Oberża pod Rozbrykanym Ogrem

Gry Wyobraźni - "Purgatorium [Gra]"

Aktualnie w Osadzie: Ognisko jest zgaszone.
Osada 'Pazur Behemota' > Gry Wyobraźni > Purgatorium [Gra]
Wędrowiec: zaloguj, wyszukiwarka
,  dodaj nowy wątek
Architectus

Architectus

19. czerwca
Post ID: 83128

Mechanik nie przepadał za tego typu rozważaniami, zwiększały one występujący już u niego zamęt, dlatego wolał od interakcji z ludźmi te z samochodami, gdyż w nich były określone, ograniczone matematycznie, konkretne rozwiązania. Kiedy brat wspomniał o wypadku, przemyślenia pełne bólu zaczęły wracać do Jörga, który poczuł jak obejmuje go gniew. Ogień emocji rozpalał się w nim, jakby miał lada moment trawić otoczenie. Spodziewając się jego wybuchu, podszedł do otwartych drzwi Mercedesa i począł swoją wypowiedź:

- Kierowca samochodu mógł nie znać jakiegoś fachowca, który doradziłby mu bezpłatny przegląd i naprawę części aut dostawczych, ze stałym zleceniem, które dla danej firmy byłoby tańsze niż zwykłe naprawy. Mówiąc o Aloisie Ferenzie, tłumaczę sobie, że ten pan mógł nie pomyśleć o stwarzanych przez siebie zagrożeniach, wobec czego nie obarczam go określaniem miana złego - odetchnął głęboko, by zachować jasność myślenia jak najdłużej, a wtem ponownie uświadomił sobie cierpienie jakiego doznali bliscy osób, które straciły życie podczas wojny, i oczy napełniły mu się łzami. Spuścił wzrok, nachylił się nad bratem i objął go niedźwiedzim przytuleniem, a po chwili dodał:

- Gdyby niegodne czyny, składające się z samego zła, były spersonifikowane chętnie walczyłbym przeciwko nim ograniczając ich rozpanoszenie. Przechodząc do odpowiadania na pytanie pana Kürenbergera, moim zdaniem Europę oczyściłyby oddziały zwalczające zło jakie hipotetycznie chodzi po wymiarze niedostrzegalnym przez człowieka. Natomiast racjonalnie myśląc o tym zagadnieniu, byłoby to uświadamianie o okropnościach jakich świat doznał, nie tylko podczas II Wojny Światowej, ale także przy innych okolicznościach, aby uwrażliwić ludzi na możliwość ponownego ich wystąpienia.

Gdy skończył mówić poczuł, że chce pobyć sam i pomyślał by usiąść na drewnianej ławeczce stojącej przed warsztatem. Wtedy dostrzegł nowego gościa w warsztacie i zwrócił się do niego:
- Dzień dobry, proszę pana. Z kim i jaką mechaniczną sytuacją mam przyjemność? - przyjrzał się jego ubiorowi i zaskoczył go jego żołnierski krój, który zdawał się być ubrudzony zupą pomidorową lub musem truskawkowym. Chcąc pomóc mężczyźnie uzupełnił swoją wypowiedź - Piorę robocze ubrania w warsztacie i mam tu nawet pralkę, może zechciałby pan oczyścić własne nim omówimy szczegóły pańskiej wizyty?

Nitj Sefni

Nitj Sefni

24. czerwca
Post ID: 83139

Anshelm podszedł do samochodu przeklinając w duchu swoją nieuwagę. Brunatnobordowe plamy na płaszczu z pewnością nie pomogą mu w zdobyciu zaufania tłumacza.
- Witam panów - powiedział, po czym nachylił się w stronę tłumacza - Możemy porozmawiać w cztery oczy?
Nazista odszedł z Sørenem kilka metrów od pojazdu, żeby mechanik nie mógł ich usłyszeć.
- Proszę mi wybaczyć - powiedział z uśmiechem, wskazując ubrudzony płaszcz - dorabiam w rzeźni i mimo fartucha, zdarza mi się ochlapać.
Dopiero teraz zauważył jak głupio i naciąganie to brzmi, ale nie umiał wymyślić lepszej wymówki na poczekaniu.
- Mam sprawę, która zapewne pana zainteresuje. Oczywiście zapłacę.
Anshelm wyjął kartkę z runami, przyłożył ją do ściany i na czystej stronie napisał ołówkiem rząd cyfr.
- Proszę. - powiedział wręczając mężczyźnie kartkę. - Natrafiłem na dziwne symbole i część z nich naniosłem na papier, ale jest tego znacznie więcej. Pomyślałem, że jeśli ktoś może je rozszyfrować, to właśnie pan. Na drugiej stronie jest mój numer telefonu. Skontaktuję się z panem za sześć dni i pokażę, gdzie znalazłem te symbole. Gdyby coś pan odkrył, to proszę dzwonić. Jest pan zainteresowany?

Tabris

Tabris

24. czerwca
Post ID: 83144

-Ta kostka ma istotnie nietypowe właściwości – odrzekł Walter zaskakująco dla siebie pewnym ruchem wyjmując swoją. – Ale sądzę, że jest kluczem do drugiej strony lustra.
~~~

Opowiadanie Lei było… zaskakujące. Ciekawe, ale i nudne (kobiety rzadko umieją dobrze opowiadać, jak stwierdził Walter lata temu). Intymne, aż do granicy ekshibicjonizmu, zwierzenia wywarły nań duże wrażenie. Zaiste, nieco żałował, że oceniał dziewczynę negatywnie. Jak na dzieciństwo jakie jej zafundowano była bardzo normalna, zamiłowanie do blichtru można było jej darować. W porównaniu do zażywania morfiny, czy innych narkotyków, jak wielu jej rówieśników z kapitalistycznych krajów, kawa z odchodów łasicy była żadną ekstrawagancją.

Poruszony wątki dały Walterowi wiele materiału do przemyśleń. Osoby, które spotkał niedawno – ten zbójecki typ z szarymi oczami, czy też tajemnicza Kobieta z Limuzyny… Coś lub Ktoś się o niego upominało. Nie wiedział po co, ani dlaczego, choć jakby się tak zastanowić… Pokazał dziewczęciu swoją kostkę, którą, owiniętą chusteczką, schował był w kieszeni gdy tylko usłyszał pukanie. Jego intencją było zainteresowanie jej przedmiotem, aby samemu zdobyć nieco czasu na właśnie na refleksję, lub chociaż nakierowanie rozmowy w inną stronę. Nie chciał też zawodzić młodej osoby swą niepamięcią. Nic nie wiedział o żadnej matce Lei i nie znał kogokolwiek kto mógłby nią być.

~~~
Nagle przeszedł go dreszcz. Może jeszcze raz spojrzał na uszy blondynki. W jednej chwili połączyło się w jego głowie... Przezwiska z dzieciństwa, historie matki o głuchym wuju Hansie, którego wzięli do artylerii, to co mówiła Lea o operacji, nieznanym ojcu, jej wygląd. Zwłaszcza jej wygląd. Serce zaczęło bić pospiesznie jakby wypił kilka kaw, a na twarzy pojawił się wyraz zdumienia.

Fimrys

Fimrys

25. czerwca
Post ID: 83147

Filozof z uwagą wysłuchał wywodu Jörga, gdyż zawsze interesowała go kwestia spojrzenia różnych ludzi na rozwiązywanie problemów Europy. Szczególnie teraz, gdy przez bandę żądnych krwi sekciarzy-idiotów miał problemy, interesowały go zagadnienia pozbycia się zła, które widział przede wszystkim w głupocie. Rozwiązanie mechanika wydało mu się... no cóż, wyniosłe. Guru z Abbadonem u boku załatwił by to troszeczkę inaczej. Wtem zauważył Anshelma w niecodziennej aparycji. Ubrudzony płaszcz połączony z charakterystycznym wyrazem twarzy robiły wrażenie.

"Rzeźnia? Doprawdy, czy to w rzeczywistości krew wieprza lub kozy?"

Tłumacz nie był pewny opowieści o rzeźni. W życiu widywał krew. Ach, stary dobry Ludwig - lekko podstarzały kultysta będący zapalonym i natchnionym rzeźnikiem. Wielokrotnie opowiadał o swym zawodzie, będącym jednocześnie hobby i jako wkład dostarczał Braciom i Siostrom najróżniejszych rodzajów mięsiwa. A był wręcz artystą w swym fachu i miewał interesujące pomysły (Dzięki jego namowom Søren spróbował bawolich oczu. Decyzji tej nie żałował, ale i tak nie ma zamiaru tego wyczynu żołądkowego powtarzać). Przez zamiłowanie do krwistych steków i kaszanki potrafił skojarzyć aromat krwi. A krew z płaszcza bynajmniej nie pobudziła jego apetytu. Specyficzny zapach raczej przywołał na myśl coś bardzo dawnego, schowanego w podświadomości. Może wojna? Albo czasy powojenne? Instynkt przywódcy religijnego podpowiadał i drążył ciekawość, ale zdrowy rozsądek zdecydowanie uznał, że nie warto zadawać pytań. A jako iż umysł jeszcze był w sile, Søren postanowił nie zadawać zbędnych pytań. Po co drażnić klienta? Cieszył się, że nie dał się namówić na plan sabotażu Carla, bo skojarzył krew z ubioru ze swoją własną, którą uważał za niezmiernie cenną i nie lubił jej przelewać, gdyż był do niej przywiązany.

Zachowując powagę przyjrzał się z formalizmem runom.

"Ach, stary Svirengard byłby wniebowzięty"

Tłumacz kojarzył pewne symbole, inne wydały mu się całkiem obce. Zapis przypomniał mu lekko nostalgicznie czasy studiów, kiedy to na zajęciach poznawał kilka systemów runowych. Zajęcia te nie były jego ulubionymi, a stary i fanatyczny profesor Svirengard nie pomagał. Mimo to z zainteresowaniem począł badać pismo. A skoro ciekawość mogła przynieść zysk finansowy, a pieniądz w czasach niepewnej pracy jest dużo wart, wziął sobie jako cel poboczny odnalezienie sensu symboli.

-Widzę tu znajome symbole, inne są troszkę... dziwne. Przypominają mi się czasy studiów. Wie pan co, w domu mam obszerny słownik run i z pewnością po identyfikacji systemu będę w stanie rozgryźć te napisy. A mógłby mi pan rzec, panie Vollblüter, gdzie dokładnie je pan z nalazł? Z pewnością ułatwi to identyfikację, gdyż pewne systemu są używane tylko w charakterystycznych okolicznościach i samo miejsce znalezienia, czy rok powstania dzieła literackiego są w stanie rzucić trochę światła na ich sens. A pomijam już możliwość powstania wyrażeń dwuznacznych, bo te potrafiły przysporzyć nam naprawdę wiele trudności na zajęciach.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

25. czerwca
Post ID: 83148

- Gdzie?... - Anshelm nie był przygotowany na takie pytanie, ale wiedział co odpowiedzieć. - Na cmentarzu. Wyryte na nagrobku pewnej ważnej dla mnie osoby. Jak już mówiłem zabiorę tam pana w przyszłym tygodniu i pokażę resztę symboli.
Nagle nazista przypomniał sobie o książce. Niestety zaczął już wprowadzać plan w życie i było za późno na dylematy. Przede wszystkim musiał poznać prawdę. Wydanie wiekopomnego dzieła może poczekać.

Wiwernus

Wiwernus

25. czerwca
Post ID: 83153

Mechanik dał się poznać jako osobnik praktyczny, świadomy faktu, że zła nie da się w nikim spersonifikować, zdolny do wybaczenia, ale przede wszystkim niezwykle wrażliwy, uciekający od rzeczywistości w mechanikę i zdolny zracjonalizować nawet największe przewinienie „oprawców”. To od zawsze bardzo imponowało zresztą Carlowi, widział przez to w swoim bracie przeciwwagę dla pałającej niechęcią i zemstą siostry, teraz jednak zaczęło mu przeszkadzać.

Bracia mieli okazję zamienić kilka słów, gdy zignorowany Jörg zasiadł na drewnianej ławeczce, na której miejsce zagrzał wymykający się szybciutko Carl.
- Potrzebowaliśmy nazisty-pisarza i sekciarza-tłumacza, abym wydusił kilka gorzkich słów w twoim kierunku. - uśmiechnął się delikatnie. - Z nimi postąpię po swojemu, tak samo z tobą.

Wyściskał brata i odszedł. Jak powiedział – tak zrobił, o czym mechanik przekonał się za kilka dni.

Jörg po powrocie znalazł swoich nietypowych gości pochłoniętych pogadance o dziwnych znakach oraz cmentarzu, co było dosyć nietypowe, a i na co znalazł właściwe dla swojej filozofii uzasadnienie. Napomknął o tym innego dnia bratu, a ten szybko przyswoił niespodziewaną informację, z wielkim obrzydzeniem zresztą.

...

Lea chwyciła pewnie przedmiot i zgodnie z planem Waltera zajęła się badaniem kostki, manipulując nią na wszystkie możliwe sposoby. Wykorzystał daną mu szansę. Intensywnie wpatrywał się jak potrząsa artefaktem - przekręca jego ściany, zaciska na nim chude palce i analizuje runy - poddając analizie każdy gest i znajdując w nim coś nieprzyjemnie znajomego, co tylko potwierdzało ogarniające go przeczucie. Ona zaś miała pewność, że podobny przedmiot, niemal bliźniaczy, jako dziewczynka znalazła podczas jednej z samotnych nocy. W przeciwieństwie jednak do Waltera nie przejmowała się ewentualną reakcją gapiów czy własnym zdrowiem, nawet nie zauważyła, gdy ostre krawędzie ściany pocięły jej ręce, a cały stolik pokrył się krwią. Z oślim oporem permutowała kolejne ściany, aż w końcu wywołała pożądany efekt – z przedmiotu uwolnił się syczący, bezbarwny i pachnący intensywnie gaz, a kostka wzniosła się samoistnie w powietrze i opadła powoli, drgając. Wysokość nie była może znacząca, ale zauważalna, także dla osób przy innych stolikach. Na moment połowa lokalu przestała pić, poddając własne zmysły licznym próbom zrozumienia czy nietypowe zjawisko było prawdą czy tylko zbiorową halucynacją.

Lea przegryzła wargę z podniecenia. W końcu natrafiła na właściwy trop.
- Mamy dowód, choć nie wiem jeszcze na co. - wyciągnęła dłoń, a przedmiot upadł na nią. Zacisnęła czerwone od krwi palce, a potem bez większych oporów przywłaszczyła sobie przedmiot, chowając go w ubraniu. Puściła w niepamięć kawowe ekscesy i z gracją damy zajęła się rachunkiem, z podobną gracją zaczęła też wycierać palce i tamować krwawienie. - Teraz posiedzimy jeszcze chwilę, a potem ulotnimy się za nim gapie zrozumieją co było dane im ujrzeć. Na razie zachowujmy się jakby żadne przedmioty nie pokonywały z gracją grawitacji.

Jej uśmiech ujął go szczerością, odrobinę szalony, bo kojarzył się z obsesją na punkcie przeżycia czegoś intensywnego i rozwiązania rodzinnych zagadek. Był już niemal pewny, że przeczucie go nie zwiodło. Refleksja zakończyła się, był już gotów obrócić rozmowę w odpowiednim dla siebie kierunku.

Wtedy też oderwał na moment wzrok od kryjących się za włosami uszami młodej kobiety. Na moment zwiesiła się, wpatrując w okno. Za nim obrócił się, postać podglądająca ich przez nie zdążyła się już odwrócić, ale mimowolne przyśpieszenia bicia serce upewniło go w tym z kim miał do czynienia. Najwyraźniej już od jakiegoś musiała ich podglądać. Dopiero kiedy obsługa zauważyła, że ktoś nęka gości niekoniecznie dyskretnym kręceniem przy oknie i ruszyła w jej kierunku, postać zaczęła się powoli (choć z gracją) oddalać. Lea zmarszczyła brwi, niezadowolona z faktu, że tak późno zauważyła śledzącą ją matkę, najwyraźniej przytłoczona podnieceniem z widoku latającej kostki i opowiadaniem swojej życiowej historii. W jej spojrzeniu dało się dojrzeć wielu uczuć skierowanych do matki: paniczny strach, nutkę wstrętu, zauważalny żal i odrobinę współczucia. Odetchnęła jednak z ulgą, bo kobieta zniknęła, nie rzuciła się na nią jak to miała w zwyczaju. Po chwili Lea wydała się być nawet rozbawiona, nie tylko tym, że natrętna matka mogła odwrócić uwagę części gości od paranormalnych zjawisk.
- Żebyś widział jej minę na widok zakrwawionych palców, jakbym co najmniej ucięła sobie rękę i miała umrzeć. - po chwili jednak zbladła. - Ale zaraz, czy ona w ogóle zareagowała na widok latającej kostki?

Chwila na głębszy oddech.
- Nie, to za proste. Ona musi czekać za rogiem lub chce podążyć za nami. Musimy coś zrobić, aby ją zgubić, ty coś wymyśl, jesteś w końcu dzielnym osiołkiem z innego świata. - oczy jej zabłysły. Pośpiesznie wyjęła kartkę, zanotowała coś na niej i zwróciła ją w kierunku staruszka. - To lokalizacja mojego rodzinnego dworku, ale tam kieruj się, gdy inne sposoby odnalezienie mnie zawiodą, gdy będziesz miał pewność, że odcięła mnie od świata lub zniknę w innym świecie. Mam nadzieję, że to spotkanie nie będziesz naszym ostatnim. Musisz mnie zaprowadzić do ojca, niezależnie czy osobnika z lustrzanej rodziny czy Blitzkriega w innym świecie.

20 Września 1991 r., Berlin

Spółka została oblężona.

Duński tłumacz prędzej spodziewał się machinacji Carla, wizyty groźnego nazisty lub kolejnej represji ze strony konkurencyjnej sekty, ale tego dnia, co zbiło wszystkich współpracowników z pantałyku, tłumnie zaczęli nawiedzać go nieznani mu osobnicy. O dziwo ci zdawali się być przyjaźni i niezwykle zaintrygowani kontaktem z taką osobliwością jak on. Ignorowali pozostałych lingwistów, prosząc Sørena o autografy, wypytując starannie o jego osobowość i cechy charakteru, za to kompletnie ignorując jego dorobek zawodowy. W kilku przypadkach wydawało mu się, że niektórzy nawet niepodaliby jednego tytułu jego pracy, choćby od tego zależeć miało ich życie. Amanda wysnuła teorię, że osobników wynajęto, aby popsuli mu wizerunek, co miałoby by być pretekstem do wywalenie tłumacza z pracy, a tym samym spowolnienia prac nad nazistowskim dziełem. Miał jednak wątpliwości, bo nietypowi goście wydali mu się być zaintrygowani jego osobą szczerze, nie za opłatą, której z pewnością nie potrzebowali. Benito – choć wciąż śmiertelnie obrażony – śmiał się, że najwięksi bogacze przybywali z dziećmi po błogosławieństwo od duńskiego Ojca Świętego. Miał wiele racji, traktowali tłumacza niemal jak świętego, choć jednocześnie i jako swoistego celebrytę. I tak, byli obrzydliwie bogaci, co poświadczały markowe, niezwykle drogie ubrania oraz maniera typowa dla hedonistycznych sfer wyższych.

Badanie run okazało się bezowocne, nie potrafił powiązać ich z żadnym znanym mu językiem.

...

Późnym wieczorem naziście złożono dwie niespodziewane wizyty, niespodziewane bo z reguły ciążąca na nim reputacja i wygląd starczały, aby odegnać niepożądany element. Najpierw odwiedził go dziwny, podejrzany typek, prosząc o wypełnienie ankiety dotyczącej obaw społeczeństwa co do zmian społecznych. Pełno było w niej idiotycznych, prowokatorskich i niezrozumiałych pytań, tak jakby ktoś sprawdzał dokładnie życie ankietowanego. Osobnik zostawił kartkę i kazał na spokojnie sobie wszystko przemyśleć, poddając każde pytanie dokładnej analizie. Obiecał powrócić za kilka dni i odebrać ankietę, zostawiając w zamian za pomoc należne honorarium, bardzo wysokie zresztą, zdające się być niezrozumiałym żartem. Niedługo po nim przybył kolejny „ankieter”, tym razem osobnik cherlawy i słabowity, o rysach i akcencie zdradzającym żydowskie pochodzenie. Jego ankieta nie była tak przemyślana, zaś sam ankietujący ponaglał przerastającego go fizycznie nazistę, nakazując odpowiadać natychmiast i bez zwłoki, „tak jak czujesz”. Dopiero surowy wzrok zdezorientowanych stalowych oczu sprawił, że momentalnie wrócił mu rozsądek, a jegomość rzucił się do subtelnej ucieczki.

21 Września 1991 r., Berlin

Tłumaczenie run dalej nie wiązało się z żadnymi efektami, napięcie w pracy narastało i jedynym pocieszeniem zdawało się być Amanda, która otwarcie zaczęła wyrażać zainteresowanie kultem. Wyznała, że potrzebuje przewodnika duchowego. Bagatelizowała zagrożenie ze strony konkurencyjnej sekty. Søren był pewny, że jest dyskretnie śledzony, a jego wierne owieczki swoimi zeznaniami tylko potwierdzały jego obawy. Ona jednak widziała tylko i wyłącznie pozytywne aspekty w dołączeniu do religijnego ugrupowania, a przede wszystkim wiązała je ze światem bogaczy, których ujrzała podczas szturmu na tłumacza.

...

Arnolf gdzieś zniknął, Anshelm dowiedział się o tym bardzo szybko, bo dwóch nazistów zadzwoniło do niego – niezależnie od siebie – pytając gdzie podział się ich ulubiony kompan od wódki. Nikt jeszcze nie zauważył za to zniknięcia najbardziej monstrualnego nacjonalisty z paczki, choć przegapienie jego braku mogłoby się zdawać niemożliwe.

Nie pojawili się żadni nowi ankieterzy, za to pojawił się dziennikarzyna, który poprosił o umówienie się na osobistą, intymną rozmowę w formie wywiadu, którą on nazywał spowiedzią nazisty. Obiecywał horrendalne pieniądze za kilka soczystych faktów oraz snuł wizje reklamy jaką ta rozmowa przyniesie wydaniu książki, nawet jeśli miała ona pominąć niemiecki rynek.

22 Września 1991 r., Berlin

Przełom. Enigmę jaką były runy pomogło rozwiązać, przynajmniej w minimalnym stopniu, Purgatorium. Nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji, właściwie wieczornej lekturze dzieła E. Karlsena oddał się w ramach relaksu i delikatnego wysiłku intelektualnego, lecz niespodziewanie wyczytany opis symboli we wnętrzu permutującej się przez wieczność monstrualnej ryby pokrywał się z tym, co wręczył mu nazista. Przecierał oczy ze zdumienia, ale odnalazł w końcu trop. Wiedział już, że kluczem do zrozumienia znaków jest zrozumienie książki i dopiero wtedy jego entuzjazm odpadł, bo dalej nie uporał się ze wszystkimi niuansami językowo-fabularnymi, a co dopiero z rozszyfrowaniem pobocznego wątku, właściwie tła jakim były tatuaże pokrywające wnętrzności ożywionej machiny. Ku jego zaskoczeniu jednak opisów symboli było sporo, niemal ogrom, przez co zupełnie inaczej spojrzał na Purgatorium. Przestała być performancem i symboliczną powieścią, nabierając cech swoistego instruktażu, wykładni autorskiego języka. Sama książka nie dawała materiału pozwalającego go zrozumieć, mając jednak pomoc w postaci kartki od nazisty, był wstanie odszyfrować drugie dno książki, które nawet samym jego bohaterom umykało. Zasiedział się przy biurku, odgadujac jedynie pojedyncze słowa. Wysnuł kilka wniosków.

Po pierwsze, jeden wyraz mógł oznaczać równie dobrze jego przeciwieństwo, a właściwie oznaczał oba skrajne pojęcia równocześnie. Życie-śmierć, przyjemność-ból, dobro-zło. Wszystko było ulotne i opierało się na opozycji. Na swój sposób widział w tym sens, bo świat układanki był jednocześnie piekłem i rajem. Przywodziło mu to na myśl filozofię według której dobro nie mogło istnieć bez opozycji w postaci zła, tak jak cień nie może istnieć bez światła. Świat wartości przeciwstawnych. To co miałkie (było) bezwartościowe, język ten jednak opisywał skrajności. Odnalazł w nim porządek, potem jednak przypomniał sobie, że może interpretować tą skrajność analogicznie do zasady fermata. Światło wybierało zawsze najkrótszą lub najdłuższą drogę, skrajnie, podobnie było ze słowami tego języka, który zawsze mógł przybrać skrajne wartości. Język Fermata?

Po drugie, język miał dwie odmiany – ludzką i wyższą, według na szybko ułożonej interpretacji. W książce każda część ciała wieloryba miała swój własny, poetycki, zawiły i piękny opis, z którego przeciętny homo sapiens nie zrozumiałby za wiele, to zresztą wprost wykładał narrator i to jak krowa na rowie. Kolejne pokoje jednak miały dodatkowe opisy, wskazówki naniesione prawdopodobnie ludzką ręką i przy użyciu ludzkiego umysłu, który nie był ukształtowany do rozumienia tej mowy i który jej nie stworzył. Odtwórcze zapiski były jedynie zapiskami ograniczonego naśladowcy. Na szczęście runy od nazisty były właśnie w ludzkiej odmianie języka i je Søren był wstanie przetłumaczyć, miały zresztą pełno kontekstów do osiągnięć kultury ludzkiej.

Ostatecznie przetłumaczył kilkadziesiąt słówek, w przybliżeniu, z czego 4/5 z tego wprost wyłożyła mu książka. Wiedział już, że runy w pokoju, do którego zawsze trafiali bohaterowie na początku umownego rozdziału miał naniesione przy pomocy ludzkiego pojmowania cytat porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie. Wiedział już, że adresat wypowiedzi miał otrzymać prosty komunikat – jesteś w piekle. I w niebie jednocześnie. Przeciwieństwa.

Jeśli chodzi zaś o runy otrzymane od nazisty – rozszyfrował na razie tylko pseudonim złożony z run odpowiadających słowom Stalowy i Oczy, a także kilka słów przywodzących na myśl pamiątkę, coś oznaczającego dar, który mógł być i na narodziny, jak i na śmierć. Przeciwieństwa.

...

Kolejne zakłócenie w życiu nazisty. Tym razem jednak nie naruszono jego spokoju osobiście, lecz przez komunikat. Otworzył skrzynkę pocztową i wyjął ostrzeżenie, tym razem klarowne i jasne, bez zbędnych symboli, przynajmniej jak na standardy ostatnich dni.

Trzymaj się z daleka od sekt, nazizmu i całego tego ideologicznego bajzlu, a może stracą zainteresowanie, nie wychodź z domu. Co zrobisz z moją radą, twoja sprawa. Mam nadzieję, że nie przyjdzie nam się zobaczyć.

Jasny komunikat?

Dopiero potem doczytał resztę.

PS. Jeśli jednak zaryzykujesz i obudzisz się po drugiej stronie lustra, będziesz miał moje wsparcie. Krzyknij „Goebbels”, sięgnij po bambus, a zyskasz dzielnego, wiernego sojusznika.

24 Września 1991 r., Berlin

Przez ostatnie dni mechanik był niemal pieszczony kolejnymi zleceniami od gwiazd. Możliwość obcowania z drogimi, ekskluzywnymi i tak zaawansowanymi machinami dała mu tyle radości, że nabrał sił do dalszego życia. Bardzo ucieszyło to jego przygnębionego brata, który obiecał mu niespodziankę, swoistą terapię, która pozwoli mu się uporać z traumami i inaczej spojrzeć na życie. Nie zdradził jednak, że wiązała się ona z małym spiskiem i zmusiła go do pogrzebania w osobistych rzeczach Jörga. W końcu jednak dorwał się do numeru Hansa Bulmy i poprosił gwiazdora o drobną przysługę. 24 Września celebryta - wzruszony prośbą nieznanego mu osobnika, z wdzięczności do tłumacza oraz żądny nowych doznań – przybył do pracowni, zastając oszpeconego mechanika na ulubionej ławeczce. Cytrynowy pojazd zatrzymał się, a gwiazda opuściła szyby i wychyliła się, pozwalając dojrzeć Carla na przednim siedzeniu oraz jakąś urodziwą młódkę na tylnym. Najstarszy Pringsheim wyszedł z pięknego samochodu, zostawiając otwarte drzwi. Silnik mruczał kojąco.
- Naprawiałeś te machiny jak oszalały, tak tylko można to ująć, braciszku. Zasłużyłeś na odpoczynek. - uśmiechnął się tajemniczo.

Potem pojawiły się kolejne pojazdy, w większości znane mechanikowi bardzo dobre – jego rodziny, nielicznych przyjaciół i najbardziej wiernych klientów. Jego uwagę zwróciły vany firmy cateringowej oraz pobliskiej cukierni. Połączył wątki i wiedział już, że brat nie zapomniał, w przeciwieństwie do niego samego, o 36 urodzinach. Na podwórzu urządzono huczne, bardzo mile i pełne wspaniałych gestów przyjęcie, nawet jeśli nie pasujące do natury milczącego samotnika. Było na nim wszystko – prezenty, drogie jedzenie oraz liczni przybysze, w tym celebryci ściągnięci przez Hansa, nawet jeśli zdawać by się mogło mimowolnie.

Dopiero po dłuższym zastanowieniu zrozumiał, że Bulma nie tylko przybył z wdzięczności, wzruszenia i zblazowania, ale i drobnego szantażu. Carl ośmielił się zasugerować gwieździe, że jeśli nie przybędzie i nie rozświetli swoim blaskiem postaci mechanika, to ktoś może donieść policji o jego alkoholowych wybrykach, a także jego licznym kochankom na nie byciu tą jedyną. Informacje od brata okazały się w cenie.

Zbliżał się powoli wieczór, goście zaczęli robić pijani, rozpoczęły się tańce, a mechanik otoczony postaciami z kolorowych pisemek wydał się być wszystkim niezwykle wartościowy. Carl nadął się z dumy i niemal narzucał bratu, aby wykorzystał splendor do uwiedzenia jakieś urodziwej panny. Nie chodziło mu jednak o te obecne na przyjęciu niespodziance, ale w klubach, które solenizant miał hucznie odwiedzić, klubach do których nie wpuszczano byle kogo - miejscach do których kluczem miał okazać się Bulma. Trochę rozgoryczonym szantażem, bardziej zaciekawionym jak zareagują inne gwiazdy na widok oszpeconego kompana, przede wszystkim jednak podpitym. Zasiadł już do swojej cytrynowej machiny i popisywał się odgłosami silnika, powoli ponaglając mechanika do odwiedzenia klubów.

Carl podszedł do brata, najwyraźniej lekko podpity co nigdy mu się nie zdarzało, mechanik widział go w takim stanie po raz pierwszy. Najwyraźniej również potrzebował przyjęcia, aby odreagować ostatnie problemy. Gdyby nie był w takim stanie, nigdy nie zachęciłby do przejażdżki z kierowcą po kilku głębszych.
- Tego potrzebowaliśmy, trochę odpoczynku w tych trudnych czasach. Mam nazizm do obalenia, ty zaś co najmniej jeszcze jedną flaszkę, bo na ten moment słabo. Nigdy nie byłem rozrywkowy, bardziej flegmatyczny i odpowiedzialny, ale ty, ze swoją wrażliwością, zasługujesz na coś więcej. Idź, wsiadaj do machiny, nie bój się wyzwań. - uśmiechnął się, a potem wyściskał brata niedźwiedzim uściskiem. - I w końcu wróć z jakąś pannicą.

Architectus

Architectus

30. czerwca
Post ID: 83164

Jörg nabrał większego spokoju widząc jak Carl się rozluźnił. Ucieszył się uśmiechem brata i z uwagą wysłuchał jego rozważań.
- To bardzo miłe, że przypomniałeś mi o marzeniu wzajemnego spełniania się z cudowną dziewczyną. Wizyty w klubach nie zapewnią spotkania z atrakcyjnymi dla mnie panienkami, które zechciałyby mnie poznać, ale zwiększą na to szanse. Chętnie, choć nie bez niepokoju odwiedzę te lokale, jednakże nie podoba mi się pomysł pojechania tam autem i nie zgadzam się na taką formę transportu. Zamiast niej pójdę pieszo i będę wychodził naprzeciw panu Bulmie, przed wejściem do każdego z nich.

Tabris

Tabris

30. czerwca
Post ID: 83165

- Twoja matka jest ustosunkowaną kobietą. Skoro tak nie zna życia prostych ludzi, którzy piją kawę zbożową, 'miast lupakowej. Nie wiem, czy wiedziałaby jak kupić bilet. Najłatwiej będzie Ci ukryć się gdzieś w Berlinie Wschodnim, albo okolicy, choćby Poczdamie. Są tu niezłe hotele. I chociaż ostatnio propaguje się tezę, o tym, że w NRD wszystko było złe, a nawet gorzej, bo socjalistyczne, to nie wierz jej. - o ile pierwszą część wypowiedzi Walter Piontek wygłosił spokojnie, to drugą o propagandzie z niejaką złością. Na chwilę zamilkł i dalej perorował - Przejedź się tramwajami, metrem, polawiruj między blokami. Jesteś młoda, łatwiej Ci się zaadaptować. Poza tym, skoro zakładasz, że wrócisz do waszego wspólnego domu, aż tak bardzo matki się nie boisz?

~~~

Walter zastanowił się. Ostatnio często to robił. Okoliczności w których się znalazł były nietypowe, wręcz nieprawdopodobne. Nawet jak na kogoś kto przeszedł długą drogę z Schiastu do Berlina, skala wyzwań wydawała się... w zasadzie nie do końca wiedział jakie są wyzwania.

A więc od początku. Najpierw był list. Pół miliona zachodnioniemieckich marek i list. W liście tym ktoś, kto nazwał się Blitzkrieg oznajmia, że to jego testament i że zmarł był. Wspomina o ich relacjach jako negatywnych, ale i opartych na szacunku. Chyba dobrze odgadnął, że B. był faszystą, może nawet fanatycznym skoro określił siebie mianem wilka. Najbardziej tajemnicza wzmianka dotyczyła traum przeszłości i pokonywania pokoi, a także drugiej strony lustra.

Z liter listu i słów Lei wynikałoby, że druga strona lustra jest czymś realnym. Do czego można się jakoś przedostać. Tylko jak? Manipulując kostką? Lea to robiła, ale jedyne co się stało to lewitacja przedmiotu i emisja jakiegoś zapachu, podobnego do "Pani Walewskiej". A co jeśli istniały inne układy, albo ten należało powtórzyć przed lustrem? Wówczas pojawiają się pokoje. Co tam się dzieje? Muszą to być skrajne rzeczy, skoro miał podobno wyprzeć je ze swojej pamięci. W jakiś sposób ta druga strona musiała wpływać na pierwszą, skoro marki B. były prawdziwe. Lea też. Obydwa światy były więc jak najbardziej materialne, co było jakimś pozytywem. Czym jednak była wolność o której wspominał B.? Raczej nie uświadomioną koniecznością. Bardzo chciał wierzyć, że może to nie o niego się rozchodzi, ale otrzymał zbyt wiele sygnałów, że było inaczej.

Nadal potrzebował więcej informacji, a akurat wówczas pojawiło się ich nowe źródło...

~~~

- Wyjdziemy razem, Leo. Potem Ty skryjesz się przed swoją matką. A ja... wyruszę na spotkanie z nią.

Wiwernus

Wiwernus

4. lipca
Post ID: 83166

Roztoczona przed Leą wizją oderwania od matki i zaszycia we wschodnim Berlinie wydała jej się równie zaskakująca, jak i obiecująca. Dotąd walczyła o zniszczenie muru, teraz jednak dopiero zrozumiała, że głównym powodem jej aktywności były osoby, od których ją oddzielał – poglądy polityczne były jedynie drugorzędne. Walter, jako swego rodzaju autorytet, zasiał w niej ziarnko niepewności co do wizerunku „gorszych, wschodnich Niemiec” i na poważnie zaczęła rozważać zamieszkanie w Poczdamie lub jednej z dzielnic postkomunistycznego Berlina. Zaprzeczyła jednak, że matka nie potrafiłaby sobie poradzić w obcym środowisku i zdolna jest wykazać się nadludzkimi talentami, mogąc przejrzeć najbardziej zmyślny plan. Ostatecznie jednak kiwnęła twierdząco i wyszła razem z Piontkiem, krocząc blisko u jego boku, niemal jako partnerka.

Wychodziło na to, że była ciekawa konfrontacji Waltera z matką. Posłali tylko kilka specyficznych spojrzeń świadkom paranormalnego zjawiska, wyszli z lokalu, a potem już dumnie kroczyli po chodniku, otoczeni mieszkającymi tutaj bogaczami. Rozdzielili się w wąskiej uliczce między starymi kamienicami, mniej więcej w momencie ujawnienia się matki. Lea uśmiechnęła się do niej prowokująco, a potem ruszyła żwawym krokiem przed siebie, by zniknąć za rogiem. Piontek pełnił funkcję żywej przeszkody i blokował do niej drogę.

Matka zatrzymała się na moment, by zawiesić wzrok na starszym mężczyźnie, co kompletnie zbiło go z pantałyku. Déjà Lovu powróciło, intensywniejsze i przyjemniejsze, ale z każdą chwilą coraz bardziej zaczęło przypominać pamiętną euforię i napad synestezji. Ledwo był wstanie utrzymać się na nogach, a co gorsza, stan pogarszał się z każdą chwilą i nie pomagał fakt, że do piękna kruczoczarnych włosów i jasnobłękitnych oczu kobiety doszedł jej mocny, chrapliwy, ale i kojący głos.
- Moja córka jest ciężko chora. Wymknęła się z zakładu psychiatrycznego i potrzebuje pilnie przyjąć dawkę leków, inaczej nie wiadomo co zrobi. Niech nie myśli pan, że jest pierwszym starszym mężczyzną, którego próbowała uwieść. - oznajmiła pewnym tonem, przybliżając się na odległość ramienia. Walter ledwo kontaktował, ale zrozumiał sens jej słów, choć ciężko było poddać mu je stosownej weryfikacji myślowej. - W innym wypadku będę musiała wezwać odpowiednie służby.

Rzut na akcję: Wytrzymanie „ataku synestezji”
Modyfikatory Pierwszorzędne: Wytrzymałość ( 0) i Siła Woli ( 3).
Wyniki: 3; 5 - > 3; 8 (po modyfikatorach) -> 11 / 2 -> 5,5. Większościowe Powodzenie!

Za nim się zorientował, miał już przed sobą piękną, zdeterminowaną do działania i pełną emocji twarz kobiety. Uczucie do niej wzmogło się, ale nie na tyle, aby przyćmić jego umysł i ciało. Najważniejsze „zagrożenie” - stan pomieszania zmysłów – udało mu się utrzymać w ryzach, przynajmniej na tyle, aby jego działania nie były nim ograniczone. Był nawet wstanie spróbować świadomie wykorzystać obecny stan, aby sięgnąć myślami do nieznanych mu zdarzeń, przynajmniej przelotnie.

Rzut na akcję: Zanurzenie w „innym świecie”
Modyfikator Pierwszorzędny: Inteligencja ( 1)
Wynik: 5 -> 6 (po modyfikatorze) -> 6 / 1 -> 6 -> Powodzenie!

Inspirujący widok piękności, zmrużenie oczu i błyskawiczne odpłynięcie myślami, podtrzymując utrzymywany w ryzach stan uniesienia – udało się. Ciało pozostało pod jego kontrolą, ale umysł zdawał się przeżywać na powrót niezwykle intensywne doznania, których zlepki w postaci krótkich scenek przeplatały się w jego głowie. Kobieta, jako bodziec wywołujący, dominowała w nich, wyraźnie młodsza i wyróżniająca się zupełnie innym zachowaniem. Wydała mu się być zamknięta w sobie, wyniosła do granic możliwości, próżna i izolująca od dziwnej grupy, która była z nim w dziwnym pomieszczeniu. Skupił myśli na jej dziwnym, opiętym kombinezonie, który nosiła z wyraźnym niesmakiem. Zupełnie inna osoba.

Otworzył oczy i znów był w Berlinie. Porównał szybko Matkę Lei z wizji i tą, którą miał przed oczami, znajdując między nimi ogromne rozbieżności.

...

Bulma zaśmiał się głośno.
- Ha, już widzę jak z buta odwiedzasz wszystkie najlepsze lokale w Berlinie, zawsze jako pierwszy wyczekując mojego przybycia sportowym autem. No bo przecież, hehe, ja nie nadążę za tobą. - zaśmianie zaczęło się zmieniać w wyśmiewanie i to przy większości zaciekawionych gości, nie rozumiejących traumy i obaw mechanika. - Twój brat odwala jakieś szantaże, daje ci szansę, a ty takie coś.

Przez gwiazdora przemówił alkohol i to w wyjątkowo wulgarny, dosadny sposób. Nie mówił wiele, ale wypowiedział wystarczająco wiele słów, aby przyjemne przyjęcie naznaczyć wyjątkowo paskudnym akcentem. Jörg miał dość powodów, aby poczuć się źle i zawieść na Bulmie, który nonszalancko – z piskiem opon i ryzykownym zawijasem – odjechał, by udać się do odpowiednich klubów. Bez mechanika.

Zabrała się z nim jego dzisiejsza wybranka, jeden z mniej znaczących gości oraz lekko rozgoryczony Carl, który najwyraźniej miał za złe bratu stawianie mu oporu w uszczęśliwieniu go. Mechanik odczuł wrażenie, że to on sam potrzebował przyjęcia, aby uciec od problemów nękających spółkę. Nie pożegnali się, co było dosyć niepokojące, bo od wypadku niemal nic ich nie zdążyło poróżnić.

Po tym incydencie zabawa zaczęła dobiegać końca, a goście rozeszli się, zostawiając posprzątanie mechanikowi. Owładnięty dziwnym poczuciem samotności zrobił swoje, a potem powoli udał się do łóżka, by należycie wypocząć. Miał jednak problem z zaśnięciem. Wiedział, że racjonalnym byłoby odmówić gwieździe kierującej po alkoholu, ale już niekoniecznie, gdy przemawiały przez niego tylko traumy i irracjonalne wymówki z logistycznie bezsensownym „teleportowaniem się z buta” od klubu do klubu.
Gdy zasnął, zbudzono go brutalnie. Dźwięk telefonu nigdy nie wydał mu się tak nieprzyjemny i niepokojący. Zerwał się z łóżka, by wysłuchać co ma do powiedzenia mu nękający go osobnik. Sięgnął po słuchawkę, a potem zaniemówił.

Sam Adolf Hitler, osobiście, wyrwał go ze snu, aby wygłosić swoją przemowę - pozornie. Wydała mu się jednak majaczyć w tle, a prawdziwym dzwoniącym okazała się być istota najpierw pomrukująca do niego, a potem wprost ogłuszająca go swoim rykiem, aż odskoczył z zaskoczenia. Potem była chwila ciszy z akompaniamentem Fuhrera w tle i w końcu usłyszał ludzki głos, choć jeszcze nie mówiący bezpośrednio do niego.
- *Niech Mathias z Anshelmem trzymają Goe..* Hans, dawaj *gzz* do telefonu! - usłyszał egzotyczny głos, który jeszcze długo próbował zapanować nad swoimi towarzyszami.

Mechanik wyłapał w tle szloch brata, niedający się pomylić z niczym innym, choć nigdy go w takim stanie nie słyszał. Ciarki przeszły mu po plecach. W końcu jednak ten przemógł się, zaciągnięty siłą do słuchawki i osobiście przemówił, choć prawie nie dało się go zrozumieć. Zagłuszała go brawurowa przemowa dyktatora, oklaski tłumu, hałas interakcji jakieś dziwnej grupy, atak szaleństwa samego brata oraz tlący się sygnał połączenia, który zniekształcał jego głos.
- *Bzzz* Ja cię przepraszam, miałeś *szzzzz*. Zawsze miałeś. Nie zostało mi wiele czasu. Bardzo cię *gzzz*, musisz to... Zaopiekuj się Gabrielle i dziećmi. Wykształć je. Pochowaj mnie w rodzinnym grobowcu, niech spocznę u boku matki, ojca i sióstr, tylko spal mnie, aby nikt nie musiał widzieć *gzzzz*. *zzzzzzz....*
Kolejne słowa zdawały się być coraz mniej zrozumiałe, ale połączenie wciąż trwało.

Fimrys

Fimrys

5. lipca
Post ID: 83173

"Przeklęte runy!"

To, co tłumacz wziął za "znajome symbole" ostatecznie nie okazało się aż tak znajome. Owszem, w wyglądzie przypominały elementy klasycznych systemów, ale dodatkowe kreski w znakach tu i ówdzie zabierały jakikolwiek sens, zmieniając je w bełkot w każdym języku. Zostawił nadpoczęte szkice wraz ze słownikiem i zasiadł w starym, wygodnym fotelu by chwile wypocząć. Rozejrzał się po pokoju. Był szczególnie dymny z wystroju wnętrza, gdyż mimo średnich wymiarów mieszkania, zdołał je dobrze urządzić, by zmieścić sporo gratów, do których zbierania miał znaczną skłonność. Część przywiózł jeszcze z Magdeburga, inne zdobył już w Berlinie. Wszystkie regały były wypchane do granic możliwości książkami, z których wiele było przydatnych przy wykonywaniu zawodu, ale wśród których znajdowało się również sporo pozycji rzadko otwieranych, wręcz zbędnych. Kiedy na regale brakowało miejsca, po prostu układały się na schludnych stosach obok. Na ścianie wisiał portret Immanuela Kanta, który miał wszystkim gościom przypominać, że mają do czynienia z zawodowym filozofem, jak również swym krytycznym spojrzeniem skierowanym na biurko motywować Sørena do pracy. W części mieszkania, w której przyjmował gości, zawsze utrzymywał nienaganny ład i nie pozwalał swym bibelotom na zbytnią swobodę w zajmowaniu podłogi. Wszystko było starannie ułożone i mimo sporego natłoku przedmiotów sprawiało wrażenie logicznie uporządkowanego. Pod ścianą koło szafy z winylami stał stary gramofon na szafce ze spirytualiami, którego tłumacz używał do umilania czasu sobie i gościom za pomocą muzyki. Miał już sporą kolekcję płyt obejmującą wszystko z gatunków poważnych, co udało mu się zdobyć. Od niemieckich klasyków, przez całą gamę skandynawskich nut, aż po rarytasy rynku płytowego. Z dziedziny muzyki rozrywkowej posiadał jedynie parę sztuk, w tym jednego winyla ABBY, którego obecność w kolekcji zawsze go dziwiła, bowiem nie pamiętał, skąd go miał. Jego najnowszym nabytkiem była Czwarta Symfonia Charlesa Ivesa, którą wręcz cudem zdobył na bazarze za grosze. Postanowił trochę odpocząć od męczących run przy muzyce.

Sørena przywitał intrygujący wstęp. Znał już prędzej twórczość tego amerykańskiego kompozytora i był przygotowany na nietypową muzykę. Wsłuchał się dokładnie w intrygujące zestawienie brzmień instrumentów, dysharmonię i wpleciony śpiew chóru. Przypomniał sobie planowaną dawno temu wyprawę na kontynent amerykański, której realizację już porzucił. Przy młodszych ambicjach chciał wyruszyć na Nowy Świat by tam głosić swą doktrynę, ale wraz z wiekiem przybyło mu zamiłowania do Europy i zaniechał odległych wojaży, by oddać się działalności na bardziej rodzimej ziemi.

Tej nocy poszedł spać dosyć niespokojnie, gdyż cały czas nęcił go problem runicznego pisma, przypominały mu się rady profesora Svirengarda, a muzyka zamiast relaksu przyniosła jeszcze więcej kontemplacji. Przeczytawszy jeszcze raz swoje wstępne notatki do kolejnego kazania dla Braci i Sióstr położył się do snu. Długo rozmyślał nad wydarzeniami minionych dni. Naziści, wroga sekta, dyskusja z Carlem i do tego "Purgatorium". To wszystko tworzyło niesamowity mętlik w głowie tłumacza i nie pozwalało przez pewien czas zasnąć. Nie spał jednak spokojnie, gdyż znów miał dziwne sny. Zdarzały mu się dosyć często i lubił bawić się w ich różną analizę, w czym pomagało mu wykształcenie filozoficzne. Nie wpływały one najczęściej na jakość wypoczynku i nie były koszmarami, ale były po prostu... dziwne. Tym razem jednak wyrwały go ze snu w środku nocy.

Stał na zielonym wzgórzu nad doliną, takim, jakie onegdaj zwiedzał za młodu w środkowej części Niemiec. Doliny w dole jednak były wypełnione mgłą. Tłumacz nie śmiał zanurzyć się w ich głąb, gdyż gęstością zasłaniały całe podłoże. Domyślał się, że w dole winny być wioski, bory i rzeki, ale nieprzeniknione morze mgieł całkowicie oplotło wszelką materię. Niebo było równie jednolite, gdyż chmury typu stratus zasłaniały je całkowicie swą monotonią. Søren stał tak kontemplując krajobraz, gdy wtem uaktywnił się zmysł słuchu do tej pory śpiący w ciszy dolin. Usłyszał głos trąb,z początku cichy, jednak narastający i cechujący się coraz większą dysharmonią. Kiedy głośność narastała wyczuł ruch w dolinie, mimo dalszego bezruchu mgły. Stał tak chwile nasłuchując i oczekując, gdy ujrzał już ruch. Kłęby w dolinie zaczęła wirować i wyłoniła się z nich dłoń uformowana z gęstej i ciemnej mgły zmierzająca leniwie w stronę tłumacza. Niebo również ruszyło i chmury nabrały ciemnej barwy oraz wirowego ruchu, przypominającego cyklon. Gdy powietrzna ręka zbliżała się doń, Søren usłyszał nad głosami trąb słowa, które wyrwały go ostatecznie z sennej wizji.

"Kyrie Eleison"

Filozof usiadł na łóżku, zapalił lampę i starał się poukładać myśli. Wrażenie rzeczywistości w śnie było bardzo realistyczne, dlatego aby się dobudzić i "odnaleźć" w rzeczywistości wyjrzał przez okno na szarą, oświetloną pomarańczowymi lampami miejskimi ulicę Berlina. Ruch nie był nadzwyczajny jak na tę porę, a po przeciwnej stronie zobaczył nawet przechodnia. Teraz uświadomił sobie, że rzeczywiście znajduje się w stolicy i już od wielu lat nie był na wzgórzach Hesji. Odgarnął stos książek pod łóżkiem, by sprawdzić, czy wciąż znajduje się tam jego szkatułka. Istotnie, średnich rozmiarów masywne, bogato rzeźbione pudło z metalu znajdowało się na swoim miejscu. Sprawdził zamek, który jak zawsze był nieruszony. Wewnątrz znajdował się jeden z reliktów kultu Braci i Sióstr Abbadona, którego przechowywanie przypadło jako guru Sørenowi. Odłożył szkatułę i książki na miejsce i położył się do ponownego snu. Tym razem już nie męczyły go dziwne wizje.

Dziwniejszy od nocy okazał się jednak dzień.

Z początku tłumacz brał nietypowych gości za zbłąkanych klientów biura, ale kiedy zobaczył ich żywe zainteresowanie jego osobą poczuł dezorientację. Z początku traktował ich nieco chłodno, z wręcz stereotypowym duńskim chłodem, gdyż starał się zrozumieć swój sen, ale kiedy zobaczył ilość i zapał przybyszy, postanowił się rozweselić, by zbadać przyczynę ich przybycia. Rozpoczął opowiadanie anegdot i dowcipów, co sprawiło, że poczuł się trochę jak podstarzały dziadek opowiadający stare historie wnukom, których oczy wręcz szkliły się z ciekawości. Sytuacja przeszkadzała mu w rutynowej pracy, ale nie bardzo miał na nią wpływ. Jakoś przetrwał burzliwy dzień i tej nocy już nie śniło mu się nic specjalnego.

Kolejny dzień znów nie przyniósł powodzenia przy tłumaczeniu, co powoli wprawiało Sørena w irytację, która jednak była przyćmiona niepokojem. Czuł się dziwnie, jakby był obserwowany, jednak nie w sensie różnych spojrzeń ludzi, do których już przywykł, ale czegoś znacznie głębszego. Może mroczniejszego? Nie wiedział, co o tym sądzić, ale powoli popadał w paranoję.

"Ucz się, dziewczyno ucz! Bo nauka to do potęgi klucz. Albo do zguby."

Tłumacza radowało żywe zainteresowanie Amandy sprawami ducha. Opowiadał jej wiele o tragicznej kondycji współczesnego świata, o bezsilności i staroświeckości kościoła, oraz o wpływie wybitnych jednostek na los świata i ich wielki wkład w utrzymaniu go w jako takim stanie. Widział w niej potencjalną kandydatkę na Siostrę Abbadona, ale odłożył wszelkie kroki na później. Teraz głowę zaplątały my myśli dotyczące dziwnych run, nazizmu, tłumaczeń i "Purgatorium". Liczył na jakiś postęp i nie zawiódł się. Następnego dnia przypadkowa lektura nieszczęsnej księgi szaleńca przywiodła tłumacza na właściwy trop. A rezultaty były co najmniej zaskakujące. Pary przeciwieństw, jakie uzyskał pobudzały go do rozumowania. Z początku skojarzył mu się język praindoeuropejski, w którym to występowały dwuznaczne słowa zawierające przeciwieństwa w jednym. Później natchnęła go jednak dialektyka heglowska i przypomniały mu się wszystkie wykłady dotyczące metody dialektycznej o tezie, antytezie i syntezie. Tylko jak to przełożyć na treść tajemniczych napisów? Nad tym musiał pomyśleć, ale sam fakt uzyskania treści jako takiej wprawił go w radość. Poszedł spać zmęczony, ale pełen nadziei na rychły postęp. Znów jednak nawiedził go intrygujący sen.

Znów stał na wzgórzu wśród mgieł, tym razem jednak niebo i mgły wirowały wokół niego od początku. Słyszał zamiast trąb głosy chóru, które wydały mu się niezmiernie znajome, których jednak nie mógł zidentyfikować. Wśród niezrozumiałych głosów w jego głowie zabrzmiała znane mu już z wczesnych badań filozoficznych słowa swego imiennika:

"Ożeń się, będziesz tego żałował; nie żeń się, będziesz tego także żałował; żeń się lub nie żeń, będziesz i tego i tego żałował, albo się ożenisz, albo nie ożenisz, będziesz żałował i tego i tego."

Teraz mgła szeptała już tylko "Albo-albo, Albo-albo", lub raczej po duńsku "Enten - Eller, Enten - Eller"

Z tym też szeptem w głowie obudził się następnego poranka i pierwsze co zrobił to odszukał dzieła Kierkegaarda, by je analizować przy jedzeniu. Skoro we śnie przypomniała mu się filozofia duńskiego egzystencjalisty, uznał to za dobry znak i niezwłocznie wziął się do dumania już przy śniadaniu. "Albo- albo" - teraz wydało mu się to oczywiste, rozwiązanie musiało leżeć poza wyborem! Skupił się właśnie na tych słowach:

"Enten - Eller"

Nitj Sefni

Nitj Sefni

7. lipca
Post ID: 83186

Anshelm usiadł wygodnie w fotelu, próbując się odprężyć, gdy nagle usłyszał pukanie do drzwi.
Kogo niesie o tak późnej porze? - pomyślał.
Za drzwiami stał dziwny typ, który poprosił nazistę o wypełnienie ankiety. Sama ankieta też była jakaś... dziwna. Anshelm starał się udzielać ostrożnych odpowiedzi, tak na wszelki wypadek. Na szczęście facet zostawił go samego z ankietą. Po kilku pierwszych pytaniach mężczyzna uznał, że dokończy wypełnianie następnego dnia. Wtem pojawił się następny gość z kolejną ankietą. To już nie mógł być przypadek. Ktoś wyraźnie się na niego uwziął. Anshelm zastanawiał się, czy ma to coś wspólnego ze zbliżającym się terminem spotkania na cmentarzu. Naziście wystarczył rzut oka na przybysza, żeby stwierdzić jego semickie pochodzenie. Na domiar złego przybysz nie zamierzał zostawiać go z ankietą sam na sam i ponaglał co chwila. Po ciężkim dniu mężczyzna nie miał najmniejszej ochoty na kolejną serię dziwacznych pytań. Ponadto ankieter coraz bardziej go denerwował. Na szczęście po tym, jak Anshelm spojrzał na niego spode łba z wyuczoną rządzą mordu w oczach, osobnik zarządził taktyczny odwrót. Tego dnia nikt więcej się już nie pojawił.

Anshelm spał dobrze i skoro świt wziął się za wypełnianie pozostawionej mu poprzedniego dnia ankiety. Ten dzień miał być spokojny. Niestety spokój nazisty ostatecznie zburzyły telefony.
Gdzie się podział ten cholerny Arnolf? - zastanawiał się. Czy możliwe, że ci ludzie, którzy porwali Erika widzieli ich razem tamtego dnia? Arnolf z pewnością widział za dużo. Na szczęście nikt nie zauważył jeszcze zniknięcia samego Erika.

Później tego samego dnia u Anshelma pojawił się kolejny gość, tym razem dziennikarz. Nazista szybko zrozumiał, że mężczyzna przychodzi z tajemniczego wydawnictwa. W końcu kto inny by wiedział o jego książce i działalności podziemnej. Obiecana zapłata ostatecznie przekonała Anshelma do udzielenia wywiadu. Wziął od dziennikarza numer telefonu i obiecał, że zadzwoni za kilka dni w celu umówienia terminu spotkania.

Następnego dnia z rana do Anshelma przyszedł dziwny list. O ile pierwsza część listu była bardzo sensowna, o tyle postscriptum brzmiało jak brednie wariata. Słowa "bambus" i "Goebbels" sprawiały wrażenie żartu, jednak "druga strona lustra" coś mu mówiła. Czy to przypadkiem nie było związane z Alicją Lewisa Carrola? Anshelm czytał w dzieciństwie "Alicję w Krainie czarów" i książka ta zrobiła na nim duże wrażenie. Miał w planach przeczytanie drugiej części, ale nigdy nie nadarzyła się ku temu okazja. Choć nie pamiętał tytułu, mógł przysiąc, że było tam coś o "drugiej stronie lustra". Próba znalezienia ukrytego znaczenia listu nie przyniosła żadnych rezultatów, więc mężczyzna zapamiętał sobie komunikat, szczególnie, że planował doprowadzić tę sprawę do końca.

Jakiś czas później uznał, że przydałoby się skontaktować z tłumaczem. W końcu termin spotkania z tajemniczą sektą zbliżał się wielkimi krokami. Jednak, kiedy nazista sięgnął po telefon przypomniał sobie, że zapomniał wziąć numer od tłumacza.
No cóż. Będę musiał go odwiedzić. - Pomyślał.

Anshelm zatrzymał samochód pod siedzibą wydawnictwa i udał się wprost do gabinetu tłumacza. Zapukał i wszedł do środka. Dzień dobry - powiedział z uśmiechem - udało się panu coś ustalić w kwestii run?
Tym razem przed wyjściem z domu Anshelm dokładnie obejrzał swój płaszcz.

Tabris

Tabris

8. lipca
Post ID: 83191

-Dobrze pani wie, że to co mówi jest nieprawdą i lepiej byłoby, gdybyś zamiast opowiadania opowiedziała prawdę.
~~
Wypowiedź Waltera była nieco nieskładna i bełkotliwa, także z przyczyn niejasnych nawet dla siebie Piontek przeszedł na Ty wobec kobiety. Prawdę mówiąc nie wziął pod uwagę napadu wspomnień podczas wymyślania planu konfrontacji. Jedyny plus to to, że chyba zaczął się uodparniać na te dziwactwa.

No i nie pomyślał o tym co konkretnie powie, gdy już do konfrontacji dojdzie. Musiał improwizować.
~~
- Ale wierzę, że naprawdę chcesz się spotkać z Leą. Widzisz, dałem jej bilet. Może najbliższym autobusem dojechać na jeden z dworców. Autobusowych, lub kolejowych. Ukryć się w Poczdamie, albo w Meklemburgii. Lub w jakimś tamtejszym hotelu. Albo u któregoś z moich znajomych. W każdym razie ja wiem gdzie. Możemy razem porozmawiać, albo szukaj wiatru w polu.

Fimrys

Fimrys

10. lipca
Post ID: 83195

"Albo rozwiążę tę przeklętą zagadkę albo sam stanę się przeklęty!"

Tego ranka Søren był mocno zdeterminowany na zadaniu odpowiedniego zrozumienia i przetłumaczenia "Purgatorium". Wszystko zaczął rozpatrywać w kategorii wyboru. Już nawet najprostsze dobranie jedzenia do posiłku przypominało mu paranoidalne wręcz "Albo - albo".

"Albo zrobię sobie dziś kolację w domu, albo zjem na mieście. Albo pójdę pieszo, albo pojadę samochodem. Albo kupię konserwę, albo znajdę coś lepszego. Albo - albo"

Bezproblemowo dotarł do biura, choć ludzie wydali mu się dziwni. Wydało mu się, że albo zbytnio obserwują jego, co wydało mu się nadzwyczajne, bo wyglądał schludnie jak zawsze, albo on zbytnio obserwuje ich. Wymienił grzeczności ze współpracownikami, rozłożył papiery na biurku i wziął się do pracy. Skupił się na parach przeciwieństw, które odczytał w runach i starał się je rozpatrzyć w koncepcji, którą podsunął mu Kierkegaard. Myśli jednak bardziej zajmowała mu próba zrozumienia więzi łączącej symbole, które dostał od Anshelma i treści Purgatorium. To nie mógł być przypadek, więc uznał, że albo ten system runiczny musi być popularny i dziwnym trafem jeszcze nie trafił w jego ręce, albo jest unikatem i nazista dziwnym trafem ma z nimi kontakt. A w takim wypadku grób, o którym wspominał nie może być zwyczajnym grobem. Ta wizja intrygowała Kürenbergera, ale odchodziła na drugi plan wobec starcia z rzeczywistością, która przypominała o konieczności poczynienia postępów przy pracy. Siedząc pod dumnym spojrzeniem Nielsena wiejącym z portretu nad biurkiem skupił się na tłumaczeniu.

Wizyta Anshelma była co najmniej niespodziewana,ale nie wywarła szczególnych emocji na Sørenie. Wiedział, że autor nie powinien sprawiać kłopotów. Praca nad jego dziełem, choć mniej absorbująca tłumacza, postępowała. Istniał już koncepcyjny zarys całości i pierwsze strony były wstępnie gotowe. Odłożył na chwilę pracę i przywitał gościa, ukazując mu gestem krzesło.

-Witam, panie Vollblüter. W kwestii run, istotnie - jest postęp. Ale daje on więcej pytań, niż odpowiedzi. Ale proszę się nie martwić, tak to już zazwyczaj bywa przy rozkodowywaniu tajemniczych napisów, szczególnie przy tak rzadkim systemie. A wie pan, jak unikalne są te znaki? To niesamowite, że zdołały ukryć się przed ogólna klasyfikacją słownikową. Trzeba mieć doprawdy ogromną, szeroką i specyficzną wiedzę, żeby rozszyfrować ich znaczenie. Większość znanych mi osób, które byłyby w stanie tego dokonać albo nie żyje, albo... - Tu zrobił krótką przerwę, którą wykorzystał do podsunięcia gościowi przetłumaczonego fragmentu, na słowo "oszalała", gdyż wydało mu się nienajlepsze w tej rozmowie. - Mi udało się to połowicznie, proszę spojrzeć. Ten fragment, to zapewne jakiś pseudonim, a oznacza z grubsza "stawowy" i "oczy". Dalszy fragment jest bardziej enigmatyczny, bo jest dwuznaczny. Odkryłem, że w tym systemie pojawiają się słowa mające dwa skrajne i przeciwne sobie znaczenia. Tak więc proszę spojrzeć, uzyskałem jednoczesny synonim "daru narodzin" i "daru śmierci". Jest to ciekawe w kontekście całości napisu, który z pewnością skrywa więcej takich dwuznaczności. Z pewnością nastąpi większy postęp, jeśli poddam je dokładniejszej analizie. Najbardziej intrygujące jest jednak ich źródło. Rzadkie systemy nie są używane od tak, więc pragnę pana spytać: Miał pan już wcześniej z nimi kontakt? A może ta osoba, na której nagrobku ów napis widnieje miała z nimi do czynienia? A może powinniśmy skontaktować się z rzeźbiarzem tego konkretnego nagrobku? Sprawa jest niezmiernie interesująca i sądzę, że to część czegoś większego.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

10. lipca
Post ID: 83199

Anshelm usiadł na krześle naprzeciw Sørena i uśmiechnął się przyjacielsko. Uśmiech jednakże szybko zniknął z jego twarzy.
-"Ten fragment, to zapewne jakiś pseudonim, a oznacza z grubsza "stalowy" i "oczy"..."
Stalowe oczy... Nazista zmarszczył brwi. Czy to o nim? Czyżby tajemnicza sekta zawarła na kostce jakąś informację dla niego? Może wynajęcie tłumacza do tej sprawy będzie miało jakieś pozytywne skutki uboczne.
- Otóż sprawa wygląda tak, że odwiedzam ten grób od kilku lat i mam całkowitą pewność, że symbole zostały wyryte na nim niedawno. Wcześniej ich tam nie było. Nigdy wcześniej nie miałem z nimi do czynienia, a czy ta osoba miała... nie wiem. I chętnie bym się dowiedział. Dlatego zależy mi, żeby zobaczył pan resztę run. Jest szansa, że będą bardziej przejrzyste. Spotkajmy się pod tym budynkiem 24. września koło siódmej wieczorem. Podjadę i zabiorę pana na grób, na którym znalazłem runy. Dobrze by było, gdyby zostawił mi pan swój numer telefonu, żebyśmy byli w kontakcie.
Mówiąc to podsunął tłumaczowi czystą kartkę i ołówek.

Wiwernus

Wiwernus

11. lipca
Post ID: 83205

19 Września 1991 r., Berlin

Najpierw w oczach kobiety zauważyć dało się jedynie pustkę, dopiero po chwili przez jej ciało przeszła gama intensywnych, różnorodnych emocji, które upewniły Waltera, że miał rację. Od tego momentu matka nawet nie podtrzymywała dość oczywistego kłamstwa, była nawet świadoma faktu, że sama musi wyglądać na wariatkę. Emerytowi ciężko było ocenić jak zareaguje. Spodziewał się każdej z możliwych reakcji, nawet najbardziej skrajnej i głupiej – równie dobrze mogła spróbować przejść przez niego, wydłubać mu oczy lub rzucić się z pożądaniem. Poczuł się osaczony, choć szanse zdawać się mieli równe. W kobiecie ujrzał przez moment dzikie zwierzę, które gotów było chronić córki na wszelkie możliwe sposoby, nawet jeśli musiałaby zamordować Waltera w samo południe. Co jeszcze dziwniejsze, przeszedł go dreszcz podniecenia, tak jakby znów czuł , że żyje w tych „specyficznych warunkach”.

Matka zerkała mimowolnie na ślady krwi, która zostawiła po sobie Lea, ale dała za wygraną, godząc się z decyzją córki i Piontka. Uśmiechnęła się ujmująco.
- Jeżeli T Y będziesz ją pilnował, niech i tak będzie. Nie mogę jej wiecznie więzić, jest dorosła i widzę, że mogę jej tylko zaszkodzić własnym oporem. Masz wprawę w nadaniu sensu młodym damom i wiesz jak o nie zadbać. - przechyliła głowę. - Nie mów mi gdzie jest, inaczej pokusa mnie zwiedzie i znów zacznę ją śledzić, dobrze?
Po tych słowach odwróciła się i wymknęła, niemal uciekła, zostawiając Waltera sam na sam z jego myślami. Kiedy upewnił się, że ani nie odnajdzie kobiety, ani jej córki, postanowił wrócić do domu i ochłonąć.

20 Września 1991 r., Berlin

Żadnego kontaktu ze stronymatki i córki, za to sugestywne sny i dziwne pobudzenie ciała, tak jak ciało kobiety reaguje na miesięczne krwawienie, ale w bardziej przyjemny sposób. Synestezja i migawki „obcych” wspomnień ustały, ale mogły powrócić w każdej chwili. Myślami krążył wokół dręczących go zagadek i losu Lei niedającej śladów życia.

21 Września 1991 r., Berlin

Jeszcze więcej sugestywnych snów oraz obaw o Leę. Kilkukrotnie wydawało mu się, że jest śledzony, ale były to tylko niesłuszne omamy. Ciało ogarnęła jeszcze większa ekscytacja.

22 Września 1991 r., Berlin

Był już pewny – podniecenie wzmaga się nocą, osiągając szczyt w jej środku. Wiedział, że zbliża się wspaniałe, wielkie wydarzenie, które zmieni oblicze wielu ludzi, coś jednak w głębi duszy podpowiadało mu, że nie ma to związku z jego osobą.

23 Września 1991 r., Berlin

Intensywny spacer wprawił go w stan, który pozwolił mu sięgnąć do „obcych wydarzeń”, tym razem jednak to co przeżył było krwawe, brutalne i wywołujące paniczny strach. Obyło się tarzania po chodniku, ale ledwo oddychał. Przypomniał sobie, że kiedyś miał podobny sen, ale nigdy nie był on tak rzeczywisty. Zaczął doszukiwać się podobieństw między wszystkimi dotąd przeżytymi koszmarami, a wizjami, zaskakująco zbieżnymi.

Najgorszy był jednak ten, który z pewnością był zwyczajny i pozbawiony drugiego dna, sen w którym całował namiętnie Leę. Wywołało to w nim wiele zaskakujących emocji i zbiło z pantałyku na cały dzień.

...

Z jednej strony obsesja wyborów, z drugiej podniecenie spotkaniem nad tajemniczym grobem i kolejne sukcesy w tłumaczeniach.

Doszukiwał się w każdej aktywności odrębnych ścieżek i próbował je obejść, wiedząc, że każdy z wyborów i tak prowadzi do negatywnych konsekwencji. Lektura Purgatorium upewniała go w tym przekonaniu i miał rację – niezależnie od podjętej decyzji, było i źle, i dobrze, nie tylko w życiu, ale i w miejscu akcji abstrakcyjnej książki.
Udało mu się odnaleźć w runach od nazisty kilka graficznych błędów, które przejrzane na chłodno i ze świeżym umysłem pozwoliły mu odnaleźć dwie treści składające się na komunikat. Pierwsza część obejmowała informacje o jakieś osobie, tajemniczym stalookim w całym bogatym spektrum jego barwnej osobowości, coś na wzór podsumowania połączonego z pamiątką i epitafium. Druga, bardziej uniwersalna, dotyczyła sześciu odrębnych kategorii, sfer obejmujących bogactwo doznań Purgatorium. Wszystkie przeplatały się ze sobą.

Myślami wrócił do lektury Orwella, którego koncept nowomowy wydał mu się odwróconym językiem run. W obu słów było mało, ich zakres był szerszy i sprzeczny, ale paradoksalnie w runach znaki można było dowolnie ze sobą parować, tworząc literackie permutacje o niekończącej się liczbie znaczeń i stylistycznych rymów. Przypomniały mu się spiskowe teorie o kodzie Biblii oraz dawne plany utworzenia świętej księgi dla swojego kultu. W pewnym momencie poczuł się dostatecznie natchnięty, by mieć swoje własne Pismo Święte, godne jego osoby, godne Abbadona.

...

Dziennikarz trzasnął słuchawką, wulgarnie wytykając, że nie ma czasu na przekładanie wywiadu. Z podobną nutką agresji zareagował osobnik odbierający ankietę, oczekujący wyraźnie czegoś więcej.
- Ja na pana postawiłem. - rzucił, zmieszał się, poszedł i tyle go widziano.

Dalej nikt nie przejął się losem nazistowskiego olbrzyma, za to wszystkich zaczął niepokoić los Arnolfa, który rozpłynął się w powietrzu.

24 Września 1991 r., Berlin

Lea powróciła. Odmieniona.
Pachniała alkoholem, oczy miała podkrążone, a usta i paznokcie jaskrawo pomalowane. Włosy przefarbowała, jak się okazało nie pierwszy raz. Informacja o naturalnym kolorze tylko potwierdziła „obawy” Waltera. Wychodziło na to, że wywalczoną przez Piontka wolność spożytkowała na swoisty trip przeplatany poszukiwaniem ojca i członków lustrzanej rodziny, wynajmowaniu mieszkania oraz imprezowania, łącząc zamiłowanie do punku, krautrocka ze swoją glamową, kiczowatą stylistyką. Zachowała przy tym hedonistycznym „spodleniu” manierę arystokratki i aktywistki. Wyraźnie odżyła i była za to wdzięczna, choć śmiała się, że dopiero po dwóch dniach zrozumiała, że matka jej nie ściga i wypadałoby podziękować Walterowi. Ucałowała go mocno w policzek, obdarowała drogimi szampanami i zaprosiła na spacer, chcąc podzielić się efektami śledztwa i pchnąć je dalej.

Znaleźli się na ruchliwej ulicy, czekając na zielone światło. Obok nich stała młoda piękność z małym chłopcem pod ręką. Walter miał już pewność, że wraz z atakami synestezji i dziwnie wzmocnionym ciałem, odzyskał także sprawność w dziedzinach już nieco zapomnianych. Skupił się jednak na swojej młodej towarzyszce, która opowiadała mu o urokach życia pod Berlinem, jego wschodniej i nie tak bezpiecznej części, co bardzo jej się podobało.
- Dziękuje ci za wszystko. Dałeś mi moment wytchnienia. Nie wiem jak podziałałeś na matkę, ale jesteś niesamowity. Chyba jej nie nic nie zrobiłeś, nie? - zaśmiała się, zerkając na sygnalizator. - Słuchaj, uznałam, że czas spotkać się z rodziną pana Blitzkriega. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko?

Emeryt zauważył, że kostka schowana w kieszeni dziewczyny drży i jest bliska wymknięcia się. Dziwne zachowanie przedmiotu wychwycił już dawno temu, ale narastało z czasem.

Zmianę koloru światła poprzedził charakterystyczny dźwięk. Był już wieczór, ale miał świadomość, że jeszcze wiele może się zdarzyć, a jeden krok postawiony na jezdni będzie wiązał się z konfrontacją z rodziną, niedoszłymi spadkobiercami Blitzkriega i może odmienić jego życie. Emocje potęgowały reakcje jego ciała, pocącego się mimowolnie.

...

Anshelm nie spał już od świtu. Spożytkował wolny czas, aby dokładnie się wyszorować, a potem przywdział ojcowski strój i ruszył do samochodu. Zauważył, że oprócz lokalnej fauny – oprychów, degeneratów i pijaczków z jego miejsca zamieszkania – pełno jest niepasującego, łatwego do wychwycenia elementu, tak oczywistego jak tajniak szukający młodzika z trawką na Berlińskim deptaku. Tylko dwóch pozdrowiło go – jeden życząc szczęścia przez zaciśnięte pięści, drugi zaś spluwając.
Pokręcił się po okolicy, znajdując dla siebie zajęcie. Do wieczoru było jeszcze daleko. W końcu ruszył do kamienicy, odebrał tłumacza i ruszyli z dziwnym podnieceniem. Podróż była zaskakująco krótka. Przekroczyli cmentarną bramę, potem zaś powoli sunęli wśród drzew, krypt i płyt nagrobnych. Nazista nie miał większego problemu z odnalezieniem ojcowskiego miejsca spoczynku, wzrokiem patrzył na zachód słońca i księżyc – w całej swej okazałości, jarzący się wyraźnie, z czasem w wyjątkowo pięknej pełni.

Zaparkowali niemal bezpośrednio pod grobem. Wysiedli. Nazista zapalił, a tłumacz przyjrzał się nagrobkowi. Wiedział już, że należał do ojca swojego „kompana”. Utrzymany w gotyckim stylu, choć trochę zaniedbany, nie skrywał żadnych znaków. Palił się tylko imponujących rozmiarów znicz oraz ozdobiono go kwiatami, które symbolizowały nowe życie, choć mężczyźni nie zdolni byli do tego, aby przypisać jakąkolwiek nazwę.

Stali tak w milczeniu. Oczywistym było, że nazista oszukał tłumacza i nagrobka nie zdobiły runy, sam nazista zaś miał prawo snuć teorię, że i jego oszukano, bo nikt nie przybył. W końcu jednak usłyszeli warkot silnika, a w oddali, zza pagórka wyłonił się van dziwnej sekty. Atmosfera zrobiła się nieprzyjemna, napięcie można było kroić nożem. Księżyc przyćmił słońce.

Fimrys

Fimrys

12. lipca
Post ID: 83206

"Niesamowite. Ten człowiek ma jakiś interes w tych runach"

Sørena intrygowało, dlaczego naziście tak bardzo zależy na rozszyfrowaniu napisu. Czuł, że jest w tym jakiś interes, a wszystkie interesy dotyczące zagadek języka są niezmiernie ciekawe i dochodowe. Zastanawiał się, jak sam może na tym zyskać, ale miał zbyt mało danych, by dokonać racjonalnej kalkulacji finansowej, toteż postanowił zaryzykować i wyruszyć na grób. Czuł się jak na giełdzie. Postawił na runy, gdyż wyczuł możliwy dochód ... i coś więcej.

W mieszkaniu znów wziął się do pracy. Kolejne dumanie nad językiem Purgatorium przyniosło natchnienie, więc wziął się za zakończenie tekstu kazania, który miał w zanadrzu. Coraz żywiej widział wizję apokalipsy, więc z coraz większą energią spisywał swe myśli.

"...nadchodzi oczyszczenie! Głupcy świata - nie wiedzą. Są zbyt zapatrzeni swą niewiedzą. Patrzą, ale nie widzą. Słuchają, lecz nie słyszą. Oto trąbi piąty anioł, kolejny znak jest nam dany, lecz oni o nim nie wiedzą. Studnia otchłani powoli się otwiera, a oni jej nie widzą. Szelest zarazy rozbrzmiewa coraz głośniej, ale oni go nie słyszą..."

Od dawna przygotowywał odpowiedni tekst, bazując na biblijnym objawieniu i tylko czekał na odpowiedni znak, by je wygłosić. A czekał długo, bo nie chciał zawieść siebie i swych wyznawców. Właśnie to było podstawą filozofii jego ugrupowania - oczekiwanie na "oczyszczenie". Wszyscy głupcy mieli zostać wyplewieni z ziemi, by zrobić na niej miejsce dla prawdziwie oświeconych. Kürenbergerowi przypomniały się skromne początki sekty - jego pierwsza wizja, na bazie której zbudował cały system. Oświecenia doznał jeszcze na studiach i kiedy inni myśleli o ludzkiej utopijnej sielance lub dystopijnej całkowitej zagładzie, on dumał nad przetrwaniem apokalipsy przez wybrańców. Śmieszyli go zarówno krótkowzroczni ateiści, jak i klasyczni chrześcijanie, więc poszukiwał głębiej. Spotkał wiele sekt, które odrzucił, gdyż jedne były zwykłym wyciąganiem pieniędzy bez jakiegokolwiek natchnienia, a inne znowu zbytnio skupiły się na zaspokajaniu swego satanistycznego bóstwa krwią. Musiał wziąć sprawy w swoje ręce i samemu stworzyć ugrupowanie mistyczne, które zdołało przetrwać wichry komunizmu i urosło w siłę. Każdego dnia czuł zbliżający się przełom, który dałby jego oświeconym członkom szanse wybicia się ponad ludzkość i jej słabości. Jedyny ratunek, a więc "oczyszczenie" widział w pladze mającej spaść na ludzki ród. A królem tej plagi miał być właśnie Abbadon - anioł otchłani.

Skończywszy pisać usadowił się w fotelu, ale dalej nie mógł ochłonąć, gdyż wszystkie wydarzenia ostatnich dni były intensywne i niesamowicie absorbowały jego uwagę i umysł, który nie był tak zaaferowany od wielu miesięcy. Mniejszą ekscytację czuł nawet wtedy, kiedy upadał reżim i obalano mur. Postanowił więc posłuchać odpowiedniej muzyki, więc odnalazł na półce jedną ze swoich ulubionych płyt, na której znajdował się Poemat Ekstazy Aleksandra Skriabina Wsłuchał się uważnie w pełną energii i siły muzyk. Zamknął oczy i przez długie minuty widział w wyobraźni inne rzeczywistości: abstrakcyjne, żywe i kuszące. Podczas muzycznego finału ujrzał apogeum - wyłaniającego się z przemieszanych rzeczywistości Nadczłowieka. Zawsze słuchał muzyki Skriabina późną porą, gdyż widział w niej coś więcej niż tylko zwyczajne kompozycje i wprawiała go w niesamowite nastroje. Czuł jej moc i coś więcej w niej zawartego.

Zjadł kolacje, przy której znów dręczyło go "Enten - eller" nawet przy najmniejszym pociągnięciu noża w celu posmarowania kromki chleba masłem. Była już późno, za oknami czas panowania rozpoczęła noc i życie na ulicy cichło, więc postanowił zebrać się do snu. Nie był jednak senny, więc postanowił chwilę pomedytować. Rozłożył na podłodze świece, usiadł w pozycji lotosu i otworzył przed sobą Pismo Święte, a dokładniej najważniejszą podług niego księgę - Apokalipsę janową. Skupił się na oddechu i powtarzał w myślach pierwszy wers ósmego rozdziału:

"A gdy Baranek zdjął siódmą pieczęć nastało na niebie milczenie jakby na pół godziny"

Odpłynął daleko myślami i zmęczenie ciała wzięło górę - zasnął. Tym razem dopadła go szczególnie wyraźna senna wizja. Siedział w kwiecie lotosu, jak w swym mieszkaniu, ale na wzgórzu. Na wzgórzu, które znał już ze swych poprzednich snów. Świece przed nim płonęły wysokim płomieniem, a Biblia wydała mu się większa i bardziej... złowroga, jak to określił z braku lepszego sformułowania. Ciemne chmury na niebie i gęste mgły u podnóży pagórka wirowały bardzo prędko i tym razem nie widział jednej uformowanej z nich ręki, ale kilka powoli i chaotycznie brodzących wśród czerni. Po krótkiej obserwacji sennego świata usłyszał pełną niepokoju muzykę, powoli się rozpoczynającą, która jednak po chwili przerodziła się w prawdziwe apogeum strachu. Søren wiedział, że gdzieś już to słyszał, ale w głowie była pustka wypełniana wyłącznie dźwiękami. Świece zgasły, oplotła go ciemność mgieł i przestał widzieć cokolwiek. Jedynym aktywnym zmysłem pozostał słuch, który teraz czuł coraz mocniejsze, regularne tony przywodzące na myśl marsz mrocznych sił.

Obudził się wczesnym rankiem, i zorientował się, że leży na ziemi przed wypalonymi świecami. Wstał i rozmasował niemrawe od długiego leżenia w lotosie nogi i wziął do ręki Pismo Święte. Znał je dobrze, gdyż był to jego osobisty egzemplarz, którego wydruk sam polecił znajomemu drukarzowi, a który introligator oprawił w klimatyczną czarną skórę. Nie był to egzemplarz zwykły, gdyż pochodził z czasów, kiedy Søren interesował się mocno kabałą, więc w sporych rozmiarów księdze były fragmenty w oryginale oraz ich transkrypcja numeryczna, wraz z własnoręcznymi szkicami filozofa. Było to dosyć pocięte wewnętrznie dzieło, ponieważ tłumacz wybrał tylko to, co sam uznał za istotne, symboliczne i natchnione. Księga wyglądała tak jak zawsze, ale kiedy trzymał ją w ręku czuł, że jest inna. Zupełnie jakby wraz z nim zawędrowała do świata sennej wizji. Kiedy zasiadł do śniadania (na którym nie mógł się zdecydować: jajka sadzone, czy jajecznica? Przeklęte "Albo- albo"!, starał się racjonalizować trochę swoje myśli i odczucia.

"Może za mało śpię, zawsze, gdy za mało śpię, paranoja się pogłębia"

I tak oto żuł kawałek chleba, popijając gorzką kawą, a w głowie rozbrzmiewały mu wciąż dźwięki demonicznej muzyki ze snu. Dziś miał wolne, więc postanowił odwiedzić swoich współwyznawców, by podzielić się z nimi swymi myślami. W najbliższym czasie nie mieli zaplanowanego spotkania, ale on chciał koniecznie podzielić się swym dumaniem z konkretnymi członkami. Jego pierwszym celem była apteka prowadzona przez braci zakonnych. Otworzył drzwi i ujrzał za ladą znajomą twarz młodego brata Bartłomieja, chętnie sprzedającego tradycyjne ziołowe wyroby mnichów.

-Witaj Bart, zapakuj mi trochę szałwii, bo potrzebuję do nalewki. Jest brat Martin?
-Salvia officinalis? Już się robi, panie Kürenberger. Brat Martin wypoczywa u siebie, dziś nie czuł się zbytnio na siłach. Wie pan, wiek troszkę daje mu w kość.
-A tak, dzięki wielkie. Bóg zapłać - w tym miejscu Søren pozwolił sobie na uśmiech, gdyż był to już ich stary żart - nie no, żartuję, oto należność za zioła - powiedział wręczając mnichowi drobne monety.

Ruszył drzwiami przez zaplecze do części mieszkania Martina. Zapukał i otworzył drzwi, gdyż znajomy mu lekko ochrypły głos rzekł "proszę". Martin leżał w łóżku, troszkę zmizerniały. Był on najstarszym Bratem Abbadona, który siedział w tym z Sørenem pawie od samego początku, jednocześnie będąc melancholijnym mnichem z ogromną wiedzą o ziołolecznictwie, toteż powierzono mu za zadanie prowadzenie apteki, co Guru zawsze uważał za idealną przykrywkę dla działalności w sekcie. Do Berlina przybył kilka miesięcy przed tłumaczem, kiedy przedstawił swemu potrzebującemu zakonowi doskonały pomysł na zarobienie grosza. Wiek można było poznać po zmarszczonej twarzy, łysej głowie, siwej brodzie i niemożności odczytania czegokolwiek bez okularów o szkle grubości kciuka. Był on bardzo sprytnym i kontemplacyjnym typem człowieka, co dawało mu silną pozycję w ugrupowaniu, toteż Søren zawsze zasięgał jego rad oraz opinii i co ważniejsze - wizji.

-Sørenie, coś mi mówiło, że dziś akurat Cię przywieje. Tragiczna noc, doprawdy, ten księżyc, uch. Nic a nic się nie wyspałem.

Tłumacz opowiedział o niektórych z wydarzeń ostatnich dni i podzielił się swymi nadziejami, w tym współpracą z nazistą. Martin ożywił się, szczególnie gdy była mowa o wizji zbliżającego się końca, gdyż sam tej nocy nie mógł spać i miał męczące sny. Ustalili jeszcze kilka spraw organizacyjnych sekty, tłumacz sprawdził, czy Martin pamięta znaczenie wszystkich sekretnych haseł i ruszył w dalszą drogę. Podczas przemierzania Berlina czuł się dziwnie obserwowany, ale nie przez ludzi, którzy wydawali mu się dziwnie rozmyci i dalecy. Czuł, że albo to coś wewnętrznego, albo jakaś nieznana siła przygląda mu się spoza rzeczywistości. Dalej trafił do biura doradztwa finansowego, gdyż tam pracowała Izadora Sauer, pracownica biura, która jednocześnie pełniła funkcję księgowej berlińskiego oddziału Braci i Sióstr Abbadona. Guru przybył tu w celu obgadania korzystnej sytuacji finansowej i podzielenia się nadziejami związanymi z potencjalnym zyskiem, jaki można uzyskać z run. Zasięgnął jej konkretnych rad, dotyczących możliwego uzyskania pieniędzy z popularyzacji rzadkich run.

"Ach, gdyby to wypaliło, wraz z kilkoma działaczami ze studiów moglibyśmy ubić fortunę, z której znaczny procent poszedłby na Braci i Siostry, a stary Svirengard przewracałby się w grobie!"

Pożegnał się ze współwyznawczynią, upewniając się co do jej znajomości sekretnych haseł i wrócił do domu. Zjadł obiad i zasiadł do czytania, z myślą, że teraz pozostaje już tylko czekać na Anshelma. Przed wyjściem sprawdził jeszcze, czy szkatuła leży nienaruszona na swoim miejscu. I leżała, zamknięta jak zawsze.

Podczas podróży ogólne podniecenie przyćmiewała jego zaduma nad znaczeniem swej wizji, gdyż w głowie cały czas brzmiały dźwięki demonicznego instrumentu ze snu. Nie pomagało nawet radio w samochodzie nazisty. Cmentarz przemierzyli żwawym krokiem i kiedy stanęli przed grobem tłumacza z początku uderzył klimat cmentarza. Kłębiaste chmury w dużej mierze zasłaniające niebo, szare nagrobki, chłodne powietrze i nieznośne akordy akordy w głowie doskonale się zgrały. Następne, co go uderzyło, to gładka płyta nagrobkowa. Szybko połączył fakty i zobaczył, że został oszukany.

"Niech to Abbadon pochłonie i zwróci! Znów przegrałem potyczkę z ludzką głupotą"

Opanował wewnętrzny gniew, gdyż był on teraz nieprzydatny. Mówił tonem zimnym jak kamienny nagrobek przed nim wpatrując się w gładką płytę oświetlaną przez księżyc.

-Niech mi pan powie, panie Vollblüter, dlaczego? Po co ta cała historia runami? Niech się pan nie martwi, wiem że pewnikiem ma pan pod płaszczem gnata, zresztą nie mam ani chęci ani zamiaru uciekać. Interesuje mnie jednak, dlaczego?

Wtedy tłumacz zauważył wyłaniający się zza górki znajomy mu już van, który sprawił, że gniew został przyćmiony przez niepokój. Serce podskoczyło mu do gardła na myśl o dziwnych właścicielach.

-Na Abbadona, chyba nie współpracuje pan z tymi... kyrie eleison, jest gorzej, niż myślałem.

"Wmieszałem się w niezły bigos. Kyrie eleison."

Nitj Sefni

Nitj Sefni

12. lipca
Post ID: 83207

Anshelm rzadko bywał na cmentarzu po zmroku. Praktycznie jedynie w Zaduszki, ale wtedy cmentarz jest rozświetlony setkami zniczy. Nic więc dziwnego, że ponury półmrok połączony z nienaturalną ciszą wywołał u niego dreszcz. Do tego ta pełnia...
"Czytałem kiedyś, że pełnia dziwnie wpływa na ludzi i zwierzęta. W pełnię ma miejsce najwięcej morderstw, czy pogryzień przez psy. W dzisiejszym księżycu jest coś dzikiego i pobudzającego."
Gdy w końcu zatrzymali się przy grobie jego ojca, nikogo tam nie było. Stał więc w milczeniu obok tłumacza.
"Czyżby mnie oszukali? Może się rozmyślili, bo uznali, że wymiana im się nie opłaca? Albo się spóźniają?"
W głowie nazisty kłębiły się pytania, ale jego rozmyślania niespodziewanie przerwał głos Sørena.
-"Niech mi pan powie, panie Vollblüter, dlaczego? Po co ta cała historia runami? Niech się pan nie martwi, wiem że pewnikiem ma pan pod płaszczem gnata, zresztą nie mam ani chęci ani zamiaru uciekać. Interesuje mnie jednak, dlaczego?"
Gnata? No właśnie, mógł wziąć ze sobą gnata. Niech to cholera! Anshelm miał przy sobie tylko SS-mański kordzik po ojcu i choć wiedział, że we wprawnej dłoni stanowi on diabelnie niebezpieczną broń, to nie może się równać z bronią palną.
Nagle zza pagórka wyłoniła się czarna furgonetka. Wbrew oczekiwaniom nie poczuł ulgi. Wręcz przeciwnie. Zżerający go od jakiegoś czasu stres przybrał na sile.
- Proszę mi wybaczyć panie Kürenberger. To nic osobistego. Ci ludzie mają coś na czym mi zależy i zażądali stosownej zapłaty.
Sam nie był pewien, czy mówi w tej chwili o Karlu, czy o informacjach na temat zdjęcia.
Cofnął się o krok i wyciągnął zza pazuchy sztylet, który obrócił w dłoni tak, by ostrze schowało się za przedramieniem.

Fimrys

Fimrys

12. lipca
Post ID: 83208

"Żądają stosownej zapłaty? Czego oni ode mnie chcą?"

W głowie tłumacza narodził się wir myśli. Fakt, że dziwni osobnicy z vana polowali właśnie na niego i z tego powodu dokonują wymiany z nazistą zaniepokoił go jeszcze bardziej. Czego oni od niego chcą? Myślał, że to już może czas rozstać się z tym światem, ale strach był na drugim planie, gdyż przede wszystkim ciekawił go cel owego dziwnie ubranego ugrupowania. Te sprawy wychodziły poza standardowe ludzkie pojęcie, to było pewne. Nie widzieć czemu, fakt, ze to zwykły interes nazisty uspokoił go na duchu, w końcu sam z pewnością postąpiłby tak samo, tylko że druga strona wymiany zmieniała wszystko. Czuć w nich było coś naprawdę dziwnego i chłodny nazista wydał mu się jedynym wsparciem, mimo zdrady.

-Wmieszał się pan w sprawy wychodzące poza zwyczajne zatargi, panie Vollblüter. Tu wchodzą jakieś większe siły, o których mamy nikłe pojęcie. Zaczyna się coś naprawdę dziwnego i wszyscy to odczujemy.

Kiedy van się zbliżał, nastąpił nawrót natrętnej myśli muzycznej, silniejszy niż zwykle i wtedy doznał objawienia. Znał ten utwór! I lepiej, niż mogło by się wydawać, gdyż był częścią sekretnego kodu Braci i Sióstr Abbadona. Czemu prędzej na to nie wpadł? Przeklęte "Albo - albo" zakryło przed nim najważniejszą informację. "Czarna Msza", dziewiąta sonata Skriabina rozbrzmiewała w jego głowie z całą swą demoniczną siłą. To tak, jakby Abbadon wreszcie dał mu znak, którego oczekiwał. Zaczął drżeć z podniecenia, wiedział, że musi działać.

-Panie Vollblüter, nadchodzi przełom, czuję to. Nie mam do pana żalu, z pewnością wymiana musi się wydawać opłacalna, ale w dalszej perspektywie nie widzę korzyści. Ci ludzie... o ile to w ogóle są ludzie, nie działają normalnie, w żadnym wypadku. Nie wiem, co z tego wyniknie, ale nie są to dobre rzeczy. Oj nie i coś mi mówi, że wszyscy to odczują. Proszę, niech mi pan wyświadczy ostatnią przysługę. Muszę przesłać mym Braciom i Siostrom w wierze informację, to pilne. Niech pan znajdzie brata Martina w aptece zakonnej, to blisko Aleksanderplatzu. Nie musi mu pan mówić wszystkiego o dzisiejszym wydarzeniu, proszę tylko o przekazanie jednej informacji: "Odpowiedź znajdą w dziewiątej sonacie". I proszę się nie obawiać, brat Martin już wie, co czynić.

Søren teraz już całkowicie nie wiedział, co się stanie. W głębi duszy miał nadzieję, podobną do tej jaką mają rycerze krzyżowi przed wyruszaniem na krucjatę w celu mordowania niewiernych, że Abbadon jednak czuwa i wielkimi krokami nadchodzi Oczyszczenie. Czuł, że przeżyje, ale obawiał się, gdyż nie wiedział jak.

"Albo mi się uda, albo to już koniec"

Architectus

Architectus

13. lipca
Post ID: 83212

Słysząc w słuchawce telefonu cierpienie Carla, w jego sercu w miejscu strachu zagorzała burza gniewu. Zacisnął obie dłonie aż palce na nich pobielały, a sam zaczął drżeć. Zmarszczył brwi, naprężył się, lekko pochylając się i uginając nogi, jakby przygotowywał się do dalekiego susa. W swych myślach z wysiłkiem odsunął na bok pałającą w nim wściekłość by czasowo skupić się na dotarciu do porwanego członka rodziny i uwolnieniu go od okropności, z ewentualną pomocą zaprzyjaźnionych osób dyspujących zdolnościami ratowniczymi.
- Bracie, gdzie jesteś?

Tabris

Tabris

14. lipca
Post ID: 83219

- Nie jestem pewien, czy powinnyśmy teraz z nimi się spotykać... Ja z kilkoma butelkami alkoholu, Ty po licznych imprezach. To niekoniecznie muszą być przyjemne osoby. Blitzkrieg był... jak wilk. Kto chce się spotkać z wilczym stadem powinien być dobrze przygotowany. I absolutnie nie robić tego wieczorem, kiedy wilki polują... i zabijają.
~~
Walter czuł się dziwnie. O ile w wypadku Lei i jej matki dążył do eskalacji, przyspieszenia sprawy, chciał ją zakończyć, o tyle teraz nie miał na to ochoty. Trudno powiedzieć co spowodowało konkretnie tą przemianę, ale zapewne były to ostatnie sny.
~
Piontek nie wierzył w sny, jak na materialistę przystało, było to spowodowane też tym, że były one nudne i niezwykle rzadkie. Czasem śniło mu się, że przed czymś ucieka, czasem bawił się z innymi dzieciakami w Schiaście, ale to były banały. Na pewno nie umywały się do nafaszerowanych emocjonalnie wizji z ostatnich nocy. Których po ostatnim śnie z Leą zaczął się bać. Fakt, że całował się, a potem robili dziwne rzeczy szczoteczką do zębów, z osobą w której rozpoznawał córkę był wyjątkowo odpychający. Najbardziej martwił go fakt, że miał napad nawet bez pomocy kostki. Na początku sam nie wiedział, czy to dobrze, że Lea ją zabrała, ale gdy napady dziwności osiągnęły wyższe stadium uznał, że źle. Ten przedmiot zdawał je wywoływać, a skoro tak powinien je także zakończyć. Prymitywna dialektyka, ale nie miał innej.
~
Na szczęście widząc Leę nie poczuł żądzy. To było jednak też niepokojące, jak o tym dłużej pomyśleć. Dlaczego wariował na widok jej matki, a fantazjował (choć wolał tak tego nie nazywać) z córką? Być może starsza z kobiet nie była biologiczną matką Lei, tylko jej opiekunką, osobą którejś ktoś powierzył czuwanie nad dziewczyną. I zważywszy jak łatwo zgodziła się na "przejęcie" jej funkcji przez niego, tą osobą mógł być on sam. Przypomniał mu się stary film Polańskiego, o kobiecie rodzącej Antychrysta. Absurdalne kojarzenie, ale właśnie dlatego tak sugestywne, pasujące do teraźniejszości.
~
No i coś nadchodziło. Sięgało zarówno przeszłości, jak i przyszłości. Zwykły rozsądek nakazywał ukrycie się, tak jak to zrobiła matka w czasie wojny, gdy nadchodziła Armia Czerwona.
~~
- Wierz mi, pochodzę z Puszczy Jańsborskiej, w okolicy była wieś Wilcken, co po polsku oznacza wilki. Poza tym nie podoba mi się reakcja Kostki, czy używałaś jej przez tych kilka intensywnych dni?

,  dodaj nowy wątek