawka może przerosnąć cię intelektem i skończy się zabawa.

Z Janikiem porozmawiali sobie zresztą szerzej.

Janik Eckstein

Lünar. Nie pamiętam teraz imienia, wyleciało mi z głowy. Pseudonim Niemy. Nieśmiały, wycofany, trochę za łagodny. Przeciwieństwo siostry z tamtego okresu. Okazał się być „bestią”, osobnikiem o potencjalne godnym zostania drugim Osiołkiem, przynajmniej jak już się przebudził. Podkładał innym do dobicia stwory, które powalił; pomagał przy najtrudniejszych zagadkach. To go zgubiło. I tak, dokładnie jak to zgadłeś, uratował siostrę za cenę życia, nas wszystkich zresztą też. Byłby cennym wsparciem po wskrzeszeniu, choć nie wiem czy przy swoim zachowaniu zdołałby przeżyć do zdobycia „setki”.

A moja żona to licencjonowana szamanka, ale nie czarownica. Nie wiem co sobie ubzdurałeś, ale nie pojawi się nigdy w pokojach. Zdaj się na siebie. Aczkolwiek... mogłaby cię wspomóc w technikach medytacji. Lepiej byś... panował nad rzeczywistością pokoi. Musiałbyś jednak mieć ze mną dobre relacje, sojusz. Zdecydować się na niego w pełni. Czy jesteś na to gotów?

Oddalił się i oddał trudnej sztuce kreacji odwracających uwagę Niemej nagrobków, próbując jak najlepiej podrobić wspaniałe, niemal żywe miejsce pochówku, które ujrzał podczas podróży po cmentarzu. Okazało się to być trudną sztuką i dlatego właśnie zapragnął wsparcia Sutary. Szczególnie w momencie, gdy planował dawną Gadułę niemal uwięzić w labiryncie, pętli bliźniaczo podobnych kopii, podczas gdy wybitny Søren ograniczał się do otwierania pojedynczej bramy i tworzył jedynie byty z silnych emocji zaklętych w niezbyt złożonych przedmiotach. To nie mogło się udać.

Rzut na akcję: Uwięzienie Niemej w labiryncie grobów jej brata
Modyfikatory Pierwszorzędne: Inteligencja (+3), Siła Woli (+1)
Modyfikatory Drugorzędne: Charyzma (+2), Wiedza (+1)
Wyniki: 1; 1; 1; 4 -> 4; 2; 3; 5 (po modyfikatorach) + 0,3 (bonus za opis) -> 10,3 / 3-> 3,43 -> Brak Efektu!

Skupił się, starał jak mógł, wykorzystując pełnię intelektu i genialnego umysłu. Nie miał tej lekkości, zdolności pragmatycznego kontrolowania uczuć objętych w proste ramy co tłumacz. Starał się jak mógł, jednak stracił tylko czas. Czuł, że był blisko, ale brakowało mu wprawy i doświadczenia.

W ciszy zakopał głowę Kostka, symbolicznie oddając mu hołd. Znów utracił cenny czas i siły, choć zmarłemu o wiele lepsze miejsce pochówku przygotował Hades. W przypadku studenta jednak symboliczny grób miał wartość, bo powstał w ramach poświęcenia i nie przyszedł łatwo. W ten o to sposób Kostek był jedyną osobą, która w Pokoju Cmentarnym miała dwa miejsca pochówku. Mathias spoglądał na utworzoną siłą woli płytę nagrobną, chwiejną i słabą, która rozleciała się w większości, gdy odwrócił wzrok. Była świadectwem jego pierwszych kroków w sztuce kreacji myślą. Przeklinał tłumacza, który pragmatycznie ruszył do lamy i pozostałych członków barwnej drużyny, nie okazując mu wsparcia.

...

Dotarł do Drużyny Drugiej i Trzeciej. Carl i Hans wracali do normalności. Konflikt między nimi był silny i wzajemnie obwiniali się o wyrwanie z ich ciał kluczy, które sprytnie wyciął im korzystający z okazji Nadim. O ile gwiazdor brzydził się stworzeniem, o tyle Carl zaprzyjaźnił się z nim i przywiązał do niego. Tłumacz pomógł opatrzyć im rany. Nawet w szybko regenerującym się ciele ryzyko zakażenia było spore i oczywistym było, że powinna być im udzielona pomoc, szczególnie po obrażeniach zadanych sobie w walce. Podobnie zresztą było z Hermanem - który choć sam wykonał zaskakujące, pełne wprawy i zręczności nacięcie w pobliżu tętnicy udowej - nie mógł poradzić sobie z krwią, która zasilała w tej chwili obficie nurt Styksu przy ukrytym, niesforsowanym portalu wewnętrznym.

Nie wiele lepszy los zapowiadał się dla Joanny, początkowo uznanej przez tłumacza za ofiarę gwałtu. Alois, choć niski i kościsty, objął ją mocno, a głowę brutalnie przełożył do marmurowego nagrobka do połowy zanurzonego w krwawym Styksie. Wyrywała się, chlapiąc nogami krzepnącą w powietrzu breję, nie była wstanie jednak ruszyć pięknym obliczem choćby o milimetr. Dopiero po chwili zrozumiał, że broni się wyłącznie odruchowo i przy bolesnym przyzwoleniu na operację. Ferenz w subtelności się nie bawił, wyzywał kobietę i gdy zregenerowała siły do dalszej szarpaniny, potrafił zderzyć jej głowę z marmurem, choćby dla chwili spokoju. Był jednak najlepszym wyborem do pomocy przy operacji. Sfrustrowany i pełen pogardy, ale opanowany, gdy zatopił nóż w jej lewym uchu. Straciła częściowo słuch, ale to nie zakończyło przedsięwzięcia, bo ślimakoczłeka trzeba było wyciąć. Ten rodzaj był odmienny, podobnie jak włochaty. Strach przemieniał nie w siłę czy intelekt, lecz specyficzny mechanizm obronny. Karmiony stwór rozpalał się, płonąc i zmieniając konsystencję na przypominającą magmę, która szybko zastygała. Im więcej strachu, tym większa temperatura, a jako że Joanna była pełna strachu, tłuszcz i palona skóra spływała jej po połowie twarzy. Alois studził ślimaka krwią, jednocześnie podduszając kobietę do częściowej utraty przytomności, przy której nie było mowy o strachu. W końcu wygrzebał stworzenie, a kobietę pchnął na piasek przypominający kamienie nerkowe. Søren w skupieniu obserwował specyficzną relację między tą dwójką. Amulet również, zdradzając podniecenie i domagając się przyłożenia do części twarzy piękności, która teraz przypominała blizny nazisty lub brata Carla.
- Nie martw się, kochana. - koordynator sprzedaży starał się być pomocny i zastąpić Nadima. - Mój brat wygląda podobnie. Z tym da się żyć.

Następnym operowanym była Lama, nieustannie wymykająca się żydowi i uciekająca przed nim z wyjątkową zaciekłością. Przecież nie ucieknie pomyślał głupio Anshelm. Nie dało się jej dogonić. Okazało się, że zwierzęce instynkty pozwalają wyczuć istocie więcej. Rozumiała, że za tłumaczem kryje się coś więcej.
- Podobno zwierzęta potrafią wyczuć duchy zmarłych czy klęski żywiołowe. - prychnął Alois. - Mistyczny, rób za przynętę. Zajdę futrzaka od tyłu.

Goebbels podniósł nagle pysk i wskazał na gąszcze, z których po chwili wyłonił się zombie. Truposz znajdował się niemal na wyciągnięcie ręki od Tutty, ale zignorował ją, zresztą tak jak ona jego, posyłając mu tylko pełne zaciekawienia spojrzenie i błysk fleszu. Istota zaszarżowała, z obsesją próbując powalić żyda. Ten strzelił bez większych oporów, przeszywając stworzenie. Nie zrobiło to na potworze wrażenia, dlatego mężczyzna spróbował po raz kolejny, tym razem celując w głowę. Załadował bełt w ostatniej chwili. Stwór nie zmarł, ale padł na ziemię, co umożliwiło mu długi rytuał dobijania.

...

Rzut na akcję: Pojedynek brzydkich pisarzy
Modyfikatory Pierwszorzędne: Siła (0), Zręczność (+1)
Wyniki: 1; 6 -> 1; 7 (po modyfikatorach) + 0,5 (bonus za opis) -> 8,5 / 2-> 4,25 -> Częściowe Powodzenie

Plan był idealny, wykonanie gorsze. Ruchy miał sprawne i opanowane, jednak zabrakło siły, tak jakby zbagatelizował ciężar i upór sztywnego zombiaka. Wytrącił stwora z równowagi, obszedł go i powalił, a potem atakował zaciekle wyznaczony przez siebie punkt, łapiąc się na tym, że ma problem z przebiciem się przez gnijącą skórę. Cały czas odurzał go smród gnijącego i rdzewiejącego ponownie klucza, zdołał jednak ostatecznie wyłączyć ożywieńca z użytku, choć kosztowało go to oberwaniem z pazurów w już i tak obolałe blizny.

Wykonał „operację” zgodnie z instruktażem Der Chemikera, a potem pobiegł dalej, mierząc się z wystającymi konarami, a także smrodem klucza i piekącym policzkiem.

...

Tuzowie byli już przyzwyczajeni do odpałów Kamphausena. Zombie niekoniecznie. Pochłonięty próbą dostania się do Nadima potrząsał drzewem, będąc coraz bliżej zrzucenia swojego celu. W końcu jednak pociągnął nosem i wyczuł towarzystwo, zresztą śmiało samo się przedstawiające. Nieszablonowe zachowanie całkowicie zbiło stwora z pantałyku, Heß na chwilę wyłączył się i dopiero po chwili wrócił do rutynowej formułki, ruchów nozdrzami i próby analizy sytuacji. Powoli przybliżył się do Otto i rozważał kim jegomość właściwie jest, ale nie mógł dopatrzeć się żadnych nieprawidłowości. Dziwne ruchy pasowały do ożywieńca, mężczyzna jak w mantrze powtarzał nazistowskie okrzyki, z aparycji wyglądał na truposza, nawet jego woń była odpowiednio aryjska. Zombie-nazista zrobił się niemal nieśmiały i powoli przybliżał do Der Chemikera. Nigdy nie dowiedział się czy stwór wpadł w sidła miłości czy chciał go pożreć, otwarte i drżące usta można było różnie interpretować. Ostatecznie spotkanie truposzy zakończył Nadim, który przyczaił się podczas odwrócenia uwagi i skoczył, zwalając na zombie. Nie wiem. Nie mogę sobie przypomnieć. zawodził stwór, gdy ciemnoskóry okładał go mieczem jak młotem, aż do momentu śmierci. Otto przyglądał się zaciekłości zięcia (niedoszłego!) z opadniętymi spodniami.

Pobiegli ku drzwiom po drugiej stronie cmentarza, znajdując krótki odpoczynek na polanie, gdzie Anshelm próbował wybadać swoją ranę na policzku. Razem spoglądali na świeżo powstały grób Wendelina oraz ślimakoigłę chirurgiczną, która powstała po jego śmierci, najwyraźniej zrodzona z jego strachu. Zauważyli, że kawałki mięsa po zmarłym nie zniknęły z grobów, a odcięte ręce w pośmiertnych spazmach mechanicznie wykonują wyuczoną na pamięć operację. Kolejny dowód na dziwaczność ich nowych ciał. Po Niemej - brak jakiekogolwiek śladu. Nie pozostało nic innego jak ruszyć dalej, zabierając ze sobą tylko katoszablę i bóluspluwę po zmarłym, które będzie trzeba rozdzielić.

...

Rzut na akcję: Pojedynek rolników
Modyfikatory Pierwszorzędne: Siła (-2), Zręczność (-1)
Wyniki: 4; 4 -> 2; 3 (po modyfikatorach) + 0,1 (bonus za opis) -> 5,1 / 2-> 2,55-> Niepowodzenie

Mimo przewagi w ekwipunku i dawnych doświadczeniach nie podołał. Uniknął ataku, ale potem zawiodło go otępienie po wybudzeniu z przenikliwym bólem, echo ostatnich słów Kostka oraz postarzały organizm. Nie był już tak silny i szybki jak kiedyś, niezależnie jak pięknie zaklinałby rzeczywistość polskim językiem. Zemścił się także brak górnej połowy kostiumu, zgubny zresztą także dla Wendelina. Nogi miał wzmocnione, nie imały się ich ani nieudolne kopnięcia truposza i nie męczyły po szybkich odskokach. Górna połowa ciała jednak aż prosiła się o kilka silnych uderzeń. Nazista, intuicyjnie, zrealizował taktykę bliźniaczą do tej emeryta. Przywrócił Waltera do stanu otępienia ciosem w szyję, potem obalił go i próbował dobić, jeszcze za nim jego cel odskoczył w kierunku broni. Nie wyszło mu tylko z dobijaniem.

Osiołek leżał na ziemi i przebierał wzmocnionymi nogami, odpychając nieustannie przeciwnika. Nazista zasiadł na nim w końcu okrakiem i próbował udusić, powoli przybliżając paszczę. Trzykrotnie ugryzł swój cel, za każdym razem jeszcze bardziej przytępiając zmysły i świadomość Waltera. Pierwszy ugryzienie, delikatne i niezbyt głębokie, było w odsłoniętą szyję. Drugie było właściwie brutalnym odgryzieniem kawałka mięsa na piersi, przy akompaniamencie ferii barw czarnego światła. Trzecie zatopieniem kłów na jego dłoni, aż ostatecznie została odgryziona ze zdezorientowanym ślimakiem w środku. Czwarte, odgryzając głowę, miało wszystko zakończyć. Pochylił się. Łeb ożywieńca zaczął trząść się, jakby pysk psa, do którego przyłożono rurę odkurzacza. Był coraz bliżej i bliżej, aż w końcu sięgnął go błysk. Wargi drżały, skóra odlatywała od kości, by w końcu łeb zwężył się do postaci małej kulki – przy świadomości jęczącego stwora – rozrósł jeszcze większy niż przedtem i w końcu wybuchł. Zczerniala krew oblała Piontka, dostając się także do jego ran.

Nie pamiętał dokładnie momentu, gdy Niema pomogła mu się podnieść. W głowie tlił się anielski ton jej niesamowitego głosu.
- Wiem, że byłeś przez moment w jego ciele. I dziękuje, że pozwoliłeś mi dokonać sprawiedliwości. - ukłoniła się delikatnie. - Limit czasowy to jakieś osiemdziesiąt minut, my jeszcze możemy dać radę. Jeśli jednak nie chcesz zmienić się w wyjącego truposza, to pokaż w końcu pazur i zakończ zadanie szybciej niż trzeba. Może załapiemy się na premię, a ja nie będę musiała strzelić ci w tył głowy, gdy zobaczę choć jeden niepokojący tik.

Pomogła mu usiąść, wyciągnęła klucz z ręki i zaprowadziła do końca pomieszczenia, narzucając nadludzkie tempo.

...

Do Lei pierwsi dotarli Otto, Nadim i Anshelm, zastając kobietę odmienioną i wyraźnie silniejszą, choć w sytuacji krępującej. „Pies” dodawał jej otuchy przytuleniem, targany dziwnymi i typowymi dla siebie miłosnymi ciągotami. Wobec niego nie czuła wstydu, wobec pozostałych już tak, choć nie tak silny jak nakazywałby zdrowy rozsądek lub obyczaj. Wszyscy dostrzegli jej zniekształcony fragment piersi, który zakryła szybko pod górną warstwą kombinezonu. Po nich zaraz była Niema z ciągniętym niemal po ziemi Walterem ogarniętym gorączką i majakami. Był spocony, jego skóra wysychała i traciła na kolorze, a oczy miał mętne. Był zdolny jednak do pomyślunku, orientował się w jakiej znalazł się sytuacji, po chwili zdolny był nawet poruszać się o własnych siłach, choć z bólem. Wymienił kilka spojrzeń z córką pocieszaną przez Nadima, Psa oraz Otto, który jako najbardziej owładnięty telepatycznymi ciągotami przejął mimowolną awersję do jego osoby. Po nich tłumacz przyprowadził resztę drużyny berlińskiej, w tym Aloisa ze wszystkimi pozostałymi kluczami oraz zdezorientowanego Jajogłowego, świadomego, że czeka go zły los. Na samym końcu przybył Mathias.

Walter zakrył nadgryziony tors górną częścią kombinezonu, co równało się z przebudzeniem klamki. Ta snuła opowieść o wątrobowym domku z lisią pani gospodarz, jednocześnie przy akompaniamencie miłosnych uniesień przyjmowała w zamki kolejne klucze, zaznając fizycznej rozkoszy.

W tym samym momencie Nadim, Anshelm i Søren wycięli z podbrzusza Goebbelsa pijawkę. Już przygotowywali się do przejścia przez próg, gdy okazało się, że brakuje jednego klucza. Okazało się, że winowajcą zamieszania był Walter, który zbagatelizował uciekający klucz. Nie tylko stracili cenny czas na poszukiwania, to jeszcze drużyna miała przez to czas skonfrontować się ze sobą po incydencie z Niemą. Joanna miała wyraźne wyrzuty do Piontka o bratanie się z kobietą, a ten dopiero odzyskał większość sprawności i zdał sobie sprawę jakie są konsekwencje uratowania przez nią. Oporów z wyzywaniem emeryta nie miał także Alois, podkopujący jego pozycję jak tylko się dało. Z zarzutów nic nie robiła sobie Lünar, czasem tylko zerkająca na Jajogłowego, który krył się tchórzliwie za plecami tłumacza. Napięcie narastało, musieli jednak udać się dalej. Limit czasowy ponaglał ich, zombie budziły się w oddali z mięsnego lasku przy głośnym skowycie, a Ferenz pociągnął za klamkę i ponaglił wszystkich do środka, gdy Lea odnalazła pijawkę z jej piersi.
- Jeżeli wam to pomoże, to wezmę trupy na siebie. - rzuciła Niema. Student poznał jej głos. - Odwrócę ich uwagę, a wy idźcie do środka.
- Uważajcie na lisią panią. Po drzemce lubi pojeść. - zasugerowała klamka. - Do zobaczenia!

Pokój Lisiej Pani – wątrobowy domek

Z pewnością znaleźli się w wątrobie żyjącej kostki, ale i przytulnym mieszkaniu, za którego ściany robiły pulsujące bebechy tego wspaniałego narządu. Bystry obserwator z miejsca zauważył, że zaświaty musiały składać się z odmienionych organów, bo wątroba nie miała ludzkiego kształtu – płatów było więcej, kolory były inne, pulsowała groźnie niczym parowa, wielofunkcyjna machina. Oczyszczała krew ze Styksu, która przepływała do niej z kilku stron, przez co drewniane panele ledwo widoczne były przez zbierającą się posokę. Filtrowała, magazynowała, detoksykowała. To co wyprodukowała spływało z nią w miejscach przekłucia wąskimi strużkami. Obrzydliwość ścian zaskakująco kontrastowała z pięknem samego pokoju. Styl był im znany. Zielenie paproci, meble w pięknych brązach, ozdoby w zmysłowych czerwieniach i świecącym złocie. Klasyczny purgatoryjski wzorzec – przepych baroku, poczucie ciepła, uporządkowanie i rozmach.

Pomieszczenie wyróżniało się rozmiarem, było zaledwie ułamkiem obszaru pokoju cmentarnego, kryło jednak wiele sekretów i dało się w jego obrębie wyodrębnić kilka stref, tak jak w kawalerce studentów prowizorycznie wyznaczano czasami „salon” i „gabinet” lub inne pomieszczenia. W tym przypadku oczywista była kuchnia z piekarniczymi piecami, lodówką i wyposażeniem typowym dla tego typu pomieszczeń; salon z kominkiem i wielkim fotelem gargantuicznych rozmiarów; pomieszczenie z kotłami i paprociami przypominające pracownię alchemiczną, dawniej z pewnością pokoik dziecięcy, bo z małym łóżkiem i licznymi zabawkami; sypialnia z wielkim łożem wśród książek i gablotek.
- Dawno się nie widzieliśmy.

Kilku pokojowiczów aż podskoczyło, ale okazało się, że długo nie rozstali się z lisią klamką. Najwyraźniej mogła egzystować po swoich obu stronach, co zresztą im się przydało, bo łaskawie poinformowała, że w pokoju cmentarnym zombie dotarły już do Niemej i toczy się samobójczy bój. Nie uściśliła dla kogo samobójczy.

Rozejrzeli się. Piekarnik był włączony, a pasztet ozdobiony zieleniną i z krwawym sosem w jego wnętrzu narastał niemal w ich oczach. Do kominka ktoś niedawno dołożył paproci dostarczających niezbędną energię. Na meblach nie było brudu, a prowizoryczny ślimakoodkurzacz zdradzał, że pomieszczenie było cyklicznie czyszczone. Herman zauważył, że płonące paprocie znalazły się również pod wanienką w kuchni. Ktoś szykował sobie kąpiel w ciepłej krwi, zmyślnie spływającej przez przekłucie w ścianie dziwnie działającej wątroby. Prawdopodobnie organ miał zregenerować się i zasklepić aż do momentu zapełnienia wanienki. Sprytna kalkulacja i dokładne wyliczenie.
- Chrrrrrrrrrr.

Niski pomruk przeszył ich kości. Pod wielką kołdrą na gargantuicznym łożu ktoś spał. Śpiąca istota wystawiła pokaźnych rozmiarów stopy. Hans bez większych subtelności odsłonił kołdrę, wkładając w to wszystkie siły, nie budząc na szczęście śpiącego gospodarza. Ujrzeli kobietę, ale już nie człowieka, choć istotę do człowieka niezwykle podobną. Miała ze dwa i pół metra, ciało miejscami pokryte rudozłotym futrem, u dłoni i stóp długie pazury, a z głowy wyrastały jej kręcone rogi. Nos jak u psa, uszy szpiczaste i długie niczym u elfa, pyszczek słodki. Roztaczała aurę spokoju, dostojeństwa i absolutnego piękna, mając coś w sobie z matczynego archetypu. Mimo zwierzęcych cech zachwycała niczym cud natury, nawet jeśli jej pochrapywanie było potężne i przeszywające.

Joanna przybliżyła się do gablotki. Wskazała na obrazek tej samej - choć młodszej - lisoelfki u boku z podobnym jej malcem o rudobiałym futrze. Wyglądała na szczęśliwą i łagodną.

Janik Eckstein i Amfa

W tym pokoju nie możemy wam pomagać.

Wpatrywali się w postać. Dalej spała, choć zaczęła mówić przez sen w języku, który znał tylko Søren. Nie wiele rozumiał przez silny akcent, ale miał pewność, że mówi o „gościnie”, „przybyszach” i „rodzinie”. Wspomniała także o „jedzeniu”. Próbował sobie przypomnieć co o Lisiej Pani mówiło Purgatorium. Pamiętał tylko fragment, z którego wynikało, że mięso w Pokoju Narodzin jest złe, a u Lisiej Pani dobre. Słowo „mięso” ujęte było w cudzysłowie.

Walter potknął się o dziecięcą zabawkę i wyłożył na kałuży krwi, co było konsekwencją powtarzających się ataków gorączki i osłabienia. Nie obudził jednak kobiety. Pamiętał, że był już tutaj. Udało mu się wywołać kilka odczuć: pasztet o smaku paproci, matczyny uścisk, błogie uczucie troski i ogromne wyrzuty sumienia po opuszczeniu wątrobowego mieszkanka, choć i tak mniejszy niż u pozostałych członków drużyny.
- Zabijmy ją dopóki śpi. - zasugerował szeptem Alois. - Skóra wydaje się być twarda. Zombie wytrzymywały strzał z kuszy, ona przetrwa więcej. Sugeruję, aby Walter lub Lea wymierzyli ze swoich spluw i zakończyli ten cyrk. Musi być wiele warta.
- Słyszycie to? - Joanna podeszła do jedynej klamki, która nie pokryta była fioletową barierą. Ukształtowana była na podobieństwo szaroskórego bytu, który zmieniał nieustannie swoje oblicze, wyjątkowo paskudne zresztą. - Za nimi ktoś jest.

Ludzkie dziecko po drugiej płakało, prosząc o ratunek i uwolnienie z rąk Lisicy.

Joanna, niezwykle wrażliwa na los małych chłopców, prawie potknęła się i wpadła na stolik przy łożu, na którym znajdował się... ślimakotelefon. Najwyraźniej zrodzone ze strachu organiczne przedmioty przybierały różne formy.

...

Limit Czasowy

70:01

Tabris

Tabris

2.09.2017
Post ID: 83399

- Bardzo dobry pomysł, panie Ferenz. Tak też uczynimy, tylko staniesz pan na pierwszej linii, bo widzisz pan ten pistolet zabija bólem, który to ból potrafi swój cel nieźle pobudzić. Jeśli zabijemy ją zanim do pana dotrze, wyjdzie, że masz pan dobry pomysł, jeśli nie chyba poradzimy sobie bez pana.
~~~
Oczywiście Walter nie liczył nawet, że bogacz zgodzi się na takie warunki. Należał on do takich ludzi, którzy w wypadku jakiegokolwiek zagrożenia wycofują się za ósmą linę obrony, zasłaniając kobietami, dziećmi i słodkimi kociakami. Nie zamierzał zabijać lisicy. Jeśli jego skojarzenia były prawidłowe można było obyć się bez przemocy w tym pokoju. Najlepiej byłoby ją łagodnie obudzić i kulturalnie przeprosić za najście, spytać się o obraz i możliwie szybko wynieść. Unikniecie walki było z jego punktu widzenia ważne – jak idzie mu konfrontacja mógł przekonać się w czasie potyczki z tamtym zombi. Teraz oczywiście miał kombinezon na górnej połowie ciała, ale to było za mało, zwłaszcza, że był ranny. Poza tym – nie miał pojęcia ile jeszcze pokoi będą musieli pokonać, zwłaszcza, że ten miał kilka dodatkowych klamek. Większość z nich było nieotwieralna, a któraś zapewne prowadziła do kolejnego pokoju, a przy odrobinie szczęścia mogła zawierać portret.
~
Pomoc Niemej okazała się nieoceniona. Był jej szczerze wdzięczny, choć wiedział co zrobiła z doktorem Wendelinem. Przemówiła do Niego i była weteranką – Walterowe przypuszczenia okazały się prawidłowe, a każdy chyba lubi gdy potwierdzają się jego dywagacje. Czuł żal, że nie udało mu się uratować neurochirurga, tym niemniej wiedział jak miał do niego pogardliwy stosunek. No i nic nie powiedział o swych relacjach z Niemą, być może to podświadomie zdecydowało o decyzji emeryta – gdyby zdążył pomógłby, ale skoro nie zdołał, nie zamierzał tego żałować. Mogła być za to cennym sojusznikiem. Znakomicie walczyła i był tak bardzo pewien, że samobójcza walka oznacza, że truposze nie będą im się już naprzykrzać. W tym wypadku nie zamierzał jej zdradzać, zwłaszcza, że nie poznał wersji z drugiej strony, to jedno jej zdanie na pewno nie tłumaczyło jej zachowania. I ten jej głos. Jego wibracja była absolutnie niesamowita. Choć było to naiwne, czego Piontek był świadom, ktoś kto mówił tembrem nie mógł należeć do kogoś złego.
~
W czasie gdy Joanna dokonała swego odkrycia on sam doznał kolejnego zawirowania w głowie, połączonego z pieczeniem z ran. Gdy już częściowo opanował atak słabości nie zauważył poruszenia u innych. Za to pomyślał o kuchennej sekcji pokoju. Lodówka! Mówiła wiele o posiadaczu; „powiedz mi co jesz, a powiem ci kim jesteś”. Poza tym szafki, mogły zawierać coś na odkażenie ran. Spirytus, ocet, miód, w najgorszym wypadku wrzątek. W umywalce można się obmyć – najlepiej mydłem.
~~~
- Leo, możesz wykorzystać swój talent i pomyszkować po szafkach? Obmylibyśmy się i wyczyścili, a potem obudzili właścicielkę. O ile dobrze mi się wydaje nie jest złą osobą. Kto to tak krzyczy?

Xelacient

Xelacient

3.09.2017
Post ID: 83401

- Widzisz Nadim jaki bystry się zrobiłeś?! - rzucił Otto gdy pośpiesznie ruszyli przed siebie - bałem się, że będę musiał dłużej ciągnąć tą farsę, a ty w lot pojąłeś co robię i wykorzystałeś moment nieuwagi tego żywego trupa! Tutaj tylko ryzykując można coś zyskać, bierność oznacza klęskę! - dodał jeszcze zanim dostał zadyszki.

Krótkie spojrzenie na resztki chirurga rozwiały resztki wątpliwości, Kostek był "stracony". Zostało tylko rozdzielenie jego broni. Otto dał katanoszablę Tahirowi. Arab nie znał się na szermierce, więc walił mieczem jak młotem, ale zarazem miał krzepę by tak walić, więc równie dobrze mógł walić dwoma ostrzami na raz. Bólospluwę zostawił sobie, miał nadzieję, że jego wiedza techniczna pozwoli mu rozgryźć jej działanie.

I w sumie chciał jej użyć zaraz po dotarciu do drzwi, jak tylko ujrzał Niemą, ale fakt, że ciągnęła rannego Waltera powstrzymał go. "Usunęła" Charonitę, ale przynajmniej nie chciała wybić reszty drużyny. Nawet jeśli wobec samego Waltera zaczął żywić jakieś podejrzenia.

Jednak nie było czasu na słowne przepychanki, czas uciekał, truposze nadchodziły, trzeba było przeć do przodu.

Pokój w którym się znaleźli przywodził na myśl wątrobę, paradoksalnie napełniło to Kamphusena spokojem.

- Wątroba łatwo się regeneruje... to znaczy, że to będzie łatwe do przejścia miejsce - mruknął ni do siebie ni do Tahira - logika Der Chemikera, była pokrętna, ale opierała się na prostych skojarzeniach. Ta kuracja miała regenerować ich ciała, teraz byli w miejscu kojarzącym się z wątrobą to znaczy, że obecny etap polegał na regeneracji tegoż właśnie organu!

- Muszę się z Panem nie zgodzić Panie Alois - odparł żydowi, również ściszonym głosem - ta... lisia kobieta równie dobrze może być naszym przewodnikiem do następnego etapu. Trzeba ją obudzić... i jestem gotów to zrobić osobiście... aha... i jeszcze jedno. Jestem gotów przyznać się do błędu, źle podzieliłem drużyny. Dlatego chcę się z Panem zamienić miejscami. Pan pójdzie do Drużyny Pierwszej, pełnej silnych indywidualności... takich jak Pan. Swoim opanowaniem i rzeczowością udowodnił Pan, że nadaje się tam bardziej niż ja. A ja będę w Drużynie Trzeciej, będę pilnował tych pieniaczy - dodał wskazując Hansa i Carla dobrze?

Decyzja Kamphausena była motywowana czymś jeszcze, członkowie Drużyny Pierwszej dobrze sobie radzili bez jego rad, sami wykazywali się inicjatywą i nie trzeba było im mówić co mają robić. Drużyna Trzecia wręcz przeciwnie, Hans, Herman i Carl nie wykazali się dotąd żadnym sensownym działaniem. Jednak Otto uznał, że pod jego przewodnictwem mogą stać się dobrze zorganizowana drużyną. A przynajmniej taką, która nie tłucze się nawzajem.

Po odpowiedzi nałogowego palacza papierosów, zabrał się do dzieła. Poprawił spodnie z zatknięte za nie spluwą, po czym wspierając się na swojej pałce podszedł do olbrzymki. Jeszcze się rozejrzał wokół, aby upewnić czy nikt nie protestuje, po czym zaczął budzić "gospodynię" pokoju.

Fimrys

Fimrys

6.09.2017
Post ID: 83405

Po wygłoszeniu swego monologu i zagłębieniu się w myśli swej charonitki, Kürenberger zrozumiał, kim się stał. A raczej poczuł, czym się stał. Pokrętność świata Purgatorium wymusiła na nim pokrętne rozumowanie i wydedukował, że to czym gardził bezpośrednio przed i po śmierci ma sens. Kiedy się tu znalazł miał dwie drogi: Albo całkowicie porzuciłby swego boga (który notabene był przyczyną jego znalezienia się w tym wymiarze) i stał się wiernym wyznawcą Psa, albo zachowałby niezłomną wiarę w Abbadona i wzgardziłby Psem, jego wymiarem i sektą. I jeden i drugi wybór dawał wymierne korzyści dodatkowo nastręczając pewnych kłopotów, więc kiedy tłumacz prędzej nad tym rozmyślał po raz kolejny uderzyło go "Albo - albo" Kierkegaarda, tylko że do tego momentu nie był w stanie wymyślić, jak wyjść poza ramy przeklętego wyboru. Ale akt swoistego stworzenia Abbadona w amulecie i po części we własnej duszy dawało niesamowite i wymykające się rozumowaniu rozwiązanie. Ale taki właśnie był ten świat: całkowicie nieprzewidywalny i nie możliwy do ogarnięcia wyłącznie rozumem. Tu potrzebna jest wiaria i to właśnie ona uczyniła z niego jednocześnie wyznawcę i wyznawanego, stworzonego i twórcę, alfę i omegę. Odczuwał teraz wyraźnie swoje dwie natury, które tak skrzętnie ze sobą współpracowały jeszcze na Ziemi: czysto racjonalny pragmatyzm oraz czysto irracjonalną siłę wiary. Mimo zaklęcia części siebie w amulecie dalej czuł zjednoczenie swej jaźni i to jak nigdy dotąd. W rzeczywistości niemieckiej miał dwie "twarze", które doskonale się zazębiały, ale jednak były odrębne. Teraz jednak poczuł, że one wyraźnie się jednoczą i dążą do zlania całkowitego. Tłumacz jeszcze nie wiedział, co ono da, ale widział coś w rodzaju oświecenia i zlania się z absolutem. A to wszystko wydało my się możliwe właśnie dzięki właściwościom tego wymiaru, w którym pary przeciwieństw, jak niebo i piekło, przenikały się jako jedność. Filozof zdał sobie sprawę z potęgi władcy tego wymiaru i zobaczył, że faktycznie jest godnym całej wiary powstałej wokół niego. A więc zasługiwał też na wierne sługi... Wrażenie to zostało spotęgowane przypomnieniem sobie przez guru właściwej roli Abbadona w Apokalipsie janowej, polegającej na otwarciu Studni Otchłani po otwarciu przez Baranka siódmej pieczęci. A więc Anioł Król Otchłani miał być wykonawcą woli większego i potężniejszego bytu. Teraz wyraźnie zrozumiał, że ma w Purgatorium cel, któremu służyła przemiana. Poczuł się zobowiązany do działania, jak narzędzie w rękach siły wyższej, swego rodzaju inkwizytor (odczucie takie wzmacniał w nim specyficzny ubiór). A więc musiał zadbać o innych wyznawców Psa, przede wszystkim o Jajogłowego, któremu groziło niebezpieczeństwo, a który miał z pewnością ogromną wiedzę o kulcie. Polubił nawet swoją Charonitkę po tym jak zrozumiał jej motywy i wybaczył jej wydanie wyroku śmierci. Śmierć była adekwatną ceną za możliwość takich doznać na poziomie ducha i ciała. Na ukrytej myśli Amfy się nie skupiał, ponieważ nie miał wystarczająco danych z dzieła E. Karlsena i skoro ta myśl była ukryta, uznał że musi istnieć ku temu jakiś powód.

"Inkwizytor Søren Abbadon Kürenberger, do usług"

Kiedy przysłuchiwał się planowi Mathiasa przypomniał sobie o bardzo ważnym aspekcie swej drogi jako Uczeń. Nie mógł zapomnieć o pokorze, ponieważ ambicja mogłaby go zniszczyć dosłownie. Gdyby wpadł w szaleńczą megalomanię z pewnością jego twór wyrwałby się spod kontroli i być może spaliłby kogoś przypadkowego i tłumacza przy okazji za pomocą... jego własnej jaźni? Za nadrzędne uznał w momencie wygaszenia płomieni opanowanie i równowaga. Owszem iskrą istnienia w tym wypadku był gniew, ale tak jak życiodajny ogień nie, był on zły. Przypomniało mu się dzieło Nietzschego "Poza dobrem i złem".

"Dobro i zło to jedynie pojęcia wymyślone przez ludzi w próbie uporządkowania świata. Istnieje tylko chaos i ład, a w tym wymiarze stanowią jedność"

Aby zachować równomierny wzrost potęgi tłumacza-demona nie mógł poprzestać na karmieniu jedną tylko emocją. Pragnął przekazać bytowi całe spektrum ludzkich odczuć, by wzmocnić siłę części swego ducha. całe szczęście ten świat obfitował w ogrom wszelkich doznań, a amulet miał być przekaźnikiem. I tak właśnie po raz kolejny zauważył ważną rolę przeciwieństw w Purgatorium. W tym momencie skupiał się na planie Mathiasa, który mimo strasznego seplenienia szczęśliwie zachował mowę. Podszedł doń jednak lekko sceptycznie, gdyż czas ewidentnie ich gonił, a dało się już wyczuć zbliżających się zombie-nazistów.

-Nie jestem pewien, Panie Coldberg, czy jest to dobre posunięcie. Czas nagli, a taka manipulacja rzeczywistością będzie wymagała ogromnego skupienia. Chociaż... tak po prawdzie moglibyśmy spróbować...

Ostatecznie przekonało Sørena do zejścia w dół ścieżki polecenie Otto, któremu wyraźnie odpowiadał plan.

"Zabawne, że mimo takiej deformacji ciała zachował swą aparycję lidera. Cóż, kiedy ja stawałem się demoniczny w duszy, on stał się demoniczny na ciele"

Zauważył również, że głosy obserwatorów gry wyraźnie obserwowały go z największą fascynacją. Cieszyło go, że Chemik stał się swego rodzaju przewodnikiem grupy, którego wspierał z pozycji bocznej. W oczach tłumacza jak najbardziej nadawał się na rolę lidera, gdyż pokazał silne cechy z pozoru słabego człowieka, no i jeszcze żył. Zejście na Styksową plażę było dla filozofa przyjemne, ponieważ towarzyszyła mu Tutty, wzór idealnego spokoju i radości życia. A miła rozmowa i jej beztroska w wykonywaniu fotografii napełniały amulet coraz to nowymi falami pozytywnych ludzkich emocji. Do prędzej wchłoniętych emocji ognistego gniewu i gorzkiego żalu dołączyła się szczera i nieskrępowana radość. Tak jak człowiek musi urodzić się z wszystkimi emocjami by żyć, tak ten kawałek ducha w srebrze musiał z nimi rosnąć. Nad rzeką udało im się w miarę opanować sytuację. Z opatrywaniem ran pieniaczy nie było większych problemów, gdyż energię, którą mogli wykorzystać by utrudnić pomoc, wykorzystywali na ciągłe przekomarzanie się między sobą. Po raz kolejny przydały się pocięte fragmenty materiału z garnituru. Jedną nasączył nawet malutką ilością purgatoryjskiego spirytusu 98,666%, w celu odkażenia rany. Nie przesadzał z ilością, ponieważ nie chciał doprowadzić do większych uszkodzeń w ramie i zwiększonego uczucia pieczenia, ale nie mógł też pozwolić na wdanie się zakażenia. Umazanym szybko krzepnącą krwią palcem namalował na swej opasce pentagram identyczny z tym na medalionie. Patrząc na gojenie się ran był pod wrażeniem zdolności regeneracyjnych ciała. Przypatrując się "operacji" Aloisa na Joannie zauważył, jakiż to niesamowity koncert emocji dali mu poranieni przy grobach. Z jednej strony było cierpienie i ból, z drugiej zaś swego rodzaju współczucie jakim darzyli opatrujący rannych. W tym momencie dostrzegł ten kontrast między brutalnym i stanowczym Aloisem, a łagodną i uśmiechniętą Tutty. Po zakończeniu bolesnego procesu wyjęcia śmimakoklucza podszedł do półprzytomnej Joanny. Wiedział, że amulet może zaabsorbować część silnego bólu, by się posilić, co być może odjęłoby go i tak już strasznie rozdartej emocjonalnie Joannie. Po krótkim przyłożeniu metalu do rany i wchłonięciu części bólu, pomógł jej wstać i otrząsnąć się. Okazał przy tym nawet odrobinę życzliwości, gdyż teraz dużo lepiej zauważał, jak wiele jest nawet najmniejszych emocji między ludźmi. Kiedy Alois opowiedział swój plan przeprowadzenia operacji na lamie tylko kiwnął porozumiewawczo głową, choć spodobał mu się pseudonim "mistyczny". Jednakże akcja została przerwana pojawieniem się ruchliwego umarłego, po którym już ruszał na odsiecz swym kijem. Jednakże martwiak nie zaatakował Beaty, a Alois szybko się z nim uporał. Dobijanie wychodziło żydowi niezgorsza, wydawał się wprost do tego stworzony. Po reorganizacji grupy, w końcu udali się do drugich drzwi, gdzie zbierała się już reszta. Po drodze zgarnął Jajogłowego, widocznie zagubionego. Wyciągnął doń pomocną dłoń i powiedział, że to siły Psa go wysyłają. Rozpoczął z nim długą rozmowę w drodze, gdyż chciał jak najlepiej poznać władcę tego wymiaru, w którego szeregi chyba właśnie wstępował. Szczególnie nęcił go ów system punktowy oraz sama wiara sekciarza.

Kiedy na końcu drogi ujrzeli niemą kobietę mieli mieszane odczucia. Co prawda tłumacz był zadowolony z faktu, że nie próbowała go ani reszty drużyny zabić, gdyż to doprowadziłoby do konfrontacji, na którą duchowo jeszcze nie był gotów, ponieważ demon potrzebował więcej mocy. Kiedy Niemowa przechodziła koło nich, metal lekko się zajarzył, ale Kürenberger trzymał go na wodzy niezmąconym spokojem i głębokim oddechem w majestatycznej wręcz wyprostowanej pozie z laską w dłoni. Kiedy Jajogłowy chował się mu za plecami, mimowolnie karmił Abbadona odrobinką strachu - kolejną emocją, którą tak bardzo zdawały się kochać ślimakoklucze. Sytuacja dziwnego sojuszu z niemą oraz jej relacji z Emerytem zmuszała do myślenia, ale była bardzo na rękę tłumaczowi (szczególnie, gdy potem powstrzymywała tabuny nazi-martwiaków). Wiedział, że póki nie próbuje znów ich zabić, jest niezmiernie użyteczna, ale zdawał sobie też sprawę z tego, że świat Purgatoryjski wymierzy na niej sprawiedliwość, może nawet ręką jego - Inkwizytora Sørena Abbadona Kürenbergera. Wątrobowa chatka była równie intrygująca, co jej właścicielka, na której miał negatywne wrażenie mięsożercy. No bo cóż, gdyby okazała się amatorką ludzkiego mięsa? Kiedy Charonitka powiadomiła go o niemożności pojawienia się pomocy, tylko skłonił się lekko mówiąc mową ciała "Do usłyszenia". Potem dosłyszał plany obudzenia Lisiej Pani, do których nie bardzo mógł się ustosunkować. Ogólne podniecenie grupy sytuacją udzielało się również medalionowi, łapczywie przyjmującemu nowe emocje. Søren polecił grupie szeptem:

-Jeśli już macie ją budzić, to bez broni w ręku. Trzymajcie ją w pogotowiu, ale nie okazujcie agresywności, dopóki nie dowiemy się na czym stoimy. Panie Kamphausen, z całym szacunkiem, ale pańska aparycja nie prezentuje się najświeżej. Słyszeliśmy już o pańskim oszukaniu umarlaka, ale nie chcemy chyba, by świeżo rozbudzona gospodyni wzięła pana za jednego z martwiaków?

Xelacient

Xelacient

7.09.2017
Post ID: 83415

Speszony Otto dotknął się w policzek gdy tłumacz uświadomił mu, że przez swoją aparycję niespecjalnie nadaje się do rozmów. Cóż, Otto nie chciał wykorzystywać innych, ale też nie powinien się podejmować każdego zadania!

- Mam Pan rację Panie Søren... tutaj potrzebujemy wspólnego rzecznika dla naszej grupy, kogoś o... dobrych umiejętnościach interpersonalnych - dodał rozglądając się po zgromadzonych, w końcu jego wzrok padł na aktora, ten co prawda otrzymał potężny cios młotem, ale mimo tego wciąż się prezentował dobrze.

- Panie Bulma? Zechciałby Pan zostać naszym przedstawicielem? Ta lisia dama z pewnością nie oprze się Pańskiemu urokowi osobistemu... i pod pańskim wpływem na pewno zechce udzielić nam pomocy... ja stanę za Tahirem i w razie czego będę Pana ubezpieczał - dodał na końcu wymownie kładąc dłoń na bólopistolecie za "pasem".

Co prawda jeszcze nie zrozumiał jego działania, ale Hans o tym nie wiedział. W sumie Kamphausen mógłby poprosić Waltera o pomoc. Ale ten był zajęty odkażaniem swojej rany, niby Otto mógłby jakoś pomóc, ale jakoś w przypadku Waltera nie miał ochoty wychodzić z inicjatywą.

Tak czy siak, skoro celebryta pchał łapy tam gdzie nie trzeba to raczej nie powinien się migać przed takim wyzwaniem.

Wiwernus

Wiwernus

7.09.2017
Post ID: 83417

Tłumacz

Dokonało się. Co prawda jeszcze przed chwilą oddawał się rytuałowi-modlitwie skierowanemu do jego dawnego Bóstwa, ale pokój odmieniał go z każdą minutą. Wszedł do niego odrodzony w ciele, a wyszedł także na duchu, akceptując ponad sobą zupełnie nowy byt. Nie była to bezpodstawna zmiana, lecz konsekwentna... ewolucja. Przez Abbadona doznał duchowego rozwoju pozwalającego mu na wybranie bytu będącego ponad nim w panteonie, tym samym zresztą zrównując się ze swoim dotychczasowym „bóstwem”. Symbolicznie podporządkował sobie dawny wzór poprzez wykreowanie go od nowa, na swój sposób zamienił się z nim miejscami, przyjmując jego perspektywę, a „demona” ucząc swojej. Od teraz zadaniem tłumacza było nauczać go, początkowo o emocjach, choćby dla szerszego spektrum doznań, jak i własnego bezpieczeństwa – byt okazywał się, jak to istota rozumna o walorach umysłowych „człowieka”, krnąbrny i zdradziecki. Mądrzejszy mógł lepiej rozumieć swoją sytuację i być rozsądniejszy, choć i to niekoniecznie. Wierzył w swoje dzieło, w końcu narodziło się z jego duchowej cząstki, nawet jeśli na drodze przypadku. Było to dosyć zabawne, bo przez modły stworzył Boga. Musiało to stanowić jakąś skrzywioną metaforę ateizmu, w myśl którego wszystkie bożki były tak naprawdę odpowiedzią na potrzeby człowieka. Nie wziął jednak tej myśli do siebie i kontynuował opiekę nad bytem. Podejrzewał, że idzie mu to zaskakująco dobrze. Najważniejszym jednak było w tej chwili, że Amfa przyjęła go pod swoje skrzydło i zaakceptowała. Dotąd nikt jej nie wybaczył w pełni zamordowania. Nie kryła przyjemnego szoku.

Przez resztę pobytu na cmentarzu karmił medalion, równoważąc osobowość demona. Agresja i rozpacz, z których powstał, musiały oddać pierwszeństwo innym cechom, to było oczywiste. Dzięki Tucie byt zaznał radości i beztroski. Bezpośredni kontakt z Joanną pozwolił zasmakować w bólu fizycznego. Chowający się za plecami tłumacza Kapłan przekazał Abbadonowi strach, zaś pobyt w wątrobowym domku ukazał czym jest podniecenie. Coś jednak w procesie twórczym było nie tak, Kürenberger długo studiował fakturę materialną i duchową przedmiotu, doszukując się nieprawidłowości. W pewnym momencie zaczął „pytać” swoje dzieło jako rozumną - w pewnym już sensie – istotę, co jest z nią nie tak. Demon jednak zaczął go zwodzić, ukazując talent w kłamstwie. Tłumacz (Bóg?) musiał skupić się w pełni na kolejnych kamieniach milowych rozwoju tworu, które na metalu ukazywały się jako dobrze widoczne rysy. Dopatrzył się, że przy jednym karmieniu przekazano mu coś niewłaściwego. Długo studiował moment przekazania radości i beztroski przez Beatę. Coś mu nie pasowało.

Dobry nastrój popsuł mu też Jajogłowy. Rozczarowanie przelało się zresztą na medalion, było zbyt silne, aby powstrzymać ten proces. Nie mógł jednak mieć do siebie pretensji. Kapłan okazał się być wyznawcą na słowo, nie dociekającym w dowody na istnienie swego bóstwa, z wiarą jako sposobem kontroli w grupie sekciarzy i sposobem na przełamanie rutyny nowego życia. W normalnych warunkach może dałby się zwieść pozorom, ale kapłan wykorzystywał religię jako pretekst do przelania swoich frustracji. Jajogłowy był zaskakująco bystry i charyzmatyczny, aby zmusić drabów i fanatyków z sekty do posłuchu, miał dobrą pozycję u Amfy jako ręka wykonująca wyroki, był jednak narzędziem tępym. Kiedy nie miał sekciarzy pod sobą, a Amfy nad sobą, a pokoje zmuszały go go samodzielności – nie radził sobie. Przypominał w tym Aloisa, który musiał mieć ludzi do pogardzania „niżej” i trzymające go w ryzach tuzy „wyżej”, aby mógł działać. Poza tym trzymał się z tłumaczem wyłącznie dla „ochrony”, traktował go nawet jako rywala w walce o względy Bóstwa. Bóstwa, którego zresztą nie rozumiał i którego na dobrą sprawę bał się. Hipokryta.

Wątrobowy Domek

Przedsiębiorca wiedział doskonale, że Walter testuje jego odwagę i prowokuje do zaatakowania bez zasłaniania się innymi, jednocześnie licząc, że tego nie zrobi. Zbiło go to z pantałyku, wpatrywał się w emeryta z niedowierzaniem, a gdy ten zaczął grzebać w szafkach odwrócony tyłem, także ze wstrętem. Dedukcja Piontka była właściwa. W mebelkach odnalazł mamine smakołyki, przede wszystkim drożdżowe ciasta, serniki, murzynki i zupy, a właściwie coś co miało je imitować. Każdy specjał jako główny (i jedyny) składnik miał paprocie, fakt, różne jej rodzaje, bo wiele ich odmian hodowano w pomieszczeniu alchemicznych, zawsze jednak jestestwo potraw ograniczało się do paproci. Zauważył pospolite w odcieniach zieleni i żółci, te rzadsze w odcieniach czerwieni czy szarości używano jako dodatki i przyprawy. Długo wodził wzrokiem za mięsem, nie odnalazł go jednak.

Wypatrzył za to słoiczki z alkoholem, do których przelano alkohol trafiający z krwią do wątroby. Kobieta musiała znać sposób, aby zmyślnie go z niej wydoić. Otto snuł nawet już kilka teorii, ale słowo się rzekło i musiał teraz skupić się na Hansie, który bez większych oporów zaczął pić wysokoprocentowy, pozagrobowy napój. Styksowa zaspokoiła jego podniebienie. Z tym osobnikiem było jeszcze gładko, bo przynajmniej był przewidywalny. Carl wyglądał na gotowego do kolejnego ataku paniki, a Herman na niegotowego do czegokolwiek. Ten drugi teraz najwyraźniej doszukiwał się rytmicznych prawidłowości w ruchu ścian dziwacznego narządu. Analizował dobywające się przy tym dźwięki.
- To nie wątroba. - zapewnił nieśmiało. - To wielki głośnik i orkiestra, a lisica to w nim jego pierwszy głos.

Prośbą skierowaną do Hansa o reprezentowanie grupy zjednał już sobie niedocenionego, zupełnie ignorowanego przez pokojowiczów łaknącego atencji gwiazdora. Pozostało jeszcze dwóch do pełni sukcesu.

I w tym momencie dokonało się. Ferenz, wbrew oczekiwaniom wszystkim, przełamał się i gotów był zaryzykować. Jak ujął to w swych myślach Kürenberger „Tutaj nie miał pieniędzy ani kontaktów”. Co gorsza, przełamanie strachu i typowej dla siebie taktyki wyręczania się innymi odmieniło go, ożywiło. Widać było błysk w jego oczach. Jemu zaczęło się podobać, że może wziąć sprawy w swoje ręce i przełamać rutynę, szczególnie po tym jak go upokorzyła niegodna jego zdaniem śmirć. Wyciągnął rękę po spluwę. Lea, wbrew ojcu, rzuciła mu ją, a Nadim stanął z boku gotów realizować maksymę „ojca” o ryzyku. Nauki ojców zostało odebrane dosłownie.
- Kostek, patrz na to. - roześmiał się staruszek, co w jego przypadku było ewenementem.

Sekundy dzieliły wszystkich od chwili, gdy żyd wystrzeli w lisicę. To skłoniło do szybkiego, choć lekkomyślnego i ryzykownego działania. Bulma własnym ciałem zasłonił kobietę. Był przekonany, że jego urok osobisty pozwoli im zjednać sobie piękną sojuszniczkę. Ferenz zdjął palec ze spustu w ostatniej chwili, akurat gdy gotów był już poświęcić gwiazdora.
- Róbcie co chcecie. - zapewnił. - Umywam ręce.

Muzyk nie bał się, choć gdy przejechał dłonią po skórze i futrze mistycznej istoty, drżała mu ręka. Subtelne budzenie przeplatało się z dziką fascynacją istotą. Wodził po jej ciele, niektórzy nawet dopatrywali się w jego zachowaniu seksualnej perwersji, choć odegnali sprośne myśli, gdy zaczął nucić jeden ze swych miłosnych przebojów. Kiczowaty i prosty, ale chwytliwy, zaśpiewany czystym głosem i wydobyty szczerymi emocjami. W purgatoryjskim ciele zdolny był zaczarować na moment wszystkich wokół, co zresztą podobało mu się, bo łaknął atencji. Herman aż zaciskał pięści z pogardy do reprezentowanej przez niego „sztuki”, w tym momencie nienawidził go już nie mniej niż Carl. Zignorowano go jednak i tylko słuchano, obserwując kolejne reakcje lisicy. Przestała chrapać na rzecz mruczenia. Dostała gęsiej skórki, powieki podnosiły się jej powoli, z czasem zaczęła się przeciągać, mlaszcząc rytmicznie. O ile Hans nie oddał się seksualnej żądzy, większość zauważyła, że kobiecie sterczą brodawki sutkowe przy każdym dotyku. W końcu zetknęła się wzrokiem z muzykiem i odzyskała świadomość. Otworzyła szeroko buzię, demonstrując białe zębiska. Ślina zaczęła cieknąć jej i spływać po pościeli, tak jak krew spływała z mięsistych ścian. Pomarańczowe ślepia wyrażały obłęd. Przez sekundę drżała.

A potem uspokoiła się i w pełni świadomości oraz umysłowych władz obdarzyła Hansa uśmiechem. Pochwaliła go w języku purgatorium, lisoelfiego gatunku – mowa ta przypominała dziecięcą kołysankę-wyliczankę - i łamanym niemieckim. Potem wychyliła się, rozglądając po pokoju i licząc wszystkich ludzkich gości. Każdego przeszyła wzrokiem, ale w jej spojrzeniu było tylko ciepło i dobro. Zerwała się. Nikt jej się nie bał, nie licząc Aloisa mierzącego do niej z bólospluwy. Podbiegła do piekarnika i zaczęła wyciągać paprociowy pasztet, którym potem postawiła na blacie do wyciągnięcia. Każdemu obiecała miejsce do siedzenia przy wspólnym, rodzinnym posiłku.

Zakasała rękawy białej piżamy i podeszła do jednej ze ścian. Oparła się o wątrobę i bez większych problemów rozerwała wielkie kawały mięsiwa, które posłużyć miały za fotele, a także spływający krwią stół. Przekopywała się dalej wątłymi, ale obdarzonymi monstrualną siłą ramionami. Co bardziej rozumni zrozumieli, że znana im część tego pokoju to tylko jego wycinek, a jego większość stanowi wątroba, w której kobieta poukrywała liczne skarby. Wśród nich była ogromna igła.
- Zaopiekuję się wami. Zła siła uwięziła was, tak jak i mnie, w tym miejscu. To nie ona jednak nas stworzyła. Oprzemy się jej. Razem możemy stworzyć rodzinę. - niemal płakała ze wzruszenia. - Jedzcie, jedzcie. Potrzebujecie sił.

Nikomu nie szczędziła paprociowego pasztetu, nie żałując także pochwał, troski i uwagi. Każdego traktowała indywidualnie jako swoją wyjątkową, małą, ludzką pociechę. W momencie, gdy użyła swojej wielkiej igły i paprociowych wywarów z kotłów do odkażenia ran, zjednała sobie połowę pokojowiczów. Lama nie traktowała jej jako opiekunki, pozostała wierna naziście i ciemnoskóremu, szanowała jednak niczym lisią manifestację sił przyrody, byt nadrzędny. Carl, Herman, Joanna i Lea nie mieli jednak żadnych oporów, aby traktować kobietę nie tylko jako przyjaciela, ale i zastępczą matkę. ich prawdziwe albo odeszły, albo nie spełniły oczekiwań. Szczególnie dotknęło to Waltera, który zaczął rozumieć, że jego córka gotowa jest szukać dla niego żony, jak i matki dla siebie. Dyskretnie dawała mu do zrozumienia, że potrzebuje jasnej odpowiedzi czy Piontek chce wrócić do jej rodzicielki. Odpowiedzenie jej nie było łatwe, nie tylko ze względu na konieczność odpowiedzenia sobie samemu na kilka pytań, ale i tłok w pokoju oraz atak szlochu córki. Gdy przywiązała się w pełni do lisoelfki, popłakała się na myśl o tym, że chciała jej się pozbyć. Przyznała się do haniebnego czynu. Kobieta wybaczyła jej, biorąc winę na siebie.

Piontek obserwował całą sytuację i próbował ją przeanalizować, ale przeszkadzała mu Beata zajadająca pasztetem z głośnym mlaskiem, nawet jeśli jej maniery były w większości nienaganne. Do ustosunkowania się zaczęła zachęcać go także sama lisoelfka, choć wbrew oczekiwaniom „córki” nie próbowała go uwieźć.
- Pamiętam ciebie i matkę tej młodej kobiety. Dla ciebie to musiały być wieki temu, dla mnie... też, choć to zaledwie ułamek mojego żywota. Skrajności i zaprzeczenia Purgatorium, rozumiesz. Wieczność i ułamek w jednym. Pamiętasz reguły.

Uśmiechnęła się gorzko, dając mu dokładki i zachęcając, aby dał opatrzyć swoje rany, podobnie jak uczynił to Carl i Hans po prowizorycznym opatrzeniu przez tłumacza. Obu odpędziła od kranu z chlorowaną krwią, która może i by przemyła rany i je odkaziła, ale pogorszyła proces gojenia, zostawiając blizny. Alchemia paprociowa pozwalała naturalnymi metodami zdetoksyzować organizm. Na swój pokręcony sposób lisica była dobrym odzwierciedleniem tym czym pokój dla kostkowego organizmu – wielką apteczką.
- Nie pamiętasz. Widzę to w twoich oczach. Na to nawet ja nie znam lekarstwa. - westchnęła. - Dla mnie byliście jak brat z siostrą, ale zaakceptowałam waszą miłość. To było piękne jak mało co. Twoja żona wybrała mnie na świadkową. Spory zaszczyt. Bawiłam się wyśmienicie i płakałam gdy odeszliście. Specjalnie dla mnie zorganizowaliście najważniejszą dla was uroczystość w moim domku. Ah, ile się nadrążyłam łapskami w wątrobie, aby przygotować godny was ołtarz.

Na moment dostrzegł w jej oczach smutek graniczący z obłędem. Miał już pewność, że coś się w niej zmieniło. Miał pewność, bo po jej słowach jeden ze snów ujawnił się w pełni jako wspomnienie. W Purgatorium odbyły się jego zaślubiny! Vollblüter Senior był świadkiem! Przywołał towarzyszące temu szczęście, ale i obawy. I późniejsze „łoże”. Ktoś płakał za ścianą, Tutta zajadała się głośno, a w on słyszał w głowie utwory weselne.

- Czy to nie pociecha Stalookiego? - lisoelfka widziała w bliznach nazisty pucołowate policzki i wytarmosiła je boleśnie. - Twój tata był zły. Widzę, że poszedłeś jego śladami. Dla matki jesteś jak otwarta księga. Popracuję nad twoim zachowaniem, obiecuję ci to.

Hans wyśmiał nazistę. Poczuł się pewnie wspierany przez samego Otto. Nalewał mu prawie tyle samo styksowej co sobie i powoli doprowadzał się z lisoelfką do stanu upojenia, choć kobieta – jako manifestacja wątroby – regenerowała się bardzo szybko, co tylko potwierdzało pokrętną dedukcję Kamphausena o nadrzędnej roli renegeracji w pokoju. Bardzo szybko, ale nie natychmiastowo. Gwiazdor śpiewał, a kobieta uznała, że muzyk musi podzielić się talentem ze światem. Zaprowadziła go do pijawkotelefonu. Nie czuł się komfortowo, gdy przyłożyła mu go do ucha i kazała śpiewać.
- Gdzie mam dzwonić? - spytał zdezorientowany. - Właściwie to każdy zna moje przeboje.
- Synek, nic nie mów, ja wiem lepiej. Trzymaj pijawkę mocno i losuj numer. - ponaglała. - Pies dał mi ten telefon, abym mogła odegnać samotność w moim więzieniu i nie zwariowała.

Okazało się, że lisoelfka jest „zamknięta” w wątrobowym domku. Pokojowicze mogli do niego wejść i go opuścić, ona jednak nie miała takiej możliwości. Zdradziła, że bez większych oporów dzwoni pod losowe numery, aby mieć choćby kontakt z ludzkim głosem. Zademonstrowała zresztą swoją ulubioną rozrywkę po pieczeniu paprociowej szarlotki i zajmowaniu się ścianami wątroby. Przysłuchiwali się jak kolejno natrafia na numer jakieś patologicznej rodziny wyzywającej ją za zakłócanie ciszy nocnej, ciszę w kolejnym domostwie oraz zdezorientowany personel szpitala. Wyjawiła, że w szczególności upodobała sobie numery służb porządkowych i łzy płynęły jej do oczu, gdy na drodze tysięcy losowań odkryła ich numery. Lubiła ich fachowość, rzadko się rozłączały, na co nie pozwalały procedury, a oburzone "żartami" wkładały w swoje słowa wiele emocji. Bulma doskonale usłyszał, że obsługa w szpitalu, do którego trafił po śmierci nie życzy sobie kolejnych natrętnych telefonów z nieznanego numeru. Lisoelfka miała to gdzieś, nie potrafiła inaczej. Przysposobił sobie jej cechy. Zadzwonił na losowy numer i zaczął śpiewać. Trafił na młodocianą fankę, która do końca swego życia wspominała jaki zaszczyt jej się przytrafił w środku nocy. Za drugim razem jednak nie był wstanie przypomnieć sobie jej numeru. Chciał się jeszcze umówić z nią na przelotny seks.
- Ciekawe doświadczenie. - przyznał, wstawiony. - Kiedy jednak ten robal pakował mi się do ucha, bałem się i sygnał słabł. Poza tym, ten...
- Adolf Hitler? - podpowiedziała.
- Tak.
- Kolejny żart Psa. Każdy, do którego dzwonię musi słuchać przemówień tego dziwnego człowieka i jego wyznawców w tle. Wielu przez to nie rozumie moich intencji. Szydera Hadesa z mojej osoby. Czasami udaje mi się przekonać, aby ktoś mnie wysłuchał, ogranicza mnie jednak kolejna szydera – limit czasowy, tym krótszy im bardziej boje się utraty połączenia. W momencie, gdy znajdujesz bratnią duszę boisz się, że rozmowa się przerwie. Lękasz się tej straty. Wtedy są trzaski, szumy i buczenie. No ale lepszy taki kontakt, choćby z ograniczonym gatunkiem ludzkim, niż tępy ślimakoodkurzacz czy zwyrodniałe klamki.
- Nie boisz się, że ktoś ci coś zrobi za to nękanie? - spytał szczerze. - To trochę ryzykowne.
- Na szczęście nic mi nikt nie zrobi. Numer jest nienamierzalny, a ja w pokoju, choć go przeklinam, jestem bezpieczna. Wy też jesteście. Zawsze będziecie.

Zaczęli rozumieć co się dzieje, choć nie wiedzieli jak ugryźć problem. Nadim uznał, że sprowokuje kobietę do reakcji. Podszedł do zmiennokształtnej klamki. Lisoelfka śledziła go wzrokiem. W momencie zapytania drzwi o wymogi niezbędne do dalszej podróży, zerwała się i rozerwała kawałek ściany, tworząc w wątrobie kolejny pokój.
- Albo odejdziesz od tych drzwi, albo sobie tutaj posiedzisz. - ryknęła na cały głos, aż wszystko się zatrzęsło. Potem jak za machnięciem magicznej różdżki wróciła do normalności. - No co ty taki, przestraszony. Wiesz, że nie wyjdziesz z tego pokoju, to po co ten opór, synek?
- Ale... - klamka odezwała się, próbując spełnić swoje obowiązki.
- Ty nie masz prawa głosu.

Zaczęli wpadać w panikę. Pierwszy za telefon sięgnął Carl, choć najpierw do słuchawki przemówił rozumiejący zaskakująco dobrze sytuację Goebbels. Nad zwierzęciem próbował zapanować Nadim. Koordynator tak przeraził się sytuacji, że zrezygnował na moment z rozmowy, przemógł się jednak.

*Bzzz* Ja cię przepraszam, miałeś *szzzzz*. Zawsze miałeś. Nie zostało mi wiele czasu. Bardzo cię *gzzz*, musisz to... Zaopiekuj się Gabrielle i dziećmi. Wykształć je. Pochowaj mnie w rodzinnym grobowcu, niech spocznę u boku matki, ojca i sióstr, tylko spal mnie, aby nikt nie musiał widzieć *gzzzz*. *zzzzzzz....*

Poddał się. Jego miejsce zajął w walce o telefon Alois. Wysnuł teorię, że skoro nie znają treści zadania, to muszą ją odgadnąć. Telefon wydał mu się oczywistym tropem w świecie duchowych przemian. Postanowił zagrać w grę, którą zaplanował dla nich Pies. Poprosił brata Carla, wyśmienitą manifestację ofiar przedsiębiorcy, o przebaczenie. I uzyskał je. Wtedy rozłączył się.
- Mam to. - rzucił i zasiadł na fotelu z wątrobowego mięsa. - Teraz wasza kolej. Chyba, że wolicie posłuchać się mnie i się pozbyć tej kobiety.

W tym samym czasie Jokasta wycinała kawałek wątroby i robiła z niej ciepły szalik dla tłumacza. Tylko Joanna uznająca dobrodusznego mechanika za dobrą pomoc dla jej brata nie zobaczyła jak Kürenberger pocieszenie wygląda w greckim chitonie, marynarce pod spodem, z elementami pancerza i wątrobowym szalem. Obiecała zostać nawet żoną Jorga, byle ten odnalazł Garlanda. Im mocniej krzyczało dziecko za ścianą, tym większa była jej determinacja. Nie znała nikogo w Berlinie i zadowoliła się mechanikiem.

...

I w ten o to sposób drużyna znalazła się w wyjątkowo przyjemnym więzieniu, gdzie Lisia Mama już szykowała w ścianach wątroby pokoje dla wszystkich pociech. Dopytywała czy nie potrzebują kolejnej porcji pysznych paprociowych specjałów, leczenia, bajki na dobranoc czy podgrzania krzepnącej krwi w wannie.

Emeryt i tłumacz przypomnieli sobie, że Jokasta to długowieczna, niezwykle inteligentna istota stworzona tylko i wyłącznie do zagwarantowania im opieki. Inni nie rozumieli na jakich obrotach pracuje jej umysł, jak magiczne są jej talenty w medycynie, jak daleko sięga cudowność jej natury. Każdy jednak zdawał sobie sprawę, że Hades więził ją w pokoju na tyle długo, że gotowa była bronić drzwi i walczyć o każdego pokojowicza, byle tylko został w Wątrobowym Domku. Tylko Herman gotów był zaakceptować z uśmiechem na ustach swój los. Reszta potrzebowała inicjatywy lepszych od siebie mających dobry plan na wydostanie, aby zawalczyć o wolność.

Niektórzy zerkali na telefon. Mogli skontaktować się ze światem zewnętrznym, o ile pamiętali numery oraz byli zdolni przekazać zwięźle i z opanowaniem swoje słowa.

No i Lea. Zawiodła się na Lisicy, tak jak zawiodła się na matce. Poczuła się powtórnie uwięziona, podczas gdy pokoje miały dać jej wolność. Inicjowała z Aloisem otwartą bitkę. Dawna trauma dodała jej sił, może nawet za dużo.

...

Limit Czasowy

62:02

Architectus

Architectus

8.09.2017
Post ID: 83421

Po usłyszeniu pierwszego wyznaniowego zdania pani Joanny szok wdarł się w umysł Jörga. Mówiła dalej, więc rozpacz nie zdążyła go przejąć. Nie drgnął wcale; nie rozszerzyły mu się oczy, nie otworzył ust, nie zasłonił ich dłońmi. Nie osunął się w linii prostej, prawie bezwładnie na podłogę, ani nie osiadł na niej podwijając nogi. Zamarł w bezruchu, nabrawszy jedynie płytkiego wdechu, który zatrzymał się w jednej czwartej drogi do zwyczajowego oddechu. Wstrzymał go i słysząc szum w uszach poczuł jakby czas zwolnił. Wreszcie zorientowawszy się o konsternacji dziewczyny, zwrócił się do niej z troską:

- Rozumiem, że nie chciała mnie pani skrzywdzić, więc nie ma sprawy - utwierdziwszy swe słowa czule objął dłonią jej ramię. - Pozwoli pani, że się nad tym zastanowię - powoli cofnął rękę. Widząc akceptację rozmówczyni zwrócił spojrzenie na szafkę z zapasami środków higieny, zawieszoną na ścianie, po czym zaczął rozważać odebrane słowa, przerywając je na dzielenie się adekwatnymi do słuchaczki wypowiedziami. - Moim zdaniem to nie farsa, finalnie... ciało Carla porwano. Mogłem nie mówić, jednak gdybym powiedział zmyślone słowa wynik końcowy rozmowy mógłby być gorszy. Skoro Carla, tak zwanie, wskrzeszono raz, to ponowne wskrzeszenie może być osiągalne.

Przy tym, mechanik nie potrafił sobie wyobrazić przyoblekania ducha Carla ciałem przez kogoś innego niż przez Świętą Trójcę, w przypadku gdy nic nie zostało z jego pierwotnej formy. Po chwili ponownie przemówił:
- Co istotne, Carl teoretycznie umarł w karambolu i poddano was próbom po śmierci - wiedział, że po śmierci niemożliwe już jest jakiekolwiek działanie. Jedyna nadzieja była w tych, którzy pamiętają o zmarłych i modlą się o ich ocalenie. Nie chciał myśleć o tej wersji wydarzeń, dlatego ruszył inną ścieżką myślową. - Skoro go wskrzeszono, to znaczy, że nadal później żył. Kierując się nieziemskimi zasadami został wskrzeszony, stąd, wedle tych samych, może ponownie zostać ocalony. Idąc tą logiką, Carl teoretycznie nadal może żyć.

- Pytania brzmią, jakiego ożywiciela mam odwiedzić aby porozmawiać o Carlu? - nie wyglądało mu to na Boski plan z końcem świata, gdyż z opisu dziewczyny nie doświadczyła ona Paruzji. Wedle jego przekonań, wyglądało mu to na sprawkę szatana lub jego sług. Zdawał sobie sprawę, że mógł się mylić, ponieważ treści w jakie wierzył były spisane w formie alegorii, więc nie wykluczał takiej formy Sądu Ostatecznego. - Jak on traktuje Boga? Kim On dla niego jest? Może zapomniał o Jego dokonaniach lub zatracił się w swoich przekonaniach? Czy można ponownie otworzyć go na przyjęcie łaski? Tego warto, abym się dowiedział, w miarę możliwości osobiście, lecz nie za przesadną cenę. Jeśli byłaby ona za wysoka, pozostawałyby mi formy pośredniego kontaktu z tą istotą. Warto również byłoby dostać się do... - zatrzymał się, by zważyć słowa zgodnie z mową pani Levittoux-Charpentier - ciała Carla, gdyż być może jest ono pod władzą tej istoty i jego duch nie może wrócić do domu. Okropnym byłoby gdyby mój brat miał dokonać czegoś niewybaczalnego, zamykając sobie drogę do wybawienia - na moment zatopił się w myślach.

- Tylko, czy zasięg bezpośredniej mocy władców pokoju uwzględnia rzeczywistość w której żyjemy? - rozmyślał o tym, jak Boska moc dociera wszędzie, więc wsparcie z Góry bezwzględnie nie podlega wątpliwości, a jedynie wiara w nią jest ograniczeniem. - Zastanawiam się, na ile moc ludzka, a w tym wiara, była ograniczana w miejscu przetrzymywania porwanych? Bez liczenia na cudowne zjawiska wywołane działalnością Niebios, ludzie potrzebują pomocy innych ludzi w drodze do Stwórcy. - czujnie patrzył na dziewczynę i robił odpowiednie pauzy, pozwalając jej na dokładne przeanalizowanie tego, co mówi, gdyż mogła inaczej nazywać znane mu idee:

- Wendeta nie jest w stylu moich przekonań, więc skupię się na aktywności zapobiegającej dalszym zniewoleniom. Brzydzi mnie przyszłe traktowanie innych ludzi w podobny sposób - poważnie rozważył w myślach, że zakaz zabijania dotyczył ludzi, a człowiek nie został powołany do wskrzeszania, więc ewentualne usunięcie tego bytu ze świata doczesnego jest dozwolona. Rozważył również potajemny rozwój technologii medycznej w powstrzymywaniu śmierci, ale to miał zamiar odkryć odbywając istotną dla niego wizytę. - Chwytam się nadziei, że Carl trwale nie odszedł ze świata doczesnego. Cokolwiek się okaże, należy mu się szacunek, gdyż po śmierci rodziców został najstarszym członkiem rodziny i mimo wątpliwości w samego siebie zajął się młodszym rodzeństwem. - chwycił za klamkę i ciepło uśmiechnął się do dziewczyny, dodając jej tym odwagi. Widząc malejącą u niej panikę otworzył drzwi łazienki, wyszedł jako pierwszy i przytrzymując otwarte szeroko drzwi zaprosił panią Levittoux-Charpentier do przedpokoju. Gdy ta przeszła do drugiego pomieszczenia, zamknął drzwi i, po przywitaniu się z nowo zobaczonymi osobami tego dnia, zwrócił się do siostry, bratanicy i siostrzeńców:

- Moi drodzy, sytuacja jest poważna. Moje wybory mogą wam się nie podobać, jednak dążę do tego abyście wiedzieli w odpowiednim momencie, co się dzieje. Nie mam zamiaru koloryzować informacji jakie otrzymałem. Byłoby żałosne mówić, że beze mnie byłoby lepiej. Przeżyłem wypadek, mogę nie przeżyć najbliższej przyszłości, jednak dążę do odzyskania naszej ukochanej osoby. Wiem, że mam braki, niedobory i ludzkie upośledzenia, ale jestem świadomy także swoich mocnych stron oraz nie zamierzam się poddać. Porywacze zadzwonili do mnie, nie do żadnej z was ani na policję. Zaczęło się ze mną - tu pięścią uderzył się w klatę piersiową - przy czym nie musi się ze mną zakończyć. Możecie nazwać mnie jak chcecie, to wasza opinia, która nie musi być zgodna z rzeczywistością. Już wiecie, że to mogą być naziści i sekciarze. Sam kontakt z nimi może być niebezpieczny dla życia. Ktoś dla własnego widzimisię może pociągnąć za spust i pozbawić życia, dlatego mówienie wam o tym od razu, bez potwierdzenia sytuacji, mogłoby narazić was na dodatkowe niebezpieczeństwo. Wystarczy, że mnie w to wciągnięto, ponieważ może dojść do jatki, a fatalnym byłoby wplątywać w to więcej osób, tych jakimi do tej pory wprost nie zainteresowali się porywacze.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

9.09.2017
Post ID: 83424

Dziwna istota od razu nie spodobała się naziście. Choć nie było powodu, żeby ją zabijać, Anshelm nie powstrzymywałby Aloisa, gdyby ten się na to zdecydował. Wygrał jednak instynkt samozachowawczy i żyd opuścił broń.
Pokój był oczywiście bardzo ciekawym zjawiskiem, tak jak i chimeryczny, człekokształtny stwór, ale uwagę mężczyzny przykuł szczególnie dochodzący zza mięsistej ściany płacz dziecka. Anshelm nie zdążył jednak zbliżyć się do źródła dźwięków, gdyż Hermann nieopatrznie zbudził śpiącą kreaturę.

Lisica sprawiała bardzo dobre wrażenie, a jej zachowanie przypominało naziście jego matkę krzątającą się w czasie obiadu w niewielkim mieszkaniu po zachodniej części Muru berlińskiego. Wmówił sobie jednak, że nie może jej zaufać. Nie może pozwolić, aby uśpiła jego czujność, tak jak zrobiła to z częścią jego towarzyszy. Sięgnął po słoik z alkoholem i wylał trochę na cienki płat mięsa, który miał zapewne robić za serwetkę. Przyłożony do policzka okazał się miękki i ciepły, co złagodziło nieco ból spowodowany odkażaniem zabrudzonej przez brudne pazury umarlaka rany. Smród odwiódł go jednak od spróbowania alkoholu.
Lisica w końcu zwróciła się bezpośrednio do niego.

Kiedy silnymi łapami wytarmosiła policzki nazisty, ten rozwarł szeroko oczy, z zza zaciśniętych zębów wyrwał mu się głośny syk.
Może od razu wytnę sobie ten policzek? Zapewne oszczędziłoby to w przyszłości wiele bólu. - Pomyślał sarkastycznie, posyłając ostre spojrzenie pijanemu celebrycie.

Anshelma ciągle nękał dochodzący zza ściany płacz. Wydawał się jako jedyny zwracać na niego uwagę. Nawet Joanna, która wcześniej wydawała się żywo poruszona dźwiękami, teraz chyba zupełnie o nich zapomniała, oczarowana przez lisią kreaturę.
Czar jednak szybko prysł…

Chociaż jeden myślący. - Pomyślał Anshelm, widząc, że ciemnoskóry mężczyzna podchodzi do jedynej w pokoju dostępnej klamki, zlokalizowanej w pobliżu źródła płaczu.
Wybuch agresji ze strony lisicy potwierdził wszystkie przeczucia nazisty. Najlepszym sposobem na ucieczkę byłoby poczekanie, aż stwór urządzi sobie kolejną drzemkę, ale uniemożliwiał im to limit czasowy. Jedyną możliwością w obecnej sytuacji jest konfrontacja z lisicą. Widok szponów i kłów potwora, oraz masywne mięśnie pulsujące pod twardą skórę przekonały Anshelma, że powinien zacząć od konfrontacji werbalnej. Spojrzał więc kreaturze prosto w oczy i wskazał na mięsistą ścianę, w której tkwiła klamka.
- Co jest za tymi drzwiami?

Tabris

Tabris

9.09.2017
Post ID: 83425

- Jokasto, bardzo Ci dziękujemy za pomoc! Jesteś prawdopodobnie najlepszym co mogliśmy napotkać na naszej drodze… teraz i w przyszłości. Twa chęć niesienia pomocy, życzliwość i... opieka różnią się od tego co oferuje ta nieprzyjazna kraina. Jednak Twoja gościnność, choć jest cenna i miła powoli przestaje nią być. Powinniśmy iść dalej. Musimy iść dalej. Dobrze znasz zasady tej krainy. Wiesz, że za wykonanie zadania jest się nagradzanym, a za niewykonanie karanym. Niewątpliwie kiedyś ktoś wyraził chęć zostania z Tobą, zamiast wykonywania tyleż idiotycznych co śmiertelnie niebezpiecznych zadań. I wtedy coś się stało. Prawda?
~~~
Sytuacja Waltera była w trudnej sytuacji. Z wielkim niezadowoleniem przyjął fakt, że Ferenc przejął broń. Zauważył w jego oczach błysk. Spodobało mu się – pomyślał. To zirytowało go mocniej. Nie. Że Lea mu ją wręczyła. Pozbawiła się jej, a kapitalista nie sprawiał wrażenia osoby, która łatwo z broni zrezygnuje.
~
Być może jego improwizowanie przemówienie wywołało nadspodziewanie duży efekt. Cóż, konfrontacje słowne wychodziły mu ostatnio zadziwiająco dobrze. Rozmowa z matką Lei, oszukanie, a potem pozyskanie Kostka, mowa kończąca dzieciństwo. Na pewne lepiej mu szły niż konfrontacje fizyczne – z lamą i zombi. Jeśli dojdzie do kolejnej, równie dobrze może we własnym zakresie dać się pokroić, nie mieszając do tego przeciwnika. Zwłaszcza, że został pogryziony przez ten śmierdzący kawał mięsa w mundurze SS-mana. Nikt spośród innych uczestników nie odniósł aż takich obrażeń. Wyczuwał, że stan będzie tylko pogarszał. Był w wątrobie, która ponoć ma szybką zdolność do regeneracji. Była dlań niczym zbawienie. A zatem najważniejsze było wyleczenie z ran. Gdy Lisica stosowała swe metody na piosenkarzu i płaczku uważnie patrzył co robiła. No i na efekt, wielce zadowalający. Postanowił zastosować to na sobie, jeśli coś pójdzie źle, najwyżej sama lisoelfka go skoryguje. Gdy inni bawili się (z) telefonem, przystąpił do dzieła.
~
Słowa Jokasty o jego żonie. Przez moment powróciło uczucie deja love, które miewał jakiś czas temu. Pobrali się, mieli świadków, kochali się i mieli córkę. Ale czy ta kobieta, którą napotkał pod kawiarnią była jego wybranką? Gdy skonfrontował się z nią miał uczucie, że nie. Czy to nie była ona, czy też ich uczucie przeminęło. Walter miał nowoczesne (w granicach rozsądku) poglądy na relacje międzyludzkie. Dawna róża pozostała tylko z nazwy, same nazwy nam jedynie zostały. Możliwe, że ich związek się zakończył, a po nim Piontek zdecydował się na usunięcie wspomnień? To było wygodne, więc pomyślał, że to chyba nie to.
~
I opuszczenie pokoju. To było ważne, gdy tylko podkuruje się będzie musiał co zrobić. Wspomnieć o tym płaczącym dziecku? Chyba tylko on zwrócił nań uwagę, na pewno nie Joanna, ale tak, czy inaczej to chyba był zły pomysł. Zastanowił się. Lisica nie mogła go opuścić, ale za to miała nieograniczony limit połączeń telefonicznych. Zajmowała duży teren, była duchem opiekuńczym. Straumatyzowanym, to było pewne. Coś w tym mu nie pasowało. Ten domek zawierał pułapkę. Purgatorium zwiększało skrajności, by te radośnie się połączyły. Teza-antyteza-synteza. Hegel dla naprawy dusz. Powoli zaczynał się domyślać, coś zaświtało mu w głowie. Pułapka. Pomagająca pułapka. I wtedy usłyszał nazistę i jego pytanie. Ostre, prowokujące. Zobaczył też Leę, jej oczy wyrażały determinację i co gorsza ten dziwny sojusz z Ferencem. O nie. Student, tak. Arab, tak, piosenkarz tak. Nie on. Musiał działać. Odezwał się cokolwiek głośno, aby zagłuszyć słowa tego debila.
~~~
- W Purgatorium mijamy pokoje, a każdy z tych pokojów jest pewną przeszkodą. Aby przejść dalej, co jest kolejnym pomniejszym etapem do pokonania ostatecznego celu, musimy wykonać zadanie, ominąć pułapkę. Cóż jest dla nas takim zadaniem w tym pokoju, gdzie jest miło, bezpiecznie, jest się otoczonym miłością? Bezpieczeństwo i miłość. Tyś nim jest, Jokasto. To jest tak genialne w swej ironicznej złośliwości, że nie mogę się nadziwić. Chęć niesienia pomocy stała się pułapką! Zamknięto Cię tu na stałe, ale dano telefon, aby Twoja samotność nie była absolutna. Jesteś tu władczynią, ale i niewolnicą zarazem. Hades zadrwił z tego co dla Ciebie najważniejsze. Próbując chronić i kochając szczerze swych podopiecznych w istocie wystawiasz ich na niebezpieczeństwo i wywołujesz w nich niechęć, szybko przechodzącą w nienawiść.

Oszukano Cię, zadrwiono z Ciebie. Dla władców Purgatorium jesteś czymś jak ten ślimak, organicznym przedmiotem, którego instynkty tak dobrze się zna że nie bierze się pod uwagę, że zadziałają inaczej. Ale możesz postąpić inaczej. Daj nam odejść, tego bowiem chcemy. Przez całe życie radzić musimy sobie ze stratą, z konsekwencjami cudzej wolności. Jeżeli to nas, nie swoje instynkty kochasz naprawdę, daj nam odejść, tego chcą od Ciebie Twoje dzieci.

Xelacient

Xelacient

10.09.2017
Post ID: 83426

Miejsce istotnie było "łatwym etapem", ponadto ciała tutaj regenerowały się nad podziw szybko, co Otto odczuwał jako przyjemne mrowienie na całym swoim ciele. Jednak gospodyni była dla niego fałszywa.

Prawda była taka, że to matka Kamphausena fundując mu zimny wychów wypaczyła jego postrzeganie macierzyństwa. W rezultacie idealne matkowanie wszystkim wkoło było dla Der Chemikera fałszywe, bo nie zgadzało się z jego doświadczeniami. Jeśli jego matka była kiedykolwiek dla niego tak miła, to albo coś ukrywała, albo coś chciała.

Nagły wybuch złości tylko utwierdził inżyniera w przekonaniu, że gospodynii była fałszywa. Toteż ostrożnie próbował oferowanych specjałów, niemniej spróbował również "styksowej", miała lekki posmak miedzi co sugerowało, że zrobiono ją w destylatorze z miedzianą chłodnicą.

W końcu jednak Otto zmusił się chłodnej grzeczności, był gotów poświęcić czas, aby się zregenerować, a także by skorzystać z okazjii do wykonania telefonu. Ustawił się w kolejce zaraz za Carlem. Po czym wykonał telefon do domu, numer oczywiście pamiętał doskonale, przecież wielokrotnie go wykręcał. Mogła odebrać jego matka, żona lub Laura... Edith nawet gdyby usłyszał telefon to nie ruszyłby się by go odebrać.

Otto spróbował się uspokoić myślą, że jak nie wyjdzie za pierwszym razem to zadzwoni jeszcze raz. A gdy tylko usłyszał, że ktoś odbiera słuchawkę, spokojnie i wyraźnie wypowiedział obmyślony zawczasu komunikat.

- Tu Otto Kamphusen, razem z Tahirem ulegliśmy wypadkowi, byliśmy ciężko ranni. Bierzemy teraz udział w ryzykownej kuracjii. Bez względu na wszystko Laura ma zostać w moim domu, ma być otoczona opieką. Kocham was wszystkich - dodał na koniec z łamiącym się głosem.

Następnie wysłuchał ewentualnej odpowiedzi, po czym potwierdził, ze to on jakimś szybkim tekstem, zanim połączenie uległo zerwaniu.

Po wykonaniu telefonu skonsumował coś jeszcze, obserwując gospodynię i próbując ją rozszyfrować. Myślał, że będzie ich przewodniczką, a okazała się przeszkodą! Nie zmieniało to faktu, że wobec jej monstrualnej siły bezpośrednia konfrontacja była bezcelowa.

Zatem co zostawało? Odwrócenie jej uwagi? W sumie... Kostek rzekł, iż jeśli jedno z nich wykona zadanie to wszyscy wygrają, zatem ktoś mógł nawet tutaj zostać i zabawiać lisoelfkę, byle tylko reszta ruszyła dalej.

Tylko kto powinien się zająć tym odwracaniem uwagi. Wybór był prosty Hans i Herman, pierwszy potrafił ją oczarować, drugi naprawdę chciał z nią zostać. Toteż zbliżył się do nich i zaczął wtajemniczać w plan.

- Panowie, nie możemy tu tkwić wiecznie, a na pewno nie wszyscy. Jednak wiem, że wygrają wszyscy albo nikt. Chcę, żeby panowie odwrócili uwagę naszej "gospodyni", wtedy reszta pójdzie dalej wykonać zadanie... myślę, ze to dobry podział ról. Będziecie musieli tylko ją odciągnąć jak najdalej od klamki.

I wtedy Anshelm oraz Walter spróbowali przemówić bezpośrednio do Lisiej Mamy, Otto z automatu uznał ich próby za daremne. Gdyby próbował dostać zgodę matki na studia chemiczne to nigdyby na nie poszedł. On ją wyprowadził w pole kłamiąc, że na chemię idzie, by "przezimować" i w następnej sesji egzaminacyjnej na pewno się dostanie na wymarzoną przez matkę medycynę. Toteż zgodnie ze swoją teorią ryzyka zainterweniował.

- Czyżbyście zgłupiali do reszty? - odparł naziście i emerytowi zanim lisia matka cokolwiek odpowiedziała - widzicie tu jakieś zegary? - zapytał wodząc ręką wokół - Nie ma, prawda? A jeśli nie ma zegarów to znaczy, że czas nie płynie! Lepiej zrobimy zostając tutaj tak długo jak się da, później zastanowimy się co dalej. Pan Hans i Herman chcieliby mieć własne pokoje, prawda panowie? Macie podobno ciekawe pomysły, które chcielibyście omówić w tamtym miejscu, prawda? - zapytał im porozumiewawczo mrugając.

Jeśli Hans z Hermanem stanęli na wysokości zadania i odciągnęli lisoelfkę gdzieś na bok to Otto ignorując resztę przystąpi do drugiej części planu. Dwóch facetów mogłoby odwrócić uwagę, ale nic nie zajmuje uwagi tak jak gruba awantura. Toteż podszedł do Alosia i Lei.

- Lisia Mama wie, że macie wobec niej wrogie zamiary... jednak zamiast bitki proponuje rozwiązanie połowiczne - rzekł wprost - idźcie do NIEJ i zróbcie grubą awanturę... z dowolnego powodu. Jak dobrze pójdzie to tak zajmiecie jej uwagę, że nawet nie zauważy, że ktoś z nas dobiera sie do klamki. Pamiętajcie, że część może zostać tutaj, część może ruszyć dalej. Jeśli wykonamy zadanie to wszyscy wygrywają.

Jeśli plan z grubsza się uda to oczywiście Kamphausen niezwłocznie zajmie się rozmową ze zmiennokształną klamką.

Garett

Garett

10.09.2017
Post ID: 83427

Nie udało mu się. Bez pomocy Tłumacza i jego bożka nie miał szans na stworzenie iluzji. Przeklął ranę na języku, przez którą Søren go nie zrozumiał, oraz jego samego, za to, że jednak był zbyt tępy by połapać się w seplenieniu Coldberga.

Przynajmniej udało mu się stworzyć grób dla Kostka. Był jaki był, ale jednak student nie mógł powiedzieć, że nie jest z niego zadowolony. Samo jego istnienie było w mniemaniu Coldberga niczym środkowy palec ku tępym masom, które swoją głupotą ograniczały tych prawdziwie utalentowanych.

-Co? Plotek o tym, że jest czarownicą to jeszcze nie słyszałem. Ech, ludzie są chyba jednak większymi idiotami niż myślałem... – odpowiedział Janikowi. - Tak, chodziło mi medytację... I hipnozę oraz przekaz podprogowy.

Lisi Domek był pułapką, to było wiadome od początku. Niestety współpokojowicze zamiast postąpić logicznie i ruszyć dalej postanowili obudzić potworzycę (z wyjątkiem Ferenza, który upierał się by ją zabić). Ta na szczęście ich nie pozabijała, a miast tego pomogła opatrzyć rany, jednakże jej zachowanie jasno wskazywało na paranoję i to, że łatwo ich stąd nie wypuści. Potwierdził to Nadim, który został ofuknięty przez gospodynię kiedy próbował podejść do klamki.

Kiedy reszta kłóciła się odnośnie tego co powinni zrobić, Mathias obmyślał swój własny plan. Skoro Jokasta spała kiedy tu przybyli, to może by tak spróbować znowu ją uśpić? Kiczowata piosenka Hansa miała na lisicę jakiś wpływ, zdawała się ją lekko rozbudzić seksualnie. A skoro umysł miał tutaj władzę nad rzeczywistością, to może muzyka również mogła silniej oddziaływać na istoty w Purgatorium? Coldberg musiał tylko znaleźć kogoś kto zagra dla lisicy kołysankę. Bulma odpadał, był już zbyt schlany, więc pozostał Herman. Oczywiście „celebryta” mógł spróbować ukraść „show” dla siebie, dlatego student podsunął mu kolejną butelkę spirytusu, mając nadzieję, że wreszcie padnie.
-Helman – zwrócił się do niedocenionego muzyka sepleniący Mathias. - Wiziałem jak patszysz na Bulmę. Tesz nie lupie teko kwiasdola. Mosze pokasz, sześ ot nieko lepszy i zakraj naszej kospotyni jakomś pienknom kołysanke.

Sama kołysanka to mogło być jednak za mało, więc korzystając jakie wywołali Anschelm, Walter i Otto, i w które lisica zaraz się pewnie wmiesza, student dopadł ślimakotelefonu wykręcając na nim numer do Sutary. Janik nie mógł mu pomóc w tym pomieszczeniu, ale ta zasada nie tyczyła się jego żony. Coldberg wsunął sobie do ucha oślizgłe urządzenie/żyjątko.
-Halo, Sutala? - zaczął ściszonym głosem, nie chcąc żeby Jokasta usłyszała o czym dokładnie mówi. - Tu Mafias. Jak pefnie fiesz, jestem po tlukiej stlonie lustla. Janik nie mosze mi pomós w pokoju w któlym jestem, więc zflacam się to siepie. Szy mokłapyś sająś naszą kospodynię losmowom, pszekasując jej pszy tym potplokowo, sze lobi się śpiąca? Ploszę.

Jeśli Sutara zgodzi się pomóc, Mathias poprosi Jokastę do telefonu, mówiąc jej, że ma dla niej chętną rozmówczynię, z którą będzie mogła sobie spokojnie porozmawiać bez obaw, że szybko się rozłączy. Jeśli lisica nie będzie co do tego pewna, to student wspomni jej, że to żona Janika, od której będzie mogła się dowiedzieć co słychać u dawnego „wychowanka”. Kombinacja kołysanki wzmocnionej wpływem Purgatorium oraz podprogowego przekazu miała szansę uśpić lisicę i pozwolić im przejść dalej.

Wiwernus

Wiwernus

10.09.2017
Post ID: 83428

26 Września 1991 r., Berlin

Joanna słuchała go z uwagą, czasem kręcąc głową z niedowierzania na jego zrodzone z silnej wiary teorie, czasem uśmiechając się delikatnie w uznaniu dla jego oporu i dedukcji. Najsilniejsze emocje, widocznie zauważalne, wywołała w niej deklaracja przekonania, że Carla można wskrzesić, albo ten dalej żyje.
- Właściwie to jest jeden sposób na przywrócenie go. Niezwykle trudny, wymagający poświęcenia absolutnego. Musiałbyś się wykazać siłą ramienia, sprawnością umysłu i pokonać wszystkie fobie, które obrócono by przeciwko tobie z olbrzymią satysfakcją i radością. To jak przejście przez ucho igielne, tylko przechodzącym nie jest wielbłąd, lecz ty sam, prujący dwieście na godzinę w sportowym aucie prowadzonym jedną ręką, wierząc, że zmieścisz się na styk. Inaczej ty i wszyscy twoi pasażerowie roztrzaskają się. Takie właśnie są pokoje. - westchnęła. - Znam do nich drogę. Początkowo nawet nie przyszło mi do głowy zaoferować ci podobny absurd, ale ty masz w sobie upór, który zadziwia mnie z każdą godziną coraz bardziej. Jesteś jak Walter Piontek w czasach swojej świetności, kawał upartego osła. Musisz tylko pozbyć się fobii, które zabiłyby cię w oka mgnieniu. Muszę mieć tylko pewność, że tego chcesz. I mi zaufasz. Bezgranicznie.

Odniosła się także do kilku pomniejszych kwestii. Zapewniła, że wniebowzięte ciała znikają na dobre i mogą wrócić do rzeczywistości tylko wtedy, gdy przetrwają próby. Podobnie kategorycznie zaprzeczyła istnieniu Boga w obrębie pokoi. Jej zdaniem był on w nich tak samo „martwy” i nieczuły jak w Paryżu czy Berlinie. W obrębie pokoi liczyła się tylko wola enigmatycznego ducha nadzorującego, pełnego złośliwości i sadyzmu. Nie chciała jednak całkowicie zdołować i pozbawić wiary swojego gospodarza, dlatego przyznała, że każda wiara spotyka się z odpowiedzią otoczenia. Zawsze.

Rozmowa z siostrą i szwagierką nie była już tak dołująca. Gabriele była zbyt otumaniona lekami i brandy, aby opierać się Pringsheimowi w jego samotnej rozgrywce przeciw nazistom i sekciarzom, zresztą dobrze umotywowanej. Jej synowie spoglądali na swojego stryja niczym na bohatera, który brał los we własne ręce. Imponował im, stał się dla nich wzorem. Z siostrą nie poszło już tak łatwo. Uznała, że skoro Carl nie podołał, to nie podoła także jego gorszy brat.
- Policja przejmie sprawę.

I faktycznie, policja wmieszała się w nią. Przybyła do mieszkania i zaczęła odbierać zeznania. Oficjalna linia, zainspirowana dyskretnie przez Joannę była następująca: po urodzinach Jörga jego starszy brat udał się z kilkoma kompanami na nach der party i słuch o nim zaginął. Następnego ranka do Jörga został wykonany tajemniczy telefon z żądaniem okupu wysokości 500 000 marek. Porywaczami byli neonaziści współpracujący z sektą Abbadona. Obie te grupy miały powód do zatargów z dobrotliwym Carlem, który jako ważna osoba w spółce wydawniczej sprzeciwiał się ekspansji zmyślnie opakowanych nazistowskich treści na europejskie rynki. Tłumaczem dzieła był osobnik działający prężnie w religijnym, fanatycznym ugrupowaniu, nad którym miał pełną kontrolę.
- Te sekty takie są, przebrzydłe i zdolne wyprać mózgi. - Elisa wygrażała w powietrzu pięściami. - Już mi jedną córkę psiarze omamiły. Naziści syna zresztą też. Dlatego poświęcenie Carla jest takie wspaniałe, walczył o dobro naszych dzieci, dobro nowego pokolenia.
- Kim właściwie pani jest? - jeden z policjantów spytał się Joanny, która aktywnie udzielała się w składaniu zeznań.
- Joanna Levittoux-Charpentier. Od niedawna jestem kobietą Jörgusia.

Te słowa spotkały się z szokiem szwagierki i siostry, a także nutką zadowolenia, jak i nieufności wobec dziwnej piękności. Elisa po odjeździe policji wzięła zresztą brata na stronę i zwróciła uwagę, że taka piękność z pewnością od niego chce pieniędzy, zresztą które dumnie prezentował na stole. Nakazała zerwać z naciągaczką kontakt, a sprawę oddać policji, która nakazywała czekać na kolejny telefon z terminem i miejscem przekazania pieniędzy. Służby rozważały atak podczas spotkania, choć nie kryły się z faktem, że Carl pewnie już dawno nie żyje. Atmosfera spotkania była więc napięta, a wszyscy goście opuścili mieszkanie zaraz po odejściu policji.
- Jakoś poszło. - Joanna zamknęła drzwi i osunęła się wsparta o nie. - Ciężki dzień. Wykąpię się i idę spać. Przemyśl sobie wszystko.

27 Września 1991 r., Berlin

Wstał w nocy dwukrotnie, aby dojrzeć co u swojej kobiety. Za pierwszym razem spała, znacząc łóżko moczem i drapiąc przez sen intensywnie po twarzy, jakby ścierała sobie jakąś niewidoczną bliznę. Za drugim razem była w toalecie, a potem udała się do telefonu. Podsłuchał jej rozmowę i miał pewność, że tym razem jej rozmówcą jest ktoś zupełnie inny.
- Tak, tak szybko. Zajęło mi to właściwie dwa dni, choć właściwie poznałam swojego podopiecznego już w pokoju. Rekord.
- Nie, nie powiedziałam, znam reguły, zresztą i tak balansuję na ich granicy. Kilka słów za dużo i nie będzie miał prawa do przeprawienia się. Kostek był mistrzem w ważeniu słów, pójdę jego śladami.
- Oczywiście, uśpię jego czujność, a potem przeprawię. Wierzę, że ma szanse odzyskać brata, a potem się uwolnić.

Śmiech w słuchawce zbił z pantałyku i Joannę, i Jörga. Był długi, pełen pogardy i niedowierzania. Kobieta pozostała jednak uparta.
- Uda nam się, a Pan nam w tym pomoże. Jest Pan zdolny do przełamać jego słabości, zna się na ludziach, a szczególnie takich jak on.
- Każdy ma swoje zajęcia, ja wiem. Tu jednak chodzi o wspaniałego człowieka.
- Proszę nie dać się prosić.
- Dobrze.
- No.
- Tak będzie. Przekażę mu. Weźmie go Pan z zaskoczenia.

Oddech zauważalnej ulgi. Rozmowa dobiegała powoli końca.
- Oczywiście, że może mieć pan radę.
- Awaryjny... Tak, będę musiała znaleźć.
- Jeszcze coś?
- To już jest bezwstydne...
- Nie, nie chodzi o blizny, ale to niewłaściwe go wykorzystywać dla lepszego połączenia...
­ Połączenie i motywacja, dwie pieczenie na jednym ogniu? Tak zrobię.

...

Tego dnia razem udali się szpitala, gdzie spędzili miło czas z Garlandem. Malec był jeszcze żywszy i wyraźnie zdrowszy. Nie mógł doczekać się wyjścia. Marudził też na siostrę, która nie przyniosła mu książki o pieskach, co ta zbyła wymownym milczeniem.

W drodze powrotnej zdradziła, że zyskała pomoc nieocenionego fachury, który pozwoli mechanikowi przełamać trudy pokoi. Spotkanie miało odbyć się już jutro, z samego rana. Gość miał przybyć o poranku pod blok. Ostrzegała, że jego język jest cięty i ostry, ale trudny charakter mentora da się przeboleć dla licznych korzyści jakie oferuje.

Wieczorem, gdy już spał, wślizgnęła się do jego łoża, całkiem naga i ogarnięta dreszczami, próbując zachęcić swojego mężczyznę do zbliżenia. Jedną ręką wodziła po jego torsie, drugą zbliżała się do męskości. Przybliżyła usta i pocałowała go mocno. Smakowała równie dobrze jak wyglądała, choć czuł, że miała opory, gdy musiała musnąć ustami jego blizny. Z drugiej strony nawet jeśli nie ciągnęło ją do stosunku samego w sobie, to gotowa była zaspokoić go i to przełamując niekomfortowe odczucia. Jednocześnie wiedział, że ona go potrzebuje, szuka w bliskości opieki i czułości, nawet jeśli doznania fizyczne były dla niej w tej chwili trzeciorzędne.

Wątrobowy Domek

Styksowa przyprawiła nazistę o paskudny ból, był on jednak odmienny od tego jaki czuł po operacji, a w szczególności inny od tego wynikającego z konfrontacji z zombie. Przez moment uwierzył nawet, że jest w pełni wyleczony, jednak po chwili samobadania, biorąc przykład z tłumacza, uświadomił sobie, że wirus wciąż tkwi w jego ciele, mutuje i przygotowuje do regeneracji. Przez nieokreślony czas efekty zarażenia jednak zmalały. Dobre i to.
- Co jest za tymi drzwiami? - spytał, przełamując skrępowanie po tym, gdy wszyscy zrozumieli ciężar gościny u Jokasty.
- Istoty, które występowały w Kostce niemal od samego początku, jeszcze gdy folklorystyczne wierzenie były silne. Dawniej liczne, teraz już tylko w małej reprezentacji, jednak wciąż silne i piekielnie uzdolnione – Doppelgängery. Ich dawna generacja powstawała, gdy prości ludzie z dawnych czasów trafiający tutaj nie mogli poradzić sobie z synestezją i duchowymi doświadczeniami, biorąc opuszczanie ciał czy dziwne zjawiska za przejaw egzystencji ich... sobowtórów. Tworzyli je przez własne lęki i wiarę w ludowe zabobony, jednocześnie dając im negatywne cechy, przez co te ich gubiły. Paradoks. Czasem jeszcze powstają wariacje w ich typie, ale te zamieszkujące tamten pokój to, w przeciwieństwie do mnie, dzieło Hadesa sprzed pokoleń. Wykreował ich jako kolejną pokraczną mechanikę. Po ciele tego niebiesko-czarno-czerwonego pana widzę, że znacie już właściwości pigułek. Niezwykle pomocne nagrody, które niosą jednak ryzyko kalectwa i osłabienia. Z sobowtórami jest podobnie. Zostały uwięzione, aby nieść wam pomoc swoim ramieniem, zmyślnym orężem i zmiennymi ciałami jako najlepsi z najemników. Ceną za ich talenty jest jednak pakt. Jeśli zginiecie, zastąpią was. Wykorzystają swoje perfekcyjne talenty aktorskie, przybiorą nieodróżnialne niemal podobizny cielesne i zaczną swoją działalność. Nie są takie jak ja. Powstałam, aby chronić i opiekować się słabszymi. Ich natura jest wypaczona. Nudy więziennego żywota sprawiają, że z chęcią uczynią wszystko, aby trochę namieszać w Berlinie, choćby aby odżyć. Uczynią to zresztą także z czystej złośliwości, bo nienawidzą ludzi, którym mają służyć. Konsekwencje bywają tego bardzo przewrotne. Dobry, pracowity ojciec rodziny zawiera pakt, dobrodusznie ginie na misji, ratując innym życie, a potem jeden z najemników zajmuje jego miejsce. Początkowo nikt niczego nie podejrzewa, Doppelgänger jest nawet bardziej dobrotliwy i hojniejszy dla rodziny niż oryginał dla uśpienia uwagi, z czasem jednak wychodzi jego prawdziwa natura. Zaczyna się hazard, pijaństwo, rozpusta, przemoc domowa, a z czasem i gorsze czyny. Są na tyle inteligentne, że żony i mężów wsadzają do psychiatryka za wiarę w istnienie sobowtórów, o zgrozo, a potem działają dalej aż umrą od narkotyków, ciężaru więzienia lub samobójstwa. Ostatecznie ich los zawsze jest tragiczny. Nie mają świadomości, że w Purgatororium oferuje im synestezje i inne wspaniałości. W szarym Berlinie cierpią katusze w wyniku rozczarowania. Ich zbrodnie to zresztą nie tylko przejaw paskudnej natury, ale i panicznej próby przełamania nijakiego życia wśród równie nijakich ludzi. Dla nich lepsze jest piekło Purgatorium od Berlińskiego raju, tak sądzę. Nawet nienawiść wobec waszego gatunku, nie utrzymuje ich woli życia. Mają inne spojrzenie na was. Wierzą w to co przekazuje im Kostka. Negocjując z pokojowiczami kontrakt widzą najbarwniejszych osobników z populacji, o to dbają w końcu Charoni. Żywot typowego Berlińczyka jest jednak jałowy. Praca w korporacji i karta z debetem, to wy Berlińczycy. Jak mają być szczęśliwi z życia wśród miernot?
- Ha. Wsparcie się zawsze przyda, a zniszczenie mi życia? Kto o to dba? I tak będę martwy, moja rodzina mnie już nie interesuje, a te typki wiele gorsi ode mnie i tak nie będą. - Ferenz zapalił z wyjątkowo dobrym humorkiem na ustach. - Coraz łatwiejsze pokoje. A niech sobie żyją za moje bogactwa.
- W każdym, nawet tobie, kryje się dobro. - wskazała lisoelfka stanowczo. - Nie doceniasz jednak sobowtórów. Zniszczą ci życie i twoim bliskim, ale nie tak jak pozostałym, są na to zbyt wymyślne. Przemienią cię w dobrotliwego ojca, który rozda twoją fortunę chorym dzieciom. Uczynią cię klaunem i żartem. Zostaniesz zapamiętany jako słaby błazen, żebrak, pewnie sodomita, w końcu sobowtóry lubią się parać gorszących was ludzi aktywności.
- Po moim trupie. Nie po to pracowałem na to wszystko, niszczyłem życie moim wrogom, aby teraz ktoś uczynił mnie zapamiętanym jako nikt, a potem sobie ot tak popełnił samobójstwo. - warknął przedsiębiorca, ale był przecież rekinem biznesu, znającym ryzyko i szybko wrócił do normalności. - Niech to diabli wezmą. Jestem gotowy na ryzyko. Co mi w tym śnie szkodzi. Kto nie ryzykuje, ten nie je.
- A dziecko? - spytała Joanna.
- Pies testował czy zabijecie mnie w ciemno, aby wam to wszystko wypomnieć, ilustrując potem jak wspaniałym byłam bytem i jak łatwo możecie obcemu odebrać człowieczeństwo obcemu. Może śmierć we śnie byłaby lepsza od obudzenia, rozpalenia moich nadziei i opuszczenia bez wdzięczności. - początkowo grała na emocjach co słabszych, ale w końcu autentycznie się rozpłakała. - To wszystko to podtrzymanie wiary w moje złe intencje. Klamki są posłuszne, powiedzą co zapragnie, sobowtóry zaś nienawidzą mojej natury i z czystej złośliwości udają, że są moimi małymi więźniami. Ja nawet nie mogę opuścić wątrobowego domku! To niedorzeczność!
- Jeśli cię to pocieszy, nie skorzystam z ich usług. - zapewniła Joanna.
- Nie wierzę w to całe uwięzienie. - rzucił Carl, łagodnie i delikatnie, jak to on. - Z całym szacunkiem, ale to granie na emocjach.

Wtedy kobieta położyła dłoń na klamce, aż przeszył ją piekący ból i dwa palce rozleciały się w proch. Po tej prezentacji wszyscy na moment zamarli, kobieta wzbudzała autentyczne wzruszenie. Walter jednak zachował trzeźwy umysł i swoimi słowami wyraził za równo wdzięczność, jak i upór w gotowości do dalszej wędrówki. Kobieta postanowiła wytoczyć najcięższe działo.
- Było to dziesiątki lat temu. Jedna z misji, niezwykle ciężka, prawie zrealizowana, ale niespełniona przez przekroczenie limitu czasowego. Liczniki zniknęły, a cała, bardzo zaawansowana i bliska sukcesu drużyna, straciła punkty. Następna była fala sejsmiczna, „rezonans” dobijający wszystkich rannych. Potem Kostka zaczęła się trząść i musieli biec do pokoju startowego, podczas gdy wszystkie pułapki i zagrożenia w pokojach ujawniały się, a pokoje zamykały. Co pomieszczenie, to kolejna śmierć. Z każdym kolejnym punktem ucieczki było gorzej. Tracili nie tylko życie, ale i wolę walki oraz człowieczeństwo. Wśród nich był chłopiec, dziesięcioletnia sierota wychowana przez despotycznego wuja i prowadzona przez jeszcze gorszego charonitę, który straumatyzował go gorzej niż Pies swoimi próbami. Nie rozumiał co się dzieje, biegł za resztą kierowany instynktem, ale był tylko ciężarem. W amoku kopnięto go, aby nie czepiał się innych pokojowiczów jak małpa. Kopniak w kostiumie okazał się być dotkliwszy niż wymierzono. Połamało mu nogi. Nie zdążył do Pokoju Narodzin. Pomieszczenia zaczęły się zamykać, a on został uwięziony w wielkim organie porośniętym paprociami. Ból tłumił spijając krew z alkoholem, który pochłonęła Kostka, to jednak nie wystarczało. Nie miał co jeść, a paproci przetworzyć nie umiał. Ale przetrwał.
- Co stało się dalej? - wypytywała Joanna.
- Umysł dziecka działa w inny sposób niż dorosłego, szczególnie tutaj. Wyobraźnia pozwoli tworzyć myślom byty łatwiej niż dojrzałemu człowiekowi. Modlił się o pomoc i choć nie zaznał matczynej miłości nigdy, to zdołał ją sobie zilustrować w głowie jako pobożne życzenie, które w końcu się spełniło. Ogarnięty halucynacjami z niedożywienia i po zatruciu styksową przywołał mnie, Mamę. Byłam wtedy inna, bardziej przypominałam zwierzęcą maskotkę o zaburzonych proporcjach, spełniłam jednak swoje zadanie. Do następnej misji moją rolą było go utrzymać przy życiu do otwarcia pokoi i przybycia pomocy. Wykreował mnie jako opiekunkę i lekarkę. Wykorzystałam paprocie do utworzenia specjałów o niebywałych właściwościach odżywczych i alchemii leczniczej. Nastawiłam mu nogi i dodawałam otuchy kolejnymi baśniami. Widział w tym miejscu tylko pulsujący organ, ja jednak wmówiłam mu, że chyba to jakiś trik, bo ja widzę tutaj piękne mieszkanko. I uwierzył, na słowo, a to stało się ciałem i wątroba zmieniła się w nasze domostwo, o którym marzył zresztą od maleńkości. Leczyłam też jego psychikę, uporał się z traumami jakich zaznał w Berlinie. Nigdy nie poskarżył się, że ma dość moich specjałów. Kochał zabawy ze mną, choć nie było nam łatwo czekać na pomoc.
- A potem, po miesiącu, pomoc przybyła, a ty musiałaś go pożegnać, prawda? - Lea wtrąciła się ze wzruszeniem. - Dlatego jesteś taka?
- Nie, nic nie rozumiesz. Mistrz Gry obserwował nas dokładnie, zainteresowało go to, że ktoś zdołał przeżyć uwięzienie w pokoju. Inni, silni i bystrzy dorośli umierali z głodu, od pułapek, chorób, potworów lub odbierali sobie życie. Kilku z nich konało za ścianami jako nasze traumatyczne sąsiedztwo. Ujął go nasz upór. I uznał, że tak szybko następnej misji nie będzie. Często tak się zdarzało. Mechanika. Kolejne misje odbywają się podczas pełni, to pewnie powiedział wam już Walter, nie wiadomo jednak której. Zbieracie się wszyscy w miejscu zbiórki i ucztujecie, forma vor der party przed właściwą biesiadą. Potem wychodzi przedstawicielka i ogłasza czy tego dnia dojdzie do misji. Jedni liczą, że się odbędzie, inni nie, bo dzięki temu zaznają dłużej normalnego życia i lepiej przygotują się do zadań domowych. Niektórzy Hadesi kochają długie interwały, inni czynią okres między misjami możliwie jak najkrótszymi.
- Po jakim czasie powrócili dawni kompani chłopca? - Carl spytał, częstując się pasztetem z paproci.
- Czternaście księżyców. - odparła ciężko.
- Sporo. Czternaście miesięcy. - Carl był pod wrażeniem, był empatyczny i rozumiał, że we dwójkę ciężko musi być żyć w środku wątroby otoczonym ślimakami, klamkami i dziwnym sąsiedztwem.
- Jakie czternaście miesięcy. Siedem lat.

Na chwilę nastała cisza.
- W tym pokoju czas biegnie inaczej względem Berlina czy pozostałych pomieszczeń. Są takie miejsca. Na czas misji jest on normalny, ale poza nią odrębny. Sadyzm Mistrza Gry. Spędziłam z chłopcem siedem lat. Wtedy nie wiedzieliśmy o zagiętej czasoprzestrzeni. Zresztą malec nie wiedział do końca jak działa Kostka, był tylko dzieckiem. Byliśmy przekonani, że po przegranej wszystko się rozleciało, a nasz pokój dryfował gdzieś w przestrzeni kosmicznej. W końcu jednak, gdy straciliśmy nadzieję, przyszli goście. „Kompani” chłopca, którzy porzucili go podczas ucieczki. Minęło dla nich tylko czternaście miesięcy. Byli przekonani, że już będą mieli na zawsze wolne, ale musieli wrócić. Uznawali to za niesprawiedliwość, ale co miał powiedzieć chłopiec?
- I zastali was śpiących w swoich łóżkach, nie wiedząc tak jak my co robić. - Hans machnął ręką. - Przewidywalne.
- Nie. Zastali nas podczas stosunku w moim łożu, w najbardziej krępującym momencie. Dostaliśmy prawie zawału, gdy drzwi się otworzyły. - zarumieniła się. - Chłopiec dojrzał i miał potrzeby, a ja miałam mu służyć. Dorastanie w wątrobie było dla niego inne, szybkie, poza tym wraz z latami tracił nie tylko swoją niewinność, ale i łatwość w kreacji bytów. Nie tworzył, lecz już jedynie zmieniał. Przekształcił mnie, nadał bardziej ludzkich cech. Byłam w końcu jego częścią, a on częścią mnie, przelał we mnie swoją duszę. Nikt inny nie znał jego potrzeb jak ja. Byliśmy jednością i nie było w tym ani kazirodztwa, ani transgatunkowej niewłaściwości. Ubiegnę wasze pytania, nie, nie było tak źle, gdy nas nakryli. Tylko jeden z pokojowiczów poznał dzieciaka, do czego się zresztą nie przyznał, za co mu dziękujemy. Reszta widziała w nim już tylko dojrzałego lisoelfa nakrytego podczas parzenia. On również się zmienił, w proporcjonalnym stopniu w jakim ja stałam się człowiekiem. Ostatecznie ugościliśmy ich wszystkich, oddalając dawne urazy. Było nawet przyjemnie. Pytałam się czy Edward Dyp chce odejść z nimi, jakoś dogadać się Psem, który zaoferował mu dyskretnie powrót do gry i walkę o dalszy żywot w Berlinie. Odmówił.
- Czyli...
- Żyliśmy dalej, szczęśliwi jak nigdy. Kiedy przychodzili pokojowicze, wspieraliśmy ich, wędrując po pokojach niczym zwykli gracze. Podczas jednej z takich wypraw zmarł, ratując bohatersko życie wielu niewinnych ludzi. Pokojowicze obiecali przywrócić go do życia, w pamięci Kostki był dalej zapisany jako malec, który przybył do pokoju. Nie dotrzymali słowa. Wróciłam do wątrobowego domku i wychowywałam pogrobowca zrodzonego z jego woli. Znów miałam dziecko, które utrwaliło mnie, bez syna-męża traciłam postać i rozpadałam się. Ostatecznie jednak odmłodniałam i przeżyłam, gdy pociecha przejęła rolę ojca. Potrzebowała mnie, a geny ludzi pozwalające kreować przywróciły mi dawne siły. My, myślotwory - niezależnie czy zrodzone z pragnień, fobii czy podziału duszy na sługi – zazdrościmy wam tego talentu. Niestety jednak jeden z berlińskich zespołów... Zostałam sama i musiałam sobie jakoś radzić. Mistrz Gry zaoferował mi dalszy żywot i zachowanie postaci w zamian za „pomoc”. Walterze, ja wiem jaka jest moja rola. Jestem kolejną pułapką. To dla mnie jasne. Nadano mi jednak taki cel i nie mogę inaczej, taka jest moja natura. Wielokrotnie planowałam uwolnić się przez samobójstwo, ale Edd nigdy by tego nie chciał, był uparty i pragnął żyć, choćby i w środku wątroby. Na podobny los skazał i mnie.

Kilka osób wtrąciło się, że samobójstwo faktycznie nigdy nie jest wyjściem, niektórzy nawet, że godne jest ono pożałowania.
- Tak, Hades to sadysta, ale lepsza ja w tym pokoju niż bezmyślny, zrodzony z jego woli stwór. Ja już nie mogę czekać przez miesiące i lata aż ktoś mi łaskawie złoży wizytę. Zresztą nie każdy tutaj trafia. Początkowo puszczałam grających dalej, wracali z odwiedzinami i kochali mnie, ale każdy prędzej czy później umierał. I w końcu uznałam, że trudno, trzeba to wszystko przełamać. Przetrzymam was do końca limitu. Tutaj i tak nie ma innych zagrożeń. Wyleczę wszystkich za nim sięgnie was fala sejsmiczna detonująca wszystkich o najsłabszym zdrowiu. Będziemy prawdziwą rodziną. Z najcenniejszymi darami – paprociami i naszą własną miłością. Jeśli chcecie wyjść, wasza wola, wasza głupota. Ja was nie zabiję. Rozbroję i połamię nogi. Wy jednak będziecie musieli mnie zabić, długowieczny byt. Będziecie mieli na rękach mój krew.
- Ile ty właściwie żyjesz? - spytał Alois.
- Wystarczająco długo, aby we własnych myślach napisać z nudów dwieście książek, z których trzecią część mogę wam zarecytować w pamięci. Wystarczająco długo, aby wymyślić tysiąc zastosowań dla paproci. Wystarczająco długo, aby z wiedzy nadanej mi przez umysł dziecka odtworzyć w swoim mózgu procesy tak złożone, że mam wiedzę o procesach chemicznych i biologicznym większa niż najlepsi ludzcy naukowcy.

Talentów nie można było jej odmówić. Piontka bardzo one zaintrygowały już wcześniej. Wykorzystał moment przemowy kobiety, aby dobrać się do kociołków i samemu uwarzyć sobie odpowiednie wywary. Wykorzystał wyostrzoną percepcję i talenty nowego ciała, aby odtworzyć niektóre z procedur i receptur. Skupił się, a potem przystąpił do działania.

Rzut na akcję: Alchemiczne praktyki Osiołka
Modyfikator Pierwszorzędny: Inteligencja (+1)
Modyfikatory Drugorzędne: Wiedza (+2), Zręczność (-1), Artyzm (0)
Wyniki: 3; 6; 1; 7 -> 4; 8; 0; 7 (po modyfikatorach) + 0,4 (bonus za opis) -> 9,4 / 2,5 -> 3,2 -> Brak Efektu!

W kwestii podejrzenia receptury na leczący wywar – podołał i to w sposób godny Waltera Piontka. Oczy, mimo wieku, pozostały sprawne, a w doborze proporcji miał wyczucie godne najlepszego chemika. Otto obserwujący jego zmagania kątem oka miał prawo do zazdrości. Nawet jeśli Kostek zaszczepił w nim niechęć do Osiołka, ten wykazał się sprytem i inteligencją godną legendy i to był zmuszony przyznać. Było potknięcie, palce okazały się zdradliwe i przez to wywar wyszedł niepokojąco gęsty, ale nie stracił on właściwości. Już Osiołek przymierzał się do skosztowania swojego paprociowego wywaru rolnego, gdy poślizgnął się na pełnych krwi panelach i wydzielinie wydostającej z innego kotła, wpadł na pomniejszy garnek i wywrócił połowę aparatury, a także opuścił flakon ze swoim lekarstwem.

Cudem było, że nie stała mu się krzywda oraz osobom postronnym. Lisia Mama była w szoku, ale wybaczyła mu wszystko, a nawet pochwaliła za talent. Zajęła się sprzątaniem, co umożliwiło wszystkim zająć się swoimi sprawami, nie były już potrzebne inicjowane przez Der Chemikera awantury, choć z pewnością okazałaby się pomocne. Kobieta miała czasochłonne zajęcie.

W pierwszej kolejności Kamphausen przekonał muzyków do współpracy. Zgodzili się zaoferować swoje usługi. Dostrzegł, że Herman poruszony historią kobiety postanowił, że przyjmie jej ofertę i na zawsze zostanie już Wątrobowym Domku. Wstydził się przyznać wprost, więc wziął starszego mężczyznę na bok i wyjawił mu w zaufaniu, że woli to przytulne miejsce od zaszczanego Berlina i chłodnej, narzucającej mu karierę prawnika rodziny.
- Uśpimy ją, wy rozwiążecie zagadkę i uciekniecie, a gdy się obudzi, będzie miała mnie.

Potem były telefony. Niefortunne. Matka wzięła Otto za pijanego, wyczuwając nawet przez miedzywymiarowy telefon w jego głosie wpływ procentów. Zbeształa go tak jak potrafiła najlepiej, niekoniecznie wulgarnie, ale upokarzająco i umniejszając do roli nic nie wartej, rozczarowującej wiecznie ciamajdy. Przez moment był gotów dołączyć do Hermana i przypomniał sobie jak bardzo kochał wolność pokoi. Nadimowi poszło nie wiele lepiej, choć nie był tego świadomy. Ogłaszanie rodzinie, że jest w sennej dupie szatana przeraziło wszystkich. Mathias miał największe wyzwanie – nie tylko z ograniczoną mową, ale i koniecznością utrzymania silnej psychiki dla zachowania dobrego sygnału, umożliwiającego zrozumienie jego seplenienia.

Rzut na akcję: Półniemowa i jego telefon
Modyfikator Pierwszorzędny: Inteligencja (+3), Siła Woli, (+1) Społeczność (-2)
Wyniki: 2; 5; 7 -> 5; 6; 5 (po modyfikatorach) + 0,1 (bonus za opis) -> 16,1 / 3 -> 5,36 -> Większościowe Powodzenie!

Po pierwszych sekundach był przekonany, że zawiódł. Z niedowierzaniem wsłuchiwał się w ciszę Sutary i Hitlera w tle. W końcu jednak odpowiedziała, że rozumie i zrobi co może. Czy mógł zwątpić w żonę kogoś takiego jak Janik?

Dokonało się. Lisica posprzątała po Walterze, a potem wyryła w wątrobie dwa przytulne pokoje dla muzyków. Wśród mięsistych fałd organu kątem oka dało się dostrzec klamkę. Nie zbagatelizowała jej. Zwróciła się do Waltera, Lei i Anshelma, aby podeszli, a potem uchyliła drzwi, które do aktywacji wymagały obecności ludzkich weselników. Im oczom ukazało się przejście do biesiadnej sali, również skąpanej w ścianach wątroby, ale pięknie ozdobionej bielą. Dało się dostrzec polski folklor, ale i niemieckie wzorce jego małżonki. Jeśli dobrze się przyjrzeli, byli wstanie ujrzeć jak w okolicznościowym pokoju-wspomnieniu odtwarzają się sceny z tamtego wspaniałego dnia. Lea wskoczyła do środka, aby z bliska obejrzeć przez tańczącego Waltera i jej matkę, młodszych i szczęśliwych jak nigdy. Próbowała ich dotknąć, ale przechodziła przez nich. Goniła ich z zaciekawieniem, a kolejne pary młode ujawniały się, jakby w jednej chwili rozgrywały się wszystkie fragmenty z wesela jednocześnie. Stalooki Senior siedział w kącie i pił z delikatnym uśmiechem na twarzy. Nazista nigdy nie widział swojego ojca takim władczym i pewnym siebie. Cieszyło go, że podczas misji nawet wewnętrzny pokój ozdobił się swastykami i orłami, przez co wesele Pionkta sprawiało wrażenie politycznej agitacji. Momentami nawet jakaś wyższa siła musiała manipulować dla żartu niektórymi fragmentami, bo Walter skandował niekiedy wraz z gośćmi Sieg Heil, a jego małżonka przyjmowała prezenty od zaproszonych tłumnie zbrodniarzy, w tym Josepha Goebbelsa, jego żony i ich sześciorga dzieci.

Lisica zostawiła całą trójkę i udała się do pozostałych, licząc, że do zamieszkania w domku gotowi byli już nie tylko muzycy. Mathias podał jej słuchawkę, a potem szczęśliwa długo rozmawiała z egzotyczną kobietą, znajdując wiele wspólnych tematów. Cieszył ją, że ktoś rozmawia z nią tak swobodnie i bez oporów. W tym czasie Otto, Nadim i Mathias podeszli do klamki, która na szybko wyjawiła im treść zadania.
- Spójrzcie na mnie. - fragment przypominających drzwi bunkier zmienił się w element, który przypominał zabezpieczenie walizki. - Musicie wprowadzić hasło. Poda wam je mimir. Posłuchajcie się go.

W powietrzu zmaterializował się czaszka, naznaczona niestety wadami genetycznymi, nieproporcjonalna i powykręcana. Wydawało się, że pożółkły byt przecięła niewidzialna oś, którą potem ktoś przekręcił. To tłumaczyło dlaczego jej oczodoły były rozmieszczone tak nieregularnie. Istota wywoływała szczery żal. Ruchy szczęki były nieregularne, ogniki w oczach buchały niebezpiecznie, kość pokryta przebarwieniami. Wyraźnie cierpiała. Powtarzała tylko jedno słowo, próbując się wznieść, ale niezdolna była do lewitacji. Spojrzeli czy Lisica nie zauważyła istoty, ale była odwrócona tyłem. Ziewała, przesiąknięta podprogowymi treściami i słuchała pieśni Hermana z wielkim wzruszeniem. Przywołali dyskretnie tłumacza, ale ten nie rozumiał dźwięku, który mimir powtarzał. Brzmiał jak hgrrrrrrrrrr i nie znaczył nic, za równo w języku ludzi jak i szlachetnej mowie Purgatorium. Spojrzeli na stwora. Nie miał ani mimiki, ani gestów, którymi mógłby im cokolwiek podpowiedzieć, nawet jeśli chciał. Podskakiwał tylko, wzbudzając zainteresowanie „Psa”. Wymieniali się ulubionym słowem.

I wtedy zrozumieli, że coś poszło nie tak. Kołysanka zmieniła się w tren lub nokturn o ciężkim charakterze. Herman zawalił. Utwór płynnie przeszedł w jego wyznanie. Wcale nie zmarł w wyniku utonięcia, lecz samobójstwa. Rodzina z niższych warstw społecznych narzuciła mu nieosiągalne wymagania, podczas gdy on pragnął zostać muzykiem awangardowym. Joanna i Carl próbowali go pocieszyć, ale okazało się, że wśród pozostałych jego słowa spotkały się z niedowierzaniem.
- Życie to największy dar. Jak mogłeś nas oszukać w tak fundamentalnej kwestii? - oburzyła się Beata, choć ona jeszcze była w miarę łagodna.
- Pizda. - rzucił Alois. - Miałem sto razy gorzej, a się wybiłem i zrobiłem co chciałem. Szukałeś wymówek, a nie sposobu. Obyś tu zdechł.
- Nie zasługujesz na drugą szansę. - warknął Jajogłowy. - Zostań tu sobie. My idziemy.

O dziwo nawet Joanna zareagowała, podeszła i spoliczkowała boleśnie muzyka. Popłakał się, tylko upewniając w swojej decyzji. Jednocześnie żałował i nie żałował samobójstwa. Na pewno nie żałował jednak zawalenia swojego zadania. Lisica nie zasnęła, choć było blisko. Treść utworu ją wybudziła. Przytuliła muzyka mocno i wtedy zauważyła, że pozostali zaczęli grzebać przy drzwiach. Najbliżej z opornych był Jajogłowy. Pchnęła go jak szmacianą lalkę, potem szybkim wymachem ręki wytrąciła broń Ferenzowi przed jego reakcją i wróciła do sekciarza. Błagał o litość, ale nie doczekał się. Szlochał, gdy połamała mu nogi, ale uznała, że to będzie dla niego najlepsze.
- Sprytne dzieciaki, chcieliście mi uciec. Nie, ja za długo na was czekałam. Nie zginiecie. Będziecie tutaj ze mną. Tamta czwórka niech odejdzie od czachy i drzwi. Nie zmuszajcie, abym was wszystkich powaliła. - była wściekła, nawet wątroba zaczęła drżeć w odpowiedzi na jej szał i atak płaczu. - Jeśli chcecie przejść dalej, musicie mnie zabić. Nie widzę innego rozwiązania.

Czekała na ruch pozostałych, choć zauważalnie liczyła, że nie odważą się wypowiedzieć jej otwartej walki. Herman szybko przechwycił bólospluwę, wybrał najmniejszą skalę przykrych doznań i gotowy był wesprzeć swoją opiekunkę.
- Ja mam tego dość. Życia w szarym Berlinie i kolejnych presji społecznych. Chcę być muzykiem. Tutaj stworzę sobie instrument, nigdy nie zabraknie mi strawy i będę miał kompanię lepszą niż gdziekolwiek indziej. - zadeklarował. - Bądźcie rozsądni.

Odgłosy walki z zombie po drugiej stronie ucichły. Niema skończyła swą walkę, choć nie znali jeszcze rezultatu bitki.

Hgrrrrrrrrrr.... Hgrrrrrrrrrr... Hgrrrrrrrrrr
Pies.... Pies... Pies...
Hgrrrrrrrrrr.... Hgrrrrrrrrrr... Hgrrrrrrrrrr
Pies....

...

Limit Czasowy

58:24