Oberża pod Rozbrykanym Ogrem

Gry Wyobraźni - "Purgatorium [Gra]"

Aktualnie w Osadzie: Ognisko jest zgaszone.
Osada 'Pazur Behemota' > Gry Wyobraźni > Purgatorium [Gra]
Wędrowiec: zaloguj, wyszukiwarka
,  dodaj nowy wątek
Architectus

Architectus

19. czerwca
Post ID: 83128

Mechanik nie przepadał za tego typu rozważaniami, zwiększały one występujący już u niego zamęt, dlatego wolał od interakcji z ludźmi te z samochodami, gdyż w nich były określone, ograniczone matematycznie, konkretne rozwiązania. Kiedy brat wspomniał o wypadku, przemyślenia pełne bólu zaczęły wracać do Jörga, który poczuł jak obejmuje go gniew. Ogień emocji rozpalał się w nim, jakby miał lada moment trawić otoczenie. Spodziewając się jego wybuchu, podszedł do otwartych drzwi Mercedesa i począł swoją wypowiedź:

- Kierowca samochodu mógł nie znać jakiegoś fachowca, który doradziłby mu bezpłatny przegląd i naprawę części aut dostawczych, ze stałym zleceniem, które dla danej firmy byłoby tańsze niż zwykłe naprawy. Mówiąc o Aloisie Ferenzie, tłumaczę sobie, że ten pan mógł nie pomyśleć o stwarzanych przez siebie zagrożeniach, wobec czego nie obarczam go określaniem miana złego - odetchnął głęboko, by zachować jasność myślenia jak najdłużej, a wtem ponownie uświadomił sobie cierpienie jakiego doznali bliscy osób, które straciły życie podczas wojny, i oczy napełniły mu się łzami. Spuścił wzrok, nachylił się nad bratem i objął go niedźwiedzim przytuleniem, a po chwili dodał:

- Gdyby niegodne czyny, składające się z samego zła, były spersonifikowane chętnie walczyłbym przeciwko nim ograniczając ich rozpanoszenie. Przechodząc do odpowiadania na pytanie pana Kürenbergera, moim zdaniem Europę oczyściłyby oddziały zwalczające zło jakie hipotetycznie chodzi po wymiarze niedostrzegalnym przez człowieka. Natomiast racjonalnie myśląc o tym zagadnieniu, byłoby to uświadamianie o okropnościach jakich świat doznał, nie tylko podczas II Wojny Światowej, ale także przy innych okolicznościach, aby uwrażliwić ludzi na możliwość ponownego ich wystąpienia.

Gdy skończył mówić poczuł, że chce pobyć sam i pomyślał by usiąść na drewnianej ławeczce stojącej przed warsztatem. Wtedy dostrzegł nowego gościa w warsztacie i zwrócił się do niego:
- Dzień dobry, proszę pana. Z kim i jaką mechaniczną sytuacją mam przyjemność? - przyjrzał się jego ubiorowi i zaskoczył go jego żołnierski krój, który zdawał się być ubrudzony zupą pomidorową lub musem truskawkowym. Chcąc pomóc mężczyźnie uzupełnił swoją wypowiedź - Piorę robocze ubrania w warsztacie i mam tu nawet pralkę, może zechciałby pan oczyścić własne nim omówimy szczegóły pańskiej wizyty?

Nitj Sefni

Nitj Sefni

24. czerwca
Post ID: 83139

Anshelm podszedł do samochodu przeklinając w duchu swoją nieuwagę. Brunatnobordowe plamy na płaszczu z pewnością nie pomogą mu w zdobyciu zaufania tłumacza.
- Witam panów - powiedział, po czym nachylił się w stronę tłumacza - Możemy porozmawiać w cztery oczy?
Nazista odszedł z Sørenem kilka metrów od pojazdu, żeby mechanik nie mógł ich usłyszeć.
- Proszę mi wybaczyć - powiedział z uśmiechem, wskazując ubrudzony płaszcz - dorabiam w rzeźni i mimo fartucha, zdarza mi się ochlapać.
Dopiero teraz zauważył jak głupio i naciąganie to brzmi, ale nie umiał wymyślić lepszej wymówki na poczekaniu.
- Mam sprawę, która zapewne pana zainteresuje. Oczywiście zapłacę.
Anshelm wyjął kartkę z runami, przyłożył ją do ściany i na czystej stronie napisał ołówkiem rząd cyfr.
- Proszę. - powiedział wręczając mężczyźnie kartkę. - Natrafiłem na dziwne symbole i część z nich naniosłem na papier, ale jest tego znacznie więcej. Pomyślałem, że jeśli ktoś może je rozszyfrować, to właśnie pan. Na drugiej stronie jest mój numer telefonu. Skontaktuję się z panem za sześć dni i pokażę, gdzie znalazłem te symbole. Gdyby coś pan odkrył, to proszę dzwonić. Jest pan zainteresowany?

Tabris

Tabris

24. czerwca
Post ID: 83144

-Ta kostka ma istotnie nietypowe właściwości – odrzekł Walter zaskakująco dla siebie pewnym ruchem wyjmując swoją. – Ale sądzę, że jest kluczem do drugiej strony lustra.
~~~

Opowiadanie Lei było… zaskakujące. Ciekawe, ale i nudne (kobiety rzadko umieją dobrze opowiadać, jak stwierdził Walter lata temu). Intymne, aż do granicy ekshibicjonizmu, zwierzenia wywarły nań duże wrażenie. Zaiste, nieco żałował, że oceniał dziewczynę negatywnie. Jak na dzieciństwo jakie jej zafundowano była bardzo normalna, zamiłowanie do blichtru można było jej darować. W porównaniu do zażywania morfiny, czy innych narkotyków, jak wielu jej rówieśników z kapitalistycznych krajów, kawa z odchodów łasicy była żadną ekstrawagancją.

Poruszony wątki dały Walterowi wiele materiału do przemyśleń. Osoby, które spotkał niedawno – ten zbójecki typ z szarymi oczami, czy też tajemnicza Kobieta z Limuzyny… Coś lub Ktoś się o niego upominało. Nie wiedział po co, ani dlaczego, choć jakby się tak zastanowić… Pokazał dziewczęciu swoją kostkę, którą, owiniętą chusteczką, schował był w kieszeni gdy tylko usłyszał pukanie. Jego intencją było zainteresowanie jej przedmiotem, aby samemu zdobyć nieco czasu na właśnie na refleksję, lub chociaż nakierowanie rozmowy w inną stronę. Nie chciał też zawodzić młodej osoby swą niepamięcią. Nic nie wiedział o żadnej matce Lei i nie znał kogokolwiek kto mógłby nią być.

~~~
Nagle przeszedł go dreszcz. Może jeszcze raz spojrzał na uszy blondynki. W jednej chwili połączyło się w jego głowie... Przezwiska z dzieciństwa, historie matki o głuchym wuju Hansie, którego wzięli do artylerii, to co mówiła Lea o operacji, nieznanym ojcu, jej wygląd. Zwłaszcza jej wygląd. Serce zaczęło bić pospiesznie jakby wypił kilka kaw, a na twarzy pojawił się wyraz zdumienia.

Fimrys

Fimrys

wczoraj, 16:11
Post ID: 83147

Filozof z uwagą wysłuchał wywodu Jörga, gdyż zawsze interesowała go kwestia spojrzenia różnych ludzi na rozwiązywanie problemów Europy. Szczególnie teraz, gdy przez bandę żądnych krwi sekciarzy-idiotów miał problemy, interesowały go zagadnienia pozbycia się zła, które widział przede wszystkim w głupocie. Rozwiązanie mechanika wydało mu się... no cóż, wyniosłe. Guru z Abbadonem u boku załatwił by to troszeczkę inaczej. Wtem zauważył Anshelma w niecodziennej aparycji. Ubrudzony płaszcz połączony z charakterystycznym wyrazem twarzy robiły wrażenie.

"Rzeźnia? Doprawdy, czy to w rzeczywistości krew wieprza lub kozy?"

Tłumacz nie był pewny opowieści o rzeźni. W życiu widywał krew. Ach, stary dobry Ludwig - lekko podstarzały kultysta będący zapalonym i natchnionym rzeźnikiem. Wielokrotnie opowiadał o swym zawodzie, będącym jednocześnie hobby i jako wkład dostarczał Braciom i Siostrom najróżniejszych rodzajów mięsiwa. A był wręcz artystą w swym fachu i miewał interesujące pomysły (Dzięki jego namowom Søren spróbował bawolich oczu. Decyzji tej nie żałował, ale i tak nie ma zamiaru tego wyczynu żołądkowego powtarzać). Przez zamiłowanie do krwistych steków i kaszanki potrafił skojarzyć aromat krwi. A krew z płaszcza bynajmniej nie pobudziła jego apetytu. Specyficzny zapach raczej przywołał na myśl coś bardzo dawnego, schowanego w podświadomości. Może wojna? Albo czasy powojenne? Instynkt przywódcy religijnego podpowiadał i drążył ciekawość, ale zdrowy rozsądek zdecydowanie uznał, że nie warto zadawać pytań. A jako iż umysł jeszcze był w sile, Søren postanowił nie zadawać zbędnych pytań. Po co drażnić klienta? Cieszył się, że nie dał się namówić na plan sabotażu Carla, bo skojarzył krew z ubioru ze swoją własną, którą uważał za niezmiernie cenną i nie lubił jej przelewać, gdyż był do niej przywiązany.

Zachowując powagę przyjrzał się z formalizmem runom.

"Ach, stary Svirengard byłby wniebowzięty"

Tłumacz kojarzył pewne symbole, inne wydały mu się całkiem obce. Zapis przypomniał mu lekko nostalgicznie czasy studiów, kiedy to na zajęciach poznawał kilka systemów runowych. Zajęcia te nie były jego ulubionymi, a stary i fanatyczny profesor Svirengard nie pomagał. Mimo to z zainteresowaniem począł badać pismo. A skoro ciekawość mogła przynieść zysk finansowy, a pieniądz w czasach niepewnej pracy jest dużo wart, wziął sobie jako cel poboczny odnalezienie sensu symboli.

-Widzę tu znajome symbole, inne są troszkę... dziwne. Przypominają mi się czasy studiów. Wie pan co, w domu mam obszerny słownik run i z pewnością po identyfikacji systemu będę w stanie rozgryźć te napisy. A mógłby mi pan rzec, panie Vollblüter, gdzie dokładnie je pan z nalazł? Z pewnością ułatwi to identyfikację, gdyż pewne systemu są używane tylko w charakterystycznych okolicznościach i samo miejsce znalezienia, czy rok powstania dzieła literackiego są w stanie rzucić trochę światła na ich sens. A pomijam już możliwość powstania wyrażeń dwuznacznych, bo te potrafiły przysporzyć nam naprawdę wiele trudności na zajęciach.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

wczoraj, 16:56
Post ID: 83148

- Gdzie?... - Anshelm nie był przygotowany na takie pytanie, ale wiedział co odpowiedzieć. - Na cmentarzu. Wyryte na nagrobku pewnej ważnej dla mnie osoby. Jak już mówiłem zabiorę tam pana w przyszłym tygodniu i pokażę resztę symboli.
Nagle nazista przypomniał sobie o książce. Niestety zaczął już wprowadzać plan w życie i było za późno na dylematy. Przede wszystkim musiał poznać prawdę. Wydanie wiekopomnego dzieła może poczekać.

Wiwernus

Wiwernus

wczoraj, 19:57
Post ID: 83153

Mechanik dał się poznać jako osobnik praktyczny, świadomy faktu, że zła nie da się w nikim spersonifikować, zdolny do wybaczenia, ale przede wszystkim niezwykle wrażliwy, uciekający od rzeczywistości w mechanikę i zdolny zracjonalizować nawet największe przewinienie „oprawców”. To od zawsze bardzo imponowało zresztą Carlowi, widział przez to w swoim bracie przeciwwagę dla pałającej niechęcią i zemstą siostry, teraz jednak zaczęło mu przeszkadzać.

Bracia mieli okazję zamienić kilka słów, gdy zignorowany Jörg zasiadł na drewnianej ławeczce, na której miejsce zagrzał wymykający się szybciutko Carl.
- Potrzebowaliśmy nazisty-pisarza i sekciarza-tłumacza, abym wydusił kilka gorzkich słów w twoim kierunku. - uśmiechnął się delikatnie. - Z nimi postąpię po swojemu, tak samo z tobą.

Wyściskał brata i odszedł. Jak powiedział – tak zrobił, o czym mechanik przekonał się za kilka dni.

Jörg po powrocie znalazł swoich nietypowych gości pochłoniętych pogadance o dziwnych znakach oraz cmentarzu, co było dosyć nietypowe, a i na co znalazł właściwe dla swojej filozofii uzasadnienie. Napomknął o tym innego dnia bratu, a ten szybko przyswoił niespodziewaną informację, z wielkim obrzydzeniem zresztą.

...

Lea chwyciła pewnie przedmiot i zgodnie z planem Waltera zajęła się badaniem kostki, manipulując nią na wszystkie możliwe sposoby. Wykorzystał daną mu szansę. Intensywnie wpatrywał się jak potrząsa artefaktem - przekręca jego ściany, zaciska na nim chude palce i analizuje runy - poddając analizie każdy gest i znajdując w nim coś nieprzyjemnie znajomego, co tylko potwierdzało ogarniające go przeczucie. Ona zaś miała pewność, że podobny przedmiot, niemal bliźniaczy, jako dziewczynka znalazła podczas jednej z samotnych nocy. W przeciwieństwie jednak do Waltera nie przejmowała się ewentualną reakcją gapiów czy własnym zdrowiem, nawet nie zauważyła, gdy ostre krawędzie ściany pocięły jej ręce, a cały stolik pokrył się krwią. Z oślim oporem permutowała kolejne ściany, aż w końcu wywołała pożądany efekt – z przedmiotu uwolnił się syczący, bezbarwny i pachnący intensywnie gaz, a kostka wzniosła się samoistnie w powietrze i opadła powoli, drgając. Wysokość nie była może znacząca, ale zauważalna, także dla osób przy innych stolikach. Na moment połowa lokalu przestała pić, poddając własne zmysły licznym próbom zrozumienia czy nietypowe zjawisko było prawdą czy tylko zbiorową halucynacją.

Lea przegryzła wargę z podniecenia. W końcu natrafiła na właściwy trop.
- Mamy dowód, choć nie wiem jeszcze na co. - wyciągnęła dłoń, a przedmiot upadł na nią. Zacisnęła czerwone od krwi palce, a potem bez większych oporów przywłaszczyła sobie przedmiot, chowając go w ubraniu. Puściła w niepamięć kawowe ekscesy i z gracją damy zajęła się rachunkiem, z podobną gracją zaczęła też wycierać palce i tamować krwawienie. - Teraz posiedzimy jeszcze chwilę, a potem ulotnimy się za nim gapie zrozumieją co było dane im ujrzeć. Na razie zachowujmy się jakby żadne przedmioty nie pokonywały z gracją grawitacji.

Jej uśmiech ujął go szczerością, odrobinę szalony, bo kojarzył się z obsesją na punkcie przeżycia czegoś intensywnego i rozwiązania rodzinnych zagadek. Był już niemal pewny, że przeczucie go nie zwiodło. Refleksja zakończyła się, był już gotów obrócić rozmowę w odpowiednim dla siebie kierunku.

Wtedy też oderwał na moment wzrok od kryjących się za włosami uszami młodej kobiety. Na moment zwiesiła się, wpatrując w okno. Za nim obrócił się, postać podglądająca ich przez nie zdążyła się już odwrócić, ale mimowolne przyśpieszenia bicia serce upewniło go w tym z kim miał do czynienia. Najwyraźniej już od jakiegoś musiała ich podglądać. Dopiero kiedy obsługa zauważyła, że ktoś nęka gości niekoniecznie dyskretnym kręceniem przy oknie i ruszyła w jej kierunku, postać zaczęła się powoli (choć z gracją) oddalać. Lea zmarszczyła brwi, niezadowolona z faktu, że tak późno zauważyła śledzącą ją matkę, najwyraźniej przytłoczona podnieceniem z widoku latającej kostki i opowiadaniem swojej życiowej historii. W jej spojrzeniu dało się dojrzeć wielu uczuć skierowanych do matki: paniczny strach, nutkę wstrętu, zauważalny żal i odrobinę współczucia. Odetchnęła jednak z ulgą, bo kobieta zniknęła, nie rzuciła się na nią jak to miała w zwyczaju. Po chwili Lea wydała się być nawet rozbawiona, nie tylko tym, że natrętna matka mogła odwrócić uwagę części gości od paranormalnych zjawisk.
- Żebyś widział jej minę na widok zakrwawionych palców, jakbym co najmniej ucięła sobie rękę i miała umrzeć. - po chwili jednak zbladła. - Ale zaraz, czy ona w ogóle zareagowała na widok latającej kostki?

Chwila na głębszy oddech.
- Nie, to za proste. Ona musi czekać za rogiem lub chce podążyć za nami. Musimy coś zrobić, aby ją zgubić, ty coś wymyśl, jesteś w końcu dzielnym osiołkiem z innego świata. - oczy jej zabłysły. Pośpiesznie wyjęła kartkę, zanotowała coś na niej i zwróciła ją w kierunku staruszka. - To lokalizacja mojego rodzinnego dworku, ale tam kieruj się, gdy inne sposoby odnalezienie mnie zawiodą, gdy będziesz miał pewność, że odcięła mnie od świata lub zniknę w innym świecie. Mam nadzieję, że to spotkanie nie będziesz naszym ostatnim. Musisz mnie zaprowadzić do ojca, niezależnie czy osobnika z lustrzanej rodziny czy Blitzkriega w innym świecie.

20 Września 1991 r., Berlin

Spółka została oblężona.

Duński tłumacz prędzej spodziewał się machinacji Carla, wizyty groźnego nazisty lub kolejnej represji ze strony konkurencyjnej sekty, ale tego dnia, co zbiło wszystkich współpracowników z pantałyku, tłumnie zaczęli nawiedzać go nieznani mu osobnicy. O dziwo ci zdawali się być przyjaźni i niezwykle zaintrygowani kontaktem z taką osobliwością jak on. Ignorowali pozostałych lingwistów, prosząc Sørena o autografy, wypytując starannie o jego osobowość i cechy charakteru, za to kompletnie ignorując jego dorobek zawodowy. W kilku przypadkach wydawało mu się, że niektórzy nawet niepodaliby jednego tytułu jego pracy, choćby od tego zależeć miało ich życie. Amanda wysnuła teorię, że osobników wynajęto, aby popsuli mu wizerunek, co miałoby by być pretekstem do wywalenie tłumacza z pracy, a tym samym spowolnienia prac nad nazistowskim dziełem. Miał jednak wątpliwości, bo nietypowi goście wydali mu się być zaintrygowani jego osobą szczerze, nie za opłatą, której z pewnością nie potrzebowali. Benito – choć wciąż śmiertelnie obrażony – śmiał się, że najwięksi bogacze przybywali z dziećmi po błogosławieństwo od duńskiego Ojca Świętego. Miał wiele racji, traktowali tłumacza niemal jak świętego, choć jednocześnie i jako swoistego celebrytę. I tak, byli obrzydliwie bogaci, co poświadczały markowe, niezwykle drogie ubrania oraz maniera typowa dla hedonistycznych sfer wyższych.

Badanie run okazało się bezowocne, nie potrafił powiązać ich z żadnym znanym mu językiem.

...

Późnym wieczorem naziście złożono dwie niespodziewane wizyty, niespodziewane bo z reguły ciążąca na nim reputacja i wygląd starczały, aby odegnać niepożądany element. Najpierw odwiedził go dziwny, podejrzany typek, prosząc o wypełnienie ankiety dotyczącej obaw społeczeństwa co do zmian społecznych. Pełno było w niej idiotycznych, prowokatorskich i niezrozumiałych pytań, tak jakby ktoś sprawdzał dokładnie życie ankietowanego. Osobnik zostawił kartkę i kazał na spokojnie sobie wszystko przemyśleć, poddając każde pytanie dokładnej analizie. Obiecał powrócić za kilka dni i odebrać ankietę, zostawiając w zamian za pomoc należne honorarium, bardzo wysokie zresztą, zdające się być niezrozumiałym żartem. Niedługo po nim przybył kolejny „ankieter”, tym razem osobnik cherlawy i słabowity, o rysach i akcencie zdradzającym żydowskie pochodzenie. Jego ankieta nie była tak przemyślana, zaś sam ankietujący ponaglał przerastającego go fizycznie nazistę, nakazując odpowiadać natychmiast i bez zwłoki, „tak jak czujesz”. Dopiero surowy wzrok zdezorientowanych stalowych oczu sprawił, że momentalnie wrócił mu rozsądek, a jegomość rzucił się do subtelnej ucieczki.

21 Września 1991 r., Berlin

Tłumaczenie run dalej nie wiązało się z żadnymi efektami, napięcie w pracy narastało i jedynym pocieszeniem zdawało się być Amanda, która otwarcie zaczęła wyrażać zainteresowanie kultem. Wyznała, że potrzebuje przewodnika duchowego. Bagatelizowała zagrożenie ze strony konkurencyjnej sekty. Søren był pewny, że jest dyskretnie śledzony, a jego wierne owieczki swoimi zeznaniami tylko potwierdzały jego obawy. Ona jednak widziała tylko i wyłącznie pozytywne aspekty w dołączeniu do religijnego ugrupowania, a przede wszystkim wiązała je ze światem bogaczy, których ujrzała podczas szturmu na tłumacza.

...

Arnolf gdzieś zniknął, Anshelm dowiedział się o tym bardzo szybko, bo dwóch nazistów zadzwoniło do niego – niezależnie od siebie – pytając gdzie podział się ich ulubiony kompan od wódki. Nikt jeszcze nie zauważył za to zniknięcia najbardziej monstrualnego nacjonalisty z paczki, choć przegapienie jego braku mogłoby się zdawać niemożliwe.

Nie pojawili się żadni nowi ankieterzy, za to pojawił się dziennikarzyna, który poprosił o umówienie się na osobistą, intymną rozmowę w formie wywiadu, którą on nazywał spowiedzią nazisty. Obiecywał horrendalne pieniądze za kilka soczystych faktów oraz snuł wizje reklamy jaką ta rozmowa przyniesie wydaniu książki, nawet jeśli miała ona pominąć niemiecki rynek.

22 Września 1991 r., Berlin

Przełom. Enigmę jaką były runy pomogło rozwiązać, przynajmniej w minimalnym stopniu, Purgatorium. Nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji, właściwie wieczornej lekturze dzieła E. Karlsena oddał się w ramach relaksu i delikatnego wysiłku intelektualnego, lecz niespodziewanie wyczytany opis symboli we wnętrzu permutującej się przez wieczność monstrualnej ryby pokrywał się z tym, co wręczył mu nazista. Przecierał oczy ze zdumienia, ale odnalazł w końcu trop. Wiedział już, że kluczem do zrozumienia znaków jest zrozumienie książki i dopiero wtedy jego entuzjazm odpadł, bo dalej nie uporał się ze wszystkimi niuansami językowo-fabularnymi, a co dopiero z rozszyfrowaniem pobocznego wątku, właściwie tła jakim były tatuaże pokrywające wnętrzności ożywionej machiny. Ku jego zaskoczeniu jednak opisów symboli było sporo, niemal ogrom, przez co zupełnie inaczej spojrzał na Purgatorium. Przestała być performancem i symboliczną powieścią, nabierając cech swoistego instruktażu, wykładni autorskiego języka. Sama książka nie dawała materiału pozwalającego go zrozumieć, mając jednak pomoc w postaci kartki od nazisty, był wstanie odszyfrować drugie dno książki, które nawet samym jego bohaterom umykało. Zasiedział się przy biurku, odgadujac jedynie pojedyncze słowa. Wysnuł kilka wniosków.

Po pierwsze, jeden wyraz mógł oznaczać równie dobrze jego przeciwieństwo, a właściwie oznaczał oba skrajne pojęcia równocześnie. Życie-śmierć, przyjemność-ból, dobro-zło. Wszystko było ulotne i opierało się na opozycji. Na swój sposób widział w tym sens, bo świat układanki był jednocześnie piekłem i rajem. Przywodziło mu to na myśl filozofię według której dobro nie mogło istnieć bez opozycji w postaci zła, tak jak cień nie może istnieć bez światła. Świat wartości przeciwstawnych. To co miałkie (było) bezwartościowe, język ten jednak opisywał skrajności. Odnalazł w nim porządek, potem jednak przypomniał sobie, że może interpretować tą skrajność analogicznie do zasady fermata. Światło wybierało zawsze najkrótszą lub najdłuższą drogę, skrajnie, podobnie było ze słowami tego języka, który zawsze mógł przybrać skrajne wartości. Język Fermata?

Po drugie, język miał dwie odmiany – ludzką i wyższą, według na szybko ułożonej interpretacji. W książce każda część ciała wieloryba miała swój własny, poetycki, zawiły i piękny opis, z którego przeciętny homo sapiens nie zrozumiałby za wiele, to zresztą wprost wykładał narrator i to jak krowa na rowie. Kolejne pokoje jednak miały dodatkowe opisy, wskazówki naniesione prawdopodobnie ludzką ręką i przy użyciu ludzkiego umysłu, który nie był ukształtowany do rozumienia tej mowy i który jej nie stworzył. Odtwórcze zapiski były jedynie zapiskami ograniczonego naśladowcy. Na szczęście runy od nazisty były właśnie w ludzkiej odmianie języka i je Søren był wstanie przetłumaczyć, miały zresztą pełno kontekstów do osiągnięć kultury ludzkiej.

Ostatecznie przetłumaczył kilkadziesiąt słówek, w przybliżeniu, z czego 4/5 z tego wprost wyłożyła mu książka. Wiedział już, że runy w pokoju, do którego zawsze trafiali bohaterowie na początku umownego rozdziału miał naniesione przy pomocy ludzkiego pojmowania cytat porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie. Wiedział już, że adresat wypowiedzi miał otrzymać prosty komunikat – jesteś w piekle. I w niebie jednocześnie. Przeciwieństwa.

Jeśli chodzi zaś o runy otrzymane od nazisty – rozszyfrował na razie tylko pseudonim złożony z run odpowiadających słowom Stalowy i Oczy, a także kilka słów przywodzących na myśl pamiątkę, coś oznaczającego dar, który mógł być i na narodziny, jak i na śmierć. Przeciwieństwa.

...

Kolejne zakłócenie w życiu nazisty. Tym razem jednak nie naruszono jego spokoju osobiście, lecz przez komunikat. Otworzył skrzynkę pocztową i wyjął ostrzeżenie, tym razem klarowne i jasne, bez zbędnych symboli, przynajmniej jak na standardy ostatnich dni.

Trzymaj się z daleka od sekt, nazizmu i całego tego ideologicznego bajzlu, a może stracą zainteresowanie, nie wychodź z domu. Co zrobisz z moją radą, twoja sprawa. Mam nadzieję, że nie przyjdzie nam się zobaczyć.

Jasny komunikat?

Dopiero potem doczytał resztę.

PS. Jeśli jednak zaryzykujesz i obudzisz się po drugiej stronie lustra, będziesz miał moje wsparcie. Krzyknij „Goebbels”, sięgnij po bambus, a zyskasz dzielnego, wiernego sojusznika.

24 Września 1991 r., Berlin

Przez ostatnie dni mechanik był niemal pieszczony kolejnymi zleceniami od gwiazd. Możliwość obcowania z drogimi, ekskluzywnymi i tak zaawansowanymi machinami dała mu tyle radości, że nabrał sił do dalszego życia. Bardzo ucieszyło to jego przygnębionego brata, który obiecał mu niespodziankę, swoistą terapię, która pozwoli mu się uporać z traumami i inaczej spojrzeć na życie. Nie zdradził jednak, że wiązała się ona z małym spiskiem i zmusiła go do pogrzebania w osobistych rzeczach Jörga. W końcu jednak dorwał się do numeru Hansa Bulmy i poprosił gwiazdora o drobną przysługę. 24 Września celebryta - wzruszony prośbą nieznanego mu osobnika, z wdzięczności do tłumacza oraz żądny nowych doznań – przybył do pracowni, zastając oszpeconego mechanika na ulubionej ławeczce. Cytrynowy pojazd zatrzymał się, a gwiazda opuściła szyby i wychyliła się, pozwalając dojrzeć Carla na przednim siedzeniu oraz jakąś urodziwą młódkę na tylnym. Najstarszy Pringsheim wyszedł z pięknego samochodu, zostawiając otwarte drzwi. Silnik mruczał kojąco.
- Naprawiałeś te machiny jak oszalały, tak tylko można to ująć, braciszku. Zasłużyłeś na odpoczynek. - uśmiechnął się tajemniczo.

Potem pojawiły się kolejne pojazdy, w większości znane mechanikowi bardzo dobre – jego rodziny, nielicznych przyjaciół i najbardziej wiernych klientów. Jego uwagę zwróciły vany firmy cateringowej oraz pobliskiej cukierni. Połączył wątki i wiedział już, że brat nie zapomniał, w przeciwieństwie do niego samego, o 36 urodzinach. Na podwórzu urządzono huczne, bardzo mile i pełne wspaniałych gestów przyjęcie, nawet jeśli nie pasujące do natury milczącego samotnika. Było na nim wszystko – prezenty, drogie jedzenie oraz liczni przybysze, w tym celebryci ściągnięci przez Hansa, nawet jeśli zdawać by się mogło mimowolnie.

Dopiero po dłuższym zastanowieniu zrozumiał, że Bulma nie tylko przybył z wdzięczności, wzruszenia i zblazowania, ale i drobnego szantażu. Carl ośmielił się zasugerować gwieździe, że jeśli nie przybędzie i nie rozświetli swoim blaskiem postaci mechanika, to ktoś może donieść policji o jego alkoholowych wybrykach, a także jego licznym kochankom na nie byciu tą jedyną. Informacje od brata okazały się w cenie.

Zbliżał się powoli wieczór, goście zaczęli robić pijani, rozpoczęły się tańce, a mechanik otoczony postaciami z kolorowych pisemek wydał się być wszystkim niezwykle wartościowy. Carl nadął się z dumy i niemal narzucał bratu, aby wykorzystał splendor do uwiedzenia jakieś urodziwej panny. Nie chodziło mu jednak o te obecne na przyjęciu niespodziance, ale w klubach, które solenizant miał hucznie odwiedzić, klubach do których nie wpuszczano byle kogo - miejscach do których kluczem miał okazać się Bulma. Trochę rozgoryczonym szantażem, bardziej zaciekawiony jak zareagują inne gwiazdy na widok oszpeconego kompana, przede wszystkim jednak podpitym. Zasiadł już do swojej cytrynowej machiny i popisywał się odgłosami silnika, powoli ponaglając mechanika do odwiedzenia klubów.

Carl podszedł do brata, najwyraźniej lekko podpity co nigdy mu się nie zdarzało, mechanik widział go w takim stanie po raz pierwszy. Najwyraźniej również potrzebował przyjęcia, aby odreagować ostatnie problemy. Gdyby nie był w takim stanie, nigdy nie zachęciłby do przejażdżki z kierowcą po kilku głębszych.
- Tego potrzebowaliśmy, trochę odpoczynku w tych trudnych czasach. Mam nazizm do obalenia, ty zaś co najmniej jeszcze jedną flaszkę, bo na ten moment słabo. Nigdy nie byłem rozrywkowy, bardziej flegmatyczny i odpowiedzialny, ale ty, ze swoją wrażliwością, zasługujesz na coś więcej. Idź, wsiadaj do machiny, nie bój się wyzwań. - uśmiechnął się, a potem wyściskał brata niedźwiedzim uściskiem. - I w końcu wróć z jakąś pannicą.

,  dodaj nowy wątek