Oberża pod Rozbrykanym Ogrem

Gry Wyobraźni - "Purgatorium [Gra]"

Aktualnie w Osadzie: Ognisko jest zgaszone.
Osada 'Pazur Behemota' > Gry Wyobraźni > Purgatorium [Gra]
Wędrowiec: zaloguj, wyszukiwarka
,  dodaj nowy wątek
Architectus

Architectus

11. września
Post ID: 83429

Po przeżyciach ze ślimakokluczem i usłyszanych słowach spodziewał się, że pani Joanna odwiedzi go którejś nocy. Tym razem znał ją już o parę dni dłużej i jego serce zachowało czujność wobec napełniającej go namiętności. Czuł zawstydzenie i radość z bliskości pięknej na duchu i ciele osoby przy nim, a równocześnie rozbrajający szum w głowie i nabrzmiewające przyrodzenie, zdradzające gotowość do prokreacji. Nie mając wprawy w takich sytuacjach sięgnął pamięcią po wspomnienia nauk o cierpieniu jakie może wywołać ulegnięcie słabości w tej słodkiej chwili, i wtem dostrzegł wahania dziewczyny przez co do oczu napłynęły mu łzy. Kiedy dziewczyna zatrzymała pocałunek by nabrać powietrze przed następnym, delikatnie odgarnął kosmyki włosów z jej ucha. Jak uchyliła powieki, czując jego gest, delikatnie objął dłonią jej policzek czujnie patrząc jej w oczy, i rzekł:

- Jestem tu dla pani, ale dziś nie chcę ofiarowywać pani współżycia seksualnego - pogłaskał ją po policzku, mówiąc dalej czułym szeptem - potencjalne spłodzenie osoby należącej do następnego pokolenia nie rozwiąże problemu. Cierpiący w pokojach nie chcieliby byśmy kochali się w tym momencie, nawet z zabezpieczeniem. Możemy mieć tą sferę miłości wiele lat, po zakończeniu tego koszmaru - zauważywszy zachodzące ochłodzenie u pani Levittoux-Charpentier zaczął mówić głośniej. - Do tego, nie muszę się z panią kochać by dzielić się z panią własnym ciepłem - uśmiechnął się do niej łagodnie i pogłaskał ją po głowie, po czym wysunął ramię w bok. - Proszę, niech pani spocznie w moich ramionach, złoży na mnie głowę - spojrzał na sufit by rozważyć dalsze słowa. - By zmniejszyć gorąc chwili, podzielę się z panią swoimi przemyśleniami, wciąż obdarowując panią swoją czułością - gdyby zaczęli ulegać pożądaniu, był gotowy odsuwać dziewczynę od siebie odpowiednią ilość razy, a nawet wstawać z łóżka oraz wychodzić na balkon by ostudzić pragnienia, i przeczekać nim będzie mógł ponownie przytulać towarzyszkę i kontynuować rozmowę:

- Jak się pani czuje? Ja się cieszę, że mogę panią przytulać i czuć pani apetyczne usta... - zreflektował się, że nie tędy miał prowadzić rozmowę i kontynuował mając to na uwadze - jednak kochanie się z panią sprawiłoby mi smutek. Nie proszę o zaufanie ani o zrozumienie, lecz o zaakceptowanie mojej woli. Kocham swoją rodzinę i wiem, że nie zna jej pani tak jak ja, ani nie jest pani do niej przywiązana jak ja. Nie chcę aby pani czuła obowiązek pozostania przy mojej rodzinie, gdybym... - zastanowił się nad użyciem odpowiedniego sformułowania, gdyż słowa o śmierci zdawały mu się nieadekwatne, po niedawnych rozmowach - odszedł z tego świata. Chciałbym zapewnić rodzinie bezpieczeństwo przed zagrożeniami o jakich wiem. A wiem o pokojach i mogą one być tymi zagrożeniami. Równocześnie zależy mi na pani szczęściu, tym trwającym dłużej niż jedną noc. Jestem teraz zaniepokojony, że ktoś w tym momencie walczy w pokojach o życie swoje i ukochanych osób, tak jak pani walczyła - szukał trafnych sformułowań. - Są też inne przyjemności, choćby doświadczanie jak Garland się rozwija - przytulił mocno dziewczynę i powoli dzielił się swoimi spostrzeżeniami:

- Moja siostra ma rację, skoro Carl nie podołał, to ja również mogę nie dać rady, dostarczając właścicielom pokoi chorej rozrywki i akceptując opcję utraty własnego życia jako kolejnego członka rodziny. Moim zdaniem trzeba zakończyć ten cykl szaleństwa. Co z tego, że przeniosę się do pokoi, skoro bez mojej wiedzy mogą zostać tam także przeniesione inne osoby, co gorsza, nawet takie jakie znam. Ryzyko związane z grą jest, według mnie, zbyt wysokie. Wiem, że poprzez wyzbycie się strachu mogę stać się potworem podobnym do takich jakie pani spotkała. A nie chcę obarczać pani ani nikogo innego, nawet osób które za mną nie przepadają, odpowiedzialnością za mój stan bez Bogobojności. Doceniam pani serdeczność... - wtem pogłaskał panią Joannę po plecach. - ...lecz nie zdecyduję się na cenę odarcia się z bycia ludzkim by przedłużyć życie mojego brata. On by tego nie chciał - nieosuszona w oku łza popłynęła mu po policzku. - Poszukam innego rozwiązania, szczególnie że może się okazać jak niektórzy naziści i sekciarze też nie są przychylni aktywności istoty od pokojów. Oni również mogli być siłą wprowadzeni do pokoi - rozszerzył oczy ze zdumienia na myśl o takiej możliwości. - Przecież tam może trafić osoba o różnych cechach, sam pan Ferenz tam trafił, a skoro mój brat, to pan Bulma także, gdyż on prowadził samochód, w którym jechał Carl - zaduma objęła go na moment, ale zobaczywszy zachęcanie dziewczyny do mówienia w swoim tempie zamknął oczy na czas jednego spokojnego oddechu przed następnymi słowami:

- O jakiej intencji mówił Carl przekazując pani dla mnie kluczostworka? O jakiej innej wersji mojej aktywności myślała pani, zamiast przeniesienia mnie do pokoi? Przypuszczam, że ktoś poza nami również cierpi z powodu porwania bliskich. Pamięta pani jakieś treści dotyczące innych porwanych? Myślę, że znalezienie tych osób może pomóc, skoro ludzie niepołączeni wiedzą z naszymi doświadczeniami nam nie pomogą. Oprócz tego, czas upływa, nie wiem ile osób mogło w ostatnim czasie umrzeć. A te osoby mogą nie mieć nikogo, kto by za nie walczył, a wątpię abym zdołał ocalić wszystkich - ucałował panią Levittoux-Charpentier w nosek dla dodania jej otuchy przy tym ciężkim stwierdzeniu. - Jeśli będzie konieczne, może pozostać nam dzielona się z innymi modlitewna pamięć o zagrożeniu tego miejsca z intencją o niewpadnięcie w pułapkę innych osób w przyszłości. Mogę poszukać sposobu wejścia do miejsca przebywania istoty kontrolującej los Carla drogą jaką z niej pani wyszła. Żyła pani wtedy, co sprzyja mojemu wyborowi o braku zamiaru uśmiercania się jako ścieżki dostania się na miejsce. Co więcej, dość już pani wycierpiała. Nie chcę aby na rzecz bycia moim przewodnikiem ponownie przeniosła się pani do pokoi. Gdyby Garland nagle stracił siostrę byłoby to dla mnie bardzo przykre - troskliwie uściskał dziewczynę w ramach przerwy na pojęcie jego słów:

- Rozmyślam także nad znalezieniem telefonu, który pozwoliłby mi na zadzwonienie do pokoju, z którego pani dzwoniła. Jeśli pani nie wie jak wejść do pokoi wyjściem, ani jak zadzwonić do środka, mogę zapytać człowieka z którym jutro się spotkam. Nie podoba mi się ta nagłość związana ze spotkaniem. Czuję przy niej niebezpieczeństwo, że ten ewentualny mentor wbije mi nóż w plecy by mnie uśmiercić - przerwał wypowiedź na parę chwil, patrząc przez okno. - Czy chciałaby się pani uwolnić od człowieka z jakim jutro się spotkam? Czy zagraża on pani życiu, Garlanda lub komuś z pani bliskich? Czy może wam zrobić krzywdę? Czy może mi zrobić krzywdę? Liczę się z pani wolną wolą, dlatego mówię pani, że możemy poinformować policję, że ten fachura jest zamieszany w porwania. Możemy też nakarmić ślimakostworka naszym strachem, by był jutro naszym strażnikiem. Przypuszczam, że takich istot, jakie przedostały się do tego świata może być więcej. Przypuszczam, iż te zniewolone istoty chciałyby odzyskać niezależność. To że zostały stworzone przez kogoś nie znaczy, że muszą realizować jego mordercze zadania - na moment spojrzał się przed siebie, po czym zwrócił się ponownie do piękności:

- Możemy jutro ruszyć na ich poszukiwanie. Chociażby w biurze mojego brata, gdzie możemy poznać dane osób, z którymi się kontaktował, by odszukać związane z nimi osoby, mogące być w tej samej potrzebie co my. Proponuję abyśmy jutro po spotkaniu z człowiekiem zanieść Garlandowi książeczkę, a potem zadziałali wedle nowo zdobytych informacji - umacniająco potarł dłonią jej ramię. - Dziękuję pani za wysłuchanie. Zaczekam aż pani zaśnie, poczuwam przy pani boku by ciepło panią powitać gdy nadejdzie nowy dzień. Chciałaby pani abym zrobił rano śniadanie do łóżka? - objął mocniej panią Levittoux-Charpentier. -Mam nadzieję, że mnie pani we śnie nie wykorzysta - zażartował by złagodzić atmosferę i delikatnie pocałował dziewczynę w policzek. Nim usnął rozmyślał nad tym, co miałby mówić podczas spotkania z tajemniczym gościem.

Xelacient

Xelacient

12. września
Post ID: 83435

Zruganie przez matkę podkopało morale Otto, ale nie próbował się wykłócać przez telefon, wiedział, że nie ma sensu. Był zły, on się starał, a nawet nie mógł liczyć na wsparcie. Jednak po rozłączeniu się znalazł w tym coś pocieszającego. W głosie matki nie wyczuł żadnego strachu, zatem nie wiedziała o wypadku, ponadto była wyrwana ze snu. Zatem musiała być noc, i to ta sama w której ulegli wypadkowi.

Jednak kalectwo "mimira" przepełniło czarę goryczy, Otto zaczął gniewnie prychać, a gdy nawet Tłumacz nie mógł pomóc to chwycił za bólospluwę, ustawił średnią skalę (z jego doświadczenia wynikało, że środek skali to optymalne warunki pracy urządzeń) i był już gotów strzelać do drzwi.

- Tematyką misji są naziści, a naziści zabijali ludzi z kalectwem! - rzucił do zgromadzonych. Jednak już nie zdążył wystrzelić, zawahał się, albowiem to właśnie wadliwość mimira mogła być zagadką. W końcu Lisia Matka ich w końcu przyłapała na próbie wydostania się, co gorsza Herman ją wspomógł.

- Bądźmy rozsądni?! - odparł gniewnie przedrzeźniając muzyka - ty mówisz, że mam być rozsądny! - dodał kpiąco, zwracając się w ich stronę. Wspierał się na pałce, ale nie celował z runicznej strzelby, tylko nią machał na wszystkie strony.

- Chcesz zostać Herman to sobie zostań! Nie masz dzieci, ani wnuków to nie masz obowiązku wracać! Ale ja mam i wrócę do nich! Nie dlatego, że moje życie w Berlinie było przyjemne, ale dlatego, że mam taki obowiązek! Więc tak, ja wracam. Lisico - rzucił w stronę gospodyni - możesz mnie zatrzymać, ale to będzie ostatni błąd w twoim życiu! Jestem Chemikiem, daj mi czas to wytruje nas wszystkich, a później wysadzę to pomieszczenie... a jeśli to zawiedzie to... sprawimy, że przestaniesz istnieć - dodał z uśmiechem wyższości - jeśli coś zrozumiałem z tego Twojego bełkotu to tyle, że powstałaś dzięki wyobraźni jakiegoś chłopca... i potrzebujesz myśli innych by dalej żyć, zatem jeśli większość z nas zacznie wierzyć, że nie istniejesz to znikniesz! Nawet jeśli wcześniej połamiesz nam ręce i nogi! Toteż zastanów się dobrze! Możesz mieć Hermana, albo żadnego z nas... Jajogłowego dorzucimy Ci gratis to będziesz już miała dwóch facetów! Dwóch facetów, albo nikt.

Otto ograniczył się do gadania, po pierwsze każda chwila tutaj regenerowała jego ciało, dzięki czemu miał większą szansę dotrwać do końca, po drugie, być może Niema im teraz pomoże... być może.

Tabris

Tabris

12. września
Post ID: 83441

- Twoja miłość jest przedziwna, Jokasto. Łamać nogi tych, których kochamy? Robiłaś to swojemu Edypowi i dziecku? Co zrobisz jeśli ono zechce Cię opuścić? Twój tok myślenia sprawia, że sama prowokujesz reakcję dokładnie przeciwną do tego co zamierzasz. My Ciebie w gruncie rzeczy nie obchodzimy. Kochasz jedynie siebie i swoją ideę miłości. Nie, idea pochodzi od, tego kto uczynił cię niewolnicą.
~~~
Gorycz przepełniała Waltera. Była spowodowana kilkoma czynnikami. Po pierwsze – jego próba uwarzenia odpowiedniej mikstury się nie powiodła. I to z jakże głupiej przyczyny! Potknął się jak głupi, gdy wszystko szło dobrze. Poczuł się stary, jak nigdy. Nawet odchodząc na emeryturę nie czuł tak silnie jak teraz, że życie jest za nim, a przed nim śmierć. Doszły do tego dotychczasowe kontuzje, a także frustracja. Od otrzymania listu Stalowoookiego nieustannie traktowano go jako legendę, kogoś kogo możliwości przekraczają ludzkie możliwości. W końcu sam w to uwierzył. Może już w momencie gdy w kawiarni podjął decyzję o spotkaniu z matką (?) Lei kierował się przekonaniem, że komuś takiemu jak on naprawdę się uda. Na pewno rozumował tak tam, w szpitalnej kostnicy. Jego decyzja o ataku na doktora i udaniu się do Purgatorium była podytkowana przekonaniem, że na pewno sobie poradzi. Jak na razie przyczynił się do śmierci Wendelina i ranił Leę. Ratowali go obcy ludzie. Poraniony, niezdolny był do przyrządzenia prostego eliksiru, z powodu niezgrabnych ruchów. Stary dziad. Bezużyteczny. Kostek miał rację gardząc nim, nie był w stanie zaoferować czegokolwiek.
~
Pochopnie udał się w drogę w awangardzie, wystawiając się atakowi zombi. Jego miejsce było w drugim szeregu, choć co miałby tam robić? Wiedzę miał jak sito, przez co była niebezpieczna, walczyć nie potrafił, swymi umiejętnościami też nie. Nawet przemowy, które wychodziły mu w sumie najlepiej zawiodły. Jokasta zbyła jego słowa jak komara, machnięciem ręki. Wzruszył się patrząc na swój ślub, ale z drugiej strony przypomniał sobie siebie młodego. Jaki był ten Walter Piontek? Jaką miał przeszłość? Kiedy znalazł się w Purgatorium? Czym zaimponował matce Lei? Dlaczego zezwolił na faszystowskie ozdoby? Jakie miał poglądy? Jaka czekała go przyszłość? Dlaczego porzucił rodzinę, pamięć i uciekł?
Może ja też powinienem.
~
W końcu zrezygnowany postanowił ponownie zainteresować się składnikami. Wszystkich nie rozlał, być może dało się jednak przyrządzić lekarstwo. Lei też powinno się przydać, jej pierś nadal nie była… cała. Beznadziejny staruch ją rozkroił, powinien przynajmniej przywrócić ją do pierwotnego stanu. Chwilę po ujrzeniu wizji spojrzał na rozmarzoną córkę, jednocześnie poczuł, że ma erekcję. Miał nadzieję, że była to reakcja na widok żony, nie potomkini. Jeszcze większą, by nikt nie ujrzał tego żałosnego widoku. Na szczęście dość szybko minęła. Liczył, że pomieszczenie da się opuścić metodą pokojową. Teraz nabrał przekonania, że rychło wróci Mścicielka. Zapewne nie okaże się litościwa dla przeszkadzającego jej myślostwora. Dojdzie do rzezi. Nie zamierzał się do niej przyłączać, ale też ośli upór lisoelfki go zirytował, sama go sprowokowała. Co będzie to ma być. Ona nie może inaczej, my musimy opuścić to miejsce. Dwukrotnie, jak wynikało z jej słów o powrocie.
~
Poza tym, były rzeczy, których nie rozumiał. Berlin. Doktor o nim wspominał, teraz Jokasta. Przecież tam nie mogli być tylko gracze z tego miasta. Otton III… W XI wieku była to słowiańska wioseczka. Nie. Miasto założył Albert Niedźwiedź w pobliżu byłych osad słowian – Brenny i Kopanicy. Potem malutkie miasto, gdzie niedźwiedzie ryczały dupami. Jak działało to miejsce globalnie? Czy działało? Sama nazwa czyściec, to był katolicki wymysł z okresu średniowiecza, stworzony by handlować relikwiami oraz odpustami. Jak się to odbywało?
~
Podszedł zatem ponownie do minilaboratorium. Pogrążona w furii Jokasta chyba ucieszy się, że nie udał się w stronę klamki, czy tej makabrycznej czaszki. Skojarzyła mu się z tym dziełem, „Ambasadorami” Holbeina, poza tym nic. Znów był bezużyteczny. Tym razem lustrację zaczął od podłogi, by spróbować ponownie wykonać eliksir, byle tylko przegnać ponure myśli. Wcześniej jednak wygłosił kilka gorzkich słów gospodyni, nie żeby ją przekonać, ale by wyżyć się na niej.
~~~
- „Stary lubieżny dziadu, pora tobie do grobu, nie na gry i zabawy młodości...”

Fimrys

Fimrys

13. września
Post ID: 83442

Akt powolnego rozwijania swego wyznawcy był trudny, ale satysfakcjonujący i dający coraz to więcej nadziei i możliwości. Cały czas musiał trzymać byt w ryzach, bo gdyby bezrozumnie rozpastwił swego podopiecznego mocą ten wyrwałby mu się spod kontroli, bo uznałby że na własną rękę stanie się potężniejszy. Tego mogącego nieść katastrofalne skutki zarówno dla demona jak i wszystkich błędu unikał, dawkując siłę i mądrość, jaką mu przekazywał. Był niczym nieugięty bóg, ale nie bóg wszechdestrukcyjny ani bóg wszechdobrotliwy, ale jako bóg-mentor, powoli uchylający swym wyznawcom tajemnic, samemu zachowując wyższość, do której szacunek w nich zaszczepiał. To, co napawało zmartwieniem to skaza powstała podczas odbioru emocji Tutty. Długo analizował jej możliwą genezę i nie potrafił się nadziwić dziwnej cząstce przekazanej swemu podopiecznemu od pulchnej kobiety. Doprowadziło to nawet do tego, że jego twór zręcznie starał się wyłgać, co rozbudzało podejrzenia. Søren zastanowił się, w jakiej kwestii jego pragmatyczny umysł posunąłby się do zwodzenia i wniosek był jasny: miał korzyść w ukrywaniu prawdy. Czyżby tak jak pierwsi ludzie w Ogrodzie Eden zerwał zakazany owoc, poznał wiedzę mu nienależną i teraz chował się za krzakiem, by ukryć swój czyn? Tylko jaki wpływ miała nań Tutty? Rozważył możliwość ukrycia przez nią tożsamości, prawdziwego powodu śmierci i przybycia do Purgatorium. W końcu w tym wymiarze wszystko okazuje się nie być tym, za co się jej uważa. Przeklęte przeciwieństwa! Czy to oznacza, że zamiast dobrotliwej kobiety była złem wcielonym? zastanawiał się nad tym, gdyż jej duch wyraźnie wpłynął na jego wyznawcę, a ona sama sprawiała wrażenie innej. Sam fakt nietknięcia jej przez umarłego nazistę już wzbudzał podejrzenia. Postanowił mieć ją na oku. Niepokój był podobny do tego, jaki tłumacz odczuł po wykryciu w swym ciele pijawkowatego intruza. Tylko że tym razem obce ciało (duch?) znajdowało się nie w nim, a w jego tworze, a zatem kiedy demon osiągnie dość mocy i samoświadomości będzie w stanie pozbyć się intruza. O ile zechce.

Jajogłowy faktycznie rozczarowywał i wzbudzał politowanie. Był doskonałym narzędziem w rękach Amfy i psiej sekty, to było jasne, jednakże brakowało mu prawdziwej wiary i swego rodzaju wewnętrznej mądrości. Tłumacz starał się podtrzymać rozmowę, by zdobyć jakieś konkretne informacje o sekcie, Psie i jego zasadach, ale Jajogłowy widział w nim jedynie swego rodzaju tarczę. Wyczuł nawet nutkę zazdrości chęć rywalizacji u kapłana. Ale wiedział, ze ten również powinien przeżyć tu duchową odmianę.

"Niechaj silniejszy duch zwycięży"

Kiedy Amfa powiedziała, że tu nie mogą ich wspomóc, lekko się skłonił mówiąc jakby "Do usłyszenia", niczym lennik odbierający rozkaz od swego seniora. Z początku Otto przeraził Sørena wyborem adiutanta dla grupy, gdyż nie wierzył, że Hansowi może coś się udać. Był już przygotowany na konfrontację spowodowaną idiotyzmem Bulmy, ale doznał miłego zaskoczenia, kiedy ten piosenką wprowadził właścicielkę domu w serdeczny nastrój. Zredukowało to zaskoczenie powstałe po zobaczeniu Aloisa w zupełnie nowej, groźnej postawie. Następne chwile były oswojeniem się z nowym, dziwnie przyjaznym otoczeniem i gospodynią. Wydedukował, że zgodnie z purgatoryjską zasadą przeciwieństw, to tu może czekać ich najniebezpieczniejsza próba. Kolejne dziwne wydarzenia tyko utwierdziły go w tym przekonaniu. Mimo grozy, jaką wywołała, Søren podziękował jej serdecznie za ekstrwagancki szal. Skoro nie było jeszcze wykrystalizowanego planu działania a sytuacja była sprzyjająca, postanowił oddać się spojrzeniu w głąb siebie. Nabierał już wprawy medytacyjnej w Purgatorium, toteż postanowił zająć się odblokowaniem drugiej z siedmiu czakr - sakralnej. Po trudnych pierwszych krokach na drodze rozwijania duchowych zmysłów i otwarcia pieczęci ziemi dużo lepiej rozumiał zasadę działania czakr w Purgatorium jako bram, więc druga, również przyziemna nie stanowiła dlań aż tak wielkiego wyzwania. Rozpalił przed sobą kolejną świeczkę wyjętą z kieszeni, tym razem w kolorze pomarańczowym i w lotosie siadł na wątrobianym taborecie. Trochę zajęło mu przywyknięcie do nowej scenerii, ale potem gładko wszedł w stan spowolnienia czasu zewnętrznego i skupienia. Abbadon również wszedł w swego rodzaju stan medytacyjny, który tłumacz-bóg regulował u niego za pomocą spokojnych i głębokich wdechów. Wizualizacja drugiej pieczęci przeniosła go do łagodnej kotliny, wypełnionej stepową trawą w odcieniu pomarańczowym. Czakra sakralna odpowiadała za siły witalne, radość i satysfakcję z cielesnego życia, więc tak też odczuwał się Kürenberger. Aż podskoczył radośnie i wirze zwizualizowanego szczęścia udał się w stronę jasno rysującej się bramy w kolorze marchwi. Te drzwi nie były już aż tak masywne jak pierwsze i podczas ich odpieczętowywania tłumacz uczuł mrowienie poniżej pępka. Ostatecznie nie były wielkim wyzwaniem, gdyż to miało nadejść dopiero przy pracy z wyższymi bramami ducha. Zastanawiał się już nad możliwościami dwóch otwartych bram, przeniósł się jednak z kotliny i wyczuł coś dotąd niespotykanego. Sceneria się zmieniła i znów znalazł się na mglistym wzgórze, które widywał już w snach. Tym razem jednak poczuł przypływ mocy i... modły. Kiedy usłyszał nuty dziewiątej sonaty A. Skriabina zrozumiał po części co się dzieje, gdyż przypomniał sobie o swego rodzaju zaszczepieniu jej mentalnie u swych wyznawców. A to oznaczało, że zrozumieli przekaz i rozpoczęli działania ukryte w tajnym kodzie sekty. jak każdy bóg, potrzebował modlitwy, więc teraz odczuł przypływ ożywczej energii. Co więcej, energię tę mógł przekazać również swemu demonicznemu podopiecznemu. Przekazywał mu grupowe wspomnienia i emocje Braci i Sióstr Abbadona. Zarówno sukcesy, jak i porażki, gdyż musiał dać Abbadonowi spektrum wyboru i szeroki punkt widzenia, by ten swą wolną po części wolę kierował w kierunku mądrości. Była to swego rodzaju lekcja, której guru udzielał uczniowi. Po tym wyszedł z transu, by wrócić do rzeczywistości. Wciąć czuł ożywienie, mimo przymknięcia bramy sakralnej tak jak bramy ziemi.

Na chwilę dokonał refleksji na istotą boskości przypominając sobie zagadnienia z teologii. Narzucił mu się w myślach wieczny byt, który nie potrzebował wyznawców, by istnieć, czyli przez wielu oświeconych ludzi badany Absolut. Rzeczywistość wątrobowej chatki przekierowała jego myśli na bardziej praktyczne tory. Jeśli lisica była naprawdę zdeterminowana, to mogło być ciężko z opuszczeniem pokoju i wykonaniu misji. Łapczywiej niż o Doppelgängerach słuchał o historii o powstaniu i życiu lisoelfki Jokasty. Teraz zrozumiał lepiej zasadę tworzenia bytów w tym wymiarze, co przekładało się na głębsze zrozumienie więzi z Abbadonem i kontroli nad nim.

"Faktycznie, jest zdeterminowana. I jeśli to nie blaga i może nas ustrzec przed skutkami niewykonania zadania, to może przyjdzie nam tu spędzić cała wieczność. A w cała wieczność możemy zamienić tę chatkę na monumentalną świątynię!"

Poważnie rozważał ewentualność pozostania tu i zwiększenia mocy swej i demona. Lata medytacji otwierałyby naprawdę niesamowite możliwości. Jednakże górę wzięło poczucie obowiązku wobec misji wydanej przez Psa i reszty drużyny oraz sceptycyzm, jakim darzył wszystko w pokojach w tok zasady "Albo - albo". Wiedział, że muszą przeć naprzód, ale istnienie swego rodzaju planu B w razie niepowodzenia też było dobre. Zastanawiał się nad starciem Abbadona z Jokastą. W końcu obydwoje zostali zrodzeni z cząstki duszy ludzkiej, więc logicznie musiał zwyciężyć mocniejszy. Dlatego też Søren postanowił dokarmić siebie i swego sługę. Z pewnością wyznawcy w Berlinie, którzy otrzymali jego mentalną wiadomość, przekażą ją reszcie zboru. Postanowił więc skomunikować się ze zborem w rodzimym Magdeburgu. Podszedł do zwolnionego telefonu i wyjął mały notesik z zapisanymi kontaktami. Nie ufał aż tak bardzo swej pamięci, by nie zapisywać numerów i adresów, więc miał je skrzętnie zapisane. Na niedawno używanej stronie mignęło mu nazwisko mechanika i przez sekundę rozważał zadzwonienie do niego, mimo iż było to bezsensowne. Ale cóż, taki już bywa ten Czyściec. Odszukał aktualne numery Braci i Sióstr z Magdeburga i zadzwonił do Reinera Langgaarda. Reiner był w ruchu Sørena od bardzo dawna, gdyż idealnie wspasował się w mistycznie idee sekty. Był on oświeconym artystą - rzeźbiarzem, który swą niesamowitą awangardą i dekadencją w łamaniu norm uchodził za geniusza i szaleńca. Z pewnością nie spał o tej porze, gdyż większą cześć nocy poświęcał swym dziełom i snu zażywał niewiele. Dobrze więc, że nie zbyt wiele go nie potrzebował. Guru wybrał też właśnie jego, gdyż wiedział że nie zrazi go przemówienie Hitlera w tle. Politycznie był nie do określenia, ale swego czasu rzeźbił nazistów w antycznych pozach i kształtach. Reszta współwyznawców uznawała to za mocną awangardę i dziwne hobby, ale szanowała ze go względu na mocną wiarę i pozaszablonowe rozumowanie. "W tym szaleństwie jest metoda!" - dewizą artysty były właśnie słowa duńskiego księcia Hamleta. Postawił na jasny przekaz w kodzie sekty:

"Dziewiąta sonata. Tu Søren. Dziewiąta sonata. Tu Kürenberger. Dziewiąta sonata. Tu Abbadon. Dziewiąta sonata. Nadszedł czas. Dziewiąta sonata."

W kodzie sekty opartym na muzycznych dziełach oświeconych kompozytorów dziewiąta sonata zajmowała chyb trzecie miejsce w hierarchii ważności. Wyżej był tylko "Poemat Ekstazy" i "Mysterium". Hasło to oznaczało natężenie modlitewne i odprawienie...

Tłumacz starał się mocno skupić na treści przekazu. Najważniejszą informację zawarł wielokrotnie, by zwiększyć jej szansę przejścia. Mówił płynnie, statycznie, ale z pewną dozą potęgi w głosie. Nie wątpił, że wyznawca zrozumie i przekaże wieść dalej. Wysłuchał jeszcze, czy wyznawca jakoś odpowie, po czym odszedł do telefonu, by zwolnić go Mathiasowi i w chwilę później usłyszeć tłuczone szkło i zobaczyć mały wypadek Waltera. Rad był, że sam nie oberwał. Zdołał jeszcze dobrze rozejrzeć się po pokoju, nim został wezwany do dziwnej czaszki przy drzwiach. Był pod wrażeniem planu uśpienia czujności lisicy, więc postanowił pomóc. Niestety, czaszka nie bełkotała w żadnym ze znanych mu języków. Już chciał skupić swą energię duchową, by na ścieżce umysłu połączyć się z czaszką, ale zanim się tym zajął usłyszał zmianę w muzyce Hermana. Wyznanie samobójstwa było monstrualnym zwrotem, który rzutował na dalsze działania. W przeciwieństwie do gardzących slów i działań innych członków drużyny wobec muzyka, ten posłał mu wspierające spojrzenie z nutą melancholii i smutnie kiwnął głową. Kłamanie w sprawie śmierci znów przypomniało mu tajemniczy wpływ Beaty, ale nie zdołał się na tym skupić, gdyż w tym momencie brutalnie do akcji wkroczyła Jokasta, łamiąc Jajogłowemu nogi i każąc odsunąć się od drzwi, co gorsza, wsparł ją Herman ze strzelbą. Kürenberger postanowił postawić na wyjście w miarę pokojowe, mające na celu trochę odwrócenie uwagi. Miał nadzieję, że inni zauważą jego działanie, by móc wprowadzić swoje plany. Wyszedł lekko w stronę Hermana i rzekł:

-Panie Wagner, jesteśmy rozsądni. A rozsądni potrafią docenić wyższość sztuki nad przemoc, tak więc czy byłby nam w stanie pan zagrać coś specjalnego? Pan jest muzykiem awangardowym, to widać, więc z pewnością zna pan Alexandra Skriabina. Znamy się trochę na muzyce fortepianowej i mielibyśmy prośbę, mógłby pan nam zagrać jego dziewiątą sonatę?

Muzyk nigdy nie był doceniany, więc tłumacz postanowił wykorzystać to w perswazji. Chciał go tym przekonać, by odłożył strzelbę i zaczął grać. Dałoby to przewagę drużynie, gdyż nie byłoby jednego z zagrożeń. Kiedy przechodził koło Jajogłowego, pochylił się nad nim lekko i krótko by rzec mu "Bądź silny, będzie dobrze. Tylko wsłuchaj się w muzykę", co przez resztę było niedosłyszalne gdyż w tym momencie swe monologi zaczęli Walter i Otto.

"Pozbycie się Jokasty jako tworu wyobraźni umysłem może się powieść,ale gnat wycelowany w nas pozostaje gnatem"

Utwierdziło go to w wykonywaniu jego planu perswazji. Oparł w geście pokoju swój prowizoryczny kostur o instrument na którym Herman prędzej wygrywał kołysankę rzucając mu przyjazne spojrzenie. Liczył na to, że ten pozytywnie odbierze jego muzyczną prośbę, gdyż tłumacz okazał mu swego rodzaju zrozumienie i nie zbeształ go po wyznaniu samobójstwa. rozsiadł się wygodnie obok, sprawiając wrażenie prawdziwego gościa w filharmonii czekającego na koncert wirtuoza. Wiedział, co musi czynić, jeśli nie nastąpi jakiś niespodziewany zwrot akcji. Muzyka miała w tym wymiarze wielką moc, więc liczył na wsparcie jego ducha i Abbadona przez rozegranie tak mocno siedzącej mu w głowie "Czarnej Mszy" Skriabina. Wiedział, że jeśli reszta grupy nie podejmie działań, on wraz z demonem będą musieli. A wtedy użyje zjednoczonej duchowej mocy by zaatakować Jokastę. Już wizualizował ogniste kajdany pętające ją i jej wolę. Uwięziłby ją cieleśnie i mentalnie jak inkwizytor, by reszta mogła ewentualnie się jej pozbyć. Wierzył w rozdwojoną siłę swego ducha oraz swego sługi, dodatkowo wspieraną przez modły i potęgę muzyki, ale chciał dokonać ataku dopiero w ostateczności.

"Niech Abbadon zatriumfuje"

Garett

Garett

13. września
Post ID: 83443

Plan zadziałał, ale niestety tylko po części. Najpierw milczenie Sutary wzbudziło niepokój w Mathiasie, że ta nie zrozumiała go przez seplenienie, i tym samym prawie utracił połączenie (a pijawka dostała w ten sposób przekąskę), ale na szczęście udało się. Gorzej jednak sprawa poszła z drzwiami i Hermanem. Te pierwsze domagały się wprowadzenia hasła, które miał podać niedorozwinięty mimir. Natomiast gra tego drugiego nagle zmieniła się w wyznanie samobójstwa. Coldberg już wcześniej miał pewne podejrzenia, ze względu na melancholię muzyka, ale zbagatelizował to. I teraz się to na nim zemściło, bo wzmianka o samobójstwie obudziła lisicę, która zaczęła pocieszać Wagnera. Część Współpokojowiczów także próbowała go pocieszyć, ale zdecydowana większość zaczęła nim gardzić. Ci niestety zaczęli się zbierać przy drzwiach, co zwróciło uwagę Jokasty. Nie mieli wiele czasu. Charczenie mimira nic nie znaczyło, nawet według Tłumacza... Chyba, że to charczenie czaszki nie oznaczało nieudolnych prób wypowiedzenia hasła, a właśnie było hasłem. Czy raczej, jego onomatopeja - „Hgrrrrrrrrrr ”. Ewentualnie mógł to być „Hitler”, ponieważ charczenie czaszki ewidentnie zaczynało się na „H”, a kończyło na „R”, które to mogło być próbą wypowiedzenia „L”. Wskazywała na to także tematyka misji oraz przemowa Adolfa w telefonie, mogąca być podpowiedzią do zagadki.

Niestety, nie miał szansy tego wypróbować, bo gdyby Jokasta tylko zauważyła, że próbuje coś wpisywać, to zaraz by się na niego rzuciła. Podobnie pewnie Herman, chociaż szansa na to, że strzeli w nich bez skrupułów była raczej niewielka, o ile jeśli wpierw nie zaczną walczyć z lisicą. Ech, cóż za kłopotliwi „pacjenci” - wskrzeszony samobójca oraz obłąkany z samotności wytwór umysłu sieroty nękanej przez traumy. Jakby tu z nimi został, wyleczył sobie język i zdobył sobie ich zaufanie, to pewnie mógłby w końcu przemówić im do rozsądku... Ale to nie wchodziło w grę, więc pozostawała tylko terapia szokowa. I to nie mająca przywrócić im zdrowy rozsądek, a jedynie zmusić do pomyślenia przez chwilę, co dałoby studentowi czas na wklepanie domniemanego kodu (a w przypadku gdyby się mylił, to przybycia Niemej, która miałaby jako taką szansę zabić Jokastę).
-Och, samknijcie się już – uciął tym, którzy krytykowali samobójstwo Wagnera – jeko szycie, jeko splawa co z nim zropi. Helman, nie zamieszam cię oceniać, ale tam ci pefną ladę. Skolo uwaszasz, sze jesteś kotów tu zostać, to zazwoń do swoich lodziców i w akompaniamencie Hitlela powiez im co zlopiłeś. Nie uwieszą ci, nie ma na to szans, ale mosze pszynajmniej zszucisz z siepie te niewizialne łańcuchy, któlymi cię sklępowali, a któle siękają nawet do teko wymialu. Jeśli teko nie zlopisz, to nawet zostanie tutaj ci nie pomosze.
-A co do ciebie, Jokasto, to plaknę ci zwlócić uwakę. Sama mófiłaś, sze jesteś pułapką. Sze zawalłaś pakt z Hatesem. Skont, więc wiesz, sze cię nie zmienił? Sze nie zmienił teko pokoju w pułapkę, któla zapije wszystkich, któszy tu zostaną? Nie wizę tu nikoko oplóc nas. Więc alpo nikt nikty nie został, albo został, ale Hates ich zapił, a ty teko nie pamiętasz. Skolo zawalłaś z nim pakt, któly cię utrzymuje pszy szyciu, to znacy, sze ma na ciepie wpływ. A skolo ma wpływ, to teoletycnie mókłpy ci wymasać wspomnienia. Skont wiesz, sze nikty tak się nie stało? Skont wiesz, sze nikt nikty cię nie zapił, ale Hates cię przywlócił, zapielając wspomnienia o śmielci? Jeśli tak jest, to dla ciepie nie waszne cy cię zapijemy, cy tesz nas tu uwięsisz. I tak Hates splawi, sze o tym zapomnisz. W takim wypatku jedyny sposób apyś pamiętała o naszej wizycie, to wypuszcenie nas stont.

Wiwernus

Wiwernus

13. września
Post ID: 83444

27 Września 1991 r., Berlin

Zaoferował czułość, ciepło i troskę, ale odmówił stosunku. Konsekwencje? Jednocześnie skrajnie pozytywne, jak i negatywne, zgodnie z filozofią Purgatorium. Najpierw było niedowierzanie. Piękność była skromna jak na osobę o tak nietuzinkowej urodzie, jednak znała swoją wartość. Z jednej strony w tym momencie mechanik zaczął pociągać ją jeszcze bardziej, bo nie wydawał się być już łatwym celem, skłonnym do zaspokojenia swoich potrzeb przy każdej dostępnej okazji. Nieuchwytny w łożu stał się dla niej jeszcze atrakcyjniejszy. Niestety, co zresztą sama dosyć niejasno zadeklarowała, pojawiły się dwie nieprzyjemne konsekwencje odmowy Pringsheima. Po pierwsze, kobieta traktowała zbliżenie jako kluczowy rytuał, którego konsekwencji zdradzić nie chciała, wymijająco wspominając jedynie synchronizacje. Oprócz potrzeb duchowych miała także fizyczne, już wcześniej potrzebowała mężczyzny, a po doznaniach w pokojach pragnienie spotęgowało się, gdy wszystko straciło smak. W seksie widziała lekarstwo na utratę stanu znudzenia Berlinem i swoim zwyczajnym, pospolitym ciałem. Gotowa była posunąć się do najbardziej wyuzdanych igraszek, byle tylko odczuć cokolwiek.

Dodatkowo ta zupełnie zbijająca z pantałyku wzmianka o prokreacji, początkowo nawet nie wierzyła, że po tak odważnych planach szybko się pozbiera. Na szczęście Jörg zagrał na jej emocjach, wspominając o Garlandzie i odważnie zadeklarował, że nie będzie grał na zasad enigmatycznego demiurga, dzięki czemu nie stanie się takim jak on by chciał. Takiej możliwości nie brała nawet pod uwagę, wydała się jej ona szalona, ale nie odrzuciła jej natychmiastowo.
- Poszukam innego rozwiązania, szczególnie że może się okazać jak niektórzy naziści i sekciarze też nie są przychylni aktywności istoty od pokojów.
- Właściwie to naziści i sekta zdają się być naturalnymi sojusznikami w obecnej sytuacji i niektóre frakcje wewnątrz nich mają dobre powody, aby wytoczyć wojnę Hadesowi. - zastanowiła się cicho wsparta głową o jego ramię. - Tylko ciężko będzie dogadać się z nimi, gdy jednocześnie oskarżamy ich o porwanie.

W ciszy rozważała wszystkie warianty. Tak bała się otwartego oporu przeciw Psu, że gotowa była uciec w igraszki, od których mechanik uciekł – dosłownie – przez wymknięcie na balkon. Przemyślała sobie podczas tej przerwy dokładnie kolejne słowa ukochanego.
- Mogę poszukać sposobu wejścia do miejsca przebywania istoty kontrolującej los Carla drogą jaką z niej pani wyszła.
- Wchodzi się, przeprawia przez łodzie. - ugryzła się w język, aby nie powiedzieć za dużo. - Ale powrót jest inną drogą, zawsze inną. Nie znam żadnego sposobu na przedostanie się do Kostki niż w ramach rozgrywki, a żadnej luki w „systemie” nie widzę.

Usiadła na łóżku i popiła z niesmakiem napoju odłożone na pobliskiej szafce, po który wyciągnęła swoją – wspaniałą jak wszystko inne – rękę. Pochyliła się przy tym, a na brzuchu pojawiły się delikatnie zarysowane fałdki, mimo że był on płaski. Piersi opadły niemal niezauważalnie, ale zwróciły uwagę mechanika.
- Kłamstwo o fachurze jako porywaczu pozwoliłoby nam na pozyskanie nazistów i sekciarzy. Problem tylko, że pierwsze zeznania poszły już w ruch, a odwołanie ich uczyniłoby nas niewiarygodnym. Poza tym, o ile nasz fachura nie ma powodów, aby cię skrzywdzić, może je mieć po fałszywych oskarżeniach. A wtedy nie będzie miło. To człowiek doświadczony i inteligentny. Dlatego jest fachurą.

Uśmiechnęła się zawadiacko.
- Swoją drogą to wyjątkowo niepodobne do ciebie, aby tak kogoś oskarżać fałszywie, kierując się tylko strachem i podejrzeniami. Nie takiego mechanika pokochałam. - pocałowała go w usta. - Pijawki, choć zaskakujące, są jedynie niższymi bytami. Jednak i one, jak i istoty zrodzone w pokojach zasługują na więcej, na wolność. Tak się składa, że chyba znam sposób jak się skontaktować z jednym osobnikiem obcego gatunku.

Zbliżyła się jeszcze bardziej. Ponownie uciekł na balkon, na którym jednak nie zaznał spokoju. Sąsiadka paliła papierosa i obserwowała księżyc, pozornie, bo tak naprawdę oczywistym było, że jej najukochańszą aktywnością jest śledzenie sąsiadów. Pringsheim ostatnio intrygował wszystkich. Szybko ulotnił się przed jej przeszywającym zerknięciami, nie zastał jednak Joanny w łóżku. Uciekła do siebie. Zasnął z dziwnym podnieceniem, tym silniejszym, gdy słyszał wyraźnie frustrację Joanny próbującą zaspokoić się przez ipsację.

28 Września 1991 r., Berlin

Miało zacząć się przyjemnie, było jednak tylko przykro. Śniadanie do łóżka nie spełniło oczekiwań, było zbyt ludzkie i trywialne. Francuzka nawet nie kryła się ze znudzeniem. Ostrym tonem ucięła jego temat i razem w kuchni snuli teorie w jaki sposób niekonwencjonalnie dostać się do Kostki oraz zorganizować aktywny opór. Mieli już wstępnych sojuszników – nazistów, sekciarzy i tajemniczego obcego – było trzeba opracować plan ich pozyskania. Mechanik uważnie śledził reakcje ukochanej, niestety upewniając się, że traumy nie pozwalają jej się odciąć od licznych obaw. W końcu otwarcie przyznała, że tylko ona zna skalę ryzyka i okrucieństwo ich przeciwnika. Nie była nawet pewna czy obchodząc reguły nie staną się gorsi niż mogliby być przy normalnej rozgrywce.
- Ja zachowałam człowieczeństwo. Do samego końca. - zawahała się. - Jedynie ostatnia decyzja była „kontrowersyjna”, ale ku niej postawiłam dopiero pierwszy krok. Umowa została zawarta, ale nie sfinalizowana. Wszystko przede mną. Oby nasz bunt nie był gorszy od tego, czego już się boję.

Nie wiedziała co zrobić, postanowiła więc odroczyć decyzję o walce z Kostkę. Sięgnęła po telefon, aby odwołać fachurę, w końcu jej ukochany i tak mu nie ufał, a ona chciała mieć pewność czy wykorzysta go w ich planie. Nie miała zamiaru działać po omacku, bez odgórnie ustalonej taktyki. Niestety jak na złość nikt nie odpowiadał, raz tylko jeden z jego uczniów podniósł słuchawkę i dosyć nonszalancko poinformował, że Janik już jedzie pod blok. Było za późno na reakcje, czekali więc nerwowo, wyglądając przez okno.

Kontrowersyjny mistrz psychologicznego fachu przyjechał sportowym autem, wzbudzając poruszenie żywego monitoringu osiedlowego. Jörg obserwował go na tyle ile pozwalało mu ułożenie okna. Miał już pewność, że jego mentor to osobnik o silnej, żywej i cholerycznej osobowości, zupełnie przeciwieństwo wycofanego mechanika. Z obawami czekał na jego przybycie. Zajrzał do Joanny, która akurat zadzwoniła do brata i przepraszała za to, że spóźni się do szpitala. Nie przerwała czułej rozmowy nawet, gdy zadzwonił dzwonek, a jej ukochany otworzył nietypowemu gościowi.

Przywitał się śmiało, tytułując gospodarzą urokliwym matkojebcą, a potem wprosił do środka. Oglądał mechanika jak konia na sprzedaż, prawie nawet zajrzał mu w zęby. Blizny traktował jako barwną ozdobę, bardziej skupił się jednak na charakterze pacjenta i obnażał go wzrokiem. Początkowo był miły, z narcystyczną nutą obiecywał wielkie sukcesy. Przywitał się z Joanną jakby przymierzał się do wyjątkowo ognistego flirtu. Było miło, ale Francuzka szybko odegnała sielską atmosferę i odmówiła współpracy za nim ta na dobre się zaczęła.
- Marnujesz mój czas, zawracasz mi dupę. Ma dwa ważne dla mnie zajęcia, a także żonę i uczniów. Nie szanujesz mnie, wyciągając do pomocy komuś, komu nie zależy Już sam pomysł, że wspomogę kogoś kto może umniejszyć moich podopiecznych jest chory! - wrzasnął. - Zostawiam wam wizytówkę do jednego z moich uczniów. Mathias jest zdolny. Może przekuje tego jegomościa na nowo. Ja umywam ręce.

Siedzieli chwilę w milczeniu.
- Jest jeszcze Wanna. - pomyślała głośno. - Nie tak dobry, ale łatwiejszy w obyciu. Tak czy siak, niezależnie czy pchając się do pokoi czy nie, potrzebna jest ci pomoc. Ktoś musi wydobyć z ciebie pełny potencjał. Nawet niech już będzie jeden ze studentów Ecksteina.

Przemawiała przez nią wiara w ukochanego.

...

Rozważał co uczynić z psychologami, nazistami, sekciarzami i potworami podczas pracy w warsztacie. Kontakt z Garlandem dodał mu sił. Szło mu zaskakująco dobrze, ale zapragnął przerwy. Sięgnął po gazetę, z rozbawieniem czytając artykuł o mężczyźnie na wybiegu z groźnym niedźwiedziem. Przewracał kolejne strony i dostrzegł mały, marginalny, ale ważny z jego punktu widzenia news – ktoś wykupił spółkę wydawniczą, a przynajmniej zyskał większościowe udziały. Nie zabrakło wzmianki o niepokojących skłonnościach wydawnictw do wydania kontrowersyjnych szmir, wszystko to w dekadenckim duchu.

Potem odebrał telefon. Joanna pochwaliła się, że umówiła się na spotkanie w związku z ofertą pracy w jako dziennikarka.
- Postanowiłeś już co robić? - dopytywała. - Jutro zamierzam iść na spotkanie z „potworem”. Jesteś gotów?

Wątrobowy Domek

Poruszenie, które ogarnęło tłumacza było zauważalne dla wszystkich. Tuzy wprawione w obserwowaniu jednego ze swoich ulubieńców lubowały się w jego misternie łamanym decorum. Żeński, metaliczny głos recytujący ich opinie był ściszony na czas pobytu w gościnnym domu, tylko ten kto naprawdę chciał usłyszeć ich mądrości wychwyciłby z jak wielkim podnieceniem obserwują jego przymiarki do otwarcia kolejnej bramy. Wielu snuło wizje tego jakie wyżyny pragmatyzmu osiągnie tym razem i... w jaki sposób przyjmie swoją drugą śmierć. Dla większości z nich zgon ulubieńca był przewidywalny, oczywisty, a niejasne pozostawały tylko jego okoliczności. Otwarcie pierwszej z bram przy debiucie było odebrane jako przejaw geniuszu, ale i ogromnego szczęścia, gdyż nie zakończyło się kalectwem. Kolejne igranie z potężną siłą własnego ciała i ducha było już proszeniem się o koniec, a w szczególności, gdy sięgało się po bramę sakralną i to po tak krótkiej przerwie. Kürenbergera podsumowano jako awangardowego artystę łączącego w sobie sprzeczne natury wyobcowanego tłumacza i mistycznego guru. Wszystkim kojarzył się z niezwykle rozwiniętym zmysłem praktycznym. Zdolny był przyjąć ideologie kobiety i mężczyzny, którzy zabili go i nim wzgardzili, przyswoić ich Boga, a poprzedniego uczynić swoim tworem. A poza tym te mistyczne teksty, opanowanie graniczące z obłędem, awangardowy strój... Tłumnie zebrano się, aby sypnąć obolami. Nie wiedzieli czy miał bliską rodzinę, za nic mieli jednak ewentualne wyrzucenie swojego majątku w błoto. Dla kogoś takiego jak on nie żałowali niczego.

I wtedy rozpoczęła się medytacja, a wraz nią rozpoczął otwieranie bram.

Rzut na akcję: Otwarcie Bramy Sakralnej
Modyfikatory Pierwszorzędne: Mądrość (+2), Siła Woli (0), Inteligencja (+1)
Modyfikator Drugorzędny: Charyzma (+2)
Wyniki: 7; 7; 7; 2 -> 9; 7; 8; 4 (po modyfikatorach) + 0,5 (bonus za opis) -> 26,5 / 3,5 -> 7,57 -> Powodzenie Krytyczne!

Czakra Ziemi była pierwsza, u podstawy kręgosłupa i nadwyrężona, ale zadziwiająco dobrze przyjmująca kolejne rozwarcie po nie tak odległym zapieczętowaniu. Oddech miał niemal niezauważalny, metabolizm zwolnił, a czas wokół niego spowolnił momentalnie. To zwiastowało, że umiejętnie odciął się od świata zewnętrznego i bez obaw znów uchylił pierwszą „przeszkodę”, choć po chwili namysłu porównałby ten proces raczej do zrzucenia skóry. Natychmiast odczuł napływ sił witalnych, mrowienie we wszystkich kręgach oraz połączenie ze światem zewnętrznym. Tak jak dotąd jedność stanowił jego duch i ciało, tak do tych dwóch element dołączyło wszystko wokół - natura. Intuicyjnie wyczuł, że byłby zdolny wpłynąć na procesy zachodzące nie tylko w nim, ale i wielkim, pulsującym organie. Poczuł, że włada siłą, która pozwala mu dominować w tym pokoju jak nikomu innemu.

Równolegle Abbadon synchronizował się z jego oddechami i dostroił do jego przemiany. Również rozwinął się, łapczywie sięgając po bodźce i doznania warte pochłonięcia. W obecnym stanie Soren lepiej wyczuwał w jakim stanie jest jego uczeń. Był zadowolony, że rozwijał się na różnych płaszczyznach, oczywistym jednak stało się, że jego pierwszym doznaniem był ukierunkowany gniew i to on stanowił jego kamień węgielny.

Czakra Sakralna była druga, dwa palce poniżej pępka. Odczuł szarpnięcie, ale ustąpiła, przez co nie musiał wyrywać jej z zawiasów. „Zapukał”, a ta posłusznie otworzyła się. Jego talenty rozwinęły się oraz nabrał mocy kreacji, przez co o wiele łatwiej mógł kontrolować wszystko wokół. Widział już, że wygląd pokoju to tylko odbicie pragnień Eddwarda, które trwały tak długo jak trwała Jokasta. Jego stan zależał od stanu właścicielki. Podobne powiązania były dla niego teraz łatwo dostrzegalne. Odczytywał emocje niczym wstęgi, które łączyły jak kable kolejne osoby ze sobą, tworząc zmyślną kompozycję. Osiągnął sukces.

Sięgnął jaźnią do amuletu. Ujrzał demona takim jakim jest, że wszystkimi jego zaletami i przywarami. Pełen pasji i wiary we własne możliwości łaknął możliwości urzeczywistnienia się, by móc – jak to Anioł Zagłady – ukarać wszystkich nienoszących znaku jego Stwórcy. Pragnął wsławić się, udowodnić swoją wartość i nieść chwałę Bożą. Ujrzał go takim jakim jest bardzo dokładnie. Wszedł w Amulet niczym do Pokoju Wewnętrznego, uświadamiając sobie, że znajduje się w Starotestamentowym wyobrażeniu Abbadona jako otchłani. To właśnie nią był, przepaścią i kotłem pełnym zaabsorbowanych uczuć.

Skupił się na pęknięciu i emocjach wchłoniętych od miliarderki. Dzięki pieczęci ziemi naprawił ubytek materialny, zaś dzięki pieczęci sakralnej duchowy, w pełni poznając jego naturę. Wiedział już kim jest Beata Tutta i zadziwił się. Okazała się być w większości tym kim zdawała, hedonistyczną i pełną pragnień kobiet. Pokoje faktycznie ją pasjonowały, uwielbiała robić zdjęcia, a przede wszystkim intrygował ją ukochany tłumacz, jej całkowite przeciwieństwo. Stanowił swego rodzaju największą żądzę i cel kobiety, która po zaspokojeniu wszystkich potrzeb w świecie rzeczywistym, zapragnęła doznać czegoś nowego. To otrzymała w pokojach, a Guru był w nich wisienką na torcie, osobą z którą dzieliła nowe doznania, a jednocześnie górującą nad nią w każdym aspekcie i tak bardzo pociągającą dziwnymi manieryzmami. Zrozumiał już, że jest turystką w dosłownym tego słowa znaczeniu, a za możliwość obcowania z nim, lamą, nazistą czy resztą zgrai prawie oddała wszystko. Tuz i Pokojowicz w jednym, z Hadesem jako prywatnym Charonem i przewodnikiem, pozbawiona zagrożeń. W tym momencie zapragnął więcej. Spróbował zmierzyć się z Czakrą Splotu Słonecznego.

I otworzył ją, choć śmierć była oczywistością w takiej sytuacji. Energia wyzwalała się z niego pod postacią ciepła i światła, otaczając go aurą. W medytacji uniósł się na kilka centymetrów ponad ziemie i rezonował, wydając przy tym przenikliwy dźwięk. Nie musiał już wchodzić w amulet, aby dowiadywać się o kobiecie za pośrednictwem wchłoniętego wspomnienia. Wszedł bezpośrednio w nią, a było to doznania jednocześnie silne mistycznie, jak i seksualnie. Westchnęła w duszy, z lekkim bólem, tak jakby miał ją wypalić swoją obecnością, ale uspokoił ją i zaszył w niej, dokładnie badając naturę kobiety. Zrozumiał kim jest i co czuje, a także co odczuwa zmysłami. Widział, że jej wzrok jest odmienny, dostrzega przy każdym ruchu tabelki, wykresy, panele i adnotacje na wzór omamów hipnagogicznym, które informują ją o subtelnościach dla nich trudnych do wychwycenia. Sięgnął jeszcze dalej i wiedział już, że nikt nie spodziewał się po nim tego typu posunięcia.

Zaszczepił się w wąskim tunelu uosabiającym jej połączenie z Hadesem, a potem wystrzelił, na moment sięgając do samego Mistrza Gry. Wizja była krótka, tamten zareagował najszybciej jak się dało, aby przerwać swoje połączenie z Tuttą. Miał tajemnice, które nie mogły ujrzeć światła dziennego. Przez moment Guru znalazł się w jaźni Bóstwa Purgatorium i wiedział już, że ma do czynienia z istotą o niezwykłej inteligencji i cynicznym podejściu do egzystencji. Nie mógł wygrać tego starcia, Hades władał rzeczywistością korzystając ze wszystkim Siedmiu Bram i zmyślnej aparatury dającą mu absolutną władzę. Odegnał intruza jak młodzika, nie tyle z wściekłością, co z nieukrywaną dumą i prowokacją do rywalizacji.

Połączenie urwało się, ale nie tymczasowa kontrola nad trzema bramami. Osiągnął wyżyny i choć dalej unosił się bez przejawu jakiejkolwiek aktywności, to zupełnie zmienił oblicze misji. Pozostali pokojowicze spoglądali na niego z ukosa, nie mogąc się nadziwić czystością wydzielanej przez niego złotej energii. Lisoelfka, byt jeszcze bardziej wyczulony na podobne zjawiska, drżała i pociła się z wrażenia, poddając się wpływowi niezwykłego gościa. Tuzy zaś jednogłośnie ogłosiły go wybrańcem, którego nadejście przepowiedziano wieki temu, a który zmienić miał zupełnie oblicze Purgatorium i Ziemi.

Abbadon był tego faktu świadom. Metal wyginał się z podniecenia, zaś otchłań w jego wnętrzu wrzała i wirowała niczym tornado. Był dumny, że może służyć komuś takiemu i brać od niego lekcje. I wiązał spore plany z możliwości obcowania z tak silnym bytem. Naśladował tłumacza, zwracając się do niego w taki sam sposób w jaki jeszcze w Pokoju Narodzin Søren zwracał do niego. Stanowił jego odbicie. Z wszystkimi tego konsekwencjami. Pragnienie rozwoju prowadziło go do konfrontacji. Byli jak dwie strony jednej monety, które już zawsze miały toczyć bój o pierwszeństwo. Tłumacz wiedział, że musi trzymać go w ryzach. Szczególnie, że amulet wiedział więcej niż mu wpojono. Miał sny, że to jemu oddawano hołd. Zrodził się już obalony i zdetronizowany, w atmosferze żałoby po Kostku. To go uwarunkowało jako ogarniętego wiecznym poczuciem zdrady. W takim samym stopniu wielbił stwórcę, jak i chciał go umniejszyć. Skrajność.

Nie był jednak jedynym jego sojusznikiem. Dzięki naturalnym talentom Kürenberger przełamał granice między Kostką i Berlinem. Wystarczył jeden komunikat wysłany w Pokoju Narodzin, a potem telefon w Wątrobowym Domku, aby przeszła na niego energia z modlitw i rytuałów jego wierzących. Wzmocniła go, jak i Abbadon, który na moment uwolnił się i ukazał... w materialnej postaci.

Otworzył amulet, a dym się uniósł jak z wielkiego pieca, i od dymu zaćmiło się w całym Wątrobowym Domku.
A z dymu wyszła na ziemię szarańcza, której dano moc, jaką mają ziemskie skorpiony.
I powiedziano jej, by nie szkodziła paproci na ziemi ani żadnej innej zieleni ani żadnej roślinności, lecz tylko szwablom, którzy nie mają pieczęci Abbadona na czołach.
Nakazano jej też, by ich nie zabijał, ale miał przez pięć miesięcy zadawać im katusze. A katusze przez niego zadane są jak katusze zadane przez skorpiona, kiedy ukąsi człowieka.
W owe dni ludzie szukać będą śmierci, ale jej nie znajdą, i będą chcieli umrzeć, ale śmierć od nich ucieknie.
A szarańcza tak wyglądała: podobna (jest) do konia w szyku bojowym, na łbie jakby wieńce podobne do złotych, oblicza jego były jakby twarze ludzkie,
i ma włosy jakby włosy kobiece, a zęby ich były jak zęby lwów.
Przody tułowi jakby pancerze żelazne, a łoskot jego skrzydeł jak łoskot wielokonnych wozów pędzących do boju.
I ma ogony podobne do skorpionowych oraz żądła, a swymi ogonami mogą szkodzić ludziom przez pięć miesięcy.
Ma nad sobą króla – Guru.

...

Konfrontacja. Pierwszym, skorym do odpowiadania na kolejne zarzuty i propozycje był Herman. Niemal syknął, gdy Otto wspomniał o obowiązku, pojęciu mu obcym i nieznanym. Nie czuł też żadnej powinności wobec rodziny, dlatego też zignorował nieumiejętnie wyzwanie Mathiasa, choć przede wszystkim ze strachu przed konfrontacją z rodzicami, do których żywił tyle żalu, strachu i niechęci. Odmówił także Kürenbergerowi, widząc w jego propozycji oczywisty fortel i sposób na odwrócenie jego uwagi. Kochał muzykę, nie był najmądrzejszy, ale z pewnością nie był aż takim głupcem, aby porzucić swoją wymarzoną matkę i zaryzykować utratą domu dla chwili atencji. Nie był Hansem i nie zamierzał nim być. W jego przypadku nie było mowy o choćby najmniejszym sukcesie, choć Otto dostrzegł, że młodzieniec mimo słabości charakteru stawia – podobnie jak niedawno Der Chemiker – pierwszy krok ku autonomicznym decyzjom. To go ujęło. Widział w nim siebie z młodości.

Inaczej było z lisoelfką, choć ją do przemiany musiały przekonywać kolejne z wytaczanych przez pokojowiczów działa. Pierwszy był Otto. Otwarcie przyznała, że pakt z Hadesem chronił ją przed samoistnym zniknięciem, a pokojowicze wymazać jej istnienia nie mogli choćby z tego powodu, że nie da się ot tak wykonywać czynności niemyślenia o czymś. Była to wewnętrzna sprzeczność. A nawet jeśli, w końcu zawsze by wróciła jako jedna z ich traum lub tęsknota. Poza tym gotowa była łamać tyle nóg ile tylko się dało, w końcu nie można wymazać oprawcy z jaźni podczas katuszy. W tym aspekcie miała rację. Nie miała jednak argumentu na trucizny i ładunki wybuchowe, Otto wyglądał jej na gotowego do najbardziej śmiałych posunięć. Nawet nie potrafiła sobie wyobrazić, że był pantoflarzem trzymanym pod obcasem żony i zaborczej matki, w jej oczach raczej liderem, kimś bliskim Piontkowi w dniach jego świetności. Kątem oka zerknęła na koktajle przechowywane przez rezonującego, lewitującego Kürenbergera. Z nimi, a także paprociami oraz talentami Waltera w warzeniu mikstur, uwięziony w wątrobie Kostki – czyli właściwie wielkiej pracowni alchemicznej – miałby dość zasobów i środków, aby stać się tykającą bombą zegarową. Bała się Otto i traktowała jako realne zagrożenie dla jej idei wielkiej, wątrobowej rodzinki.

Następne gorzkie słowa powiedział Walter. Przede wszystkim zasmucił ją, jakby nie rozumiał jak wiele wycierpiała i jaka była skala jej samotności. Niemal wpadła w furię, gdy posądził ją o łamanie nóg jej ukochanego syna. Była już bliska ataku z niemocy, ale trafił w sedno, była przecież jak samospełniająca się przepowiednia. Działania kobiety tylko pchały pędem kolejne zespoły w pułapki i szpony wrogów. Zaczęła rozumieć, że jej miłość stawała się zaborcza i narzucona, przez co pozbawiona swojego piękna. Myślami wróciła do słów Otta i zawahała się czy nie jest gotowa zadowolić towarzystwem muzyka oraz kapłana.

Ostatni był Mathias, z najsilniejszym argumentem. Otwarcie przyznała, że Pies raczej nie posunąłby się do podobnej obrzydliwości, jemu przyjemność sprawiało wykorzystywanie słabej psychiki pokojowiczów i mechanizmów nimi kierujących, aby z własnej woli czynili zło. Kluczowym słowem było jednak raczej, a poza tym ona nie była pokojowiczem. Mogła stanowić jedynie kolejne narzędzie, które pożerało poświęcających wolność na rzecz bezpieczeństwa w czterech ścianach, rutyny i niezmiennej miłości. Nie mogła zaprzeczyć, że nie manipulował jej wspomnieniami.
- Kiedyś... gdy bawiła się z moim drugim synem odwiedziła nas berlińska drużyna i nie potraktowała ulgowo... wzięła za potwory... Mój chłopczyk zmarł od poniesionych ran, mnie zbrukano... Mimo to, mimo tej monstrualnej siły, nie stawiłam żadnemu z oprawców oporu. - uniosła wielkie dłonie, jedną pozbawioną dwóch palców. - To mi dawało otuchy i poczucia wartości, nie zniżyłam się do przemocy. Gdyby okazało się, że to poświęcenie poszło na marne, a przy innych okazjach zabijałam...

Usiadła na zakrwawionej podłodze. Walter mieszał w kociołku, szukając składników i rwąc kolejne paprocie. Obserwowała go, szczególnie finalny proces przyjęcia wywaru. Stare ciało zarumieniło się i rozpromieniło, znacząco w czasie spowalniając proces zombiefikacji. Mikstury starczyło jeszcze dla wciąż cierpiącej cykliczne bóle Lei oraz Anshelma. Lisoelfka uśmiechnęła się delikatnie. Sięgnęła wzrokiem dalej. Alois sprytnie wodził wzrokiem za kusza, Hans pewny siebie gwizdał nonszalancko i wzrokiem szukał ukochanych kamer, Nadim dłubał z Psem przy mimirze, a Kürenberger – przede wszystkim ten geniusz, zmieniający zupełnie obrót sytuacji swoją obecnością i pokazem niebywałych sił – unosił się w powietrzu, emanując energią tak czystą i silną, że lisoelfkę ogarnęło miłosne uniesienie. Podniosła się.
- Herman zostaje ze mną. Jajogłowy także, o ile tego zapragnie. Uznałam, że po raz ostatni przepuszczę moich gości, moje małe pociechy dalej. Macie starego wyjadacza, wygadanego i niebojącego walki o swoje chemika, inteligentnego młodzika, a także obiecanego przez przepowiednię Spermutowanego. Musi się dostroić, rozwiązać zagadkę swojej egzystencji, ale z pewnością jeśli macie osiągnąć sukces to tylko z nim. - wskazała na promieniującego niczym słońce Guru i jego skorpionowate dzieło. - W drodze powrotnej czekać na was będą mikstury i szybki posiłek, a także matczyny przytulas i całus. Jeżeli nie będzie w pokoju mojego syna Hermana, zabijcie mnie zgodnie z teorią tego bystrego młodzieńca. Jeśli zaś umrze choć jeden z was, choćby jeden, zostaniecie tutaj. Taki jest układ. Innego wariantu nie rozważam... A teraz czas na piosenkę?

Muzyk prawie zapłakał, tak bardzo uszczęśliwił go z trudem wypracowany konsensus. Spluwę oddał prawowitej właścicielce Lei, a potem jeszcze szybko wyściskał tych, których się nie bał, życząc im powodzenia. Wśród nich był nieprzyzwyczajony do podobnych wylewności Mathias. Następnie uraczył wszystkich Skriabinem wygrywanym na wątrobowym klawesynie, który przygotował dla niego siłą woli Guru. Przez klawisze instrumentu przepływały żyłki z krwią, a w zależności od jej grupy tony wzbogacały się o harmoniczne pogłosy o różnych odcieniach emocjonalnych, nadających kompozycji niespotykanej głębi. Wprawne oko mogło zauważyć, że czarne klawisze wykonane są z zakrzepłej krwi. Kürenberger zsynchronizował się z muzyką, co pozwoliło mu utrzymać swój stan o dodatkową minutę.

Zauważył dzięki temu, że Jajogłowy karmi Skorpiona swoją zazdrością. Łysy kapłan próbował zaszczepić w Abbadonie niechęć do stwórcy, który sam rozwiązał sprawę i dał swojemu dziełu jedynie złudną nadzieję, że zawalczy z kobietą. Co więcej, Jajogłowy szeptał bytowi, że jego Bóg sam był kiedyś wyznawcą i zajął jego miejsce. Amulet nie był głupi, wysłuchał teorii Mathiasa o zmanipulowanych wspomnieniach, zaczął łączyć fakty i podejrzewał, że spotkał go los prawdopodobnie taki jak Lisicę. Wściekłość narastała w nim, a także wszystkie dotąd utrzymywane w ryzach złe cechy. Modły nie były do Guru, lecz do mnie, teraz to wiem... Jajogłowy wiedział, że będzie uziemiony w pokoju, dlatego też mącił na ile tylko pozwalał mu czas. Poza tym, dało się wyczuć, że nie tylko knuje, co obdarza Skorpiona swoistym uczuciem. Fanatyk był draniem, nie ulegało to wątpliwości, ale miał w sobie elementarną krztynę dobroci. Opowieści lisoelfki poruszyła go. Dawniej słowo uwierzył, że Pies jest dobry, a okazało się, że jego pokoje dały mu tylko cierpienie, a wspaniałe istoty jak Jokastę wykorzystały w swojej grze. Paradoksalnie tłumacz narodził się w pokojach z wiarą w Abbadona i porzucił go dla Psa, zaś Jajogłowy zaczął przechodzić zupełnie odwrotny proces. I to się Skorpionowi bardzo podobało. Ten wrócił do postaci amuletu, tym razem bogatszego o owadzie cechy, gorętszego niż kiedykolwiek.
- Poczekam tutaj na was. Mama zregeneruje mnie i w drodze powrotnej będę z wami. - zapewnił kapłan.

Tutta sfotografowała niepewnie swojego ulubionego pokojowicza, utrwalając na zawsze moment jego powrotu do normalności. Pomogła mu utrzymać równowagę po tym, gdy znów musiał ograniczać się do nóg. Zdawała się być speszona i rozumiała, że jej przyjaciel miał dostęp do jej umysłu.
- To ty powinieneś władać Kostką. - szepnęła, wykorzystując przerwane połączenie z Hadesem. - I proszę, nie mów nikomu o mnie, dobrze?

Drzwi otworzyły się. Niema przyszła na gotowe. Jej kombinezon ubrudzony był posoką i wnętrznościami zabitych zombie. Oddychała głęboko, ale przetrwała w jednym kawałku i zadziwiająco zdeterminowana do działania. W jej zimnych oczach pojawiła się iskierka wesołości w odpowiedzi na widok Wątrobowego Domku, w którym w czuła się tak dobrze. Uścisnęła „Mamę” i z uwagą wysłuchała skróconej relacji ostatnich wydarzeń, w tym przede wszystkich dokonać tłumacza. Nie odezwała się nawet słowem, ale zaniemówiła wyraźniej niż kiedykolwiek, gdy usłyszała o lewitującym, skąpanym w złotym świetle człowieku. Potem stanęła nad nieszczęsnym mimirem i szukała sposobu, aby wydobyć z niej hasło.
- Może ten cudak odkrył już sposób? - rzucił Alois i wykręcił głowę w kierunku tłumacza.

Ten właściwie nie skupił się na nieszczęsnym bycie. Miał ciekawsze istoty do przeanalizowania. Lisoelfka i piętno wiecznej samotności. Tutta i jej sekrety. Hades zarządzający Kostką. Zapamiętał jednak mglisty obraz, wizję tego czym są czaszki. Mimiry były przewodnikami po Purgatorium. Tak jak nikczemne sobowtóry oferowały swoje najemnicze usługi, tak mimiry były sprzedawane jako wygadane, latające oprowadzacze po pokojach i (nie)żywe encyklopedie. Im bardziej zaawansowany Mimir, tym większa cena. Ten w Wątrobowym Domku był najpodlejszym z podłych, miał jednak kilka talentów i specyficzną specjalizację, choć upokarzającą. Oprowadzał Pokojowiczów po Styksie, sunąc niczym ryba przez krwistą rzekę opływającą całą Kostkę.

Wizualizacje w oczach Beatty również zawierały odpowiedź. Pamiętał, że była prosta, ale nic więcej.

....

Limit Czasowy

55:29

Xelacient

Xelacient

16. września
Post ID: 83457

Poszło dobrze, być może Lisica zaraz go skontrowała co do tego całego niemyślenia, ale odwołanie sie do wiedzy chemicznej zadziałało.

- Dobrze Lisia Panno, jeśli z naszej wymienionej czwórki zginie choć jeden to zostaniemy z Tobą, przynajmniej ja mogę Ci to obiecać, bo za innych składać przysiąg nie mogę - odparł Otto chowając spluwę za "spodniopasa".

Oczywiście dopiero po chwili Kamphausen zrozumiał, że chyba Lisicy chodziło o nich wszystkich, a nie tylko wymienioną czwórkę, ale wtedy Tłumacz zaczął się świecić i unosić, co skutecznie odwróciło uwagę gospodyni. Zresztą sam Otto zaczął się na niego gapić, po części w podziwie, po części w niezrozumieniu. Zwłaszcza gdy pojawiło się to dymiące COŚ. Jednak Kamphausen w końcu się opamiętał, Søren wyglądał na mądrego człowieka, więc pewnie robił to w jakimś celu.

A tymczasem, on może zająć sie zagadką.

- Wymyśliłeś coś? - rzucił do Tahira, pytanie było skierowane do niego, bo choć wariat był żywo zainteresowany mimirem to nie wydawał się pomocny w zadaniu - ja mam pomysł... jeśli to w kółko mówi "Hgrrrrrrrrrr" to może to jest szyfr... litery mogą oznaczać liczby... Niemiecki alfabet to a, ä, b, c, d, e, f, g, h, i, j, k, l, m, n, o, ö, p, q, r, s, ß, t, u ,ü, v, w, x, y, z - szybko wymienił, po czym dodał - zatem h to 9, g to 8, zaś r to 20 zatem hasło brzmiałoby 9 8 20 20 20 20 20 20 20 20 20 20! - dodał na koniec, miał dziwną pewność, że to ""Hgrrrrrrrrrr" wymawiane przez mimira miało dokłądnie 12 liter, choć nie potrafił powiedzieć dlaczego.

Następnie spróbował odszukać miejsce gdzie trzeba byłoby wpisać hasło oraz panel służący do jego wprowadzenia, może to dałoby kolejną wskazówkę co do zagadki. Jednak Otto za długo nie pogrzebał, bo przyszła Niema, Der Chemiker nie chciał się z nią przepychać toteż zaraz sie odsunął.

- Słuchaj Tahir - zwrócił się do zięcia (niedoszłego!) gdy niema grzebałą przy drzwiach - i tak teraz nie mamy nic lepszego do roboty to powiedz mi jedną rzecz, bo to nie daje mi spokoju od dłuższego czasu. Czym sie zajmowałeś zanim poznałeś Laurę? Moja córka mówiła mi, że jesteś właścicielem budy z kebami... nie wiem czy chciała mi zaimponować, że masz własny biznes... umiesz w ogóle zrobić kebaba?

Architectus

Architectus

17. września
Post ID: 83459

W nocy miał koszmar, za którego powód wystąpienia przyjął martwienie się o stan swej wybranki po pójściu do drugiej sypialni; śniła mu się wizyta w pokojach Hadesu, jakie wyglądały niczym jego rodzinny, hanowerski dom, z zatrważającymi okolicznościami. Nic nie wskazywało na znajdowanie się w Kostce, jednakże mężczyzna niezrozumiale czuł gdzie się znajduje. Ubrany w rozszarpany, pozbawiony obuwia warsztatowy strój roboczy, z dostrzegalnie zakrwawionymi rękami błądził, za dnia, po znanych oraz zwykle miło kojarzących mu się pomieszczeniach z nieregularnie ochlapanymi czerwienią ścianami i sufitem. Poranne promienie słońca przebijając się przez okna nieświadomie podkreślały dramatyzm wizji. Tym okropniejsze, w różnych ich kątach Jörg znajdował zmasakrowane ciała członków własnej rodziny.

Odpowiednio do reprezentowanej przez nich siły, pozbawieni tchu leżeli w różnych pozach, pozostawiając po sobie wrażenie walki o życie wedle własnych możliwości. Mniej krzepkie osoby były niemiłosiernie porozrzucane, z roztrzaskanymi meblami wokół siebie, jakie napotkały w locie. Starania mechanika by przywrócić ukochanych do życia, w formie resuscytacji, załamująco nie dawały jakiegokolwiek rezultatu. Bezwiedne zwłoki niedawno śmiejących się osób dostarczały męczarni dla mężczyzny. Wizje były wypełnione samymi dźwiękami jego bosych stóp mlaszczących po strugach i kałużach (ciepłej!) krwi. Żadnych odgłosów sąsiadów, ruchu ulicznego ani śpiewu ptaków za oknem nie słyszał.

W swej paskudnej wędrówce - po wejściu do kuchni - widok nieruchomo leżącej, ważnej dla niego współlokatorki, jaka zastygła pod ciśniętym w jej plecy kluczem francuskim, z grymasem wysiłku, w czołgającej się pozie wyraźnie wskazującej na próbę sięgnięcia ostatkiem sił po swego nabitego na kuchenkę gazową brata, z przerażeniem na twarzy i zaschniętymi łzami mieszającymi się z krwią, tak go przejął, że nim zrozpaczony w swej niemocy padł na kolana zbudził się zlany zimnym potem. Jego milcząca natura powstrzymała go od natychmiastowego wspomnienia o śnie, z ideą niedoprowadzenia do przygnębiania pani Joanny zanim dojdzie do wymagającego spotkaniem z fachurą.

...

Ubierając się przed wyjściem do pracy, był zatopiony w myślach. W ich trakcie zdecydował, że modlitwą poprosi o radę Najwyższą Instancję, odwiedzając w drodze do warsztatu swój kościół parafialny. Na odchodnym zajrzał do stworka w zamrażarce i pogłaskał go czule. Po tym wpatrzony w podłogę opuszczał kuchnię, a jego kobieta widząc jego dumanie potowarzyszyła mu aż do samego progu mieszkania. Tam mechanik, otworzywszy drzwi znieruchomiał na moment i zerknął w górę klatki schodowej. Sprawiał wrażenie intensywnie kontemplującego jakieś treści. Były to rozmyślania o poczuciu własnej wartości oraz słowa jego towarzyszki o odczuwanym przez nią strachu. Wreszcie, po upewnieniu się w swym myślowym rozrachunku, ze skupieniem spojrzał Francuzce w jej cudowne oczy, silnie i niespodziewanie objął ją w talii, z nieukrywaną przyjemnością przysunął do siebie aż ich ciała się zetknęły, a następnie gorąco pocałował ją w usta.

Zwolniwszy objęcie po długiej pieszczocie, z rumieńcami na twarzy postąpił w stronę framugi. Zanim za nią zniknął, czule uśmiechnął się swej pani serca, chcąc okazać że życzy jej miłego dnia, na przekór własnym słowno komunikacyjnym ograniczeniom. Ze schodów prawie zeskakiwał rozemocjonowany swoim czynem. Opuściwszy blok i wykonawszy kilka kroków na osiedlu zreflektował się aby odwrócić się w stronę okien swego mieszkania. W jednym z nich zobaczył swą piękność trzymającą jedną dłonią odsłoniętą firankę. Jako że wciąż był uśmiechnięty wesoło pomachał do niej ręką, ignorując myśli o wnioskach sąsiadów po jego zachowaniu. Upewniwszy się, że dziewczyna odwzajemniła gesty, powrócił do swego poprzedniego kierunku marszu.

Z każdym przybliżającym do świątyni krokiem jego radość ustępowała refleksyjnej powadze. Wśród swych rozważań przyznał słuszność pani Levittoux-Charpentier względem ulegnięciu emocjom i niewłaściwości planu wrobienia pana Eckstaina. Ponadto martwił się seksualną samotnością swej partnerki i własną chęcią kochania się z nią. Mało tego, dopatrywał się znalezienia rozwiązania jak pogodzić oskarżenie o porwanie z pozyskaniem sojuszu z nazistami i sektą w walce z Hadesem, oraz jak zorganizować przeciw niemu aktywny opór z pomocą istoty z pokoi, nie przedostając się do Kostki. Wraz z nimi ogarniało go poczucie winy. Wewnątrz budynku dostrzegł jak paru księży wysłuchiwało spowiedzi, więc udał się do jednego z nich na rozmowę z Bogiem. Po wyjściu spod konfesjonału wyklarował swoje wątpliwości, nabrał spokoju i jasności umysłu, takoż czuł jakby zmysły mu się wyostrzyły. Przez dalszą część dnia trzymał się wniosku o urodzeniu się mężczyzną i związaną z tym chęcią czerpania dobra jak tylko potrafił.

...

Kiedy jego wybranka zatelefonowała do warsztatu, zrobiło mu się ciepło na sercu. Wrażenie wzmocniła wieść o umówieniu się jej na rozmowę o pracę. Entuzjastycznie pochwalił piękność i zapytał, kiedy ma spotkanie w tej sprawie. Następnie zajął się jej pytaniami. Wobec ciężaru porozumienia się z nazistami i wyznawcami Abaddona wśród odpowiedzi nadmienił, że mogli oni zostać zastraszeni, a ich działania - być spowodowane pociąganiem za sznurki innego ugrupowania. Jednakże kontakt z nimi mógł być niebezpieczny, dlatego w najbliższym czasie zdecydował skupić się na naukach przygotowujących go do wyzwań. Następnie, odnośnie potrzeby każdej bezpiecznej pomocy, wspomniał wcześniejsze słowa piękności o podobieństwie między nim a panem Walterem Piontkiem. Zdecydował się zacząć od skontaktowania się z tą osobą. W tym celu zaoferował poszukanie w książce telefonicznej jego numeru telefonu. Za następny kontakt wybrał ucznia pana Ecksteina, korzystając z otrzymanej wizytówki, a po nim - pana Wannę. Hanowerczyk wtedy nakreślił, że ci mężczyźni mogą być w stanie go wyszkolić i pomóc w wojnie, jeśli zechcą być wsparciem.

Po tej uskrzydlającej nowinie stwierdził, iż Carla można traktować jako jeńca wojennego, tak samo jak osoby bliskich trzech wymienionych mężczyzn, przez co sprawa odzyskania ich wszystkich byłaby priorytetowa. Z innych dzielonych się przez niego wniosków, zauważył jak otwarty opór może być wykonywany poprzez ograniczenie przenoszenia nieżyjących osób do pokoi. Uzupełnił tą tezę tym, że gdy dziewczyna zostanie przyjęta do pracy, to będzie wiedzieć o wypadkach, gdzie zwolennicy pokoi mogą szukać swych ofiar. Skonkludował ten wątek mówiąc że rozmowami z kostkowymi nauczycielami zajmą się po spotkaniu z pokojową istotą, gdyż mechanik pragnie dziś wynagrodzić swej pani trudy jakich doznała zeszłej nocy:

- Jako pani wybranek chcę dodać barw pani codzienności, dostarczyć pani nowych bodźców, zainteresować przyjemnymi doznaniami dla zmysłów w zjawiskach wokół, aby cieszyła się pani atrakcjami życia, tymi jakie znam, zanim jeszcze nie zostanę na tyle oczarowany pani pięknem i nie połączymy naszych ciał w upragnionym zbliżeniu. Przypuszczam, że długo się pani wdziękom nie oprę. - roześmiał się niepewnie. - Wczoraj zwróciłem uwagę na pani niesamowitą, zachęcającą do obdarowywania pieszczotami budowę ciała, z zachowanymi subtelnymi proporcjami między zarysowaniem mięśni a okoleniem ich tkanką tłuszczową, ze szczytem wizualnej rozkoszy w pani zachwycających piersiach. Pani ciało bardzo mi się podoba, a skoro już je widziałem to chciałbym też zobaczyć piękno pani umysłu, nim poczuję smak pani cudownego nektaru i będę chciał rozsmakowywać się nim kilka razy w tygodniu. - zarumienił się zmieszany zbyt dalekimi wyobrażeniami, czego pani Joanna nie widziała, ale poczuła po tonie jego głosu. Mimo to odważnie nie przerywał swego wywodu:

- Skoro mieszka pani w Berlinie, chcę pani ofiarować wspólny czas choć co któreś popołudnie. Myślę, że podczas wysiłku uczenia się nowych rzeczy może pani odczuć wrażenia jakich pani brakuje po pobycie w kostkowej rzeczywistości, wobec zmysłów które mogły wtedy danych czynności nie zaznać. A przy okazji, gdyby mnie zabrakło, miałaby pani coś do czego mogłaby pani wracać w mieście, jeśli zechce pani w nim zostać. Dla mnie nauka nowych rzeczy, jak choćby budowa modelu auta sprawia, że czuję różne emocje przy niepewności, ekscytacji czy zagubieniu się, jakbym nadal był niezaznajomiony za czasów szkoły samochodowej. Oprócz tego, nie chcę abyśmy zaniedbywali naszą codzienność, ponieważ to mogłoby osłabić nasze wojenne morale. W tym momencie mrugam do pani porozumiewawczo. - po chwili refleksji dodał żartobliwie i przeszedł do meritum:

- Czy gdy skończę pracę miałaby pani ochotę pójść ze mną na randkę? Zapraszam panią na zakupy i na romantyczną kolację. Mówię o zakupach, aby dobrała sobie pani ładną sukienkę na dzisiejszy wieczór. - pomyślał o tym, że dostarczy zmysłową atrakcję swojej wybrance, a przy tym może to być jedna z jego aktywności ku staniu się lepszym. - By sprzyjać pani wyborowi, dodam, że ubiorę się w mój odświętny granatowy garnitur dopasowany do mnie kolorystycznie, w pełnym zestawie z kamizelką, wraz z białą koszulą w cienkie pionowe paski i beżowym, matowym krawatem z ukośnymi szerokimi pasami. Co więcej, lubię go nosić, a robię to na specjalne okazje - ostatnio, dla przykładu, zeszłej wiosny podczas sakramentu bierzmowania Haralda. - opisywał dokładnie, by wyobraźnia dziewczyny dostarczała wrażeń, jakich ona mogła potrzebować, i złagodzić jej potrzebę poszukiwania mocniejszych wrażeń przez przemienione po przebywaniu w pokojach zmysły. - Dla mnie wyjście z panią też jest czymś wyjątkowym. - radośnie sięgnął pamięcią po jej cudowny uśmiech i kontynuował wypowiedź:

- Na lokal proponuję restaurację Berliner Fernsehturm. Jako że interesuje panią zawód dziennikarza, to to miejsce może się pani spodobać. Jest z niej urokliwy widok na miasto, gdyż restauracja wznosi się 200 metrów nad nim, więc jako niecodzienne zjawisko może przypaść pani do gustu. Mogę zarezerwować dla nas stolik oraz taksówkę w obie strony. Jeśli nie podoba się pani ten pomysł, to przygotowałem się też z inną propozycją wspólnego wyjścia do miasta, mianowicie w formie seansu kinowego. Czasami w okolicach świąt szedłem do kina z bliskimi. - dodał by podkreślić nadzwyczajność tego zjawiska. - Dwa tygodnie temu była premiera międzynarodowego, w tym ze współpracą francusko-niemiecką, oraz francuską aktorką grającą rolę główną, filmu z niemiecką reżyserią "Aż na koniec świata". W jednej z poprzednich wydań lokalnej gazety przeczytałem artykuł o popularności tego dzieła. Zapamiętałem ten film, bo w zapowiedzi była mowa o wypadku samochodowym. Aktualnie ten fakt mógłby mi pomóc w pogodzeniu się z przeszłością. Poza tym, tematyka dramatu, fantastyki naukowej i podróżowania może przykuć pani uwagę. - zaproponował obie wersje, ponieważ dziewczyna mogłaby zechcieć pójść na film, a potem na kolację, by omówić wrażenia z seansu. Zamyślił się wówczas na parę chwil i pozbierawszy następne słowa przemówił dalej:

- Chciałbym tam posłuchać o pani życiu przed przyjazdem do Berlina, aby lepiej zrozumieć pani potrzeby i nauczyć się przyszykowywać cieszące panią drobnostki. - w jego myślach oczekiwały na wieczór pytania o jej pasje, czym się zajmowała w Paryżu, czy chodziła na jakieś kursy lub zajęcia, jak również do jakich szkół, oraz jakie ma najmilsze wspomnienia z tego okresu. - Chciałbym również zaprosić panią i Garlanda na uroczysty obiad z okazji wyjścia ze szpitala drugiego października. Planuję jego oddzielną organizację, gdyż widzę jak potrzebujemy czasu sam na sam. - wyjrzał na dwór przez bramę warsztatu między swoimi wypowiedziami i przypomniał sobie o tym jak dziewczyna miło go określała. - Z innych kwestii, czy chciałaby pani abym nazywał panią w jakiś uroczy sposób by urozmaicić pani rzeczywistość?

Miał jej wiele do powiedzenia, między innymi o doznanym tego dnia koszmarze, by zmniejszyć u niej poczucie odosobnienia w kwestii bolesnych nocy. Podczas spotkania zamierzał również zapytać się swojej partnerki jak postrzega aerobik. Stella mu o nim opowiadała, ponieważ chodzi na zajęcia z zaawansowanym poziomem tego rodzaju aktywności. Może pani Joanna chciałaby się zapisać razem z nim, szczególnie że mógł dla nich zorganizować karnety do zasłyszanego klubu fitness. Zaplanował także wyjaśnić, że podczas pracy w warsztacie potrzebuje sprężystych mięśni i na miejscu, rano, co parę dni wykonuje zestaw ćwiczeń kalistenicznych. Do tego celu nawet zamontował w jednej z futryn drzwi drążek do podciągania się. Taka aktywność mu pomagała w wyciszeniu się, zebraniu myśli i układaniu planu pracy, czym zamierzał nawiązać do dziennikarstwa, gdzie również się one mogą przydać. Chciał zaoferować jej naukę odpowiednio zmodyfikowanych wersji ćwiczeń, na wzór treningu stabilności ogólnej. Szykował w zanadrzu także inne atrakcje, jakie systematycznie chciał przed panią Levittoux-Charpentier otwierać. Na zakończenie rozmowy, dostarczając dziewczynie kolejnego bodźca dla jej wyobraźni, dodał że nie może się doczekać aż piękność wyląduje w jego objęciach i połączą swoje usta.

Mając na uwadze wcześniejsze spostrzeżenia rodziny, zadzwonił jeszcze do bratanicy oraz siostry z pytaniami jak się czują i czy czegoś potrzebują. Wspomniał o swej wybrance, że mimo wyglądu, zresztą tak jak u niego, który może dostarczać różnych wniosków, to fajna dziewczyna o dobrym sercu. Dookreślił jak ta wspólna cecha zewnętrznych cech dodaje im więcej zbieżnych tematów do rozmów oraz zwiększa ich wzajemne zrozumienie. Dodał, iż Francuzka wywołuje u niego pozytywne reakcje; dzięki niej lepiej się czuje, częściej się weseli. Podsumował, że chce ją bliżej poznać i zaproponował jej wspólne aktywności, które pomogą w przygotowaniach do kolejnej konfrontacji z porywaczami. Dla pocieszenia nadmienił jak ucieszy Carla, gdy mu opowie o towarzyszącej mu partnerce. Na końcu stwierdził, że je kocha i całuje, oraz prosi o przytulenie dzieci w jego imieniu. Po rozmowach z rodziną przeciągnął się unosząc ręce nad głowę i powrócił do pracy, po skończeniu której ruszył ku realizacji kolejnych działań zaplanowanych na tamten dzień.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

17. września
Post ID: 83460

Oczom Anshelma ukazał się niezwykły widok. Wydrążony w wątrobie pokój zaczął wypełniać się weselnikami. Początkowo przypominali widma, ale z czasem wydawali się coraz bardziej materialni. Mięsiste ściany zasłonięte były białymi prześcieradłami i pięknie komponującymi się flagami III Rzeszy. Uwagę weselników skupiała tańcząca na środku sali para – młody mężczyzna podobny do Waltera oraz kobieta w sukni weselnej.
Nazista początkowo nie wiedział, po co lisica go tu zaprowadziła, ale wkrótce wśród weselników dostrzegł Hermanna Vollblütera - zasłużonego Sturmmanna SS. Swojego ojca.
Różnił się on jednak od podstarzałego, wiecznie zamyślonego idealisty, jakim zapamiętał go Anshelm. Ten tutaj patrzył na uroczystość z godnością i wyższością, a przy tym uśmiechał się zawadiacko i drapieżnie, niczym jakiś Vlad Palownik.
Po krótkim czasie uroczystość przerodziła się w nazistowski wiec, a do gości dołączyli czołowi politycy III Rzeszy. To z pewnością była jakaś manipulacja, ale miło było zobaczyć tak wybitne osobistości żywe, a nie w formie zombi.

Nazista odsunął się od tłumacza, gdy ten zaczął lewitować i promieniować światłem. Takie zjawisko mogło mieć związek z jakimś radioaktywnym promieniowaniem, czy czymś podobnym, a Anshelm nie chciał dostać choroby popromiennej. Kiedy postać mężczyzny zasnuł dym, z którego wyłonił się wielki owad, wyglądem przywodzący na myśl organiczny helikopter, odsunął się jeszcze dalej.

Uwarzony przez emeryta napar z paproci pachniał inaczej niż styksowy spiritus, ale wcale nie lepiej. Intensywne mrowienie w policzku, narastające mimo niedawnego odkażenia rany przekonało go jednak do wypicia. Mimo, że smakowało paskudnie, picie sprawiało mu wielką przyjemność. Napar przywodził na myśl herbatę, a Anshelm nie czuł smaku herbaty od dobrych kilku lat. Teraz o niczym tak nie marzył, jak o mocnej, czarnej herbacie z sokiem z pigwy i sporą ilością cukru.

Wsłuchał się dokładnie w dźwięk wydawany przez Mimira, ale nie usłyszał żadnego słowa, tylko warkot. Nie sądził, żeby w wypowiadanych przez czaszkę głoskach krył się jakiś szyfr. Nie wiedział czemu, ale wydawało mu się to mało prawdopodobne.
A co jeżeli ten dźwięk jest onomatopeją? Może odpowiedź na zagadkę to słowo „warkot”, ewentualnie „warczenie”? Lub też „charkot”, ewentualnie „charczenie”.
Rozwiązanie to wydało mu się proste i prawdopodobne, postanowił więc podzielić się nim z resztą pokojowiczów.

Garett

Garett

17. września
Post ID: 83461

Przedstawienie jakie urządził Tłumacz wstrząsnęło Mathiasem, ale studentowi mimo wszystko jakoś udało się dokończyć swój wywód. Co prawda Herman był zbyt zaszczuty przez rodziców by ot tak teraz do nich zadzwonić, ale przecież nie o to chodziło. Wyzwanie go miało jedynie zasiać w nim wątpliwości i zmusić go do odpowiadania na kolejne zarzuty aby nie zauważył grzebania przy drzwiach. Na szczęście jednak nie było to potrzebne, bo Jokasta, będąca pod wrażeniem wyczynu Sorena, zauważyła, iż w teorii Coldberga może być sporo racji. Dopiero kiedy się poddała, student przyjrzał się wreszcie lewitującemu Tłumaczowi i jego „demonowi”.
Guru otaczała złota poświata, gdyby tylko zmienić trochę jego ubiór i zgolić głowę to przypominałby wizerunek Buddy. Za to jego „demon” wyglądał jak przerośnięty skorpion, tyle, że poprzecinany żyłkami wyglądającymi jakby przepływała przez nie lawa. Także dym unoszący się z owych żyłek zdawał się na to wskazywać.
Wtedy właśnie zauważył, że Jajogłowy zaczął coś szeptać do skorpiona. Mathias przerwał mu machnięciem pogrzebacza tuż przed twarzą, ale bardzo prawdopodobne, iż szkoda została już wyrządzona. Student miał nadzieję, że Janik się mylił i Tłumacz będzie ostrożny przy korzystaniu z mocy swojego tworu. Sam Coldberg przyjrzał się swojej białej pijawce. Wciąż jeszcze nie odzyskała wcześniejszych rozmiarów i inteligencji. Pewnie jakby ją podłączył takiemu Hermanowi albo Jajogłowemu, to raz dwa stałaby się tytanem intelektu, ale Student nie zamierzał popełniać błędu Sorena. Niech sobie rośnie powoli i wie, że jest zależna od Mathiasa.

Do pokoju weszła Niema, która przywitała się z Jokastą. Mathias odetchnął z ulgą, że skorpion zdążył wcześniej powrócić do postaci amuletu. Gdyby wciąż tu był, mógłby się na nią rzucić chcąc wypełnić zadanie do którego został stworzony. I choć samo w sobie nie byłoby to aż takie złe, to lisica pewnie stanęłaby wtedy po stronie tej wariatki i rozlew krwi byłby nieunikniony.
Kiedy Jokasta zdawała Niemej relację z tego co się tu wydarzyło, po raz kolejny padło słowa „Spermutowany”. Coldberg nie mógł się powstrzymać przez zapytaniem o to.
-Po laz kolejny powtószyłaś to słowo, Jokasto. „Spelmutowany”. Mogłabyś wyjaśnić co to takieko? - Student splunął krwią, która wypłynęła z dziury w języku. Za dużo gadania w zbyt krótkim odstępie czasu i już zaczynał odczuwać bolesne konsekwencje. - I cy mokłapyś potać mi jakiś śrotek, któly wspomosze lekenelację mojeko jęsyka?

W oczekiwaniu na odpowiedź oraz lek, Mathias zajął się mimirem. Dał sobie spokój ze sprawdzeniem swojej pierwszej teorii, po przemyśleniu zdało mu się to zbyt proste żeby mogło być rozwiązaniem. Przyjrzał się uważnie czaszce i przypomniał sobie swą pierwszą myśl na jej widok: „Wydawało się, że pożółkły byt przecięła niewidzialna oś, którą potem ktoś przekręcił. ”. Klamka powiedziała wcześniej, że mimir poda hasło, a nie podpowiedź do niego, więc może rzeczywiście ktoś go przekręcił? Może czaszka była swoistą kostką rubika, którą trzeba było „ułożyć”? Z racji, że nie było innego sposobu na sprawdzenie tej hipotezy, Mathias chwycił mimira i spróbował przekręcić go delikatnie w miejscu, w którym powinna się znajdować owa „niewidzialna oś”.

Wiwernus

Wiwernus

17. września
Post ID: 83462

27 Września 1991 r., Berlin

Sny. Pierwszy był tylko zwiastunem kolejnych, jeszcze przykrzejszych i dołujących, choć i on wystarczył, aby jego wspomnienie zadręczało go w najbardziej nieoczekiwanych momentach, szczególnie tych przyjemnych. Zdawał sobie sprawę, że lęk jaki go ogarnął wykraczał poza normę, bo ślimakoklucz wyczuł go na odległość, wygramolił z zamrażarki i bezwstydnie zasiadł obłym ciałem na jego czole. Nawet zimny metal nie wybudził mechanika z koszmaru. Wraz z końcem męki, wygramolił się z łóżka. Z trudem, bo uparte stworzonko przywarło do jego czoła i nie chciało zejść. Zmuszony był paradować po mieszkaniu ze ślimakiem przyczepionym do głowy, przez co wyglądał niczym pokojowe monstrum. Zajrzał do Joanny, również nękanej przez złe sny i moczącą jego łóżko, napił się wody i wrócił do siebie. Przynajmniej nikt nie dzwonił.

Dnie okazywały się, przeciwnie do nocy, przyjemne jak nic innego dotąd w jego życiu. Sakrament pokuty dodał mu sił i woli do działania. Wiedział co ma czynić i nie zamierzał się cofać przed realizacją zamierzonych planów. Zmiana była zauważalna także w jego wyglądzie. Nabrał sił i rumieńców. Nawet sąsiedztwo bardziej zdawało się go dopingować w jego miłostkach zamiast zadręczać niestosownymi pytaniami.

Zdeterminowany nie miał już oporów, aby wyznać swoje uczucia i przyznać do pożądania, a także zaprosić kobietę swojego życia na szereg aktywności, które miałyby dowieść jego zainteresowana, a jej przynieść uciechę w szarej berlińskiej rzeczywistości. Przemawiał w typowy dla siebie sposób – dziwny, przesadnie formalny i szarmancki, jego porównania były nienaturalne i niepotoczne – kobieta jednak uznała niemieckie zaloty za szczere, piękne i romantyczne. Zgodziła się na wszystko co zasugerował, a sama od siebie zaproponowała – w ramach swoistej wymiany – na poświęcenie się także dla niego. Zbierała siły, aby przełamać lęk przed pojazdami i odwiedzić go w miejscu pracy. Warsztat przerażał ją samymi opisami, wiedziała jednak, że dzielą podobną fobię i skoro jej wybranek zdolny był zająć się machinami, które wybiły mu połowę rodziny, to i ona sobie z nimi poradzi. Uznała, że skoro Pringsheim gotowy jest na terapię, ona może współuczestniczyć w niej razem z nim.

Wieczorem zadzwonił do rodziny, aby podzielić się efektami jego pracy i wspaniałą relacją z Francuzką. Bratowa była zachwycona i nie żałowała, że zabrała ze sobą synów. Była przekonana, że szwagier potrzebuje teraz i intymności, i spokoju do działania w swoim śledztwie. Po ostatniej rozmowie - z przykrym i bolesnym początkiem – wykazywała się cierpliwością w wysłuchiwaniu przydługich monologów o nowym członku rodziny. Rozumiała wybór Jörga i nie musiał się jej tłumaczyć, zaakceptowała jego decyzje. Dopiero po odłożeniu słuchawki uświadomił sobie, że rozmawiał z kobietą, której niecne oprychy porwały męża i ojca jej dzieci. Jej cierpliwość, odwaga i siła udowadniały jak wspaniałą jest kobietą.

A potem zadzwonił do Elisy i urokliwy dzień został przyćmiony. Nie chodziło nawet o to, że siostra za nic miała miłostki krewnego i w pełni skupiła się na poszukiwaniach brata. To był wstanie zrozumieć każdy zdrowo rozwinięty pod kątem emocjonalnym osobnik. Nie chodziło także o same poszukiwania. Te szły zaskakująco dobrze, policja błyskawicznie zajęła się sprawą i odwiedziła podejrzanych, uznających ich za dostatecznie dobrze umotywowanych oprychów do działania przeciw dobrotliwemu, wzorowemu obywatelowi Pringsheimowi. O ile sekciarze zdawali się być zaskoczeni oskarżeniem i bardziej skupili się na swoich sprawach, o tyle niezapowiedziana wizyta policji zastała neonazistów w dosyć nieprzyjemnych okolicznościach. Szczegóły dla mechanika nie były do końca zrozumiałe, ale wiedział, że odwiedzono oprychów nie wtedy gdy trzeba i omal nie doszło do strzelaniny. Fałszywe oskarżenie rozjuszyło ich, tym bardziej, że niedawno jeden z członków grupy, Erik, zniknął w dziwnych okolicznościach. Oprychy nawet nie kryły się z pragnieniem zemsty. Podejrzewały, że Pringsheimowie odważyli im się przeciwstawić, a nieszczęsny dryblas był dla nich ostrzeżeniem. Jörg rozumiał, że w tym momencie, szczególnie bez udowodnienia nazistom winy, grozi całej jego rodzinie odwet. Podzielił się z ukochaną obawami. Konsekwencje ich matactw zaczęły wykraczać poza oczekiwania.
- Policja będzie musiała ich zwolnić w końcu. Nie ma dowodów. To tylko podejrzani, zresztą dobrze wiemy, że to nie oni odpowiadają za los twojego brata. Co prawda odwiedzono ich w „niewłaściwych” okolicznościach, ale i z tego się wywiną, to nie są byle jakie oprychy. Poznałam jednego z nich. Wyrachowani i zaskakująco bystrzy. W ręce policji wpadły najdurniejsze, nieumiejące się kryć głąby. Prawdziwi łowcy dopiero wyjdą ze swoich nor i kamienic. - była zaskakująco spokojna. - Wyjątkowo niefortunny zbieg okoliczności, wyjątkowo. Nie wszystko jednak stracone. Dalej możemy zagrać Janikiem. Dalej mogę pośredniczyć w mediacjach, mam znajomości. Na szali jest los twojej rodziny, a przede wszystkim twojego siostrzeńca, który raczej będzie dla nazistów zakładnikiem niż dla nas wtyką. Słuchaj się mnie, a damy radę. Prawdziwe zagrożenie to Kostka. I nie tylko.

Przeklął noc, która przynosiła tylko problemy. Tym razem jego rodzina zmarła w koszmarze w identycznych okolicznościach, ale oprawcami byli naziści. Pohańbili jego rodzinę na wszelkie sposoby, nie oszczędzając także – w sennej mitologii zaliczanej do familii Pringsheimów – jego ukochanej. Ślimakoklucz już nawet nie jadł strachu, on go żarł, bezwstydnie i ze skowytem przypominającym przeciągnięte mlaśnięcie.

28 Września 1991 r., Berlin

Poranek jak poranek, pełen miłości i ulgi po zakończonych koszmarach. Pościelił zaszczane łóżko po lokatorce, poczekał aż się umyje, a potem pożegnał ją czule, licząc, że nic nie stanie się jej podczas spotkania z potworem. Była zdeterminowana umówić ukochanego mechanika – i siebie zresztą też – na bardziej formalnie spotkanie, pełne intryg, planów i przekabacania wątpiącego na właściwą stronę konfliktu. Tym razem to Jörg stał w oknie za firanką i machał. Obawy nie popsuły mu poranka, bo wierzył w nabierającą determinacji kobietę, a poza tym znalazł sobie zajęcie – telefony. Wydzwaniał namiętnie i w absolutnym skupieniu. W przypadku Waltera odniósł porażkę, aż niemal zwątpił w telefoniczne indeksy, gdyż enigmatyczny jegomość uparcie nie odbierał. Z psychologami było już o wiele lepiej. Obu wyraziło wolę współpracy. Młodszy, podopieczny Janika gotów był zmierzyć z wyjątkowo ciężkim przypadkiem w ramach wymagających praktyk. Wanna swoją naukę już niemal kończył, ale w przeciwieństwie do początkującego psychologa nie rwał się do leczenia. W ogóle nie pasował na nauczyciela, bo sam jąkał się i był ogarniętymi dziwnymi tikami. Miał jednak w sobie coś specyficznego, coś pozwalającego uwierzyć, że da sobie radę z tak ciężkim przypadkiem.
- R-r-robię to tylko dla Janika. - przyznał. - Wiszę m-m-mu przysługę. Dwie przy-s-s-s-sługi.

O ile z Mathiasem spotkać miał się w gabinecie Janika, o tyle Wanna oferował las pod Berlinem, co było dosyć nietypowe. Obiecał jednak, że wspólnych nauk nie zapomną i będą one owocne. Przekonanie tą podtrzymywała Joanna, przekonana, że ekscentryczni psychologowie są niedocenionymi geniuszami. Bardzo ucieszyła go jej wiara i sam fakt powrotu dziewczyny do mieszkania w jednym kawałku. Spotkanie z „potworem” zostało umówione, nawet jeśli kobieta zdawała się nie być przekonana co do jego gotowości do współpracy.
- On jeszcze nie ma porównania między światami. Zachłysnął się wolnością i nie rozumie, że go wykiwano. Jest w Berlinie tak samo nowy, ja my w świecie łamigłówki. - przyznała, zjawiskowa jak zawsze. - Twoja rola to udowodnić mu, że się myli. To ty tu jesteś liderem, nie?

Odegnali troski, udając się najpierw do szpitala, a potem na randkę. Radość była nie do opisania, szczególnie po stronie Jörga, choć i sama piękność przyznała, że tak o nią zadbał, że ogarnęły ją emocje godne Purgatorium. Z radością przyjęła aparat i dobrała wieczorową suknię, a potem podziwiała swojego wybranka w odświętnym stroju na tle nie tak bardzo szarego i pozbawionego perspektyw Berlina. Rozmawiali na wiele tematów, dawkując każdy bodziec i przyjemność.
- Ten film, o którym mówisz... - zaniemówiła. - 1991 rok, premiera we Wrześniu, koprodukcja francuska i niemiecka, motyw wypadku, a także temat podróży... To jest albo zbieg okoliczności łamany przez cud, albo reżyser tego dzieła to demiurg odpowiadający za kostkę, nasze losy i zresztą losy całej planety. Aż mnie ciarki przeszły, takie to niepokojące i ekscytujące. Wybierzemy się na ten film, ale w inny dzień. Musimy dawkować emocje, bo nam się skończą.

Otworzyła się przed nim. Nie w pełni, to było oczywiste, ale zdradziła, że choć pochodzenie ma wysokie i nie poznała biedy, to jednak zaznała wiele bólu w rodzinnym domu. Aktywna przemoc fizyczna ojca, psychiczna przemoc ze strony matki. Wymagania, wymagania i jeszcze raz wymagania, samemu nie reprezentując niczego. Fasada na tle przemocy domowej i alkoholu z młodocianą miss w tle. Była gotowa porzucić marzenie o dziennikarstwie, ale gdy ofiarą stawał się także Garland, uciekła wraz z nim. Chciała dać mu trochę odpoczynku, a sobie czas na przemyślenie życia. Nie spodziewała się, że w Berlinie przyjdzie jej zginąć, przetrwa trudy Purgatorium, a potem zamieszka z miłością swojego życia.
- Nie wiem nawet czy dożyjemy końca roku. Jeśli ten mój wyjazd-ucieczka ma być owocny, to niech będzie na całego. Można mówić o pokojach wiele, ale nauczyły mnie wartości życia i marzeń. Nie porzucę ich, nie będę ich odwlekać. - wstała, a potem uklękła przed nim, samemu rumieniąc się z nietuzinkowości swojego zachowania. Rozeszła się swego rodzaju fala, a kolejne stoliki zerkały na piękność pod jej brzydkim wybrankiem. - Panie Pringsheim, wyjdź za mnie. Widziałeś jak Garland cieszył się z obietnicy spotkania w restauracji. Mamy dość pieniędzy. Zróbmy mu niespodziankę i zorganizujmy wesele.

Wieczorem biegali, odczuwając, że naprawdę żyją. Ułożyli plan treningowy na cały miesiąc, łącząc ze sobą sprinty, długie dystanse i podbiegi z prowizoryczną siłownią w warsztacie i karnetem na fitness w specjalistycznym salonie. Wszechstronne ćwiczenia miały zostać usprawnione o wszechstronną samoobronę pod okiem kolejnego mentora.
- Mathias i Wanna rozwiną twoją psychikę. Ten jegomość zaś zajmie się aspektem fizycznym. - uśmiechnęła się, sięgając po słuchawkę. - Oraz strzelectwem i szermierką.

29 Września 1991 r., Berlin

Córa Anarchii. Punkowy, pełen męt lokal odstraszał nawet w dzień, ale Joanna upierała się przy tym wyborze. Tam gdzie przebywał obecnie potwór wszystko było sterylne, szare i nijakie, tutaj zaś mógł cieszyć się wszystkimi barwami brudu, w miejscu tak podobnym do tego, w którym żył. Dobrze odnalazła się wśród pijaczków, ćpunów i drobnych opryszków z twarzami oszpeconymi na własne życzenie tatuażami, kolczykami i ranami po bójkach. O dziwo Jörg został uznany za swojego, wyglądając na takiego, który nie jedno uderzenie przyjął na twarz.
- Osobnik, którego poznasz potrafi zmieniać kształt, więc prawdopodobnie będzie w postaci stuprocentowo ludzkiej. To istota zła, nikczemna i próżna, pełna jednak talentów, które mogą okazać się przydatne. I będzie miała motyw, aby z nami współpracować. Jeszcze sobie tego nie uświadomiła, ale ten świat nie jest tak pełny zmysłów jak chciała. Stwór ten narodził się, aby nienawidzić ludzi i niszczyć im życie, zrozumie jednak, że nie miało to sensu, najmniejszego. Musimy przyśpieszyć ten proces.

Stwór spóźniał się. Francuska udała się toalety. W tym czasie mechanik zajął myśli kolejnym sennym koszmarem. Znów zabito jego rodzinę, tym razem jednak podczas wesela. Łyknął ciemnego, rozcieńczonego piwa z małą muszką utopioną w cienkiej pianie. Śmierdziało kwasem. Podniósł głowę z nad kufla i ujrzał przybysza.

Równie dobrze mógł mieć dwadzieścia lat, a równie czterdzieści. Twarz pulchna, ciało okrągłe, pozbawiony zarostu, z aryjskim błękitem oczu i jasnymi włosami. Beżowa marynarka na kremowej koszuli, krawat zielony ze złotymi cętkami, okularami duże i z okrągłymi oprawkami, policzki rumiane jakby ozdobione kobiecym makijażem. Zajął miejsce przy barze i zamówił najtańsze, najgorsze, najmocniejsze piwsko.
- Ale najpierw po małym-mocnym na początek dla mnie i mojego przyjaciela Pringsheia. - uśmiechnął się do zakolczykowanej jak bydło barmanki. - Może O'Briena?
- Nie mamy czegoś takiego. - odburknęła. Punkowa muzyka w tle. - Wściekły 2 marki sztuka.
- Macie coś takiego. - uśmiechnął się życzliwie. - I za darmo.

Chwilę barmanka stała w bezruchu, a potem wybuchnęła śmiechem – ku ucieszy mężczyzny – przygotowała dla obu gentlemanów po O'Brienie. Palił przełyk i trawił żołądek, ale orzeźwiał jak nic innego. Pulchny jegomość przeprosił za maniery i oficjalnie przywitał się, wyciągając nie mniej pulchną rękę. Jego skóra była delikatna i zdawała się ozdabiać odciskami przy nawet słabym uścisku mechanika.
- Anthony Henry Ford. Słyszałem, że szykuje się mała rewolucja. Wchodzę w nią, a właściwie używając dualności mowy Purgatorium, jednocześne wprowadzam Pana do niej, Panie Prinsheim. - mówił po niemiecku z amerykańskim akcentem. Głos miał ciepły, spokojny i pełen życzliwości. - Za nim przystąpimy do działania drobna formalność.

Wyciągnął, znikąd, teczkę, a w niej segregator pełen zapisków, dokumentów i notatek. Zademonstrował swoistą umowę, którą podpisać miał mechanik i jego wybranka, tym samym wyrażając zgodę na to, że będzie (będą?) gotów poświęcić życie, zdradzić ojczyznę, oszukiwać, zmienić tożsamość, porzucić wolność i walczyć zbrojnie z przeciwnikami, byle tylko uchronić bliskich i Berlin przed zakusami Szatana sterującego przeklętą kostką. Jak sam przyznał, cywilizowani ludzie gotowość wyrażają przez stosowne oświadczenie woli za nim przystąpią do czynu. Potem, nie czekając na podpis, wyciągnął zdjęcia ukazujące nietypową zgraję przemierzającą dziwne pomieszczenia. Niektóre wykonane były z daleka, przez kamery zewnętrzne, inne zaś wykonane z pierwszej ręki. Mechanik przyjrzał się zdjęciu.
- To wybraniec. Spermutowany. Søren Kürenberger, w którym pokładamy wielkie nadzieje i dla którego żyjemy. Jeśli los pozwoli, będzie twoim przełożonym. Liczę, że w pełni wstąpi na ścieżkę rewolucji. - ważył słowa Ford. - Tutaj też mam kilka ciekawych fotografii.

Przejrzeli plik zdjęć. Dziwne kombinezony, lamy, naćpany gwiazdor, staruszek z córką i w końcu poznany bardzo przelotnie Anshelm, zapłakana Joanna (!), Alois pełen samozadowolenia oraz Carl z młotem i pełen wątpliwości. Na moment dech mu zaparło, a potem jeszcze uświadomił sobie, że osobnik w chitonie, w zbroi, marynarce i z mięsnym szalem był tłumaczem nazisty, którego również miał okazję poznać.
- Wiem. To dużo dla Pana. Droga rewolucji nie jest łatwa. - poczęstował cygarem. - Ułoży pan sobie wszystko w głowie. Proszę zatrzymać fotografie. Musi pan sobie uświadomić reguły gry, to oczywiste. Służę wszelką pomocą. Jestem gotowy osobiście zaprowadzić pana do pokoi, teraz pozbawionych pokojowiczów, co nie znaczy, że martwych i pustych. Szczerze mówiąc, pozwoliłem sobie na małą ingerencję i pańska zamrażarka przenosi teraz do Purgatorium. Jest drzwiami do zaświatów. Proszę jednak nie korzystać z tej możliwości bez mojego nadzoru. Pies jest głupi, ale czujny i pilnuje swej budy. Moja pomoc, przy całej skromności, jest niestety nieoceniona. I o wiele stosowniejsza od tej oferowanej przez Joannę.

Na twarzy osobnika pojawiło się współczucie, smutek i nutka gorzkiego rozczarowania. Zakołysał się na wysokim krześle.
- Joanna to osoba wspaniała. Nie ulega to wątpliwości. Nie mówię tego z szacunku osobistego czy kurtuazji między gentlemanami, w ramach rewolty nie kłamię nigdy, prawdą jest, że w całe tej zgrai lam, religijnych fanatyków, starców i egzotycznych gości nie było osoby o wrażliwszym sercu. Niewinność, czystość. Tak, ale nie znaczy to, że taka osoba będzie dla pana właściwym przewodnikiem. Po pierwsze, chce grać na dwa fronty, podpisała już „umowę” z Hadesem, o czym Pana nie poinformowała, nie w jasny sposób. Fakt, przychyla się do racji naszej strony, ale to przede wszystkim siostra. Nie rewolucjonistka, ani nie żona. Dla brata zrobiła wiele, to od początku o niego jej chodziło. Dlatego też trzymałbym ją na uboczu, nie dopuszczając do ważnych, męskich spraw.

Odsunął się, jakby obawiając oberwania w twarz, szybko wyciągnął zdjęcia-dowody.
- Proszę. - wskazywał na kolejne fotografie. - To przykre, wiem.

Joanna w trakcie dziwnego aktu z Aloisem, z którym potem trzymała specyficzną sztamę i zażyłość. Joanna namiętnie całująca się z czarnoskórym młodzieniaszkiem, całkiem urodziwym. Carl przekazujący ślimakoklucz studentowi w okularach. I Joanna odwracają się od swojej kompani, aby dołączyć do innej grupy. Z Aloisem jako jej członkiem.
- Nic nie jest takie jakie się wydaje. - odwrócił wzrok, a potem spojrzał na Mechanika. - Tak, poróżniam was. Jestem tłustym klinem wbitym między dwójkę zakochanych. Raniącym was niczym ostrze, ale tylko po to, abyście przestali postrzegać się jako szczęśliwą parę. Jesteście osobnymi jednostkami. Rewolucjonistka Joanna mająca zadania odpowiednie do jej predyspozycji i stopnia zaufania jakie jej udzielamy. Rewolucjonista Jörg mający zadania odpowiednie do jego predyspozycji i stopnia zaufania jakie mu udzielamy, znacznie ważniejsze. Pomyśleliście o rewolucji. O to jesteśmy, czekający na kolejnych członków formacji, działający przez dziesięciolecia. Trenujcie razem, doskonalcie się, nie zapomnijcie jednak, że jesteście osobnymi wyspami. Rewolucja to jak wojsko. Jak Kościół. Dla właściwego porządku dyscyplina i wierność rozkazom. Obecnie moim, potem zaś, o ile los pozwoli, Kürenbergera, Spermutowanego.

Ford zrobił się aż czerwony. Barmanka nie zwracała uwagi na jego teorie, biorąc za kolejną paplaninę ćpuna. Polerowała kufle brudną ścierą.
- Podpisz deklarację. - wskazał. - A rewolucja zacznie się. Człowiek u boku potwora, potwór u boku człowieka...

Wątrobowy Domek

Tak, rozkładaj „r” i przelicz je, na pewno. Ja rozumiem, że synestezja wciąga, ale bez przesady, to tylko durny dźwięk, nic więcej! Ostre słowa ostudziły zapęd Otto, dlatego też zapragnął uciec w interakcje i smak kebaba. Nadim, który radził sobie z pokojowymi przeciwnościami losu, gorzej radził sobie z niespodziewanym pytaniem. Przyznał, że poza krótkim incydentem z taksówkarzem bez uprawnień, doświadczenia i znajomości miasta, parał się trudną sztuką przyrządzania specjału w rodzinnym biznesie. Przyznał, że radził sobie całkiem dobrze, a swe talenty zamierzał zaprezentować, choć później. Wykroił z wątroby wielki płat mięsa, a potem instruował lisoelfkę w jaki sposób mogłaby przyrządzić mięso i ubogacić jego smak o sałatki z paproci. Wydawało im się, że kobieta nie rozumie przepisu albo ich ignoruje, pojęła jednak zamysł potrawy błyskawicznie. Po prostu nie jadła mięsa i potrzebowała chwili, aby zrozumieć sposób obróbki mięsiwa. Przynajmniej nie pamiętała, aby mięso jadła, zgodnie z teorią Mathiasa.

- Przykro mi, bardzo chciałabym zostać, ale jak to powiedział nasz lider, mamy obowiązki. W moim przypadku to brat. Kocham go nad życie, jak nikogo innego i uratuję go. Pewnie czeka gdzieś na mnie w tym szarym Berlinie. - Joanna przytuliła się do Lisiej Mamy. - Mogę wziąć od ciebie numer telefonu?
- Nie.

Trochę zbiło to ją z pantałyku, lisoelfka była przecież pełna gracji, kultury i matczynego taktu, szybko jednak wyjaśniła, że telefon własnego numeru nie posiada. Piękność sprytnie pomyślała o tym, aby podać swój numer kobiecie, w Berlinie jednak nie miała żadnego i posmutniała.
- Nie smuć się, moje dziecko. I tak bym do was nie zadzwoniła.
- Bo pogotowie ważniejsze, jasne. - parsknął Alois.
- Kiedy misja kończy się, czas tutaj zwalnia. W Berlinie płynie powoli, u mnie zaś straszliwie szybko. Żeby w ogóle się komunikować muszę więc stać przy telefonie i mówić w zwolnionym tempie, abyście wy, ludzie, cokolwiek zrozumieli. To znaczące utrudnienie. Jeszcze te okrzyki w tle, słaby sygnał...
- Dla ciebie, Mamo, znajdziemy chwilę, nie jedną.
- Nie, nie znajdziecie, Joasiu. - lisoelfka była nieugięta, ale i pełna czułości. - Po misji przychodzi kolejna, a wraz z nią zadania domowe, do których musicie się przygotować. Każda kropla potu w Berlinie to tysiąc kropel krwi w Purgatorium. Nie zmarnujcie ani sekundy, o to was proszę. Ja wam przeszkadzać nie zamierzam. Dla waszego dobra, oczywiście.

Uśmiechnęła się życzliwie, z lekkim smutkiem, więc ścisnęła mocno Hermana i Jajogłowego na uspokojenie. Tego drugiego było trzeba odciągnąć od knucia spisków, więc oddelegowało go do pracy przy kebabie. Coldberg zadowolony, że jako jedyny pomyślał, aby tłamsić podobne ekscesy w zarodku, obserwował go, jak i skorpiona. Wszystko to na oczach białej pijawki, która doskonale zrozumiała przekaz, co tylko świadczyło o mądrości młodego studenta. Wiedziała, że będzie miała „lepszą” opiekę.

Długo obserwował zachowanie amuletu, który zawieszony na łańcuchu przechylał się w kierunku Niemej myślącej nad układanką i drżał przy każdym jej pewniejszym ruchu. Metal niemal pocił się od złości i pragnienia walki. Niepokojąco narastał, tak jakby Jajogłowy przy piecu wcale nie pilnował wątrobowego mięsa, lecz karmił go jeszcze swoją wiarą. Zastrzegł lisoelfce, aby pilnowała Jajogłowego, ta zaś obiecała, że będzie miała go ona oku. Łysa, czarna owca rodziny jak to sama określiła.
- Spermutowany to świeży termin, zaczerpnięty ze slangu pasjonatów kostek rubika. Oznacza on wybrańca, tego którego wiara będzie tak silna, że wpłynie na rzeczywistość kostki w każdym jej calu. Stanie się Bogiem. I przyniesie harmonię, pierwotny stan. Zastał kostkę rozgrzebaną, zostawił rozwiązaną...

Wykorzystała zmagania przy Mimirze, aby zdradzić Walterowi kilka sekretów alchemicznego fachu. Nie kryła faktu, że dni jego świetności minęły, ale nakazała nie tracić wiary i wydobyć z siebie nowe, zastępcze talenty. Przyznała, że miał bystre oko, cierpliwość i upór potrzebny do pracy przy paprociach, inni zbyt ulegali presji czasu lub byli zbyt nieprzyjemni wobec delikatnych roślinek potrzebujących uczucia i czulości. Piontek miał w sobie rolniczego ducha. Razem przygotowali eliksiry specjalne, z wyższej półki o specjalnych właściwościach. Ta dla Mathiasa miała niemal w całości przywrócić mu zdolność mowy, ta dla Anshelma wzmocnić jego siłę, zaś zaoferowana Walterowi odurzyć go niczym indiańska roślina, pozwalając sięgnąć po zamglone wspomnienia. Wszystkie niestety miały silne właściwości psychoaktywne.
- Purgatoronina czy jak to tam zwiecie, ten cytrynowy i pieniący się proszek z kryształkami, to tak naprawdę specyfik z obrobionych paproci. Hans jest jaki jest, przede wszystkim się odurza, ale jego zmysły się przez to wyostrzają, regeneracja wzmacnia się, a umysł otwiera na moc sugestii, którymi może kreować cuda. To co daje wam Pies to przede wszystkim wizje, podniecenie i wzmocnienie doznań, ja daję wam szamański rytuał, który przybierze takie właściwości w jakie uwierzycie. Bierzecie to jednak tylko i wyłącznie na waszą odpowiedzialność. Efekty są zależne od waszej wiary. Takie placebo, ale innego kalibru i może się obrócić przeciwko wam. - zawahała się, a potem podała jeszcze dwa flakoniki płynnej purgatoriny dla gwiazdora i tłumacza. - Jeżeli już tak bardzo chce się odurzyć, niech ma, ale dajcie mu wypić dopiero po misji. Spermutowany zaś niech uwierzy, że butla to broń. Jego Oddechy Abbadona będą przy tym niczym. Z łatwością przyjdzie mu przyjąć, że ten specyfik to bomba, szczerze mówiąc boję się, że przesadzi.

Anshelm przyjął miksturę.
- A co jeżeli ten dźwięk jest onomatopeją? Może odpowiedź na zagadkę to słowo „warkot”, ewentualnie „warczenie”? Lub też „charkot”, ewentualnie „charczenie”.
- Jesteś debilem. - Alois podbiegł do drzwi i zaczął wklepywać podpowiedziane słowa. - Próbuj, nie mów co mamy robić.

Klamka uśmiechnęła się tak wymownie, że wszyscy już przymierzali się do dalszej drogi, przejście jednak nie otworzyło się. Żyd ma rację, przyjmij tę lekcję, goju. Rozwiązanie jest jak najbardziej sensowne, niestety niezgodne z kluczem. Dostaniecie dodatkowe punkty i mały bonus za wspólne rozwiązanie.

Dokładne pomiędzy nazistą i żydem zmaterializowała się pigułka, która upadła na ziemię. Żółta, z dziurami, o intensywnym zapachu, z pleśniowymi nutami, przede wszystkim serowa konsystencja, ale i mająca cechy twarożka. Wpatrywali się w dar od Mistrza Gry, ale tym razem pierwszy uprzedził ich Herman. Podniósł prezent.
- Nie mąćcie spokoju w lisim domu. - odważył się powiedzieć i schował pigułkę do kieszonki stroju. - Idźcie już.
- Oddawaj. - przedsiębiorca delikatnie podniósł kuszę. - Nic mi nie zrobisz. Jesteś samobójczą pizdą. Nawet twój Charonita to pizda.

Muzyk zniecierpliwił się, chciał zostać z lisoelfką sam na sam. Patrzył spod łba na żyda i nagle olśniło go. Podbiegł do Mathiasa, który właśnie przekręcił wadliwego mimira i uczynił jeszcze bardziej szkaradnym, bez żadnego jednak pozytywnego efektu. Pochwycił czachę, a potem wbiegł z nią do Wanny pełnej krwi, powoli już krzepnącej. Czerwony plusk oblał Joannę, Leę i Niemą, dwóm ostatnim było to właściwie bez różnicy w tym porytym świecie. Oglądali jak Wagner tapla się w posoce, w wielkiej wannie mógł prawie pływać. Zadziwili się jak dobrze radził sobie w płynach, co bardziej bystrzy wspomnieli jak ochoczo uciekał w Styks przed zagrożeniem, co już było dobrym dowodem na to, że nie umarł od wody i nie boi się jej. Nic jednak z jego kąpieli nie wynikało. Do momentu, gdy nie zanurzył się, a spod wody wydobyły się z bąble i jęk Mimira Pies. Pies. Pies. Pies. Muzyk wynurzył się.
- Mój Charon to pizda, fakt. Wyłowił mnie na anonimowym spotkaniu osób z zaburzeniami. Uznał mnie za „...” - wymówił słowo, które rozumiał tylko tłumacz, oznaczało ono i silnego, i słabego. Tylko taka osoba mogła odebrać sobie życie, łamiąc najsilniejszy z instynktów, czyli życia. - Ale był też mistrzem zagadek. Przedstawił mi się w Pokoju Narodzin takim jakim jest, Wanną, nie chciałem go słuchać, ale zapamiętałem jego słowa. Dlaczego Charoni zostali odcięci od komentowania w tym pokoju? Poznali zagadkę z Lisoelfką i poznali zagadkę z Mimirem! Kto rozwiązał tą drugą? Wanna. Sam mi przyznał, że pseudonim ten nadał mu Janik po tym, gdy rozwiązał „najlepszą” z zagadek. Także po tym, gdy przyznał w tym pokoju, że odebrał sobie życie w wannie, no dobra, ale na pseudonim złożyły się dwie przyczyny. W każdym razie, czaszka musiała zostać zanurzona. Podawała nam właściwie hasło, było jej tylko trzeba zapewnić odpowiednie warunki.

Mimir pływał ochoczo w krwi, zachowując niczym ryba. Radował się. Po chwili Herman już dumnie stał przy drzwiach i wklepywał hasło, po którym drzwi otworzyły się, odsłaniając mrok. Uśmiechnął się zawadiacko, jak nie on, a pigułkę oddał naziście. Uznał, że ten na nią zasługuje najbardziej. Potem pożegnał się, życząc wszystkim kompanom powodzenia w trzecim pokoju przemiany. Towarzyszyła mu Lisia Mama, przypominająca o umowie.
- Trzymam cię za słowo. - podała rękę Otto, liderowi i podbiegła do Waltera. - A ciebie nie zostawię bez jeszcze kilku całusów. Dbaj o córkę i wróć do swojej żony. Obiecaj mi.

Lea uśmiechnęła się delikatnie. Przyznała otwarcie, że choć chciała w wściekłości zabić lisoelfkę za to co chciała uczynić, nie była do tego zdolna. I nie żałuje, bo warto było jej dać drugą szansę. Ceniła kobietę jak mało kogo, widząc w niej zwielokrotnienie matki, która nigdy nie ośmieliła się jej puścić wolno.

Pokój Więzienny

Ciemność w Purgatorium była gęsta i nieprzenikniona, ale tylko pozornie. Dało się ją przełożyć na inne zmysły, które każdy z pokojowiczów odbierał inaczej, czasem bardziej dźwiękiem, innym razem zapachem, a jeszcze innym razem przez chłód przeszywający ciało. Zawsze jednak uczucie to było nieprzyjemne. Jeśli mrok przekładał się na zmysł słuchu, dźwięk był nieprzyjemny i przeszywający. Jeśli na zapach, zaduszał niczym opary siarki. I przede wszystkim był zimny. Wiedzieli, że czas ich ponagla, więc maszerowali, cały czas zwiększając tempo, choć boleśnie obijali się od kolejnych ścian. Tunele były wąskie i kręte. Tylko ci w kombinezonie obyli się bez siniaków i stłuczeń, pozostali nie mieli zbyt lekko. Wiedzieli jednak, że są coraz bliżej, bo szloch malca był coraz głośniejszy.

Nagle jednak zmienił się w pisk małej lamy. Goebbels kroczący z tyłu wyrwał do przodu, przewracając cały zespół, a potem jego pomruk oznaczający nawoływanie kopytkuję z pomocą zaczął blednąć i oddalać się, jakby opadał.

Rozbłysło światło, które oślepiło wszystkich. Przez minutę nie mogli ujrzeć niczego i turlali się. Lama wyła z bólu, błagając ich pomoc. Zrozumieli, że znajdują się w więziennym labiryncie ze „skórką”, która zmieniła go w Führerbunker. Anshelm podziwiał szczegółowe odwzorowanie (o ile można tak mówić w przypadku labiryntowej wariacji), zaś Otto i Walter spojrzeli na rozpadlinę i futrzaka nadzianego na ostre kolce. Paproć nie przebiła narządów wewnętrznych i nie odcięła kończyn. Ruszała się powoli, przymierzając do poszatkowania Goebbelsa, by potem wsunąć jego kawałki do swojej paszczy.

Janik Eckstein

Typowy przedstawiciel złej paproci, nikczemnego chwasta. Wyrasta, pochłaniając światło i rosnąc do postaci pełnej ostrzy rośliny. Kto na nią wpada, zostaje oślepiony uwolnionym światłem. Paproć pożera poszatkowane, nabite jedzonko i znów zapada w sen. Wyjątkowo upierdliwy byt, szczególnie podczas pośpiechu.

Obserwowali jak futrzak dzielnie walczy z bólem i wysuwa się z ostrzy, a potem desperacko próbuje wspiąć po zboczu. Z trudem pochwycili ciężkiego kompana i dodali mu otuchy w bólu. Roślina prychnęła i znów zaczęła pochłaniać światło. Wszystko pokrył mrok.

Janik Eckstein

A w ogóle to witaj, Mathias. Koncertowo rozegrałeś lisoelfkę, choć z Mimirem tak sobie poradziłeś. Czemu nie posłuchałeś Romantyka? Był przecież z nami w Pokojach, nie pamiętałeś? On wam cały czas podawał hasło!

Amfa była bardziej wylewna, niemal płakała ze wzruszenia, tak bardzo poruszyła ją przemiana tłumacza. Widziała w nim wybrańca, który przyniesie porządek i będzie w przyszłości prawą ręką Psa. Zachowała w sobie na tyle pokory, aby w ogóle jej to nie przeszkadzało.

Amfa

Jesteś godny zostania Kapłanem Psa, pełnoprawnym. Wyczekuj święceń.

....

Koniec pokoju. Pisk małej lamy ucichł, a mroki rozświetliły pochodnie. Wszystkich pokaleczyły boleśnie złośliwe paprocie, ale obyło się bez odciętych kończyn, przekłutych organów wewnętrznych i pożartych kompanów. Spojrzeli na kraty za którymi ośmiu szaroskórych osobników grało w karty. Dziewiąty przy kratach na przemiennie przybierał postać małej alpaki i chłopczyka. Dziesiątego, schowanego w cieniu ledwo widzieli, wydawał się nie być zbyt zainteresowany. Grający jednak wyraźnie ożywili się. Ich wzrok wyrażał przede wszystkim wstręt wobec ludzi, ale i chore zaciekawienie. Ulga malowała się na ich twarzy, jeden nawet przyznał, że dokonało się.
- Jest nas dziesięciu, ale wybrać możecie tylko siedmiu. Król nie wiąże się kontraktem z byle kim; Nimfa swój już ma; ja w pewnym sensie tez, na wieki - na te słowa muskularna kobieta uśmiechnęła się, a mówiący posmutniał. - Jakby co, to nie polecam Dziewczynki. To on was zwabiał na kolce i wrzeszczał jak opętany, byle tylko obarczyć durną lisią kurwę jakąś znaną mu tylko winą.
- Czekamy tu tyle lat dla jednej takiej szansy. Nie mogłem się już doczekać. - najniższy zmiennokształtny dalej wspierał się o kraty i spoglądał na wszystkich ludzi, jakby szacował ich żywoty. - Selekcja. Najgorsi odpadną.
- Sam udowodnij ile jesteśmy wart.
- Jeśli dostanę kobietę. - zapierał się. - Zawsze chciałem zostać kobietą w Berlińskim życiu.

Jego rozmówca wyjął włócznię i rzucił w konusa. Ten wykonał salto w tył, w powietrzu pochwycił broń i niczym olimpijczyk wykonał kilka obrotów w powietrzu i to tak widowiskowych, że zaparło wszystkich dech. Potem jeszcze długo walczył z cieniem, popisując się wachlarzem śmiercionośnych technik i umiejętności tak zaawansowanych, że z miejsca wydał im się cennym wsparciem. Jego talenty porównywalne były z Niemą.
- Wszyscy tak potraficie? - spytał Ferenz, a sobowtóry kiwnęły głowami. - No to sobie jednego wybiorę.

Obejrzał wszystkich dokładnie, szukając najlepszego wyboru. Inwestował. Padło na tego, który przemówił jako pierwszy, okazało się jednak, że nie może dojść do rytuału. Podpisał kontrakt wiele lat temu z niejakim Walterem Piontkiem, a ten zaskoczył wszystkich i wygrał rozgrywkę, opuszczając pokój. W takim przypadku sobowtór zostawał uwięziony i nie mógł opuścić więzienia juz nigdy. Cena. I wtedy dostrzegł, że emeryt jest wśród Berlińczyków i rozpłakał się jak dziecko. Słabszy, starszy Osiołek miał teraz „szansę na porażkę”. Sobowtór już snuł plany opieki nad ewentualnymi dziećmi Waltera, nie mając pojęcia o Lei, nie śledził zbyt uważnie interaktywnych broszur od Hadesa. Ostatecznie żyd zdecydował się na szaroskórego grubasa walczącego z kostką rubika zawieszoną na łańcuchu, która obracała się w locie, tnąc wszystko na plasterki. Zaraz po nim zdecydowała się Lea, idąc w ślady ojca sprzed lat. Jej wyborem był wysoki i chudy doppelganger z ostrą obręczą. Zostało już tylko czterech. Goebbels wybrał niziołka. Nie wiadomo jakie kryterium obrał przy swojej decyzji.
- W tym tempie to nie zostanie nas wielu. - Dziewczynka przybrał postać Mathiasa. - Może ty się skusisz? Będę dbał o twoją rodzinę.
- Wybierz mnie. - inny zalecał się do pełnego wątpliwości Nadima. - Mnie.

Król Sobowtórów siedział w cieniu, niewzruszony. Znudzone własnym towarzystwem sobowtóry chciały opowiedzieć historię tego, który nie zadowalał się byle kim i liczył na kontrakt z samym Spermutowanym, na którego czekał od wieków. Ferenz jednak kazał im się zamknąć i podbiegł do drzwi z prośbą o kolejne zadanie do wypełnienia, ku dziwnej radości szaroskórych, które zdawały się wiedzieć doskonale o losie swoich ludzkich braci. Pod presją czasu Joanna zdecydowała się i pobiegła do krat, by zawiązać kontrakt z jedną z kobiet. Opuściła krwi z palca i wystawiła przez kraty, a doppelgangerka zaczęła podchodzić. Kobietę przeszył dreszcz.
- Długo tu jesteście?
- Dłużej niż wy żyjecie.
- Jak was przywołać w boju? - spytała.
- Trzeba zacząć tańczyć. - odparła jej kontraktorka, z dziwną uprzejmością. Kolejna durna mechanika, taniec w boju - Za każdym razem sobowtór wyłoni się i wspomoże w bitce. Do czasu śmierci jego lub jego kontraktora.
- Częściej kontraktora? - spytała.
- Szybko łapiesz, maleńka. - Joanna w ostatniej chwili cofnęła palec. - Co jest?
- Mój brat nie lubi starych bab. Zmieniam zdanie.

Klamka skupiła się, a w drzwiach wyłoniło się kolo podzielone na trzynaście pół. Do każdego przyporządkowana była podobizna jednego z graczy. Nakazała wyłonić losującego. Czas naglił, więc nie wybrzydzali, gdy Carl postanowił zakręcić kołem. To on wyłonił sześć par.

Pary


Joanna; Nadim
Carl; Anshelm
Niema; Pies
Hans; Alois
Walter; Beata
Lea, Lama
Mathias; Otto

Niedopasowanym był jedynie tłumacz, niektórzy składali mu podziękowania za jego aktywność i pomoc, tak jakby był juz martwy. Jemu jednak oszczędzono trudów wyzwania, choć tylko i wyłącznie dzięki szczęściu. Sobowtóry przybliżyły się do krat, nawet ich „Król” zaciekawił się i spoglądał na reakcje pokojowiczów.
- Te drzwi prowadzą do pomieszczenia, w którym przyjdzie wam zaznać miłości. Czy jesteście jej godni? Muszę to sprawdzić. - zaczęła. - Dobraliśmy was w pary. Pocałujcie się namiętnie, a drzwi otworzą się. Wszyscy. Za wyjątkiem pechowego Guru oczywiście.

Popłoch i gromki śmiech sadystycznych sobowtórów. Lea zasłabła. Alois z miejsca zadeklarował, że nie pohańbi się w podobny sposób i wymachiwał kuszą.
- Ja jestem go-gotowy na to poświęcenie. Dla dobra całego Berlińskiego zespołu. - ogłosił Nadim, unikając wzroku teścia, ale nikt go nie słuchał.

Niema podeszła do Psa, którego zdążyła już zresztą dobrze poznać w pokojach. Ten również okazał się być bezproblemowy, zresztą w czasach swej normalności lubował się w kontakcie z dziewczętami. Ich pocałunek był pozbawiony namiętności, ale długi i intensywny.

Miliarderka zakradła się za emeryta i próbowała przybliżyć do siebie, traktując wyzwanie jako niewinną, dziecinną igraszkę. Carl nie był tak zadowolony, ale nawet przymierzał się do lekkiej sugestii naziście, którego tak się bał, aby zainicjować choć delikatne muśnięcie ust. Był wstanie przełamać strach i obawy przed popełnieniem grzechu, ale po minie widać było, że widok blizn obrzydza go. Pojął co czuły dziewczyny ignorujące jego ukochanego braciszka.

...

Limit Czasowy

48:59

Tabris

Tabris

18. września
Post ID: 83467

-Witaj młoda damo. Nazywam się Walter Piontek, jestem emerytem i podobno w swoim czasie byłem tu lokalną legendą.
~~~
Druga część pobytu w Wątrobowym Domku była o wiele bardziej satysfakcjonująca od pierwszej. W końcu uwarzył wywar i nie wywalił się przy tym. Dzięki wskazówkom właścicielki pomieszczenia opanował nowe sposoby warzenia mikstur i pomógł innym, pozyskując, miał nadzieję, sojuszników. Jego słowa też miały jakiś wpływ na decyzję Jokasty. Co prawda nie był pewien czy uda im się spełnić warunek przetrwania wszystkich - martwił się szczególnie o Carla, Bulmę i Joannę, ale przynajmniej wyszli. Wagner zrehabilitował się podając hasło. Na dodatek żyd i nazista nie otrzymali nagrody za podanie rozwiązania, co sprawiło mu tyleż skrytą, co szczerą satysfakcję.
~
Lisoelfka miała rację. O ile jeszcze w Pokoju Narodzin mógł się łudzić, że jest kimś legendarnym, silniejszym od innych, mentorem. Osobą, która przeprowadzi Leę bezpiecznie przez każdą permutację i przy okazji odzyska wspomnienia. Te nadzieje skończyły niczym Burchard Wendelin, początkowo wprowadzając go niemal w załamanie. Dopiero po wydarzeniach sprzed opuszczenia pokoju wróciła mu wiara we własne możliwości. Nie takie duże jak ongiś, ale znowu poczuł się potrzebny. „Teraźniejszość ma własne legendy” – pomyślał patrząc na lewitację i przemianę tłumacza. Jego celem teraz było właśnie uczynienie Lei taką osobą, osobą która zredefiniuje bycie pokojowiczem swojej generacji. Nadal nie wiedział też co z żoną, a dotychczas nie zajmował się tym aspektem swego wypartego życia.
~
Pokój więzienny – po raz kolejny doświadczył deja vu wchodząc doń. Irytujące uczucie, ale i przydatne. Dzięki pamięci i kombinezonowi bez żadnego zadrapania udało mu się dotrzeć do Doppelgängerów. Jeden z nich nawet czekał tam specjalnie na niego. A jak ucieszył się na widok podstarzałego Piontka! Przez moment go zmroziło. Potem odwarknął mu, że ma pomagać, bo jak nie, to już z niechętnym sojusznikiem się uporał. Poza tym on też jest starszy. To drugie dodał aby wybadać naturę stworów – czy starzały się, czy może z wiekiem stawały potężniejsze. Była to istotna różnica; jeśli aspekt fizyczny przeważał starość dopadała i ich, jeśli magia to patynowały się mocą. Z tej bazy wynikała nadbudowa – co zrozumiał patrząc na Sørena. I może zamierzał wykorzystać w przyszłości…
~
Gruba baba z wielką dupą – przypomniał sobie co pomyślał patrząc na – jak się okazało – Beatę. Dotychczas zachowywała się jak stereotypowa japońska turystka, jakkolwiek gabarytami dorównywała całemu autobusowi azjatów. Przynajmniej nie była Leą – wylosowanie jej byłoby najgorsze. Inny mężczyzna byłby krępujący. Nie było tak źle. Sama do niego podeszła – to też było pozytywne. Koniec końców ułatwiało nawiązanie kontaktu. Cokolwiek ich tam spotka… Niepokoił się o córkę, nie dość że dostała jako partnera (?) tą niedorzeczną lamę, to dodatkowo stwór był ranny. Teraz nie dysponował odpowiednim lekarstwem. Durne zwierzę.
~
Na partnerkę chyba miał sposób. Był doświadczonym mężczyzną i znał już ten typ kobiety. Wszystkie panie, które obejść to można było bułkę zjeść, były nieco do siebie podobne. Przede wszystkim traktować je należało jak podlotka. Poza tym traktować jak damę. Będąc w Polsce tyle lat nauczył się nieco tamecznej galanterii wobec kobiet. Nic to, że była sprzeczna z etosem ludowego państwa! Polacy nadal pozostawali pańszczyźnianymi chłopami snobującymi się na dziedziców, którzy to szlachetkowie udawali magnatów, zaś magnaci starali się żyć jak francuscy królowie. Tak więc kornie chwyci Beatę za dłoń, ucałuje, przedstawi się, a potem złoży pewną ofertę.
~~~
- Czy moglibyśmy zatańczyć? Łatwiej byłoby przejść do całowania, a poza tym nie wiem co te stwory rozumieją jako taniec. Ja niestety potrafię tylko klasycznego walca, tych waszych młodzieżowych tańców nie rozumiem ani trochę. A skoro ma to wywołać Doppelgängera, warto przećwiczyć teraz. No i inni nie trafili tak dobrze jak ja, trochę im zajmie nim się przełamią.

Xelacient

Xelacient

21. września
Post ID: 83478

I skończyło się na tym, że chyba tylko on zawarł umowę z Lisicą, no ale trudno, ważne, że przepuściła ich wszystkich.

Wędrówka przez ciemny labirynt przypomniała Kamphausenowi jak kiedyś na nocnej zmianie zrobili próbną ewakuację zakładu. Szefostwo za bardzo wczuło się w symulację toteż odcięli całą elektryczność w budynku, przez co wszyscy pogrążyli się w ciemnościach. Większość pracowników zgubiła się po drodze, zaś Otto był wśród garstki tych co wyszli. Wtedy też przewodził, jakby w chwili stresu zapomniał o swojej nieśmiałości.

Teraz było podobnie... tyle, że gorzej. Gdy ujrzał schwytana lamę przestraszył sie bardziej niż powinien (w końcu to było tylko zwierzę!), ale na szczęście wspólnymi siłami dali radę je uratować.

Przynajmniej tyle dobrego, że pobyt w Wątrobowym Domku zregenerował go na tyle, że mógł już sprawnie się poruszać... tak mu przynajmniej sie wydawało.

Gdy w końcu stanęli przed szaroskórymi Otto łypał na nich podejrzliwie... - "Doppelgängery" - mruknął wspominając słowa lisicy. Ryzyko ryzykiem, Otto był je gotów podejmować, ale na własną odpowiedzialność, a nie swojej rodziny. Już bez ingerencji wichrzyciela w zewnątrz było z nią wystarczająco źle. Im dłużej na nich patrzył tym więcej miał wątpliwości? A co jeśli przeżyje i będzie musiał zostać z Lisicą? On zostanie, "tamten" go zastąpi? I w sumie co stało na przeszkodzie, żeby w czasie walki szaroskóry "przypadkiem" nie zabił tego, którego miałby zastąpić.

- Zostaw ich Tahir, nie potrzebujemy ich pomocy - rzekł odciągając wahającego się zięcia (niedoszłego!) od krat, by zapoznać się z zadaniem. Nie, żeby to co usłyszeli spodobało się Der Chemikerowi, ale wszystko potwierdzało jego teorie.

- Tahir, Ty mi już tutaj nie opuszczaj skromnie wzroku - zwrócił się ponownie do araba kierując go w stronę Joanny - możesz sobie wierzyć, że to jest jakieś islamskie piekło, ale skoro już tutaj jesteś ze mną to się mnie słuchaj, ja nas w to wpakowałem to ja nas wyciągnę z tego. Tak, dobrze słyszałeś Tahir - powtórzył widząc zdziwienie młodzieńca - ty kierowałeś, Hans w nas wjechał, ale to JA zgodziłem się na tą wspólna przejażdżkę i to JA wziąłem odpowiedzialność za jej konsekwencje... a przy okazji mogę pomóc reszcie - dodał spoglądając na Joannę - do czego zmierzam? Posłuchajcie, ja wciąż jestem przekonany, że my wszyscy bierzemy udział w tajnym eksperymencie medycznym, a wszystko co tutaj przeżywamy to tylko symulacja... iluzja, która pobudzić nasze organizmy do regeneracji... stąd ten cały ból jaki doznajemy, regeneruje on nasze nerwy - ciągnął pospiesznie - byliśmy w wątrobie, ten labirynt pewnie reprezentował nasze jelita, długi, kręty... i zawierający kosmki jelitowe, które wchłaniają substancje pokarmowe jak tamta roślina - wtrącił mimochodem - a co jest obok wątroby i jelit? Układ moczowy-płciowy! - dodał jakby to było coś oczywistego - słowa tamtej klamki to tylko potwierdzają! Do czego zmierzam? Eh... jakby to ująć - dodał z wahaniem, po czym juz ciągnął znacznie wolniej - wy jesteście młodzi, życie przed wami, dzieci mieć dopiero będziecie. Jednak, żeby mieć te dzieci to wasz... układ płciowo-moczowy musi działać bez zarzutu, a żeby działał bez zarzutu to musi zostać w pełni zregenerowany, a żeby został w pełni zregenerowany to będziecie musieli go odpowiednio zastymulować! - wykrztusił w końcu - zrozum Tahir... ja już jestem stary, moja żona to rozumie, dlatego nie ma mi za złe, że mi już... nie staje, że nie mam erekcji... ale jak Ty sobie wyobrażasz swój związek z Laurą, gdyby już nigdy więcej w życiu penis by Ci nie stanął?! Nie wyobrażasz tego sobie? No właśnie! I to samo sie tyczy Ciebie Joanno! - dodał zwracając sie do piękności (z poparzona twarzą) - możesz przeżyć to miejsce, ale czy uda Ci się stworzyć jakikolwiek związek jeśli będziesz miała - zatrzymał sie szukając odpowiedniego słowa - sparaliżowane mięśnie miednicy? Toteż tak, zachęcam was, byście prędzej czy później poświęcili te pięc minut na odbycie stosunku seksualnego... możecie nawet do tego wciągnąć Mathiasa i Leę. Jesteście młodzi, przyda wam się to. A w tym czasie takie stare dziady ja ja, Walter i Alois będą was chronili... oczywiście nie chcę was do niczego zmuszać... mówię wam to tylko dla waszego dobra, a teraz się pocałujcie i niech to będzie tak namiętne jak tylko to potraficie to zrobić! - dodał i w końcu westchnął z ulgą, zrobił się czerwony jak burak i do tego cały sie spocił.

W końcu nic dziwnego, pierwszy raz w życiu namawiał młodą parę do zrobienia orgi, ostatni raz był tak zawstydzony gdy matka tłumaczyła mu jak uwodzić kobiety, a także jakie cechy powinna posiadać idealna aryjska wagina. To było jednak krepujące dla młodego Otto i dla tych wszystkich kobiet, które rozkładały przed nim nogi, gdy ten zamiast brać sie do "roboty" to z latarką dokonywał oględzin ich pachwin.

No nieważne, Otto jak każdy porządny Niemiec troszczył się o los następnego pokolenia i dla jego dobra był gotowy na każde poświęcenia!

Została kwestia pocałowania Mathiasa, tu nie było co kombinować.

- Dobra, choć tu mały gnoju, zaznasz trochę ojcowskiej miłości! - rzucił teatralnie by dodać sobie animuszu - pocałujemy się po radziecku! Widziałeś to kiedyś w telewizji? Zrobimy to tak samo jak ci dygnitarze partyjni! - dodał rozkładając ręce.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

23. września
Post ID: 83481

Słowa Żyda sprawiły, że się wewnętrznie zagotował, choć wiedział, że ten ma trochę racji. Już wcześniej pragnął go zabić, ale przeczuwał, że zaświaty zadadzą mu więcej cierpienia niż on by zdołał. Słowa wypowiedziane przez klamkę skonfundowały Anshelma.
„Czyżby żydowskie spiski i układy były obecne nawet w życiu pozagrobowym?”

Uśmiechnął się do Hermanna, który podał mu serową pigułkę.
- Dziękuję. Na pewno zrobię z niej użytek. – Powiedział i schował pigułkę do kieszeni, w której trzymał nóż. W drugiej wciąż znajdowało się cytrynowe ciastko cuchnące rozkładającą się pijawką. Chciał je wyrzucić, ale uznał, że w tym pokręconym świecie może mu się jeszcze do czegoś przydać.

- Goebbels! – Krzyknął przestraszony Anshelm. Sam zdziwił się swoją reakcją. Doszło do niego, jak bardzo zżył się z lamą, mimo, że do tej pory jedyną interakcją między nimi było karmienie pędem bambusa. Nigdy nie miał ręki do zwierząt, a to bydlę okazało mu sympatię, czuł się więc za nie po części odpowiedzialny. Jego uwagę odwrócił jednak wystrój miejsca, w którym się znaleźli. Führerbunker, zupełnie jak prawdziwy. Zerkał to na pomieszczenie, to na ranną lamę w objęciach kolczastej rośliny. Szybko się jednak napatrzył i razem z resztą ruszył Goebbelsowi na pomoc. Kiedy wyciągnęli go z dziury, wszystko na powrót skrył mrok.

Początkowo chciał przyjąć ofertę sobowtórów. Na towarzyszach broni i wizerunku aż tak mu nie zależało. Nie miał rodziny, ani innych bliskich. Szybko jednak odezwała się w nim wrodzona nieufność.
Ten stwór dostaną swoją szansę na „ludzkie życie”, tylko jeżeli człowiek, który zawiązał z nimi umowę zginie. To znaczy, że zapewne bardzo by pragnęły jego śmierci. Nigdy nie wiadomo, czy w ferworze walki nie zastąpi mnie, w czasie, gdy ja będę zdychał niezauważony w jakichś krzakach.
Nie. Poradzę sobie bez ich pomocy.

No nie. Już wolałem walkę z zombie. Anshelma mdliło na myśl o hańbie, jaka go zaraz spotka, ale wiedział, że to nieuniknione. Sam pocałunek może nie był problemem, ale żałował, że nie wylosowało mu którejś z obecnych kobiet. Zadanie byłoby znacznie mniej upokarzające.
Odszukał wzrokiem Carla skrytego między dobierającymi się w pary pokojowiczami.
- No chodź żeż. Im szybciej to się skończy tym lepiej.
Nazista stanął na przeciwko mężczyzny i znieruchomiał, dając mu surowym wzrokiem sugestię, że to on powinien zainicjować cały akt.
Sam Anshelm zamknął oczy i uciekł w głąb swojego umysłu. Nie spodziewał się, jak mocno działa wyobraźnia w tym dziwnym miejscu. Chciał przywołać obraz, który mógłby mu jakoś umilić tę paskudną chwilę. Domyślnie twarz byłej żony. Przed jego oczami ukazało się coś zgoła innego.
Tuż przed nim rozciągał się prostokątny basen, długi na jakieś 10 metrów. Jego granice wyznaczały masywne bloki żółtego kamienia, zapewne wapienia lub piaskowca. Woda była wyjątkowo ciemna, a na jej powierzchni pływało wiele liści wodnych. O zobaczeniu dna nie było mowy. Po drugiej stronie basenu, na podwyższeniu z sześciennego, kamiennego bloku stało zwierzę podobne do jelenia, ale znacznie mniejsze. Zapewne daniel albo sarna. Anshelm nie widział rogów, więc przyjął, że to samica. Zwierzę patrzyło na niego. Stało bokiem, ale łeb miało zwrócony w jego stronę. Nie poruszało się. Za stworzeniem znajdował się niewielki zagajnik. Tworzące go drzewa były smukłe i wysokie. Ich liściaste korony były ciemnozielone, niemalże czarne. Poza tym nie widział nic więcej. Nie widział żadnego tła, ani nieba, jedynie wybrane elementy, zupełnie jak we śnie. Znajdował się w bardzo dziwnym stanie, gdzieś pomiędzy snem, a wyobrażeniem. Obraz był nieruchomy i po prostu widniał przed jego oczami. Anshelm nie miał na niego żadnego wpływu. Nawet, gdyby chciał otworzyć oczy, nie potrafiłby tego zrobić. Potrzebowałby do tego powiek, ruchu mięśni, impulsu nerwowego, a tutaj nie było żadnej z tych rzeczy. Był tylko basen, jeleń i zagajnik, zawieszone w jego umyśle. W odmiennym stanie świadomości. Po chwili jednak przekonał się, że nie stracił połączenia z rzeczywistością.
Poczuł usta Carla dotykające jego ust. Przyciskał je coraz mocniej. Daniel, po drugiej stronie basenu z niesmakiem odwrócił łeb, zeskoczyło z postumentu i oddaliło się kłusem w głąb zagajnika. Anshelm chętnie zrobiłby to samo. Enigmatyczny obraz zniknął w mroku i mężczyzna gwałtownie otworzył oczy.

Garett

Garett

wczoraj, 17:18
Post ID: 83482

-Przeszło mi to przez myśl, ale stwierdziłem, że łamigłówki muszą być generowane losowo, skoro część graczy to weterani. Plus Gaduła też z wami wtedy była, a jakoś nie znała odpowiedzi, więc widząc to już kompletnie zignorowałem Romantyka – odpowiedział Janikowi patrząc jak lama uwalnia się z ostrzy złej paproci. Było to dla niego o tyle ciekawe, że w wyniku działania leku od lisicy, ten byt bardziej przypominał mu coś w stylu abominacji z mitologii Lovecrafta, niźli roślinę.
-Panie Soren jak już pszejdziemy, to niech pan spali tę paproć swoim „Oddechem Abbadona”. W ten sposób nie będziemy z nią mieli problemów pszy powrocie – lek prawie całkowicie wyleczył język Mathiasa, pozostało tylko to, że wymawiał „sz” zamiast „rz” i „ż”.

Więzienie Sobowtórów. Mathias był nieco zawiedziony. Jak o nich usłyszał od Jokasty to nawet był gotowy przystać na kontrakt, bo gdyby umarł, to i tak byłoby mu to wszystko jedno, a jego rodzina otrzymałaby wreszcie swojego idealnego, potulnego Mathiaska (do czasu, hehe). Z drugiej jednak strony, bo przemyśleniu tej kwestii, to pewnie sobowtór zacząłby gnębić ludzi uzdolnionych i tym samym hamować rozwój ludzkości, a także jego istnienie mogłoby przekreślić szansę na wariant 4. Bo zawsze przecież istniała ta minimalna na wskrzeszenie, nieważne jak mała. W skrócie, nie było to wcale takie opłacalne... No i niesamowicie wręcz irytowała go bezdenna głupota Dziewczynki, sobowtóra, który wręcz się do niego kleił.
-Phi, nie mam w zwyczaju wchodzić w układy z idiotami, któszy myślą, że są sprytni – rzucił z pogardą. - Jakbyś był po prostu głupi, to mógłbym cię jeszcze wykoszystać, ale ty masz jeszcze w dodatku jakieś wygórowane mniemanie o sobie, przez co pewnie sknociłbyś wszystko. Bardzo mi przykro ale taka jest prawda: jesteś debilem, który zwabia Pokojowiczów na kolce twierdząc, sze to „selekcja naturalna” i sze „najgorsi odpadną”. Zapominasz tylko, szee gdyby ci „najgorsi” przeżyli i zawarli z tobą kontrakt, to istniałaby dusza szansa, szee zginą, a tym samym byłbyś wolny. Innymi słowy, sam siebie pozbawiasz szans, totesz nie dziwię się, sze nikt cię nie wziął. Inna sprawa jakbyś był po prostu idiotą, wtedy by cię wzięli i wykoszystali do brudnej roboty, ale ty jesteś idiotą-partaczem, kompletnie bezuszytecznym osobnikiem. A teraz, poniewasz nie masz szadnych argumentów, powinieneś powiedzieć mi coś wulgarnego, w stylu: „knaga ci w mordę”.

Coldberg przebiegł wzrokiem po pozostałych Sobowtórych. Zainteresowało go dwóch konkretnych. Nimfa i Król. Ta pierwsza miała swój kontrakt, ale wciąż się cieszyła, co znaczyło, iż wciąż ma szansę na ucieczkę. Student podejrzewał, iż to z Niemą zawarła pakt. Zachowanie tego drugiego natomiast zdawała się przeczyć temu co Jokasta opowiedziała im o tych istotach.
-Król, tak? - zagaił do niego Mathias, chcąc zaspokoić ciekawość. - A więc chcesz zawszeć kontrakt ze Spermutowanym? To ciekawe, biorąc pod uwagę co słyszałem o was i o nim, to coś mi tu nie pasuje. Wy, Doppelgangeszy, chcecie się stąd wydostać poprzez kontrakt z ludźmi. Lecz skoro Spermutowany jest niczym bóg, to kontrakt z nim jest właściwie skazaniem się na wieczne uwięzienie, bo nie ma szans aby ktoś taki dał się zabić. Gdyby tak się stało, to znaczy, sze nie był tak naprawdę Spermutowanym, a ty trafiając do Berlina stracisz szansę na pakt z tym prawdziwym. A nawet gdyby jakimś cudem ten kto zginął był prawdziwym Spermutowanym, to i tak byś się nim nie stał, bo myślostwory nie posiadają mocy twoszenia. Stałbyś się jedynie podróbą szarego Berlińczyka, który „mógł być” Spermutowanym. Musiałbyś być kompletnym głupcem szeby tego chcieć. Ale ty nie jesteś głupcem, prawda? Zwą cię Królem, ale w Purgatorium sporą rolę odgrywają sprzeczności. Słabi są silnymi, głupcy są mędrcami, dziewczynki – wskazał na sobowtóra, który nosił takowe miano – są chłopcami, a królowie... są poddanymi. Tym właśnie jesteś, Królem i Poddanym w jednym. Jesteś mądszejszy od swoich pobratymców, prawda? Rozumiesz jakie możliwości daje to miejsce. Ale jednocześnie nie moszesz wypełnić swej roli, poniewasz nie ma nikogo, wobec kogo mógłbyś być Poddanym, pozostając przy tym Królem. To znaczy, jest nasz kochany Demiurg, ale dla niego jesteś bardziej więźniem. Dlatego więc szukasz Spermutowanego, Boga-Śmiertelnika, jedynej istoty wobec której mógłby słuszyć Król-Poddany nie sprzeniewierzając się przy tym swej roli.

W czasie jego monologu ruszyło losowanie par. Kiedy Tłumacz okazał się jej pozbawiony, część Pokojowiczów spisała go na straty. Okazało się jednak, iż to on tutaj miał szczęście, bo reszta musiała wykonać „wyzwanie”. Student zastanawiał się czy losowanie na pewno nie było ustawione. Zwłaszcza, że wielu mężczyzn trafiło na innych mężczyzn, a żadna kobieta nie trafiła na inną kobietę. No i Lei przytrafiła się lama... To może ich na trochę uziemić w tym miejscu.
-Lea, spokojnie, daj jej się polizać po twaszy, mosze ci to zaliczy – uspokoił dziewczynę Student. - Ewentualnie pszywołaj swojego Sobowtóra, myślę, sze nie bez powodu ich cela znajduje się tusz obok.

Pozostali nie sprawiali za bardzo problemu. Nawet Anschelm, który był takim typem, że Mathias obawiał się, iż mogą z nim być takie problemy jak z Leą, ale o dziwo się przemógł. No cóż, pozostało tylko załatwić sprawę z Chemikiem.
-Tak, melduję, sze widziałem, „Towaszyszu” - równie teatralnie odpowiedział starcowi. - Chciałbym jednak zwrócić uwagę na to, sze mamy ograniczony czas, więc pszyjemności powinniśmy zostawić na sam koniec – miał ochotę jeszcze dodać, że lepiej nie uprawiać tutaj seksu, bo po powrocie do Berlina nic im już nie sprawi przyjemności (sam Mathias pewnie skończyłby jako mniejsza kopia wiecznie znudzonego i marudnego Janika), ale stwierdził, że lepiej o tym nie wspominać, bo Tuzy znowu go zjadą za „psucie zabawy. - No dalej, niech się pan pośpieszy póki jestem jeszcze pod wpływem leku Jokasty i mogę sobie łatwo wyobrazić, szee to z kobietą się całuję, a nie z powykszywianym dziadkiem.

Wiwernus

Wiwernus

wczoraj, 20:03
Post ID: 83483

Pokój Więzienny

Coldberg może i pominął udział Psa – a właściwie to Romantyka – w misji dawnych Charonitów, ale swoje niedopatrzenia naprawiał i zwrócił uwagę na nieścisłość w słowach Ecksteina, pozorną i nieoczywistą, ale jednak podważającej wiarygodność Janicka lub samej Niemej. Dedukcja spotkała się z kolejnym mentorskim wygłoszeniem krótkiego peanu na temat inteligencji studenta. Relacja dwójki psychologów zaczęła się od chłodnej fascynacji, potem wspólnej nauki i łączącego ich aktu morderstwa, a teraz wsparła się na dwóch potężnych fundamentach – cyklicznie powtarzanych zachwytach i krótkich wyrzutach. Dwuznacznie, na dłuższą metę toksycznie i w duchu Purgatorium, choć i tak lepsza taka relacja od niechęci okazywanej przez Tuzy.

Mentor początkowo nie odpowiadał, ważąc co ma odpowiedzieć. Mathias dzięki telepatii wyczuł, że jego rozmówca rozważał czy nie zdradzi za wiele, ale uznał, że Pies nie ukaże go kolejny strzęp informacji dotyczący mechaniki rozgrywki, przynajmniej dopóki Mathias dalej będzie tak sprytny.

Janik Eckstein

Regułą jest, że Mistrz Gry zmienia zagadki z każdą rozgrywką, a do starych i ulubionych wraca z kolejnym pokoleniem graczy lub w sytuacji, gdy w drużynie znajdują się osobnicy tacy jak Romantyk, którzy nie okażą się zbyt pomocni. Ba, on się lubuje w powtarzaniu schematów i nic go nie raduje jak wasza nieświadomość znajomości odpowiedzi przez zignorowanego przez wszystkich szaleńca. W przypadku Niemej nie ma jednak mowy o ignorancji lub niedopatrzeniu. Pamiętasz co ci o niej zdradziłem, okoliczności mojej pierwszej misji? „Misja o poziomie trudności „C”, trudniejsza niż wasza obecna”. I to jest twoja odpowiedź. Wasza misja to jedynie „D”. Przestrzeń waszej rozgrywki stanowią pokoje od startowego do granic kostki w linii prostej, choć i niekoniecznie wszystkie pokoje. Przy trudniejszych misjach liczba pokoi wzrasta. „C” to cztery kierunki, cztery drogi jakie można obrać. „B” to już całe piętro Kostki, wszystkie pokoje na jednej warstwie układanki. „A” dodaje w pełni trzeci wymiar, przemieszczacie się już także w górę i w dół. A potem są poziomy trudności uznawane za legendarne i właściwie niezdolne do zaliczenia, najwyżej do przetrwania, aby weterani znający układ pomieszczeń nie poczuli się zbyt pewnie. Pokoje mają wtedy przemieszczać się, tworząc Kostkę nieprzewidywalną. Byli tacy co wierzyli, że istnieją jeszcze zmyślniejsze utrudnienia. Lustra, przez które przechodzi się do głębszych warstw; obrót Purgatorium wokół własnej osi; zmiana w Megaminx mnożący ilość kombinacji i ścieżek... Jesteście obecnie w samouczku. Przez ostatnie miesiące przeżywała tylko Niema i Pies, a teraz gdy Hades doczekał się mocnego, widowiskowego składu, zaoferował wam łagodny początek i możliwość zaprezentowania się w dogodnych warunkach. Zazdroszczę wam. My tak łatwo nie mieliśmy. „C”. Musieliśmy się rozdzielać, szukając wyznaczonego obiektu i nie wiedząc która ścieżka nas do niego zaprowadzi. Dwie grupy przeszukały najpierw dwa tunele, nie znalazły nic. Potem był powrót, roszada w składach i po nerwowe przeszukiwanie pozostałych dwóch ścieżek. Ostatecznie okazało się, że Hades zrobił bas w balona, a szukany obiekt był cały czas w Pokoju Narodzin. Zwiódł nas.

I tak się składa, że Niemej nie było wtedy w Wątrobowym Domku. Trafiła do niego później, już po naszym wyborze, choć wspomnieliśmy Mamie o andrygonicznej gadule. Myślisz, że Pies przeoczyłby to?

Kolejny niuans wyjaśnił się. Z nową wiedzą nabrał sił i pewnie zasugerował tłumaczowi wypalenie paproci w drodze powrotnej. Większość zespołu uznała, że wywód młodego studenta jest właściwy i powrót pod presją czasu może okazać się trudniejszy od samego dojścia do obrazu. Alois był największym pochlebcą – nawet jeśli dosyć oschłym – młodzika:
- Gdy już pozyskamy obraz tego wąsatego skurwysyna i jego nazistowskich śmieci, a na naszych twarzach pojawi się uśmiech, Demiurg lub nasze własne, senne sumienia ześlą na nas istny labirynt paproci. Nie wiemy przecież jak one szybko narastają. Lepiej je wyplenić ogniem jak najszybciej za nim jeszcze ktoś z was wpadnie na kolce i przebije obraz.

Nowe pokolenie pokojowiczów radziło sobie i zapobiegało problemom w przyszłości. Walter pogodzony z faktem, że nie wróci do dawnej chwały (ale wciąż może wydobyć nowe talenty!), poczuł mimowolne zadowolenie z wszechstronności nowego pokolenia. Lea wychwyciła jakimi motywami się teraz kierował i ucieszyło ją jego zadowolenie. Skinęła głową z lekkim uśmiechem. Przełamała traumę przeszłości, spotkanie z Mamą było jak uporanie się z jej największą bolączką, która nękała ją od maleńkości. Stawiała kolejne kroki na drodze ku zostaniu kobietą, o której wspomniał w swojej cmentarnej przemowie.

Mathias kolejny powód do zachwytu dał na końcu ciemnego bunkra. Wypunktował logikę Króla Sobowtórów w sposób tak dosadny, rzeczowy, wielopoziomowy i jednocześnie prosty, że wszystkie doppelgangery zamilkły z chorą satysfakcją na szarych obliczach, pokojowicze wymienili spojrzenia, a tuzy wybuchły śmiechem i sypnęły hojnie obolem. Nawet pałętające się po labiryncie szczury zapiszczały jakby rozumiejąc wagę jego słów.

Dziewczynka też inteligentnie zrugał, ale to było tylko przystawką do głównego dania. Ten bronił swoją krótkowzroczne zachowanie chęcią zakontraktowania się z najlepszymi, bo tylko takich życie byłoby godne jego gatunku, ale ostatecznie zamilkł, załamując ręce. Dał się poznać jako osobnik poddający instynktowym zachowaniom, bardzo mocno im poddany.

Król zachował dostojeństwo. Wstał i podszedł do krat. Odstąpiono mu posłusznie miejsca, Dziewczynka uczynił to niemal w podskokach. Chwilę Wladca spoglądała na studenta i przeszywał go wzrokiem. Szara skóra była niemal czarna, a ślepia karmazynowe, przy gwałtowniejszym ruchu malujące na zimnym powietrzu smugę krwawego światła.
- Wyśmienita dedukcja, młody człowieku. - wymówił słowo „człowiek” ze wstrętem. - Przez stulecia oglądałem jak moi pobratymcy giną za was, licząc na możliwość zajęcia po was miejsca. Nie jestem krótkowzroczny jak Dziewczynka. Miałem dość czasu na przemyślenia. Widzę paradoks i sprzeczność w moim rozumowaniu, wiem, że u podstaw mojego celu, celu z którym mnie stworzono, nie ma logiki. Purgatorium nie ma jednak sensu. Może moje przeznaczenie da mi ukojenie i spełnienie, może okaże się tylko szyderą. Nie wiem. Nie zadowolę się jednak ochłapem, bo nie jestem byle kim. Jestem jedynym z tu obecnych, który widział świat zewnętrzny i jego miałkość. Zwiedzałem Berlin, gdy był tylko rezydencją dla brandenburskich margrabiów, a do zostania stolicą Prus miało minąć 250 lat. Kontraktowałem się tylko z największymi szychami – książętami, biskupami, wynalazcami i reformatorami. Jestem częścią germańskiej historii. Gdy jakiś dobrotliwy władca zmieniał się z ideału w tyrana, to byłem ja. Gdy jakiś partacz i szkodnik szczycący jedynie dobrym urodzeniem wyrastał na geniusza, to byłem ja. Gdy działa się rewolucja, tam byłem i ja. Nie było i nie będzie sobowtóra zdolnego do takich wyczynów jak moje. Przechodziłem na drugą stronę, wpływałem na rzeczywistość i wracałem przez „samobójstwo” rękami charonitów z następnych pokoleń, którzy nawet nie wiedzieli, że nie odsyłają człowieka. Potem uczestniczyłem w rozgrywce, a gdy to mi się znudziło, wiązałem się paktem z moim kamratem i go zabijałem. Istnieje mechanika, która ogranicza nadużycia. Sobowtór nie może was zabić, bo inaczej nie dostanie waszego życia i skończy wyjątkowo, wyjątkowo źle. Kontraktor zaś nie może zabić swojego najemnika, gdyż straci wszystkie punkty zdobyte jego rękami, a w razie własnej śmierci, zastąpi go. Jeden z takich osobników, głupich ryzykantów jest tutaj z nami. Robal, pokaż się.

Sobowtór wychylił się posłusznie. Prawie nic nie było w nim z człowieka, zwracał uwagę złowrogą aurą typowego doppelgangera, choć miał w sobie coś rozczulającego. Wyraźnie był ofiarą swoich kompanów, którzy stosownie ukarali go za zabicie ich pobratymca. Był najsłabszy i prawie tak głupi jak Dziewczynka. Nic dziwnego, że nie miał jeszcze kontraktora. Król wziął głęboki oddech i kontynuował.
- Ale Robal to Robal, Król to Król. Byłem takim mistrzem aktorstwa, że nie poznawali mnie rodzeni bracia. Wiązałem się z nimi kontraktem, a potem przywoływałem tańcem, by zginęli z mojej ręki. Potem zabijałem się i wracałem za kraty, ale nigdy nie pozwoliłem sobie na los Robala, byłem na to zbyt silny i władczy. Gdy i to mi się znudziło, a rozstrzyganie wewnętrznych sporów zmęczyło, cykl wznawiał się. I tak do dziś. Jestem i sobowtórem, i pokojowiczem. Zaznałem ludzkiego żywota na największą z możliwych skal i dlatego nienawidzę was najbardziej ze wszystkich doppelgangerów. Dlatego też tak bardzo liczę na możliwość zajęcia miejsca po kimś kto nada mi sens, po samym Spermutowanym. To irracjonalna wiara, ale jestem przekonany, że Pies stworzył mnie dla wyższych celów. Dlatego jestem najsilniejszy w grupie, dlatego zawsze moi kontraktorzy padali w boju. Torował mi drogę ku czemuś większemu. Zebrałem doświadczenie, uświadomiłem sobie swój los i czekam na wybrańca. Zresztą zbyt długo. W tym pokoju było kiedyś całe królestwo, teatralny labirynt szaroskórych najemników imitujących w otoczeniu luster i kurtyn wszystko co tylko da się powtórzyć. Moich poddanych jednak ubywało w bojach u waszego boku; odbierali sobie życie na Ziemi lub głupio zabijali was w boju, kierowani prymitywnym instynktem. Moja domena skurczyła się do celi w szarej ciemnicy. I w tym widzę jednak sens. Jest nas tylko dziesięciu, a po tej misji będzie jeszcze mniej. W końcu zostanę tylko i ja, a wtedy... zwiążę się z wybrańcem. Tak zresztą było w przepowiedni. Dziesięć zwiastunów nadejścia Spermutowanego. Jeden z nich to spotkanie oko w oko z szarym władcą bez królestwa. Nie wierzę w przypadki. Wierzę w los utkany przez Hadesów, moją kluczową rolę dla Kostki. Ostatnią rolę, którą przyjmę.

Nikt nie odpowiedział wprost na pytanie Osiołka, ale zrozumiał już, że wszystkie sobowtóry musiały zostać stworzone jeszcze przy początkach Purgatorium. Nie rodziły się nowe, ewentualnie te stworzone z człowieka zabijającego własnego doppelgangera, ale bilans był tylko i wyłącznie ujemny. Królestwo upadało. Przypomniała mu się wyrywkowo wizja pierwszego kontaktu z sobowtórami. Pokój faktycznie był inny – większy, jaśniejszy, z nutką przepychu. Z każdym pokoleniem musieli pomieszkiwać w coraz gorszych warunkach, więzieniem kurczącym się proporcjonalnie do ich ilości. Nic dziwnego, że ich postawy radykalizowały się. Pragnęły na gwałt kontraktu, przez co ich upadek był wykładniczy. Z pewnością Król musiał dostrzec w którymś momencie historii moment przełomowy, gdy był już pewny, że masa krytyczna została przekroczona i teraz już będzie z górki. Wyobrażenie władcy radującego się z upadku własnego państwa było dziwne, ale nietrudne, rozumiał logikę Purgatorium. Wiązał nowe przemyślenia i konfrontował z teorią Mathiasa.
- Bierzcie swoje kontrakty, idźcie i gińcie. - oznajmił Król i okazał spojrzeniem uznanie dla dedukcji Coldberga. - Nastąpi mój czas. Wiara zostanie wynagrodzona.

...

Walc, pocałunki i kontrakty.

Niemiecki taniec idealnie wpasował się do sytuacji, stanowiąc dobry fundament pod przyszły pocałunek. Walter wybrał styl wiedeński, dostatecznie żwawy i widowiskowy z pięknym wirowaniem. Wyliczył w myślach tempo, przymierzył się i pozwolił poddać emocjom. Wszyscy usłyszeli muzykę, która rozświetliła mroki bunkra. Na moment odczuli przyjemne ciepło, otrzymali odpowiednią otuchę i obserwowali taniec Piontka.

Rzut na akcję: Walc Waltera i Beaty
Modyfikator Pierwszorzędny: Artyzm (0)
Modyfikatory Drugorzędne: Zręczność (-1), Charyzma (0)
Wyniki: 7, 5; 7 -> 7; 4; 7 (po modyfikatorach) - 0,1 (kara za opis) -> 12,9 / 2 -> 6,45 -> Powodzenie!

Ruszyli. Miliarderka na początku nie dowierzała, ale miała w sobie klasę i takt. Pozwoliła się objąć i prowadzić. Nawet jeśli rozmiarami górowała nad partnerem, wykazała się niebywałą do swej tuszy lekkością i gracją, jednocześnie nie stanowiąc w żadnym fragmencie tańca przeszkody dla coraz bardziej śmiałego Waltera. Nie podejrzewał się o podobną pamięć mięśniową, ale pośmiertne ciało miało wiele wspomnień tego wspaniałego tańca. Wirowanie zaczęło sprawiać mu przyjemność.

Sunęli i nie przeszkadzało im, że lawirowali między wyrastającymi paprociami, szczurami czy plamami krwi cieknącej z sufitu. Z magnacką manierą zdominowali przestrzeń wokół siebie. Wiedzieli to. Przy każdym obrocie spoglądali na pozostałych. Każdy obrót, inna scenka. Emocje w tańcu narastały.

Najpierw Joanna i Nadim, z młodzieńczą pasją i werwą. Odnaleźli się znakomicie w sytuacji. Już wcześniej zrozumieli się, a teraz oddali pominiętej przez wyższe okoliczności namiętności. Tahir dominował, francuska nie pozostawała jednak w tyle, odpowiadając mu coraz śmielej i śmielej, aż w końcu przełamali się, zgodnie z wytycznymi Otto. Kobieta zadowoliła się objęciem i rękami wędrującymi po ciele partnera, ciemnoskóry zaś zatopił palce w jej bieliźnie. Szczegółów nie dojrzeli przez wirowy ruch, Walter miał jednak pewność, że młodzi ludzie byli o krok od stosunku i zadowolenia Tuzów swoim aktem jak niczym innym wcześniej. Tylko tląca się w ciemnoskórym mężczyźnie wierność i rozsądek pozwoliły mu przerwać igraszki.

Po nich był nazista i koordynator sprzedaży. W ich przypadku czuć było wzajemną niechęć i coraz bardziej staromodne opory przed podobnymi igraszkami, paradoksalnie silniejszą nie po stronie nazisty, a katolika tak silnie brzydzącego się szorstkiej, naznaczone bliznami twarzy wyznaczonego partnera. Nie znaczy to jednak, że ich całus był krótki. Zadowolili Hadesa z nawiązką, podtrzymując całusa nawet, gdy Carl był bliski wymiotów, a blizny Anshelma niemal drżały. Osiołek przeszedł płynnie do widoku następnej pary, ale przed oczami dalej miał ten sam widok. Alois może i miał największe opory ze wszystkich, ale Hans równoważył go własną ekstrawagancją, zresztą nie wyglądał na takiego, który pominąłby w swoim życiu podobne eksperymenty. Nic jednak nie mogło się równać z obrzydzeniem i umniejszeniem jakie Carl wyraził spojrzeniem skierowanym do nazisty. Coś takiego musiało boleć.

Następna była Lea i Lama, niemal ludzka. Futrzak targany był wyraźnie między zaciekawieniem, niezrozumieniem, strachem i zwierzęcą chucią. Ojciec odruchowo odwrócił głowę, ale wykręcił ją jednak z powrotem i z pół zamkniętymi oczami ujrzał jak stworzenie najpierw w dziwnym odruchu spluwa mu na córkę, a potem przykłada do jej twarzy swój wielki ozor, jakby miało ją pożreć. Już był pewny, że wyżre jej usta, ale wystawiło tylko jęzor, który przejechał po jej twarzy, szorstki i zaskakująco długi. Paradoksalnie to Lea przodowało w namiętności, ryzykując nawet włożeniem własnego języka między zęby stworzenia, dało się jednak zauważyć jak wiele nieprzyjemnej dwuznaczności wzbudza w niej podobny kontakt, co było zdrową reakcją. Obserwował jak niezręcznie stykają się noskami i próbują wykręcić głowy, a potem wycofują się w rytm muzyki, speszeni i zawstydzeni. Od tego momentu Lea do końca nazistowskiej misji emanowała zapachem bambusa.

Walter wlepił wzrok w Otto i Mathiasa, oni przynajmniej radzieckim uściskiem i manierą przywrócili mu wiarę. Dawno nie widział nic równie zabawnego. Przeraził się nawet, że misiowaty uścisk i wymiana buziaków jako coś śmiesznego źle o nim świadczą, ale uspokoił myśli i zakończył zadanie przyciągnięciem Tutty do siebie. Silna woń perfum niemal go odurzyła, ale nie odwrócił się. Poszedł za ciosem i zrobił swoje. Smakowała truskawką (i drogą) pomadką, była delikatna i czuła, przy czym energiczna i pełna pasji młodej dziewuszki. Niemal odskoczył, gdy nagle oślepiło go światło. Myślał, że błysk był efektem wdepnięcia w paproć, ale to jego partnerka wystawiła rękę i tak wykierowała wielki obiektyw, żeby zrobić im podczas bliskiego spotkania pamiątkową fotografię.
- Dziękuje ci. Byłeś szarmancki. - na pożegnanie ucałowała go w oba policzki i oddaliła się do tłumacza.

Zerkał na nią odruchowo i był przekonany, że choć nie miała najmniejszych oporów przy bliskim kontakcie, to jednak przy Sorenie nie chce dzielić się swoimi przeżyciami, aby nie wzbudzić niepotrzebne zazdrości. A korciło ją, oj korciło, jak na hedonistkę przystało.

Drzwi otworzyły się. Chłodna bryza przedostała się do pomieszczenia. Usłyszeli szum czerwonego morza i widok skąpanego w odcieniach pomarańczy nieba. Dwa słońca zachodziły, tworząc piękną kompozycje. Było jasno, ale widać było już gwiazdy. Walc był coraz cichszy, tak samo jak jęki zadowolenia Tuzów, więc usłyszeli w końcu kojący szum wody oraz muzykę. Przypominała ludowe pieśni starożytnych greków połączonego z muzyką... hawajów. Najbardziej skupieni nie przeoczyli głośnych śpiewów. Następna kraina, skąpane w seksualnej czerwieni tropiki, zdawały się tętnić życiem i namiętnościami. Po ostatnich uniesieniach byli godni przekroczenia progu i opuszczenia ciemnic bunkrowego labiryntu.

- Wspaniały taniec.

Walter spojrzał na swojego sobowtóra. Dokonało się. Przywołał go bez najmniejszych problemów, tak jak za dawnych czasów, gdy jako żywa legenda zdolny był w środku boju rozpocząć taniec z cieniem, byle tylko wezwać cenne wsparcie. Jego nieodłączny kompan nie zmienił się. Dalej był nijaki z twarzy i chłodny w emanowaniu nienawiścią wobec ludzi. Wiedział już też dlaczego tak „dziwnie” przywiązał się do Kostka, najwyraźniej widział w nim odbicie – bądź co bądź – przyjaznego doppelgangera. Ten zresztą również go cenił na swój nienawistny sposób, nawet jeśli dominowało trzymanie kciuki za śmierć osiołka i zajęcie jego miejsca.
- Pamiętasz jak w perfekcyjnym skupieniu sunąłeś lata temu w rytm niesłyszalnej muzyki przez pobojowisko pełne błota i krwi, omijającej pociski i ostrza wrogów, a twoi kompani błagali cię o pomoc, gdy ucinano im ręce, nogi i głowy. Oh, nikt nie wzywał tak jak ty, nikt nie miał takiej gracji i opanowania. - chwalił z lekkim obłędem w oczach. - Udziel im szybkiej lekcji.

Walter wykręcił głowę raz jeszcze. Nadima ciągnęło do chichotu dziewcząt i muzyki w następnym pokoju, ale znalazł chwilę dla Joanny, którą objął w pasie i przybliżył do Osiołka. Imitował taniec legendy i prosił o rady, dopatrując się ewentualnych braków jego technice. Ani jemu, ani jego partnerce ich nie brakowało, nalegali jednak na poradę. Lea również przełamała się. Chciała być partnerką swojego taty i towarzyszyć mu w instruktażu, bo przede wszystkim sama potrzebowała umiejętności przywoływania sobowtórów. Nawet kopytkujący, dziwnie podniecony Goebbels rwał się do nauki, aż otwierały mu się jeszcze świeże rany.

Mathias stał obok Otto i oglądali tą specyficzną scenę w milczeniu. Coldberg obserwował z manierą starego psychologa jak na pełnej przebarwień, podobnej trupowi twarzy malują się delikatnie kolejne emocje. Prawie przegapił, że sobowtóry przywołują ich, niemal łasząc się o wynajęcie. Bały się, że po opuszczeniu więzienia przez berlińczyków będą musiały czekać kolejne miesiące na kolejną szansę.

Anshelm stał z boku. Dziwna wizja nękała go dalej. Zbierał myśli i uświadamiał sobie, że nie była ona pozbawiona sensu. Stanowiła odpowiedź na jego przeżycia. Wydobywała coś z jego podświadomości. Kątem oka wychwycił nawet, że w tropikalnym zagajniku następnego pokoju podobny Goebbelsowi stwór taksuje go niezręcznie, a potem wymyka się z oburzeniem. Nie było to przewidzenie. Lama również wyczuła „Danielę”, choć nie poświęciła jej większej uwagi. Od teraz miała inne apetyty.

...

Limit Czasowy

44:53

,  dodaj nowy wątek