Krasnoludzka Maska

Światło płonęło w oknie małej gospody, w położonym z dala od głównych szlaków i uczęszczanych dróg, miasteczku wschodniego Enroth. W środku przy kuflu piwa czterech barczystych krasnoludów prawiło o niedawnych wypadkach.

Oj działo się wiele. Chyba aż za wiele jak na tak małe miasteczko i jego cichych mieszkańców. To już czwarty wieśniak zginął bez wieści. Okolica aż wrzała od domysłów. Jedni mówili że to trolle porywają i pożerają ludzi. Inni znów nieodmiennie twierdzili że to jakiś samotny nekromanta lub wampir po nocach zagarnia niewinnych w szeregi sług śmierci. Co bardziej rozgarnięci wiedzieli jednak że trolle na Enroth przeciwnie niż w Erathi ludzkim mięsem się nie żywią. Najbliższa zaś twierdza nekromantów jest nieomal dwieście staj stąd a nekromanci i wampiry od dalekich podróży stronią (wiadomo własna ziemia jest najlepsza do trumny).

Każdy z czwórki skupionej przy stoliku miał oczywiście własne przypuszczenia na ten temat. Najstarszy z nich krasnolud z Kamiennego Miasta w Erathi był niemal pewien że za wszystko odpowiedzialne są gryfy lub inne potężniejsze latające poczwary. Chciał nawet zorganizować wyprawę do puszczy aby znaleźć gniazda, wytłuc bestie i raz na zawsze zażegnać niebezpieczeństwo. Niestety wieśniacy nie grzeszą specjalną odwagą i chętnych do wyprawy znalazło się tylu ilu ich siedziało obecnie przy karczemnym stoliku.

Nagle nocną ciszę przerwał potężny łopot skrzydeł. Krasnoludy poderwały się od stolika, chwyciły swoje topory i ruszyły ku drzwiom wejściowym. Nim do nich dotarli, rozwarły się z hukiem. W ciemnym otworze stanął wieśniak, płonący jak żywa pochodnia. Wymachiwał rękami i wykrzykiwał jakieś nieartykułowane dźwięki. Jeden z krasnoludów wypchnął biedaka do tyłu świadom iż drewniane ściany gospody w każdej chwili mogą zająć się czerwonym płomieniem.

Cała czwórka wyskoczyła na gościniec przed budynkiem. To co ujrzeli wprawiło ich w wielkie przerażenie.

Oto nad wsią unosił się potężny, zionący ogniem i miotający ogonem smok. Czerwony jak krew, wysoki jak pokaźnych rozmiarów dom i niezmiernie niebezpieczny.

Thargrim (tak brzmiało imię najstarszego z krasnoludów) szybko opanował strach, sięgnął za plecy i z worka podróżnego wydobył jeden z największych skarbów swego plemienia, potężną, pozłacaną maskę bojową. Maski takie to właściwie w Enroth legenda. Zapewniają one swemu posiadaczowi całkowitą odporność na niszczącą siłę płomieni a do tego świetnie chronią też od zwykłych ciosów.

Krasnolud tak zabezpieczony ruszył ku smokowi. Młodsi towarzysze Thargrima cofnęli się nieco aby nie zostać porażonymi smoczym oddechem lub co gorsza smoczym wzrokiem. Bestia zwróciła swój łeb w kierunku małej, czarnej postaci wyraźnie odcinającej się na tle płonącego stogu siana. Rozwarła paszczę i wydobył z niej oddech ognisty o niezmiernej potędze.

Krasnolud zachwiał się nieco pod uderzeniem płomieni ale dzięki ochronie maski ogień nie uczynił mu prawdziwej szkody. Nie zwalniając kroku zbliżał się do bestii. Smok chwilkę tylko zastanawiał się nad tym co się przed chwilą stało. Zdziwił się że ta nędzna kreaturka przeżyła jego ognisty oddech. "No cóż" - pomyślał - "Rozerwiemy pędraka na sztuki szponami." Jak pomyślał tak uczynił. Bez wysiłku obrócił całe swe cielsko tak iż krasnolud znalazł się z zasięgu uderzeń jego skrzydeł i szpon.

Thargrim widział ruchy smoka i wiedział że jedno machnięcie potężnych, ostro zakończonych skrzydeł a będzie martwy. Nie namyślając się wiele ruszył biegiem naprzód. Nim smok zdążył zorientować się w sytuacji, krasnolud był pod jego brzuchem. Wziął potężny zamach swym starodawnym, pokrytym runami toporem.

Przecinane powietrze wydało charakterystyczny świst. Zaraz po nim słychać było metaliczny odgłos dartego pancerza i powietrze rozdarł potężny ryk śmiertelnie ranionego smoka. Ognista posoka niczym lawa z krateru wulkanu wytrysnęła z głębokiej rany w smoczym cielsku. Kilka kropli przedostało się pod maskę krasnoluda znacząc jego ciało okropnymi pręgami.

Raniony smok wpadł w szał. Jego ogon wirował we wszystkie strony. Bestia rzucała swym cielskiem bezlitośnie krusząc kolejne domy.

Agonia smoka dobiegała końca, leżał on na pogorzelisku z trudem już tylko unosząc głowę. Jego głębokie oczy otworzyły się po raz ostatni by zawrzeć się już na zawsze.

Thargrim stał pośród ruin jak skamieniały. Cudem tylko uniknął śmierci pod cielskiem smoka. Zwyciężył, jednak wioska której chciał bronić legła w ruinie. Nie ostała się nawet jedna chata. Wszystkie albo doszczętnie spłonęły albo zostały przez smoka zmiażdżone.

Powoli krasnolud uniósł głowę. Krótkim okrzykiem przywołał do siebie towarzyszy. Ci wyłonili się po chwili z ciemności otaczających wioskę.

-Wyrwijcie zęby smokowi. Tylko uważać żeby przypadkiem nie spojrzeć mu w oczy bo to pewna śmierć niezależnie czy smok żyw czy martwy. Z łusek oskórujemy go później. Niech jeden z was pójdzie sprawdzić ilu wieśniaków przeżyło. Do kroćset niezłegośmy bigosu tu nawarzyli.