Oberża pod Rozbrykanym Ogrem

Gry Wyobraźni - "Purgatorium [Gra]"

Aktualnie w Osadzie: Ognisko jest zgaszone.
Osada 'Pazur Behemota' > Gry Wyobraźni > Purgatorium [Gra]
Wędrowiec: zaloguj, wyszukiwarka
,  dodaj nowy wątek
Fimrys

Fimrys

19. października
Post ID: 83611

Leżenie na plaży było kojąco uspokajające, nawet mimo znacznego ożywienia bez przerwy dysputujących Tuzów. Søren dawno już nie przeżył tak szczerej i miłej rozmowy, toteż fakt jej ciągnięcia się w nieskończoność z Tutty był korzystny. Wypytywał ciekawie o jej życie i funkcję Tuza oraz o to, co prawdopodobnie stanie się po zakończeniu misji, samemu też nie szczędząc szczegółów o swej działalności i spostrzeżeniach. Była to też chwila, w której w końcu choć na moment zapomniał o powinnościach wybrańca, wizji apokalipsy światów oraz czyhających zewsząd zagrożeniach. Wreszcie mógł ujrzeć Purgatorium w jego pozytywnym aspekcie radości i szczęścia. Kilka godzin temu myślał, że trafił mu się kolejny zwyczajny dzień z możliwością ubicia interesu, jednak tych kilka godzin wydało mu się wiecznością podczas której postawił kolejne kroki na drodze do oświecenia. Tutty miała rację. toteż zebrali się do powrotu. Dopiero kiedy wyprostował się gotów do dalszej drogi i spojrzał na bezkres krwawego oceany spostrzegł, iż droga powrotna nie jest prosta, a inkuby postanowiły się wycofać. Zastanawiał się na przeprowadzeniem przywołania, czy też stworzenia jakiegoś środka transportu na kształt myślołodzi. Jednakże Beata wpadła na dużo ciekawszy plan...

"Ogrom tu krwi. Ciekawe, jak wygląda komnata sercowa?"

Z drugiego brzegu już mogli udawać się trochę intuicyjnie w stronę reszty drużyny. Szedł ramie w ramie z Tutty zastanawiając się, czy ona jest lepszą obroną dla niego czy on dla niej, czy też oboje stanowią dla się zagrożenie. Kiedy z oddali ujrzał władcę już szykował się do standardowej etykiety, ukłonu i podziękowania za zaprowadzenie do Otchłani, jednakże reakcja Kamehamehy była co najmniej zadziwiająca. Czyżby złamali nieświadomie jakiś obyczaj jego królestwa? A może gniewa się za złączenia Abbadonów? Było to intrygujące, jednakże jako iż król szybko zniknął z pola widzenia nie było to aż tak ważne. Kiedy w drodze akurat nie konwersował z Beatą rozpoczął dialog z Abbadonem, który mimo utraty majestatu boskości był mądry i potężny. W chwili transformacji nie mógł mu okazać więcej uczucia i zrozumienia, toteż pragnął to nadrobić.

"W jaki sposób ja mogę wesprzeć Ciebie, a w jaki sposób ty mnie? Jaką masz wiedzę na temat obecnej misji?"

Z drużyną porozumiał się dopytując o zdarzenia w czasie jego nieobecności i o nowe informacje o misji. Wpatrywał się w obraz zastanawiając się nad jego utraconą esencją. Kiedy usłyszał sprzeczkę o farby przemówił do Aloisa i Hansa:

- Przy dodaniu krwi jesteśmy w stanie też uzyskać całą gamę czerwieni.Tylko kto będzie malował? Więc pan panie Bulma nie odda Purgatoriny za darmo tak? Więc czego pan żąda w zamian? Wykonanie misji jest raczej celem nadrzędnym i nie jest to właściwy moment na targowanie się.

Taksował gwiazdora przenikliwym i pytającym spojrzeniem, czekając na odpowiedź i pokojowe rozwiązanie sytuacji malarskiej.

Wiwernus

Wiwernus

20. października
Post ID: 83614

29 Września 1991 r., Berlin

Z wymyślnego planu treningowego przyjął ćwiczenia ciała, rozwój duchowy i rozważania etyczne oraz walkę z fobiami, zaś świadome sny i narkotyki odrzucił jako nienaturalne, szkodliwe w dłuższej perspektywie oszustwo względem samego siebie. Pozostało mu jedynie zmierzyć się z odurzeniem wywołanym niecnie podanym w O'Brienie narkotykiem. Pocieszał się myślą, że choć jego ciało reaguje zupełnie inaczej, to jaźń pozostaje stała i niezachwiana. W pewnym momencie jednak, gdy trip wszedł w kulminacyjną fazę, ciało przekładało się na świadomość tak intensywnie, że wszystkich filozofów odrzucających wzajemne powiązanie ciała i umysłu zabiłby nerwowym śmiechem narkomana. Było to niepokojące, bo podważało racjonalność i stałość jego świadomości, tak łatwo chwiejącej się pod wpływem (nie tak) zwykłej chemii.

Kondorek zastanawiał się przez chwilę nad podążeniem za śladami mechanika w świat narkotycznych wizji, lecz ostatecznie powstrzymała się, choć bardziej ze względu na jego sugestię niż osobiste przekonania. Każde jej spojrzenie sygnalizowało, że chciałaby dzielić niezwykłe doświadczenie z narzeczonym. Ostatecznie doczekała się równie intensywnego, ale w całości nieprzyjemnego doznania. Jej atak histerii na widok równie rozemocjonowanej kobiety z muzycznymi książkami sprawił, że wzbudziła niemałą sensację stałych bywalców Córy Anarchii, biorących jej stan za konsekwencje narkotycznego odurzenia lub choroby umysłowej. Pringsheim, bez cienia zawahania i nie przejmując się gapiami, uspokoił ją tuleniem, kołysaniem i obietnicą poprawy jej stanu. Andrygoniczna kobieta – czyli przyczyna ataku histerii - obserwowała go z uwagą. Opuściła lokal niemal w biegu, ale przed tym, ujęta jego troską i życzliwością, uraczyła go przestrogą. Poznał jej głos.
- Ta kobieta – wskazała na Joannę – to niedoszła morderczyni i oszustka, która świadomie wybrała współpracę z wyższą, demoniczną siłą, choć mogła kroczyć ciężką drogą sprawiedliwości. Obserwuję ją. Jeśli tylko da mi pretekst, zabiję ją.

Na ten widok i na tak ostre słowa zmiennokształtny tylko roześmiał się serdecznie. Nie zamierzał wspierać mechanika w żaden sposób i postanowił ulotnić się, obiecując zastanowić się nad propozycją. Oczywistym było, że brak większej reakcji Jorga przełożył się na (nie)powodzenie rozmowy. Zbyt mocno skupił się na narzeczonej i osobistych rozważań, przez co zignorował nie tak wcale zły materiał na członka rewolucji.

Nawet barmanka nie zadowoliła go. Zarzekała się, że nie wie zupełnie o kim mówi klient, tak jakby Ford nigdy w lokalu się nie pojawił. Miała przez to opory, aby przyjąć pakunek, ostatecznie jednak zgodziła się go przekazać. Nie domyślił się, że zajrzała do zawartości pudełeczka i wprost nie mogła doczekać się degustacji.

Gdy Joanna uspokoiła się, zostawili punkowy lokal i wrócili do domu. W powrotnej drodze doznania zmysłowe słabły, a mechanik przekonał się czy zjazd po względnie przyjemnych – choć uciążliwych i jego zdaniem niewłaściwych – doznaniach będzie ciążył mu jeszcze przez cały dzień.

Rzut na akcję: Oparcie się negatywnym efektom narkotyku
Modyfikatory Pierwszorzędne: Wytrzymałość (+1), Siła Woli (+2)
Wyniki: 1; 5 -> 2; 7 (po modyfikatorach) + 0,2 (bonus za opis) -> 9,2 / 2 -> 4,6 -> Częściowe Powodzenie!

W większości oparł się przykrym konsekwencjom w wyniku pierwszego kontaktu z narkotykiem, choć był przemęczony i pozbawiony chęci do działania. Mózg dzielnie wracał do równowagi chemicznej za cenę delikatnej paranoi, zrzędliwości i wyczerpania fizyczno-mentalnego. Na szczęście zachował dość woli, aby zaopiekować się godnie Joanną, a nawet znaleźć chwilę na niezbyt efektywny trening fizyczny. Na łóżko padł wyczerpany i zasnął niemal od razu.

Przedtem jednak zajrzał do zamrażarki, której przemienione w czarne lustro drzwiczki po otwarciu okazały mu załamujący obraz pomieszczenia skąpanego w niezdolnych do zrozumienia barwach. Poczuł się tak jakby jego mózg został zmuszony do interpretacji pięciowymiarowej przestrzeni. Dlatego zawartość Pokoju Narodzin wciąż była dla niego zagadką i tylko mógł zastanawiać się co może on kryć. Zamknął międzywymiarowe przejście, w której zostawił dobrze odnajdującego się w niej ślimakoklucza oraz charonicką kostkę jego ukochanej. Przez chwilę spoglądał na dziwne iluzje na czarnej powierzchni, podobne do tych na trzech łodziach dalej złowrogo górujących w jego mieszkanku. W pospolitym ciele marnego człowieka nie był wstanie ich odczytać.

30 Września 1991 r., Berlin

Rankiem żałował oporu w walce ze świadomymi snami, bo koszmary robiły się straszniejsze i brutalniejsze. Zauważył, że jego wybranka ma zupełnie inne podejście od niego, o czym zresztą przy śniadaniu rozmawiali w atmosferze wzajemnego zrozumienia, choć z zawziętością i merytorycznością.

Wedle jego analizy mózg w trakcie snu ma porządkować informacje po dziennych naukach, a nie się dodatkowo wysilać. Była to dla niego pułapka nierzeczywistości i zbędne zaryzykowanie zrobienia czegoś. Widział to jako uleganie fantazjom, jakie mogą tylko zwiększyć smutek względem życia, zamiast sprawiać że się je bardziej docenia. Według mechanika warto było być skoncentrowanym kiedy jest to konieczne, i wypoczywać wtedy gdy jest na to potrzeba. Uznawał sen jako coś, na co człowiek naturalnie nie ma bezpośredniego wpływu. Tak jak na bicie serca czy pracę żołądka. Można przemęczać serce niezdrowo za dużym wysiłkiem fizycznym i psychicznym, a żołądek zbyt ciężkimi posiłkami, by wywołać większą ich pracę, lecz na dłuższą metę to je zmęczy i cały organizm osłabnie.

- Odwołujesz się do natury, przypisując jej szczególne wartości, zaś elementom swojego ciała konkretne funkcje. Mówisz o organach w kontekście ich zadań do wykonania, zapominając, że jesteśmy gatunkiem poddanym ciągłej ewolucji i adaptującym się do różnych warunków oraz nie wszystko wiemy o swoich ciałach i umysłach. Odpoczynek jest ważny, ale w sytuacji bez zagrożenia, a my jesteśmy co najmniej w sporych tarapatach. Naziści, sekty, ta kobieta, może i ten grubasek... Regeneracja to nie jest coś na możemy sobie pozwolić, przynajmniej ja nie mogę. Muszę wykorzystać każdy sposób, aby odciąć się od koszmarów, które trawią mnie potem przez cały dzień. Potrzebuję też bodźców, aby zachować pogodę ducha i wolę działania. No i muszę mieć nad czymś kontrolę, gdy rzeczywistość wymyka mi się z rąk. - objaśniła swoje stanowisko. - Od dzisiaj zaczynam testy rzeczywistości.

Jej ulubionym został test zegarka, w skrócie opierający się na nieustannym analizowaniu godziny. Ta w snach zmieniała się w irracjonalny sposób. Szybko nabyła nawyk spoglądaniu na rękę, co zabawne, zapominając zupełnie o tym co widzi. Widziała tylko logiczne następstwo czas, ale nie właściwe godziny, przez co zapomniała o kolejnej rozmowie kwalifikacyjnej. Frustrowało ją to.

Wieczorem, w drodze powrotnej do mieszkania, zaczepił ją wyjątkowy natrętny osobnik. Powiedziała o incydencie Pringsheimowi, wyjawiając, że informacja o ich narzeczeństwie poszła w świat, a tuzy – kolejna dziwna „subkultura” z dziwnych zaświatów, najwyraźniej następne z niekończących zagrożeń – w odpowiedzi uaktywniła się, próbując sięgnąć po rękę ulubionej piękności. Natrętny młodzieniec obiecywał jej złote góry i próbował przekupić pieniędzmi, ale odmówiła stanowczo.

Nocą przebudził się. Piękność zastał podczas wymuszonej pobudki między różnymi fazami snów, aby po kolejnym zapadnięciu sen mieć większe szanse na sukces. Siedziała po turecku przed zamrażarką i opijała się wodą, co było kolejną dziwaczną techniką maksymalizującą szanse. Testem rzeczywistości mogła okazać się zwykła potrzeba fizyczna oddziałująca na senną rzeczywistością, tak jakby nie miał już dość zasikanego łóżka. W jej oczach dostrzegł determinacje i pragnienie przełamania Berlińskiej rutyny przez choćby krótkie zajrzenie do traumatycznych pokoi. Oparła się jednak pokusie, zapisała w dzienniku koszmarów to co ją nękało, a potem wróciła do łóżka.

Nie miała przed nim sekretów w przypadku snów, nawet zachęcała go do lektury, aby oswoił się z abstrakcjami obcego świata ujętego w jej dzienniczku. Przeczytał wszystkie trzy. Pierwszy o goniącym ją aucie, drugi o grze krzeseł, a trzeci o lisiej mamie, która pokochała ją w taki sposób w jaki matka powinna kochać dziecko. O ile opis koszmarów był zdawkowy, chaotyczny i zapisany trzęsącą czcionka, o tyle Jokasta doczekała się bogatego w szczegóły i metafory opisu, który tylko dowodził dziennikarskich talentów Francuzki w operowaniu słowem. Miała swój własny i unikatowy styl oraz oko do szczegółów i niuansów umykających zwykłym ludziom.

1 Październik 1991 r., Berlin

Dzień jak każdy – pobudka z koszmarami, śniadanie w atmosferze „mało bodźców”, trochę rannych namiętności, zabawa z pijawką, odwiedziny u niemogącego doczekać wyjścia ze szpitala Garlanda, trochę pracy w zakładzie, telefoniczny kontakt z rodziną i przymiarki do zaślubin. Tak przynajmniej się zapowiadało, bo wyszło jak zawsze. Ostatnie tydzień obfitował w niespotykane doznania, a ten wcale nie wydawał się być tym, który zniży loty.

...

Joanna nie traciła oporu w walce o pracę, ale ostatecznie trafiła do szmatławca, którego docelowymi odbiorcami mieli być rozkochani w rozdmuchanych nagłówkach i sensacjach mężczyźni z niższych sfer, nie zbyt wymagające kury domowe oraz wszelkiej masy dziwacy tropiący sensacje, spiskowe teorie i UFO. Mur Codzienny był chłamem, tego ukryć się nie dało, nawet nie zbyt tanim. Kobieta uznała, że musi się poświęcić, aby przejść w przyszłości do lepszego wydawcy i już szykowała pierwszy artykuł.
- Mam informacje, które zadowolą wielu.

Nie kłamała. Pracodawcę chciała zaspokoić szokującymi artykułami. Pierwszy miał być o słynnym Hansie Bulmie i jego nałogach, o których wiedziała zresztą z pierwszej ręki. Było to szczególnie szokujące w kontekście ostatnich wydarzeń. Drugi o postaci Aloisa Ferenza i przyszłości jego imperium. Trzeci o Tutta Gesellschaft.

...

Wanna zadzwonił, że ma dzisiaj czas na terapie, szczególnie ważną, bo na której obiecał pojawienie się specjalnego gościa. Joannie bardzo na niej zależało, bo pragnęła również zwalczyć swoją samochodową fobię, więc udała się na miejsce spotkania razem ze swoim wybrankiem. Ledwo opuścili mieszkalny blok, gdy zaczepił ich osobnik o twarzy naznaczonej bliznami, ciemnozłocistych włosach z siwizną, ze szpiczastym podbródkiem i znajomymi oczami. Wpatrywał się długo w parę i w końcu zagroził.
- Powrócę za kilka dni. Jeśli nie chcesz, aby tej lalusi stała się krzywda – wskazał na piękność – wydasz mi lokalizację zmiennokształtnego. Czy to jasne?

Odszedł tak szybko jak się pojawił.

Nie wiele przyjemniej było potem, bo miejscem zbiórki był lasek pod Berlinem – ponury, szarobury i zaśmiecony. Dotarli do wyznaczonego miejsca z trudem, szczególnie mając problem z odnalezieniem punktu, gdzie grzybiarze z reguły zatrzymywali się na postój. Przybyli pierwsi, wyczekując nerwowo przybycia Wanny. Rozpadało się, przez co w przemoczonych ubraniach zrobiło im się niemal nieprzyjemnie. Joanna zaczęła kichać, ale uparcie zapierała się, że nic jej nie będzie i choroba nie rozwinie się, bo nie ma na podobne przeszkody czasu.

Usłyszeli głos motoru crossowego, który z zawrotnym tempie gnał przez pagórki, grząski teren i podmokłą ziemię. Cytrynowa machina niczym pocisk zatrzymała się na kilka metrów przed parą, wzbudzając w Joannie spory niepokój. Spoglądali na tajemniczą postać ubraną w czerwono-czarny kombinezon. Twarz skrywał kask. Po rozmiarach wznosili, że mieli do czynienia z dzieckiem, lecz po odsłonięciu twarzy mieli już pewność, że pomylili się.
- Co, karła się, zapierdolona mać, nie widziało, nie? - splunął.

135 centymetrów wysokości. Nogi króciutkie przy dosyć masywnym tułowiu i wielkiej głowie. Twarz męska, o kwadratowych i ostrych rysach, z pierwszymi zmarszczkami, podkrążonymi oczami i wydatnymi ustami. Bujna, kręcona czupryna na głowie czarna jak smoła, zaś gęsta broda od góry była ciemnobrązowa, by kończyć się na niemal rudym odcieniu. Brwi krzaczaste. Niezbyt urodziwy, ale pełen uroku i piekielnie charakterystyczny. Karzeł pewnie kroczył po błocie, nerwowo kopcąc tanie papierosy, którymi zresztą poczęstował pozostałych uczniów Wanny. Nerwowy, dumnie podnoszący głowę, skory do przekleństw i zadufany w sobie, a przede wszystkim niezwykle choleryczny osobnik z zamiłowaniem do ryzyka. Francuzka spoglądała na niego wymownie, było jej go żal.
- Mam na imię Joanna. - przedstawiła się piękność. - Piszę dla Muru Codziennego i chcę uporać się z lękiem samochodowym po wypadku. To mój narzeczony, Jörg Pringsheim, który dzieli podobny problem.
- Charakterystyczna buźka. - karzeł wyciągnął rękę. - Thorsten, ale znany jestem raczej jako XS MotorFury. Odpierdalam niezłe gówno, ale chcę więcej, aby utrzymać wszystkie moje nałogi, bo nie chcą mi już płacić za moje usługi. Wanna był w ogłoszeniu najtańszy, więc skorzystałem z jego miernych jakościowo usług. To jedyny terapeuta, z którym mogę się powyzywać i na którym mogę się wyżyć. Jest dosyć uległy, kazałem mu przychodzić na spotkania ze mną w butach na wysokiej podeszwie, wtedy przyjemniej się go nęka. Poza tym załatwia mi na lewo leki, czasem kopcimy u mnie w przyczepie. No i... zaczynam wierzyć, że naprawdę to zrobię.
- Szybko pana do siebie przekonał. - zwróciła uwagę Joanna. - Znacie się kilka dni dopiero, zgadłam?
- Nie, kilka miesięcy.
- Oh. - nie wiedziała co powiedzieć. - To dobrze, chyba.
- A co ci chodziło po głowie?
- Nic, nic.

Wanna przybył spóźniony, dumnie wjeżdżając sportowym autem. Przy Thorstenie nie wyróżniał się niczym, ot zwykły miłośnik psychologii z charakterystycznym jąkaniem i kilkoma dziwnymi tikami. Zapalił z karłem, a potem przystąpił do objaśnienia swojego planu. Był zapracowany i zabiegany, więc nie bawił się w formalności. Wiedział o fobii samochodowej pary i chciał ją przełamać małymi kroczkami. Zacząć mieli już dziś, wsiadając do jego ekskluzywnego auta i oswajając się z nim. Następne spotkanie – odpalenie silnikami i rozkoszowanie się jego rykiem. Kolejne – pierwsze kilka metrów. Im dalej, tym trudniej. Wyjechanie z lasu, pierwsze kilometry, ostatecznie kończąc na zrobieniu prawa jazdy.
- To są chyba jakieś jaja. - karzeł oburzył się. - Co to za cudaki, Wanna? Ich wyzwanie to wsiąść?
- S-spokojnie, XS.
- Nie wkurwiaj mnie.
- Wsiadaj do bryki.
- Podoba mi się metoda małych kroków, ale w takim tempie my się nie doczekamy efektów do końca roku. - zwróciła uwagę Joannę. - Jesteśmy charonicką rodziną, wiem, że powinniśmy sobie ufać, ale wplątaliśmy się w zbyt duży ambaras, aby działać tak wolno
- N-n-nie mów mi co mam robić. Ten t-t-twój kochaś i tak jest już zzzzielony, niech się cieszy, że nie jestem jak Ja-ja-ja-ja-janik. - odparł. - Zapraszam do auta.
- Ściągnąłeś ich do lasu, aby posadzić tyłki na fotelach. - warknął karzeł. - I mnie, Wielkiego MotorFury wciągasz w taki cyrk!

Wanna parsknął śmiechem. Francuzka uległa. Pocałowała narzeczonego i to bardzo namiętnie. Zajął się nią godnie w Córze Anarchii, więc była gotowa mu się odwdzięczyć nawet dziesięciokrotnie. Złapała go za rękę i ruszyli, aby zająć wolne miejsce w sportowym, eleganckim samochodzie. Ona zajęła miejsce obok karła na tylnych siedzeniach, mechanik zaś usiadł obok Wanny.
- No-no-no t-t-t-t-o mamy chyba z-z-zali...
- Zrobiliście swoje. - podsumował Thorsten, wyręczając terapeutę. - Jesteście zdolni podejść trzydzieści metrów, otworzyć drzwi ręką, posadzić pupę i nie zrobić sobie krzywdy, a potem zamknąć drzwi. Brawo. Wspaniałe talenty. Wy w ogóle wiecie czym ja się zajmuje?
- Ten komentarz b-b-był zbędny, a-ale dzię-dzię-dzię...
- Nie ma za co. - odparł. - To co, do domu, za nim dojdzie do mnie, że to było bez sensu i marnujesz mój czas, a potem cię pobije?
- Tak, do domu.

W mowie był wolny, ale w ruchach jak błyskawica. Odpalił samochód z prędkością światła, a potem ruszył, wciskając nogę w pedał gazu i zanosząc się śmiechem. Machina ruszyła, rozpędzając się błyskawicznie do wysokiej prędkości. Gnali po leśnych, niestabilnych i wybujałych drogach, otoczeni przez ciasne skupisko drzew. Okno po stronie Wanny było otwarte, a wiatr hulał po samochodzie. Joanna krzyknęła z przerażenia i wahała się nawet nad wyskoczeniem z pojazdu, ale bała się upadku przy takiej prędkości. Karzeł wyciągnął krótkie nogi i uśmiechnął się z zaciekawieniem, ale nie był przestraszony, raczej podniecony. Pringsheim nie rozumiał jego postawy. Pojazd gnał, przybliżając się do limitu swoich możliwości. Drogi były coraz bardziej niestabilne, stan techniczny machiny co najmniej niepokojący co szóstym zmysłem wyczuł po samym pomruku silnika, a co najważniejsze Wanna nie należał do grona choćby przeciętnych kierowców.
- Le-le-lekcja pierwsza.

Joanna zaczęła płakać.
- Kocham cię, skarbie.

Kątem oka zauważył, że nerwowo wykonuje test rzeczywistości i wzrokiem błaga zegarek o choćby najmniejszą anomalię czasową.

Vollblütia

Nazista poczuł się pewniej. Miał kolejną pigułkę, klepsydrę, a także skórę o specjalnych właściwościach. Kamehameha traktował ją jako zdobycz, którą powinno się gardzić i nie miał zamiaru jej dotykać, ograniczając jej rolę do trofeum wojennego jego ludu. Nie zaprzeczył jednak, że pozbawiona jest magicznych cech. Wytrzymała niczym zbroja i lekka niczym puch była swoją drogą, ale było to tylko igraszką przy zmiennokształtności, którą oferowała. Po ciężkim treningu, synchronizacji z ciałem i mnogością efektów ubocznych, ale teoretycznie możliwa była za jej pośrednictwem zmiana formy.

Oddalił się od grupy, aby przywołać Daniela, ucieleśnienie jego utraconej niewinności. Naiwnym było wierzyć, że nawet w jego osobistym pokoju ot tak oszuka aspekt własnej podświadomości. Przywołał byt, ale na jego warunkach i tylko przez jego zgodę. Przez moment żyjące drzwi wpatrywały się w Króla, by w końcu zbliżyć się, ale zachowując bezpieczną odległość. Goebbels podkopytkował do swojego kompana, ale bardziej jako wsparcie, a nie przez wzgląd na widok podobnej mu samicy.
- Uświadom sobie, że nie pochwycisz mnie, dopóki nie naprawisz swojego życia uczuciowego i seksualnego. Straciłeś żonę, nie pozyskałeś żadnej kobiety gotowej iść przez życie z oszpeconym nazistą, skończyłeś na całowaniu mężczyzny. Jestem czymś więcej niż tylko twoim upokorzeniem i traumą. - przemówiła głosem, który znał dobrze, a którego nigdy fizycznie nie usłyszał. Głos bliźniaczo podobny do jego żony, ale inny, stworzony przez niego na długo przed odwiedzeniem Purgatorium. Tak właśnie wyobrażał sobie głos bohaterki jednej z jego powieści. - Pamiętasz wszystkie te aryjskie kobiety w twoich dziełach? Ucieleśnienia ideału, które przewijały się w tle, projekcje twoich pragnień i pożądania oraz niemocy i frustracji. Znajdziesz je w pokoju narracyjnym. Spotkasz też swoją żonę, a właściwie przeznaczoną tylko tobie sukkubicę o jej cecha w Zamtuzie Intelektualnym. Dopiero gdy uporządkujesz swoje życie, odnajdziesz spokój duszy, przekroczysz moje wrota.

Uciekła, znikając niemal natychmiastowo. Kiedy odwrócił się w kierunku Goebbelsa, ten kiwał łbem rytmicznie, jakby rozumiał jej słowa. Nawet spojrzał w jego królewskie, stalowe oczy i swoim spojrzeniem wyraził niezwykle przenikliwe zrozumienie sytuacji. Potem w dziwnym odruchu ucałował go w blizny szorstkim językiem, jakby nauczył się przekazywać czułość od momentu pocałunku z Leą. Jego wargi drżały, jakby chciał mu coś powiedzieć. Przez chwilę bał się, że pocieszne stworzonko splunie mu w twarz.

I splunęło, ale na obraz, dodając kolejnej cennej barwy do zestawu dziwacznych farb. Mieli już nasienie Kostki, jej krew, narkotyki Hansa, a teraz także ślinę futrzaka i perfumy Tutty. Inicjatywę w malowaniu niemal w całości przejęły kobiety. Lea przewodziła niczym jej ojciec w czasach świetności; Joanna była w temacie, bo czasem malowała z braciszkiem; (była) miliarderka chciała się wykazać i wznieść coś dla zespołu, z którym się zżyła; Niema zaś nie bała się żadnego wyzwania. Nie dość, że już góra obrazu była dziwaczna, to dół miał być dokończony rękami czterech dam o zupełnie różnych stylach i przy wykorzystaniu najdziwniejszych farb w historii. Obserwowali z podziwem skalę ich przedsięwzięcia oraz sprawność. Nogi Stalookiego Seniora zachwycały oderwaniem od proporcji i absurdalnością, doskonale wpasowując się do turpistycznych zamiłowaniach tutejszych artystów.

W trakcie odtwarzania portalu zresztą wyszło na jaw, że obraz legendy zamalował inne dzieło, co wyszło dzięki córce Osiołka, która zdrapała co trzeba. Oczom wszystkich okazał się zupełnie nagi, niepozbawiony zmarszczek, przebarwień i śladowego tłuszczu Walter podczas aktu z matką Lei. Obserwowali go ogarniętego błogostanem i autentycznym wzruszeniem. Janek wytłumaczył wszystkim, że w Czerwonej Krainie podczas jednej misji doszło aż do dwóch poczęć – Trzeciego Słońca Kamehamehy i dziewczynki, która ostatecznie urodziła się w innym pokoju. Nie był świadkiem tego wspaniałego zdarzenia, ale znał bardzo ogólny kontekst. Walter i Selena, po ich weselu, rozumieli, że to już koniec ich związku. Osiołek odtwarzał w pamięci wszystkie niuanse tej historii, a Janek bardzo pobieżnie i operując na domysłach opowiadał ją pozostałym.

Rozumiał już, że osiągnie setkę i zgonie z wolą jego ukochanej wybierze „dwójkę”, kończąc rozgrywkę z wymazaną pamięcią. Nigdy by się już nie spotkali, bo mieszkali po dwóch stronach oddzielonego Berlina, a tęsknota „jedynki” mogła podsunąć im co najmniej niewłaściwe pomysły. Poniesieni emocjami po raz ostatni przybyli do Czerwonej Krainy, gdzie znaleźli właściwe miejsce do duchowego przeżycia w Intelektualnym Zamtuzie. Waltera bano się jak ognia, bo był silny i bezwzględny wobec Bytów, dlatego odstąpiono mu niemal królewskie łoże, gdzie przeżywał duchowe i emocjonalne rozkosze. Na samo wspomnienie skali przerażenia jakie go ogarnęło wtedy na myśl, że już nigdy nie zobaczy swojej żony, rozpłakał się. Tylko wymuszona przysięga sprawiła, że oparł się pokusie i pozostał przy „dwójce”, żałując w momencie ostatniego przeniesienia. Świadkiem miłości najwspanialszej pary tego stulecia byli podglądający mieszkańcy Zamtuzu. To oni przenieśli akt na płótno, oddając piękno uczucia jakie dzieliło parę. Inkuby zdawały sobie sprawę, że nigdy nie oddadzą piękna uczucia i emocji jakie zawładnęły łożem młodej pary. Ostatecznie obraz został zamalowany na jedną z tysiąca innych podobizn wielkiego Stalookiego. Berlińczycy obecnie spoglądający na dzieło nie czuli tego co Walter, obrazowi czegoś brakowało, ale Piontek był wstanie nanieść na niego esencję własnym umysłem. Wstrząsnęło nim.
- Byliście piękni, szczęśliwi i tacy smutni. - Lea popłakała się na widok dzieła, przede wszystkim ze wzruszenia. - Wspaniała z was była para.

Dokończyła z „koleżankami” dzieła, po raz pierwszy nawiązała nawet nić porozumienia z Joanną, która zazdrościła jej kochających się rodziców. Zapanowała dziwna atmosfera miłosnego pobudzenia. Zerkano nie tylko na Waltera, ale i tłumacza z jego miłością, Joannę z Nadimem czy Psa, który wspominał swoją pierwszą miłość, przynajmniej w takim stopniu na jaki pozwalał mu umysł szaleńca.
- Janku, macie więcej obrazów tego aktu? - spytała Lea bez cienia zawstydzenia, naturalnie podchodziła do intymnych spraw. - Chcę zobaczyć ich więcej. W Lustrzanej Rodzinie nie ma wstydu, a rodzinie Piontków – w szczególności.

Byt udał się po kilka przykładowych, które musiały się gdzieś zachować, choć przestrzegł, że wszystkim brakuje esencji i duszy. Jako ucieleśnienie pragnienia wolności szczególnie go bolała ta niedoskonałość, jego zdaniem nie ukazywały pragnienia wolności Waltera od Kostki w pełni, to w końcu dla niego porzucił Selenę. Powrócił ze wszystkimi jakie zdołał na szybko odnaleźć, a męska część drużyny skupiła się na nich, podczas gdy kobiety odwiedziły wewnętrzne pomieszczenie. Przybył nie tylko z aktami Osiołka, nie bawił się w sortowanie dzieł i zabrał wszystko co weszło mu pod rękę, włącznie z aktami inkubów, satyrów, nimf, ogniotaurów i innych ludzi, którzy przewinęli się przez Zamtuz Intelektualny. Wśród nich Mathias dostrzegł Janika w fizycznym akcie z jego sukkubim wyobrażeniem ideału, zupełnie innym od Sutary i ciałem, i intelektem. Poruszyła również samego Coldberga, choć dominowało uczucie dziwnego triumfu nad Janikiem, którego zawstydzenie telepatycznie wyczuł.
Damy, jako malujące, miały na wyłączność dostęp do wewnętrznego pokoju. Odwiedziły skrytkę, w której znajdowała się zagubiona przed wiekami mucha, którą po opuszczeniu łoża sukkubicy, matki Kamehemahy, zostawił Stalooki. Muchy zresztą były wiecznie modne w IV Rzeszy, w końcu przybył z nią ich wybawca.
- Tyle pracy na nic. - podsumował Alois zrzędliwie jakby sam się napracował.

Mucha jednak wykazała specjalne właściwości. Nakierowana na Anshelma, mieniła się złotym blaskiem niczym korona. Jednogłośnie uznano, że świeżo upieczony Król powinien ją otrzymać.

I wtedy Walter usłyszał szloch jego córki, do której podbiegł odruchowo. Klęczała z rozłożonymi obrazami. Po jednej stronie akty jej rodziców, po drugiej bytów i pokojowiczów z różnych czasów. Wszyscy – niezależnie czy średniowieczny chłop, barokowy organista, żołnierz III Rzeszy czy jurny Satyr – zostali ukazani nie tylko w uniesieniu duchowym, ale i rozkoszy ciała, z idealnie zarysowanym na płótnie ruchem bioder i lędźwi. W przypadku Waltera i Seleny za każdym razem jednak kontakt fizyczny opierał się na uścisku, a rozkosz odbywała się między nimi, w ich wrażliwych umysłach. Przyjemność utkana była na emocjach, nie na czymś tak trywialnym jak ciało. Lea upewniała się co do swoich wątpliwości coraz bardziej.
- Moja mama brała leki na płodność, widziałam je. - wydusiła, tak jakby Osiołek nie miał domyślić się, że jego ukochana chciała mieć jeszcze jedno dziecko z kimś innym. - Czy wy się tam... kochaliście często?

Przeraziło go, że nie pamiętał fizycznego zbliżenia i jedynie wywołał jedno, przyjemne jakby uchylono mu raju, ale i tak będące niczym przy mistycznym połączeniu dwóch dusz. Znaleźli się w łożu, ale ciała były jedynie zalążkiem tego co czynili emocjami. Szansa na ciążę byłaby bardzo mała, a co dopiero przy drobnej „dysfunkcji” Seleny, o której dopiero teraz się dowiedział. Zaczął rozumieć tok rozumowania córeczki. Pamiętała przemowę jaką bezdusznie wygłosił jej na cmentarzu i tylko dlatego rozpłakanie ograniczyła do cichego szlochu. Pokojowicze zwrócili się w jej kierunku, słysząc jej słowa.
- Czy ja jestem Bytem? - zacisnęła pięści. - Z czyjej woli powstałam? Jaką mam pewność, że jestem w pełni człowiekiem? Czy właśnie dlatego tak bardzo pragnęłam się tutaj dostać i zawsze trawiła mnie tęsknota?

Poruszenie. I tylko Mathias zwrócił uwagę na jeden z obrazów, który Niema zasłoniła własnym ciałem, słuchając z pozorowaną uwagą rozmowy. Odwrócił wzrok od Janika na obrazie. Obok niego był inny, znacznie ciekawszy. Kobietę poznał z miejsca – Gaduła, taka jaką wyobraził ją sobie po słowach i wizjach zesłanych przez Janika. Chłopięce rysy był znacznie mniej wyraźne, dominowała dziewczęca ciekawość i dobrotliwość. Mężczyzna w niej był zupełnie inny, ale podobny do niej jak tylko inny człowiek mógł być podobny do kogoś takiego jak ona. Rozpoznał go dopiero po chwili zastanowienia. Widział go już, martwego, z grobem wspaniałym jak pamięć pogrążonej w żałobie siostry. Lünar, brat Gaduły.

Spojrzała w oczy dopiero co obdarzonego szacunkiem studenta. Palec położyła na ustach, nakazując milczenie. Na więcej interakcji się nie zdobyła, bo podszedł do nich Tłumacz kierowany przez amulet, który chciał jej coś przekazać. Mówił symultanicznie, głosami obu Abbadonów, z dziwnym niesmaku wobec mowy człowieka.

NARODZIŁEM SIĘ W GNIEWIE UKIERUNKOWANYM NA CIEBIE. TERAZ JEDNAK, JAKO SYNTEZA, WIDZIAŁEM TWOJĄ TRAGEDIĘ W CAŁYM JEGO SPEKTRUM. WYBRAŁAŚ CHARONAT I MARZYŁAŚ O „DWÓJCE”, ABY OSTATECZNIE ZAPOMNIEĆ O WSZYSTKIM CO CIĘ SPOTKAŁO. TAK BYŁO W MOJEJ LINII CZASOWEJ. TERAZ POSTĄPIŁAŚ JESZCZE SŁUSZNIEJ. NIE CHCĘ CIĘ UNICESTWIĆ FIZYCZNIE, CHCĘ TYLKO UNICESTWIĆ CIERPIENIE I ŻĄDZE ZEMSTY W TWOIM SERCU. DAJ MI SZANSĘ.
- Co to za sztuczka? - spoglądała na wibrujący przedmiot. - Dopiero co chciałeś mnie zabić w domu Lisicy, widziałam to, przedmiocie.

Położyła dłoń na rękojeści katoszabli i gotowa była do ataku. Powstrzymała się tylko dlatego, że za nią znajdowało się świadectwo jej miłości, którą próbowała zataić.

Kürenberger położył dłoń na Syntezie. Ta mówiła szczerze, odtwarzając los kobiety z wizji jakie otrzymał przez Sørena z przyszłości. Tłumacz również miał do nich dostęp, amulet stał się nośnikiem danych, strumieniem informacji zapisanych absolutnym językiem, który wykraczał poza czas. Gdyby jego wiedza o mowie Purgatorium była większa, dałby radę z tego strumienia świadomości, wszystkich informacji o wszechświecie wyłonić obrazy zrozumiałe dla jego umysłu. Na ten moment był wstanie jedynie błądzić, odbijając się z trudem od jednych wizji do drugich, jedynie domyślając się kontekstu. Miał jednak pewność, że Niema wybrała Charonat. Na misji pierwszej lub ostatniej. Albo dokonała progresu i powstrzymała się przed łatwiejszą drogą, albo zdrada własnej ideologii dopiero ją czekała. Albo, albo.

Był jednak pewny, że ludzie mogą się zmienić. Długo rozmawiał ze swoim amuletem, próbując nadać ich relacji nowy sens. W końcu go znaleźli. On miał się nim opiekować w podzięce za dobrze wykonaną rolę, zaś amulet stanowić dla niego kompendium – choć o wiele trudniejsze od E. Karlsena – na temat mowy fermaty i zapis wspomnień, do których będzie miał dostęp za nim sam osiągnie szczyt ewolucji i zacznie porozumiewać się mową idealną. Jego ciało przeszedł dreszcz na samą myśl o tworzących się przed nim możliwościach. Powoli rozumiał też sens Purgatorium.

Kostka wpływała na ludzkość. Osoby, które ją opuszczały – jak i sobowtóry – były inne od krótkowzrocznych pobratymców, wskazywały drogę ku odrodzeniu dla całej ludzkości. Purgatorium było Darem, który miał być wykorzystany do rozwoju. W pierwszej linii czasowej stał się zabawką w wewnętrznych wojnach i narzędziem duchowym obróconym w broń, by stać się zdemoralizowanym show dla jego właścicieli. W drugiej było zresztą podobnie, ale olbrzym, choć nie zdolny do komunikacji, samym swoim majestatem i bijącą z niego energią, dobrem i radością przekazanymi przez Sørena dla ludzkości natchnął pokolenia pokojowiczów. Początkowo, w mrokach dziejów, nie widział owoców, ale z czasem, wykładniczo i w ramach swoistego efektu motyla, zmiany zaczęły narastać z każdym pokoleniem. Wzruszył się, bo nawet jeśli Olbrzym namieszał i przypadkowo zniszczył żywoty wielu istnień, to w ogólnym rozrachunku dało się zauważyć pozytywne efekty. W linii czasowej oryginalnego Sørena mur nigdy nie upadł, a Walter i Selena nigdy się już nie zobaczyli. W Europie i Afryce powstały zupełnie obce dla niego mocarstwa, często utopijne dyktatury rodem z twórczości Orwella, Huxleya czy Zajdla. Zaraza z jego wyobrażeń, rozumiana dosłownie, zaistniała. Głód. Ekonomiczny krach. Trzecia Wojna Światowa. Mróz i zmiany klimatu. Ziemia stała się postapokaliptyczną rzeczywistością. Fakt, Olbrzym zawiódł. Kostka dalej była chorą grą i nie spełniała swojej roli, nie została zrozumiana i dalej stanowiła zagadkę. Była niczym nowoczesna technika przez małpę obrócona w zabawę. Ale zmiana była możliwa. I było lepiej, choć dalej zdawało się, że ludzkość ponownie nie zda testu i upadnie raz jeszcze.
- Nawet ja, siedzący w ogrodach przez wieczność, porażka czekająca na twoje przybycie, wpłynąłem na świat. Nasze wybory mają znaczenie. To piękne.

Nawet jeśli nie byłoby to prawdą, dodawało Syntezie nadziei.

...

Limit Czasowy

25:46

Xelacient

Xelacient

27. października
Post ID: 83622

- Czy rozumiem? Ja wszystko rozumiem i to lepiej niż wy wszyscy razem wzięci! - wykrzyknął Otto spod deski, po czym z trudem spod niej wypełzł i usiadł na podłodze, na więcej mu już nie starczyło sił, rana na głowie była poważna - są dwa cele! Realizacja zleconego zadania oraz indywidualna stymulacja w celu lepszego zregenerowania organizmu! Pierwszy cel realizuje teraz reszta grupy! Ja pomagałem jak mogłem a gdy stałem się ciężarem to odszedłem, by nie przeszkadzać! Moim błędem było założenie, że jak przy Lisiej Matce zadziały groźby to i przy Erneście zadziałają, ale już trudno... jak się ryzykuje to trzeba się liczyć z niepowodzeniem, niemniej nawet jeśli Alois to bezwartościowy dla społeczeństwa śmieć to dla grupy był przydatny, toteż nie będę ryzykował powodzenia misji, by mu dokopać! A teraz zostaw tego satyra Mięsniaku bo zachowujesz się jak rdzenny Polak! - wypluł Otto z taką pogardą że emanacja aryjskości, aż sie zachwiała i puściła kozłowate stworzenie, przynajmniej na chwilę.

- I ty tak samo się mylisz - dodał zwracając się do pulchnej kobiety - Nadim jest wadliwy, ale nie przez względu na swoją rasę tylko na swoją kulturę! Islam zafundował mu pranie mózgu, przez które jest zdekoncentrowany ale gdy zrzuca to brzemię to pokazuje na co go stać! - dodał z uniesieniem, ale wtedy rana głowy dała o sobie znać, przez co sie skrzywił i dalej mówił znacznie ciszej - i oczywiście, że ciągle w niego wątpie, ale czy istnieje lepsza alternatywa dla mojej córki? Hans Bulma na którego gapiła się z zachwytem gdy był w telewizji?! Człowiek, z którego winy zostałem kaleką? Człowiek, który chodzi wiecznie pijany i naćpany! Nie, liczy się kultura danego człowieka, a nie jego rasa! A teraz odejdźcie, bo jeśli teraz zaczniemy się kłócić jak banda Polaków to przegramy wszyscy... tak jak Polacy wielokrotnie w dziejach... bo mają wadliwą kulturę.

Emanacja nienawiści i niechęci rasowej odstąpiły. Emanacja przypominajaca lekarza uśmiechała się delikatnie jakby była pewna zwycięstwa, ale chłodne spojrzenie jednym okiem ze strony Otto pozbawiło ją tej pewności siebie.

- Jednak ty mylisz się najbardziej! Ta kuracja wymaga bólu! Każda rehabilitacja jest bolesna! Nawet zwykły trening siłowy lub umysłowy wiąże się z wysiłkiem... z bólem, toteż nic dziwnego, że radykalny zabieg, który ma nas przywrócić do życia wiąże się z tak ekstremalnym bólem! Mówiąc wprost, każdy krok postawiony w czasie mojej ucieczki był krokiem stronę pełnej regeneracji moich dolnych kończyn! I jeśli dzięki czemuś nie poddałem sie po drodze to właśnie dzięki tej świadomości! Zapadnięcie w śpiączkę jest zmarnowaniem potencjału kuracji, czymś gorszych od tych samych tortur! Bo tortury będą na pewno! Albowiem monarchia opiera się na kłamstwie. Na kłamstwie w nieomylność króla! Jak coś król powie to musi to zrobić, żeby poddani nie zaczęli wątpić w jego nieomylność - dodał spokojnie jakby tłumaczył coś oczywistego - dlatego tylko prymitywne ludy uznają monarchię - dodał na koniec.

Zaaferowany swoim przemówieniem Kamphausen zapomniał o dobijającym sie pościgu, chyba dzięki temu jakoś znowu rozciągnął czas sprawiając, że mógł się spokojnie wypowiedzieć. Niemniej ogniotaury wraz z satyrami w końcu sie wdarły do beczułki.

- Zatem odejdźcie, jak chcecie zrobić coś dobrego to zaopiekujcie się tą czwartą Emanacją - rzekł wskazując na córkopodobny byt - ja zaryzykuje ten jeszcze jeden raz - dodał ze słabym uśmiechem.

I tak Otto podjął jeszcze raz ryzyko. Może wobec braku oporu pościg go tylko schwyta, może go wykończą na miejscu. Niemniej Otto nie chciał eskalować przemocy, nawet jeśli to wszystko było symulacją... grą komputerową, to nie zamierzał wszystkiego wybijać jak... w jakiejś grze komputerowej. Gry komputerowe były głupie, ale wielu ekspertów twierdziło, że to przyszłość przemysłu rozrywkowego.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

28. października
Post ID: 83631

A więc nie jestem jeszcze gotowy.
Anshelm zrozumiał, że aby przejść przez drzwi musi odbyć wewnętrzną przemianę. Po odejściu żony starał się unikać związków. Tłumiona w jego wnętrzu miłość musiała się jakoś wydostać na zewnątrz. I wydostawała się w postaci romansów między fikcyjnymi bohaterami stworzonymi w jego umyśle. Dopiero teraz pojął, jak często w jego powieściach przewijał się motyw miłości. Czekała go przeprawa przez Zamtuz intelektualny i Pokój narracyjny, gdzie będzie musiał raz na zawsze zmierzyć się ze swoimi kompleksami.

Kiedy kobiety wróciły z wewnętrznego pokoju niosąc zwyczajnie wyglądającą muchę, ta zaczęła się mienić złocistym blaskiem.

Ubierając muchę Anshelm nie miał wątpliwości do kogo należała. Czuł przy sobie obecność ojca, jakby część jego duszy pozostała w tej musze.
Gdyby mucha reagowała na Kamehamehę tak samo, jak reaguje na mnie, to zapewne by ją nosił jako insygnium władzy. Ale on tego nie robi, a to oznacza, że tytuł króla należy się mnie. Ja jestem pomazańcem namaszczonym przez Hermanna Vollblütera, a by przejąć po nim królestwo. To jest moje przeznaczenie!
A to by oznaczało, że mój (…) braciszek jest regentem sprawującym władzę pod nieobecność władcy. Teraz jednak przybyłem tutaj tak, jak zostało to zaplanowane, aby objąć tron i nic nie stanie mi na przeszkodzie!

Połyskująca mucha nie pasowała do munduru, ale za to świetnie komponowała się z iskierkami szaleństwa w szarych oczach nazisty.

Z dumnie podniesioną głową zbliżył się do reszty drużyny niosąc w jednej ręce drewnianą pałkę, a w drugiej worek ze skóry sobowtóra, w którym znajdowała się klepsydra.
- Skończyliście już malować? Musimy czym prędzej udać się do Zamtuzu Intelektualnego. Czas nagli.
Po tych słowach ruszył przodem w kierunku wielkiego budynku ukształtowanego na podobieństwo dwóch kobiet w miłosnym uścisku.

Fimrys

Fimrys

29. października
Post ID: 83634

"Bez obaw... Anno Bieler?"

Søren starał się uporządkować natłok wizji z wieloczasu. Wiedza Amuletu była zrozumiała dlan jedynie w pewnym stopniu, toteż zastanawiał się, czy dobrze utożsamił imię z poprzedniej-przyszłej misji do niemej-gadatliwej właścicielki, kurczowo coś zakrywającej. Zrozumiał, że robi to nie tylko fizycznie zasłaniając obraz, ale również psychicznie broniąc swych tajemnic.

-Racja, chcieliśmy Cię zabić. Ale tutaj każdy musi przejść przemianę, a zabijanie nie jest najlepszą metodą zmiany. Ten świat oddziałuje na nas, musimy wykorzystać to, by się ulepszać, nie degenerować. Wyzbyliśmy się żądzy zemsty, Tobie też to polecamy. Stare przemija, oto wszystko staje się nowe. W wieloczasie trzeba przebaczać i dążyć do oświecenia. Już nie pragniemy Cię skrzywdzić, przeżyłaś wystarczająco wiele cierpień. Naszym celem jest pomoc w drodze do oświecenia. DAJ NAM SZANSĘ.

Brzmiał najszczerzej jak potrafił, powierzył swoją laskę na chwilę Tutty i rozłożył ręce w geście dobrotliwości. Zachował uduchowioną postawę, jednak zamiast srogiego inkwizytora włączył tryb wyciągającego pomocną dłoń duszpasterza. Wiedział jaką nienawiść żywiła wobec Charonitów, tym samym wobec siebie samej z innej czasoprzestrzeni. Dawał jej do zrozumienia, że Abbadon chce pomóc i nie będzie jej do niczego przymuszał, ukazując, że do niej należy wybór.

"Albo - albo"

Rozmowa z Abbadonem dała mu kolejny bodziec na drodze do osiągnięcia oświecenia. Bezkres wiedzy jaki niósł na szyi zachęcał, więc tłumacz postanowił skrupulatnie i powoli wgłębiać się w tą wiedzę i poznawanie języka. Pierwszy krok już został przezeń wykonany przy tłumaczenie run, ale był to jak pierwszy krok w ocean, bo jeszcze wiele tajemnic tej pokrętnej lingwistyki było przed nim. Po dokończeniu obrazu zastanowił się nad dalszą częścią misji. Nie miałz bytnio pomysłu, jak dotrzeć do Führera, więc uważnie obserwował dostojnego Anshelma jako króla. Kiedy ten wydał dyspozycję do ruszenia dalej, zastanowił się nad możliwą współpracą władzy świeckiej, jaką reprezentował nazista, a władzą duchowną, jaką reprezentował Guru. Wspomniały się mu wtedy niezrozumiałe słowa Kamekamehy i mimochodem przypomniał sobie historyczne sprzeczki kościoła z władzą świecką. Ważne, żeby uzyskać postęp w misji. Po drodze myślał nad zagadnieniem obrazu, na którego miejsce mają zawiesić ten od Adolfa. Wspominał pokój narodzin i opisy z "Purgatorium" E. Karlsena a także poprosił Tutty o pokazanie zdjęć, gdyż może jej udało się gdzieś ten obraz sfotografować.

Garett

Garett

30. października
Post ID: 83639

Zawiedziony Coldberg pokręcił głową słysząc groźby Niemej.
-Grozisz nam bronią? W miejscu gdzie pióro jest ostszejsze od miecza, umysł potęszniejszy od ciała, a język rani głębiej niźli sztylet? Chyba musisz popracować nad swoim instynktem samozachowawczym, bo chyba nie zdajesz sobie sprawy ile wynosi prawdopodobieństwo, sze ktoś z nas ma na tyle silną wolę lub jest na tyle szalony, by móc cię zmiaszczyć poprzez manipulację szeczywistością Kostki. Zwłaszcza, szee w naszej drużynie już znalazło się dwóch osobników zdolnych do czynienia tutaj cudów, więc nie jest niemoszliwym by Hadesowi udało się zebrać do tej rozgrywki więcej takich rodzynków. A co do ciebie – zwrócił się do Piontka – to twoja filozofia stawiająca ludzi we wszystkim ponad bytami jest bardzo niebezpieczna. Można by wręcz powiedzieć „nazistowska”. I to nie w takim milutkim znaczeniu jak tutaj. Dodatkowo, im dalej przekraczasz granicę, tym trudniej jest się potem zatszymać. Jeśli nie masz oporów pszed znęcaniem się nad zwieszętami, to moszesz taksze nie mieć oporów pszed znęcaniem się nad ludźmi. Jeśli nie masz oporów przed zabijaniem bytów, które to są przeciesz nawet blizsze ludziom niźli zwieszęta, bo jednak mniej więcej na naszym poziomie intelektualnym, to moszesz nie mieć oporów pszed zabijaniem członków własnej druszyny. I choć pewnie jestem jedną z ostatnich osób tutaj, która powinna wypowiadać się na temat moralności, to nikt inny się do tego nie garnie, a mimo wszystko jakieś zasady tszeba ustalić żeby nie zachowywać się jak jakieś pierdolone zwieszęta. Bo jednak mimo wszystko wolałbym zostać zapamiętany jako zdrajca przez chyba najbardziej znienawidzonych mieszkańców Kostki niźli jako ktoś kto w zasadzie bez jakiegoś większego powodu poza tym, sze tak jest wygodniej, wyrsznął całe królestwo.

Akurat po zakończeniu dyskusji wrócił do nich Tłumacz-wybraniec wraz ze swoją „wybranką”, a chwilę po nich Anshelm jego brat. Kamehamaha z zaciekawieniem wysłuchał pomysłu Mathiasa, ale nie zgodził się na niego. Chwilę przed tym jednak jak pobiegł zaopiekować się jajem, Student podrzucił mu innym pomysł.
-W takim razie niech Wasza Wysokość pomaluje jajo w jakieś wzory korzystając z krwi waszego […] brata, aby zwiększyć moc dziedzica tronu. Oczywiście dopiero po misji, kiedy Hades wyleczy Anschelma, bo w innym wypadku mogłoby to zagrozić dziecku.

Mathiasa zasadniczo nie obchodziła zabawa z obrazem. Nawet jeśli były tam pigułki, to były one bronią obusieczną, a na prawdziwą broń miał już zamiennik. A dokładniej pomysł na niego. Bo skoro w zamtuzie intelektualnym mogło dojść do stworzenia bytów dzięki dyskusji, to jaki byłby problem stworzenia przedmiotu nieożywionego, wszakże o wiele mniej złożonego niż istota rozumna. A gdyby tak poprzez dyskusję nadać jakiemuś konceptowi postać fizyczną, to mogłoby to stanowić potężną broń. I w dodatku nie musiałoby to nawet wcale wyglądać jak broń. Przykładowo, taka fizyczna manifestacja konceptu zniszczenia mogłaby mieć nawet postać tępej łyżki, a i tak przecinałaby wszystko z łatwością. Dlatego też Student był gotów pozostawić obraz reszcie drużyny, a samemu ruszyć od razu do zamtuzy, ale zatrzymała go kolekcja obrazów dostarczona przez Janka. Bardzo szybko znalazł jeden przedstawiający Janika, wyczuwając przy okazji zawstydzenie swego Charona.
-Och dajże spokój. Zaraz pewnie sam mnie zobaczysz w takim stanie, więc można powiedzieć, że będzie sprawiedliwie. – Kiedy tyko podzielił się tą myślą z Ecksteinem, jego uwagę przykuł inny obraz. Niema za wszelką cenę starała się go zasłonić. Błąd, bo właśnie takie zachowanie jeszcze bardziej go uwidoczniało. Ku zdziwieniu Coldberga, przedstawiał on aktu seksualny Gaduły z jej brata. - Hmm, rozumiem, że o tym nie wiedziałeś, skoro nie powiedziałeś o tym jak spytałem się ciebie o jej brata. No cóż, teraz już wiesz i pewnie masz nawet pomysł jak to wykorzystać. Ja jednak na razie nie będę próbował jej szantażować. Jest zbyt nieobliczalna, a poza tym może się jeszcze przydać podczas „walki z bossem”, bo zgaduję, że Hitler nie odda nam obrazu po dobroci.

Zignorował więc Niemą zgodnie z jej niemą prośbą i zostawił ją Tłumaczowi. Postanowił za to zająć się załagodzeniem kolejnego dramatu.
-A jakie to ma znaczenie? - spytał się Lei. - Skoro Kamehameha jest w połowie człowiekiem, chociaż został poczęty zarówno ciałem jak i umysłem, a jego dziecko ma być w ćwierć człowiekiem, pomimo bycia poczętym czysto umysłowo, biorąc pod uwagę, że Erstowi brak pewnych narządów kobiecych do tego, to ty jako dziecko dwóch ludzi jesteś w pełni człowiekiem. Zresztą spójrz na ten obraz. To ty go w głównej mierze dokańczałaś. Ma w sobie iskrę twórczą, w przeciwieństwie do tych, które wyszły spod ręki bytów. To chyba wystarczający dowód na twoje człowieczeństwo.

Tabris

Tabris

31. października
Post ID: 83643

- Oczywiście, że jesteś poczęta w sposób materialny i jesteś człowiekiem w pełnym tego słowa znaczeniu. Widzisz, nie pamiętam jak twoja matka, ale ja jestem i byłem materialistą. W sensie filozoficznym –mogłaś to zobaczyć w moim mieszkaniu – co wpływa jednak na takie rzeczy. Zapładnianie siłą woli jest czymś dobrym dla mieszkańców Purgatorium, a nie nas, ludzi. Nawet jeśli doszło do tego co poeci opiewają jako komunię dusz, to bez aktu fizycznego nie byłbym w stanie użyć woli, by stworzyć życie. Tym niemniej, być może faktycznie był w tym udział woli. W pokonaniu słabości ciała i w tym jaka się stałaś może też. Być może chciałem abyś miała cechy ich dwóch. Najważniejszych kobiet mojego życia. Matki mojej i twojej.
~~~
Cóż, oglądanie obrazów na których przestawiono uprawianie miłości między nim, a ukochaną było z jednej strony żenujące, a drugiej… nostalgiczne. Coraz bardziej pamiętał dawnego siebie. Odzyskiwał się, jednocześnie jednak wraz z każdą odpowiedzią pojawiały się dwa pytania. Jak choćby o to dlaczego w ogóle zgodził się na stworzenie dzieła z tym aktem. Gdyby wystarczająco mocno warknął na sukkuby te nie ośmieliłyby się zbliżyć z farbą, a pędzle wbiłyby sobie w… oko. Czy też ważniejsze - dlaczego więź z Heleną (przypomniał sobie, że nie polubił jej właściwego imienia, było bowiem pretensjonalne ) zakończyła się w ten sposób. Nie zaczekał na ukochaną (co wobec wyboru dwójki nie miałoby realnego znaczenia, ale mógł ją wspierać). I z kim niby miałaby chcieć mieć dziecko? Blitzkrieg? Tylko on mógł od biedy pasować, inny wybór uwłaczałby Heleniej inteligencji.
~
Było jeszcze kilka ważnych kwestii jakie chciał poruszyć, ale przecież. Nadal nie wiedzieli gdzie jest obraz, Aadolf, nikt nie raczył wspomnieć o tym czym jest „Hend resist him”. Zamiast tego panie zajęły się malowaniem jakimiś przedziwnymi farbami ohydnego obrazu. Sylwetka Stalowookiego była tak doskonale szpetna chyba po to, by oryginał wydawał się przystojny i foremny. Co za drużyna mu się trafiła. Każdy był gnany własnymi obsesjami, a zagadnienie wypełnienia zadania wydawało się być dla nich błahostką. Tylko Niema wydawała się dążyć do tego samego celu jak Walter.
~
Miał właśnie przemówić do ludzi, wyjaśnić im, że obsesje są czymś miłym, a nawet niezbędnym do prawidłowego funkcjonowania (jakby o tym filozoficznie pomyśleć). Ale kurwa mać priorytetem jest przeżycie, a wypełnienie zadania jedyną gwarancją przeżycia. I wtedy odezwał się młody Coldberg. Pierwsze słowa przyjął z zawodem. Młodzieńcze, Erynia utnie Ci głowę zanim ty zdążysz wykreować myślą ziarnko grochu. To nie działa jak Deus ex machina, wymaga dłuższego czasu. Jakoś twój jęzor wyleczyła moja mikstura, nie twe medytacje. Poza tym twoja wola i jej wola – naprawdę sądzę, że przeważy to drugie. Zemsta jest rozkoszą bogów. Drugiej części towarzyszyła nowa fala spontanicznych tłumaczeń w myślach, które chciał możliwie szybko wygłosić. Piontkowi wszak rozchodziło się o to, by uniknąć wmieszania się do fikcyjnych rozgrywek mieszkańców Vollblütii, o ile oczywiście się da. Nie o ich… eksterminację.
~
A potem Mathias przyrównał Waltera do nazisty. Narodowy socjalizm odebrał Walterowi najpierw ojca, potem dom, w końcu heimat, skazał na głód i tułaczkę z matką. Milionom zabrał coś wiele ważniejszego – życie. Był najgorszym złem jakie spotkało ludzkość, a przecież wcześniejsze czasy wydały na świat inkwizycję, podboje Mongołów, czy też plagi dżumy. Walter to wiedział, bo doświadczył, choć w niewielkim stopniu tego zła. Ale ten arogancki gówniarz. Do czego on go porównał? Z jakąż zdradzającą obojętność łatwością ! O nie, nikt nie będzie tak Waltera Piontka wyzywać! Obojętność polegająca programowym nieingerowaniu na losy nieistniejących istot była czymś zupełnie i totalnie innym od działań przeklętej sekty psychopatów szczujących na siebie ludzi i wysyłających na śmierć miliony. Miał na sobie kombinezon zwiększający szybkość jego ruchów, opanowała go zimna furia. Da Coldbergowi szybką lekcję tego co należy mówić i jakie są granice retoryki. „Edukacyjne” strzelenie z liścia może okazać się stokroć lepsze od ciosu szabli Erynii. Zemsta jest rozkoszą bogów.
~~~
*JEB!*

Wiwernus

Wiwernus

31. października
Post ID: 83648

Vollblütia

Determinacja. Już w szarym mundurze SS-Standartenführera, na który zarzucił ojcowski płaszcz czuł się jak ryba w wodzie, zresztą jak niemal zawsze od pojawienia się w rajskim dla jego osoby pokoju. Od momentu włożenia zaginionej przed laty muchy przesiąkł taką pewnością siebie i samozadowoleniem, że zdolny był góry przenosić. Energia roznosiła go, a królewskie insygnium dodawało mu majestatu. Był świadom, że nie wynikało to z samych właściwości przedmiotu, przynajmniej nie tylko. Krew krwią, ale to własne przekonanie o nadrzędnej roli swojej osoby w Czerwonej Krainie pozwoliło mu stać tym, kim się stał – pełnoprawnym władcą. Im mocniej wierzył we własne możliwości, tym jaśniejszy blask gargantuicznej muchy. I jej talenty. Miał kolejną pigułkę, miał skórę zmiennokształtnego, a teraz zdolny był także sięgnąć po wspomnienia swojego ojca, w analogiczny sposób w jaki tłumacz przy pomocy amuletu sięgał do całej czasoprzestrzeni we wszystkich liniach czasowych. W jego przypadku ograniczony był do momentu poczęcia Kamehamehy. Zresztą najwyraźniej wiązało się to z kubłem zimnej wody wylanej na ego Anshelma. O ile ojciec kochał go jak nikogo innego, to jednak nie znał skali neonazistowskich przedsięwzięć pociechy i nie był już wstanie złapać z nią kontaktu po tym jak odwiedził utrzymywane w sekrecie pokoje. Kamehameha miał być synem jednocześnie synem lepszym i gorszym. Lepszym, bo rozumiejącym operującego na wyższych obrotach umysłowych i emocjonalnych tatę. Gorszym, bo jednak niepoważnym i gorsząco liberalnym w porównaniu do wzorcowego Anshelma. Zresztą stworzonym dla podwyższenia znaczenia „...” brata..

To, że po dowiedzeniu się o drugim dziecku Stalooki Senior unikał Czerwonej Krainy jak ognia... było zupełnie inną historią.

...

Spod tego co zostało z dachu został wyciągnięty już przez pierwszy byt, co zresztą mu umknęło. Świadomością wpakował się ponownie w miejsce uwięzienia, wyobrażając sobie jak pełen determinacji wychodzi z niej o własnych siłach i na własnych warunkach, niezależnie jak bardzo absurdalne było to dla tuzów. Nawet cztery pokrętne byty zdezorientowane były tym co ujrzały, choć niczym senne projekcje szybko przeszły do porządku dziennego. Może właśnie dlatego, widząc upór chemika, zaakceptowały jego wybór. Bądź co bądź, stanowiły wytwór jego woli i były jej poddane. Pierwszy zniknął nordycki troglodyta, nie widząc już w Otto sojusznika, choć ciągnęło go mimowolnie do choćby krótkiej bitki z ogniotaurami i satyrami, a do staruszka wciąż czuł respekt. Po nim zdematerializowała się kobieta uosabiająca niechęć do Nadima, za równo tą chemika, jak i nazisty. Skinęła głową i nie pozostał po niej nawet ślad. Po niej, w Mathiasowy sposób wygłaszając przemowy, przepadł trzeci byt, zresztą zmyślnie próbując przyparty do muru ugrać coś jeszcze na wspólnej niechęci do Osiołka. Gdy i to nie pomogło, oddał się rutynowej konsultacji z Janikiem przeniesionej na wszystkie myślotwory Mathiasa, a potem zniknął niezadowolony ze swej porażki. Jedynie niezdarna, pocieszna istota zrodzona z pragnień Nadima nie poddała się. Zniknęła, fakt, ale deklarując powrót w najmniej oczekiwanym momencie, niczym anioł stróż czuwający w najmroczniejszych zakamarkach szataniej dupy.

Nie pozostało nic innego jak jeszcze raz wpakować się myślą z wrażenia pod gruzy, wygrzebać się z nich jeszcze spektakularnej, a potem czekać cierpliwie na przybycie pościgu. Zasiadł na zniszczonym krześle, które nie miało nawet oparcia. Oddychał głęboko i walczył z przenikliwym bólem, który zresztą uznał za zbawczy element kuracji i dowód na to, że jeszcze żyje. Ból równał się świadomości własnej egzystencji, stanowił jej niepodważalny dowód. Do tego wniosku doszedł i kurczowo się go trzymał, delektując własnym cierpieniem i znosząc je cierpliwie.

Pierwsze – przed wolniejszymi satyrami – przybyły ogniotaury. Połowa tuzina żywych ognisk uformowała okrąg wokół staruszka, tak jakby własną wolą nakreślił barierę, przez którą nie mogły przejść za nim nie wytłumaczył im swojego stanowiska i refleksji do której doszedł. Zadeklarował gotowość poddania się karze i brutalnym torturom. Zbiło to stwory z pantałyku, dymiące z nienawiści do zamachowcy grożącemu nienarodzonemu dziecku, ale zgodziły się go, po krótkiej naradzie, oszczędzić. Wierzyły, że szczerze pragnie poddać się karze, zresztą ceniły doznania jak nic innego, a w mękach widziały coś o wiele gorszego od kolejnej śmierci. Wszystkie połączyły się w jedno ognisko i pochłonęły Otto, przybierając postać piekielnego rydwanu ciągniętego przez ogniste rumaki utworzone z płomiennych jęzorów. Jedyne oko drażnił błysk i migotanie ognia, jedyne ucho odgłos skwierczenia płomieni i jego coraz bardziej zwęglonej skóry, zaś oba nozdrza swąd spalenizny. Ogniotaury zaczęły deklamować coś w swojej dziwnej mowie, synchronizując ognie do temperatury, która pozwoliłaby mu przetrwać podróż. Płomień dotkliwie ranił i szpecił, ale nie zabijał.

Ból był prawie nie do zniesienia, na szczęście podróż miała być tylko zalążkiem zadanych mu cierpień i zakończyć się niemal tak szybko jak zaczęła. Uwięziony w środku rydwanu pełnił funkcje pełnej esencji, ludzkiej i znajdującej na granicy śmierci baterii, która miała skrócić podróż do miejsca docelowego – placu przed pałacem władcy – do minimum. W dokładnie ten sam sposób skakał z miejsca na miejsca wśród gęsto zarośniętych tropikalną roślinnością ruin, teraz miał jedynie pójść o krok dalej i uczynić teleportację na granicy światów świadomą.

Skupił się, na tyle ile pozwalała mu schodząca skóra i oparzenia drugiego stopnia, a powolny galop rydwanu zmienił się w błyskawiczną szarzę. Ognisty pojazd dymił niczym sportowy wóz. przypominając zresztą o ostatniej traumie. Nawet zmienił się jego kształt na bardziej opływowy. Der Chemiker pocieszał się myślą, że przynajmniej ogromny dystans skraca się, ale gdy ból osłabiał jego umysł, zdawało mu się, że nawet tak mała trasa dzieli się na nieskończenie wiele odcinków, których przecież nie mógł przebyć. Cała droga rozciągnęła się do wieczności, w której palony był wewnątrz buchającej, skwierczącej maszyny. Nawet hawajsko-greckie ruiny i gąszcze zmieniły się w coś na wzór postapokaliptycznej autostrady z jego koszmarów, choć i tego nie był pewien, bo wszystko po bokach rozmywało się w sunące równolegle do niego linie. Liczył, że żaden cytrynowy pojazd nie wyskoczy mu na przeciw, ale starał się o tym nie myśleć, aby przypadkiem go nie przywołać swoim strachem. Wystarczyło mu, że kurczowo trzymał się ognistej kierownicy, tak samo kurczowo jak trzymał się zwykłej po karambolu. Po krótkiej refleksji uświadomił sobie, że ból łamanych nóg i kręgosłupa był igraszką przy tym co przechodził tutaj.

I wtedy, niczym powtarzające się nieustannie znaki drogowe, zaczął wychwytywać obecność Carla, który zainterweniował do jego wyobrażenia podróży. Jego nieruchoma sylwetka trwała zawieszona jak dwuwymiarowy, papierowy wizerunek pociesznej istoty, z czasem nabierała jednak kształtów i rosła w oczach, aż w końcu Otto uległ determinacji Pringsheima, poddał się i zaczął hamować po zagubionej autostradzie. W końcu rydwan stanął, a otoczenie przybrało postać dobrze znanej mu beczułki wśród feromonowych drzew, krwiorośli i odnóg rzek spływających do erytrocytowego morza. Nie ruszył się nawet milimetr od miejsca, w którym poznał cztery dziwne byty i satyrzo-nimfią familię.

Przez chwilę pojazd podtrzymywał swoją formę, ale w końcu rozczepił się na pojedyncze ogniotaury, które okrążyły Carla, zresztą pełnego determinacji, której nikt spodziewać się po nim nie mógł. Dzierżył drżącą ręką swój młot i nerwowo spoglądał na płomienny lud, który zresztą nie miał nic do człowieka. Otto wykręcił jedyne ucho jakie mu pozostało i wychwycił – nauczony podczas nieskończonej jazdy po równie nieskończonej autostradzie – podstawy ognistego języka. Miał i nic, jak i nieskończoność, aby się go nauczyć.

Wniosek był dla niego oczywisty, Carla traktowano jako stronnika Kamehamehy i Ernsta, który zadeklarować gotowość do ścigania pięknego starca. Przez chwilę mężczyzna starał się grać rolę cynicznego, pełnego nienawiści do chemika łowcy, w pewnym sensie naśladując inkwizytorski zapał ekscentrycznego tłumacza. Nieudolnie jak się tylko dało, ale na tyle wiarygodnie dla naiwnego ludu, że nie uznano go za zagrożenie, choć wszystko zdawało się w nim krzyczeć zaraz wbiję wam młot w plecy. Przybliżył się do poparzonego Otto i pociągnął za ucho.
- Ty dzieciobójco ty! To ja miałem cię pochwycić, aby zmazać plamę na ludzkim honorze. - warknął nieumiejętnie, a potem przystawił palec do spękanych od ognia warg, pochylił się i wyszeptał. - Nic nie mów, uratuję cię. Musimy sobie pomagać.

Jak powiedział, tak zrobił. Młot poszedł w ruch, gasząc najbliższego z ogniotaurów, zresztą zaskoczonego i zdezorientowanego własną śmiercią. Za nim pozostali zrozumieli po której stronie stoi człowiek, ten okładał już kolejny płomień. Dopiero po jego śmierci dymiąca kawaleria rozpoczęła spektakularną szarżę na przeciwko samotnego, nabierające wiary w słuszność swego czynu, ale tracącego w powodzenie swojej spektakularnej odsieczy mężczyznę. Otto został przez niego na pożegnanie rzucony jak worek kartofli w gąszcze i leżał wykręcony boleśnie z bólu na najbardziej poparzonym boku, próbując sobie wyobrazić co właśnie dzieje się z jego wybawicielem. Dopowiedział sobie, że w końcu wytrącono mu broń z ręki i zaczęto tratować żarzącymi kopytami, aż jego krzyk zamilkł. To przynajmniej sugerowały mu jego jedyne ucho.
Pozostała mu już tylko determinacja. Świadomości nie było, dlatego z podróży do pałacu zapamiętał tylko jak ponownie został uwięziony w płonącym pojeździe, a Carl – o wiele gorzej znoszący samochodową traumę i z wracającą świadomością – drze się wniebogłosy, zagłuszając mowę iskier. Kawaleria musiała zadowolić się wymianą myśl tylko i wyłącznie grą świateł oraz uformowanych cieni, choć nie miał pewności czy nie był to tylko fantomowe wspomnienie, które sam sobie zaszczepił w majakach. Równie dobrze stwory mogły nie mieć żadnego powodu, aby porozumiewać się, gdy nie był świadomy.

Wyrok wydano natychmiastowo, natychmiast po dotarciu przed pałac, choć i jego nie pamiętał zbyt dokładnie. Samosąd czterech gatunków był szybki i spontaniczny, typowy dla pierwotnych ludów rozmiłowanych w wymierzaniu szybkiej sprawiedliwości, zresztą przy jego wymajaczonej zgodzie i aprobacie. Obaj mężczyźni otrzymali przypisany tylko im ślimakotesserakt, na którym mieli to zostać ukrzyżowani. To narzędzie kary przynajmniej nie było tak ciężkie jak konwencjonalne, jednak szybko przekonał się, że wolałby – podobnie jak tłum buntowników zwalczających prawa Kamehamehy – być potraktowany według zwykłej procedury.
- Lepiej dźwigać ciężki tesserakt dla bytu niż wisieć na tym przeznaczonym dla szlachetnego człowieka. - podsumował satyr w tłumie gapiów, widząc jak targa swoje narzędzie kaźni, leczniczą machinę i dowód dobrej woli w jednym.

Ten rodzaj ślimaka wyróżniał się haczykatowymi wypustkami, które wbijały się w jego ciało wraz z narastającym strachem. Szybko zresztą przekonał się, że tych było coraz więcej - żyjące narzędzie tortur rozmnażało się wraz z lękiem. Ukrzyżowano go więc uformowanymi z nasienia Kostki gwoździami na jednym, abstrakcyjnym bycie, ale szybko zdał sobie sprawę, że wisi do góry nogami na splocie setek mniejszych, dzielących się nieustannie stworzonek. Plecy czuły zimno metalu, dziwnie jednak kojące go po oparzeniach. Długość własnej męki szacował na podstawie pochłaniających go kolejnych pokoleń rzadkiej pijawki, nieubłaganie spowolnionego zegara oraz napięcia w odgłosach wygłodniałych kruków. Nie wiedział skąd się tu wzięły, ale zdawały się być powszechne w Purgatorium. Niektóre wydały mu się niemal ludzkie w swych obliczach, choć w najgorszym tego słowa znaczeniu.

Obserwował reakcje nie tylko ich, do góry nogami podziwiał samozadowolenie tubylców przeplatane ze zgorszeniem jak ktoś tak pięknie naznaczony bliznami po odmrożeniach i poparzeniach może być tak zepsuty. Z czasem jednak było lepiej. Ból fizyczny narastał, ale znosił go dzielniej. Ujrzał, że podjęta decyzja miała sens, a jego ciało miast słabnąć, wzrastało na siłach. Jego upór i determinacja udzieliły się tłumowi, przez co przypisano mu odwagę i męstwo oraz zaczęto powoli wybaczać jego haniebne przewinienie. Z półmartwego starca biło posłuszne poddanie się ich woli oraz wiara w to co czyni, nawet jeśli mylnie interpretowano jego pragnienie kuracji z pokutą. Zdrowiał jednak, od zbawiennego wpływu własnej psychiki, upatrując w agonii ścieżkę do ozdrowienia.

Nie było się rzecz jasna bez momentów zwątpienia. Kruki, doprowadzone do furii przez jego opieranie się śmierci, zaczęły nad nim krążyć, a najodważniejsze przybliżały się do niego, próbując go osłabić wyzwiskami i obelgami. Na szczęście straż pilnująca tesseraktów w postaci grupy inkubów odpędzała je. Nie była jednak tak gorliwa, gdy ptasie stwory znaczyły pięknymi bliznami ciała buntowników z plemienia inkubów, satyrów, nimf czy ogniotaurów. Na własne, jedyne oko ujrzał jak na dziób paskudnego stworzenia przekłuwa wodnisty brzuch nimfiej buntowniczki, z którego spływać zaczął wodospad krwistego płynu, aż zachciało mu się pić.

Carl tak dzielnie agonii nie znosił. Początkowo pokornie przyjął karę, gotowy kroczyć ścieżką Chrystusa, ale zabrakło mu irracjonalności Der Chemikera, aby zracjonalizować sobie mękę we właściwy sposób. Z tego samego powodu zresztą pierwszym co uczynił po przeniesieniu do Pokoju Narodzin było walenie głową w ścianę, podczas gdy po równie tragicznej śmierci Kamphausen rozpoczął nowe życie od porządkowania sytuacji w pomieszczeniu. To ich różniło. Dlatego Otto był leczony na setce zimnych pijawek, zaś Carl konał na setkach tysięcy, w których zresztą zapadł się, aż wystawała mu tylko twarz i fragmenty kończyn. Kiedy robactwo zatkało mu usta, przestał krzyczeć. Już tylko cierpiał, niezdolny do śpiewania kolejnych psalmów, błagania o łaskę, proszącego o kontakt z rodziną czy po prostu zwierzęcych krzyków. Nigdy jednak nie wyparł się Boga, nie żałował próby uratowania bliźniego z rąk ogniotaurów, a z jego oczu dało się wyczytać nawet coś na wzór wybaczenia dla wroga.

Chwilę wytchnienia dała im podświadomość Nadima w jego niezdarnej, znanej już Otto, postaci. Nasączyła ich usta płynnym nasieniem i purgatoriną, a raczej ich wyobrażeniem, bo młodzieniec nigdy nie uraczył się cytrynowym narkotykiem i szlachetnym płynem z łona samej Kostki. Ich smak miał zresztą i tak takie właściwości jakie sami sobie wymarzyli, podobnie jak placebo mikstury od Jokasty. Dla Pringsheima był to smak ucieczki w świat pozytywniejszych od katuszy wizji, zaś chemikowi, zgodnie z jego wolą i nastawieniem, zwielokrotnienie męki, tylko przyśpieszając kurację.

Wybawienie nastało, gdy wśród tłumu rozeszła się plotka o mianowaniu Anshelma Królem, wydarzeniu po tysiąckroć ważniejszym od losu dwóch zdradzieckich ludzi. Otto nie przegapił ich. Wziął głęboki oddech, obserwując jak byty tracą nim stopniowo zainteresowanie i powoli rozchodzą się, zmieniając tropikalną golgotę w coraz bardziej zaciszne miejsce. Dzięki temu informacja o jego losie w ogóle dotarła do nazisty, a to żebrało swoje żniwo. Jego wola stanowiła prawo, więc mimowolnie, choćby po krótkiej wzmiance o ukrzyżowaniu, powstał byt stworzony tylko mający za cel uratować lidera berlińskiego zespołu. Wtopił się on zresztą w sam tesserakt, na którego setce zimnych pijawek wyrosły stalowe oczy. Narzędzie kaźni wchłonęło Otto. O ile jego zewnętrzna powłoka była źródłem bólu, to wnętrze ukształtowano na wzór zbiornika, który gwarantował tylko i wyłącznie odetchnienie. Zawieszony w płynie unosił się, lecząc własne rany. Przeżył, a kuracja zakończyła się.

Synchronizował się z dziwnym bytem, z jego ślimaczych bloków czyniąc coś na wzór kończyn. Przemieszczał się od tego momentu kierując sześcianami i ucząc jak w tej formie cokolwiek utrzymać w nieustannie dzielących rękach. Nabierał wprawy, zresztą równie łatwo odwrócił postrzeganie, zdolny normalnie obserwować świat zawieszony głową ku mięsistej, spękanej od dwóch słoń ziemi. Miał zresztą do dyspozycji już nie tylko jedno oko, lecz tysiąc. Stalowych i zimnych.

Carl nie został potraktowany tak łagodnie. Żadna podświadomość nie wyzwoliła go z krzyża i musiały to uczynić dopiero inkuby na słowne polecenie Anshelma, zresztą podnieconych plotką o narodzin jaja, z którego wykluć miał się syn samego Kamehamy. Chmara oczu wykręciła się w kierunku mamroczącego Pringsheima, którego na swych muskularnych ramionach dźwigał ubrany tylko w przepaskę Inkub. Życie uchodziło z Carl, który o własnych siłach poruszać się nie był już wstanie.
- Wybaczam ci, Anshelm, tak jak wybaczyłem moim oprawcom, ale zaznasz sprawiedliwości. Niech ta spłynie na niewinne dziecko, dojrzewające z myślą o skali grzechu popełnionego przez twoją podświadomość. - przemówił, gdy ściągano go z czterowymiarowego krzyża. - O to moja wola.

Potem bredził, majaczył, jęczał, krzyczał, wrzeszczał, szlochał, wył, piszczał, skomlał, płakał, ślinił się, drgał, trząsł, wiercił, wymiotował, walił pod siebie, smarkał i walił głową o tors noszącego go bytu tak jak walił w ściany Pokoju Narodzin. Ale dokonało się, a pragnienie stało się ciałem. Esencja wypływająca wraz z jego życiem była dostrzegalna gołym okiem, niczym płynąca do swego miejsca przeznaczenia wstęga. Jednym człowieka i tysiącem Króla.

...

Bez obaw... Anno Bieler?

Niema spojrzała na inkwizytora z miną, która zdradzała, że doszło do nieporozumienia. Za to Hans, dotąd opłakujący stratę narkotyków i zachwycający się jednocześnie skalą własnego poświęcenia dla drużyny, poruszył się nieznacznie.
- Anny trochę szkoda. - wzruszył ramionami. - Dobra dupcia z niej była.

Nie pozostało nic innego jak pójść za ciosem w tej niezręcznej sytuacji, a Niemej zaoferować wybaczenie i ścieżkę życia, która nie opierałaby się na zemście. Rozumiał jej pobudki w skali całego ciągu zdarzeń we wszechświecie, przez co przeoczył ich intensywność, która tliła się w niej obecnie. O wiele bliższy zrozumienia natury kobiety był Walter, który choć nie wiele mniej pragmatyczny, wiedział, że zemsta jest niemal boską rozkoszą.
- Jesteś tu po raz pierwszy. Nic nie wiesz o pokojach i jego prawdziwych wyzwaniach. My się tutaj bawimy. - wskazała Niema, jakby Spermutowany był przy jej doświadczeniu niesfornym dzieckiem. Co jak co, ale głos miała jednocześnie anielski, jak i władczy. - Ktoś taki nie będzie mnie pouczał co powinnam uczynić ze zdrajcami i kolaborantami klękającymi przed psią łapą. Myślisz, że nie wiem po której stronie stoisz? Zdradziłeś własnego Boga dla swojego kata. Jestem coraz bliższa dołączenia cię do niesfornej listy charonitopodobnych zwierząt. Daj mi tylko powód.

Rozwścieczył Niemą, choć nie miał prawa do wyrzutów sumienia, bo rozumiał istotę kobiety z o wiele szerszej perspektywy, w pewnym sensie znając ją lepiej od niej samej. Mathias również pozwolił sobie na kilka niewłaściwych słów, ale przynajmniej zachował dość rozsądku, aby nie zdradzić pozostałym co kryje przeoczony przez wszystkich obraz. W ten sposób kupił sobie w pełni jej zaufanie.

Hmm, rozumiem, że o tym nie wiedziałeś, skoro nie powiedziałeś o tym jak spytałem się ciebie o jej brata. No cóż, teraz już wiesz i pewnie masz nawet pomysł jak to wykorzystać. Ja jednak na razie nie będę próbował jej szantażować. Jest zbyt nieobliczalna, a poza tym może się jeszcze przydać podczas „walki z bossem”, bo zgaduję, że Hitler nie odda nam obrazu po dobroci.

Janik Eckstein

Wiedziałem. Nie mówiłem nic, bo jeszcze byś ją zaczął szantażować. Spodziewałem się co prawda, że tego mądrze nie zrobisz, telepatia to pomocne narzędzie, ale czasami sytuacje wymykają się spod kontroli. Niezależnie co bym ci powiedział o jej „braterskim kompleksie”, mógłbyś jej wypomnieć w chwili uniesienia, a wtedy mogłoby... nie być zbyt różowo.

Jedynym, który w pełni zasłużył sobie na szacunek kobiety był Walter. Na swój pokraczny sposób przyznał jej prymat na oczach całego zespołu, a przynajmniej tak odebrano jego osąd. Słowa Osiołka, niezależnie w jakiej formie, jednak wciąż coś znaczyły. Umysł wpływał na ciało, ale i ciało na umysł, a fizyczne talenty kobiety zdawały się wykraczać poza możliwości pozostałych, szczególnie przy jej doświadczeniu, obyciu w posługiwaniu się kombinezonem oraz czerpaniu siły z pragnienia vendetty, czymś silniejszym choćby od najbardziej pragmatycznych rytuałów Mathiasa.

Porażka tłumacza i studenta były tak dotkliwe, że z zażenowania ich pupile – perfekcyjna Synteza i całkiem bystry ślimakolucz najedzony lękiem Niemej związanym z rychłym „zdemaskowaniem” - oddali się przyjacielskiej pogawędce. O ile Abbadon był wychowany w duchu wolności i odpowiedzialności za własne czyny, o tyle pijawkę trzymano krótko. Jednak nawet przy tych różnicach – a także intelektualnych! - oba byty znalazły wspólny język.

Abbadon zresztą znalazł nawet chwilę, aby porozmawiać z Leą, całkiem prawdopodobne, że również z bytem, choć mądre słowa Mathiasa i Waltera uspokoiły ją. Dowiodła, że posiada esencję swym artystycznym talentem zawierającym coś więcej niż tylko bezduszną technikę. Poza tym jej ojciec, przez wszystkich zapamiętany jako lekceważący byty i stawiający je niżej od ludzi, nie wydawał się być tym, który chciałby mieć dziecko z przewagą pozaczłowieczej natury. Oczywiście mógł się mylić, przez co Lea stałaby się jako byt niegodną jego osoby córką, a tego by nie zniosła, trzymała się jednak argumentów podanych przez Coldberga oraz Piontka. Przede wszystkim przez wgląd na słowa Mathiasa. Już raz jej „podpadł” wytknięciem podobieństwa do osiolka za co musiała go „ugasić”, a co jednak okazało się prawdą. Choćby dla tego szanowała jego wygłoszone z przekonaniem słowa i zastanowiła się nad nimi.

To twoja filozofia stawiająca ludzi we wszystkim ponad bytami jest bardzo niebezpieczna. Można by wręcz powiedzieć „nazistowska”. I to nie w takim milutkim znaczeniu jak tutaj. Dodatkowo, im dalej przekraczasz granicę, tym trudniej jest się potem zatszymać. Jeśli nie masz oporów pszed znęcaniem się nad zwieszętami, to moszesz taksze nie mieć oporów pszed znęcaniem się nad ludźmi. Jeśli nie masz oporów przed zabijaniem bytów, które to są przeciesz nawet blizsze ludziom niźli zwieszęta, bo jednak mniej więcej na naszym poziomie intelektualnym, to moszesz nie mieć oporów pszed zabijaniem członków własnej druszyny. I choć pewnie jestem jedną z ostatnich osób tutaj, która powinna wypowiadać się na temat moralności, to nikt inny się do tego nie garnie, a mimo wszystko jakieś zasady tszeba ustalić żeby nie zachowywać się jak jakieś pierdolone zwieszęta. Bo jednak mimo wszystko wolałbym zostać zapamiętany jako zdrajca przez chyba najbardziej znienawidzonych mieszkańców Kostki niźli jako ktoś kto w zasadzie bez jakiegoś większego powodu poza tym, sze tak jest wygodniej, wyrsznął całe królestwo.

Pierwszym reagującym wcale nie był Walter. Ten zareagował jako drugi. Słowa najbardziej zabolały nie Piontka, nawet nie jego obawiającej się „złego” pochodzenia córki, lecz od początkowych problemów niemal bezkonfliktowego Goebbelsa, który nie wytrzymał umniejszania królestwa zwierząt i stawiania go pod bytami. Nie miał zamiaru okaleczyć, bardziej upokorzyć i ośmieszyć. Początkowo spodziewano się, że zaszarżuje, zaś futrzak, z niepokojącym skupieniem na pysku, zebrał powietrze, wymierzył i splunął z daleka prosto w twarz studenta.

Rzut na akcję: Lama pluje na Mathiasa (i bardzo dobrze!)
Modyfikatory Pierwszorzędne Lamy : Siła (+1 za modyfikator lamy; +1 za -1 Mathiasa do Wytrzymałości), Zręczność (+0 za modyfikator lamy; -0 za modyfikator Mathiasa do Zręczności)
Wyniki: 4; 1 -> 6; 1 (po modyfikatorach) -> 7 / 2 -> 3,5 -> Brak Efektu!

Wielki, gęsty i nawet w zmniejszonej grawitacji (spowolnionej jeszcze klepsydrą!) Czerwonej Krainy lecący ze sporą prędkością, uformowany z żółto-brązowej wydzieliny pocisk poleciał w kierunku Coldberga. Siły mu nie brakowało, zabrakło jedynie celności przez co wydzielina zatrzymała się na ścianie i na niej już pozostała, wyżerając w niej powolutku śmierdzącą dziurę. Ślina cuchnęła i ruszała się energicznie, wprawiona w ruch rozgoryczeniem pociesznego, gotowego bronić swojego honoru futrzaka.

To czego nie dokonała Lama, uczynił z nawiązką Walter, edukacyjnym liściem wbijając młodzikowi trochę ogłady do zbyt pewnej trafności własnych osądów głowy.

Rzut na akcję: Gdy Lama nie może, Osioł uczy ogłady
Modyfikatory Pierwszorzędne Waltera : Siła (-2 za modyfikator Waltera; +1 za -1 Mathiasa do Wytrzymałości; + 2 za kombinezon), Zręczność (-1 za modyfikator Waltera; -0 za modyfikator Mathiasa do Zręczności)
Wyniki: 6; 3 -> 7; 2 (po modyfikatorach) + 0,3 -> 9,3 / 2 -> 4,65 -> Częściowe Powodzenie!

Nie chciał go zabić, ani okaleczyć. Ukarać, nauczyć i obronić własny honor, tak, ale nie uczynić krzywdy. Dlatego siłę jaką włożył w cios można było uznać za odpowiednią, wystarczającą do wybicia młodzikowi arogancji z pustego łba. Fakt faktem, że przypisywał sobie wyłącznie ignorancję, tak jakby wspominana przez wszystkich swawola jego pierwotnej tożsamości w kryzysowych sytuacjach nie graniczyła z niepotrzebnym okrucieństwem, nie mniej jednak nie dało mu się przypisać choć odrobiny racji. Tuzy, nie znoszące Mathiasa, kibicowały mu. Oddał się emocjom, szczerym i prostym, a wtedy...

Jego Alter Ego, Alter Piontek, przemówiło, gotowe przejąć na moment kontrolę nad jego ciałem. Gdzieś miało porównanie do nazizmu, okrutnego jak najbardziej i godnego pogardy, chodziło jednak przede wszystkim o dumę. Młodzik śmiał wytykać jemu, weteranowi, okrucieństwo wobec Bytów, pozbawionych woli i świadomości kreacji nieróżniących się niczym od zapętlonych w prostych algorytmach robotów czy prymitywnych zwierząt. To wymagało kary. Alter Piontek był liderem berlińskiej drużyny i zdawał sobie sprawę, że czasem trzeba uciec się do przemocy, aby ostudzić zapędy ambitnych młokosów pragnących zająć jego miejscee. Dlatego nie żałował pięści dla Mathiasa, niedoszłego „Blitzkriega” czy „Stalookiego Seniora” ze swoimi górnolotnymi ambicjami, przynajmniej w taki sposób go postrzegał. Problemem było, że druga tożsamość gotowa była w uniesieniu włożyć w cios tyle siły, że wątły student ugiąłby się pod atakiem, a jego czaszka pękła, kończąc wkurwiający wszystkich wokół żywot pyszałka.

Rzut na akcję: Powstrzymanie emocji (i drugiej/pierwszej tożsamości) przed zabiciem Studenta
Modyfikatory Pierwszorzędne : Siła Woli (+3), Inteligencja (+1)
Wyniki: 6; 2 -> 9; 3 (po modyfikatorach) -> 12 / 2 -> 6 -> Powodzenie!

Korciło go, oj korciło, ale stłumił pragnienia „...” (pierwszej/drugiej) tożsamości. Miał nad nią coraz większa kontrolę. Nie zniżył się do morderstwa, zachowując świadomość, że nadmiar emocji w kombinezonie w wyjątkowo brutalny sposób odeśle Coldberga w zaświaty...

Cisza, przerywana tylko wyciem zadowolonego z rezultatu „ojcowskiej nauczki” Goebbelsa. Student leżał na ziemi ze strąconymi okularami, nos miał połamany, a buzię opuchniętą. Krew małą strużką spływała na ziemię. Zachował świadomość, choć wszystko wokół niego wirowało. Przez chwilę nie był zdolny ustać o własnych siłach, przez co podtrzymać musiała go wdzięczna za milczenie Niema i ku jego zdziwieniu Lea. Ta druga zresztą pozwoliła go sobie jeszcze zbesztać, mimo to otoczyła go troską i upewniła się, że nic mu poważniejszego się nie stało. Kazała nawet nie przejmować się tuzami, które już nie tylko kpiły z manta jakie Walter nonszalancko spuścił młodzikowi, to jeszcze radochę miały z łaski jaką okazywały mu kobiety. Im bardziej pijane i odurzone były komentujące elity, tym mocniej i wulgarniej obrywało się Studentowi.

Na szczęście pragmatyzm przeważył – szczególnie pod postacią emeryta, tłumacza, nazisty i przedsiębiorcy – i wszyscy udali się do wyjścia z pałacu, by latającą karocą wznieść się do intelektualnego przybytku. Emocje opadały, wszyscy skupili się na misji i celu, zapanowała błoga cisza i jedynie omawiający ewentualny sojusz wiary i nazistów inkwizytor z Królem wymieniali się czasem krótkimi uwagami. Mucha swędziała na wzmiankę o związku z religią, co mogło oznaczać cokolwiek, Anshelm był jednak pewny, że cokolwiek uczyni, będzie czuł się dalej dobrze w swojej nowej tożsamości. Żal było mu opuszczać pałac. IV Rzeszę miał za swoją wymarzoną krainę, w której szanowano go i respektowano, a jego myśl stawała się ciałem. Nawet Hitler we własnej osobie nie miał takiej władzy i możliwości kreacji idealnego społeczeństwa. W nowym, pełnym zmysłowych doznań ciele wszystko zdawało się być do osiągnięcia. Król znów niemal podskakiwał. Tutaj nawet nie było trzeba używać nazistowskiej skórki, aby Czerwona Kraina wydała się być idealną i naturalną krainą nazizmu, wolności twórczej oraz zmysłowości.

A wtedy – gdy wszystko się klarowało, a napięcie opadło – pojawili się posłańcy z ponurą wieścią. Odnaleziony w głuszy Otto dobrowolnie poddał się karze, zaś Carl próbował go niecnie odbić, stawiając lekkomyślnie wyzwanie całej grupie ogniotaurów. W administracyjnym chaosie obu skazano na ukrzyżowanie, a opis ich męki był tak sugestywny i niepokojący, że morale drużyny znów sięgnęło dna. Nazista nakazał ściągnąć obu kompanów, zaś dominująca w podświadomości troska o los wyziębionego chemika przeszła na jego tesserakt, czyniąc z niego środek lokomocji i odbudowy.

Bezpośrednia konfrontacja z mężczyznami zresztą była szybka. Czekali na nich w holu, tuż przed karocą zaprzęgniętą w inkuby. Pierwsza wyłoniła się wymykająca postrzeganiu bryła z haczykowatych pijawek wijących niczym ławica zamykających i otwierających oczu. Stalooki zresztą na swój pokraczny sposób widział nimi wszystkimi, niemając dostępu do jedynie w połowie zamkniętego ślepia naznaczonego bliznami mężczyzny. Dla wszystkich Otto był jedynie ledwo widocznym zarysem i cieniem skrytym za pijawkowym wehikułem. Od Kamphausena biła zresztą abstrakcyjna aura, która napawała ich za równo lękiem i nadzieją- jednocześnie żywy jak nigdy dotąd, jak i martwy. Kaleka zdolna do poruszania jedynie za warstwą żyjącego kombinezonu.

Carl miał w sobie jedynie iskierkę życia, gdy na rękach wniósł go muskularny inkub. Mężczyzna nawet konając pozdrowił wszystkich delikatnym, bolesnym uśmiechem. W geście ostatniej woli powierzył jedyną pijawkę, która nie zraniła go na Tesserakcie, tą którą zdobył jeszcze w pokoju cmentarnym. Przywiązał się do niej i chciał ją przekazać godnej osobie. Wyciągnął drżącą rękę. Początkowo zatrzymała się na Joannie, ale zwróciła w końcu ku Mathiasowi. Widział jego świeże rany i nawet w obliczu śmierci pragnął pocieszyć młodzieńca kolejną pijawką, którą wcisnął mu w dłoń. Kazał pomodlić się w intencji jego rodziny, zamknął oczy, a potem zaczął rozpadać się na pył i piach w masywnych rękach inkuba, który nie był wstanie utrzymać formy niesionego mężczyżny. Seledynowy błysk zakończył spowolnienie czasu, bryza ciągnąca od strony morza uniosła prochy, a Carl rozwiał się na cztery strony świata.

Mistrz Gry

Tak swój żywot zakończył Syn, Carl Pringsheim, nienagannie moralny koordynator sprzedaży, którego szansę na powrót do kochającej rodziny zaprzepaściły niewypowiedziana myśl Króla i pragnienie uratowania lidera. Pokoje nie zmieniły jego wspaniałej natury i siły wiary, choć nie zdołały wyleczyć go z traumy. Jego śmierć uczy nas, że: „Do samej śmierci można znaleźć chwilę, aby przełożyć cierpienie bliźniego nad swoje”

Pamięć zmarłych w Purgatorium obchodzi się przez puszczanie ulubionych piosenek zmarłych. Specjalnie dla was utwór, który dla Carla ilustrował potęgę i chwałę jego niebiańskiego stwórcy, u którego zresztą teraz znajdzie zaciszny kącik i miejsce w chórze, tuż obok sióstr i rodziców.

Pozostało: 16 Pokojowiczów

Muzyka w tle

Chwila ciszy. Pierwszy zapłakał Nadim.

Joanna wyrwała niepewnym ruchem pijawkę.
- Przekażę „to” to jego bratu. Mam nadzieję, że wysłuchał mych słów. - ton jej głosu zdradzał, że nie wierzy w to co mówi. - Muszę mieć nadzieję.

...

Limit Czasowy

25:02

Architectus

Architectus

31. października
Post ID: 83649

Przyjrzawszy się mechanizmowi zjawisk występujących podczas odczuwania frustracji przez swą narzeczoną, często szeptał do niej aby podeszła do niego odsłonięta, (taka jaka w danej chwili jest, bez ukrywania ani owijania w bawełnę emocji), aby okazać jej swoją akceptację, i przytulał ją, obejmując ramionami oraz darząc - z obustronną przyjemnością - własną siłą i ciepłem. Stanowił tym okazywanie potrzeby bycia przy niej w trudnych chwilach. Dodatkowo, zaproponował odpowiednio wczesne dzwonienie do niej - o ustalonych momentach, jak choćby przed pójściem do redakcji "Muru Codziennego" - z pytaniem jaką ma godzinę.

Westchnął rozczarowany ludzkimi zapędami, po tym jak usłyszał o zaczepkach, jakich doznala pani Joanna od nowo poznanej przez niego formacji tuzów. Mając na uwadze brak sensu paranoicznego rozmyślania o nich, skupił swoją uwagę na docenieniu osiągnięć Francuzki i wyraził swój podziw względem jej stylu pisarskiego, z jakim zapoznał się czytając udostępniony przez nią zeszycik na sny. Przy tym, przyjął do wiadomości jej zawarcie umowy o pracę w gazecie, lecz nie czuł przekonania co do pomysłów na artykuły. Pomimo tego rzekł, że chętnie je przeczyta w celu zrozumienia ich wartości.

W drodze na spotkanie z panem Wanną zastanawiający wyskok jegomościa z bliznami wzbudził w mechaniku współczucie wobec powodów jakie pchnęły zajmującego ich blondyna do grożenia pani Joannie. Gdy odszedł, podzielił się z nią tym przemyśleniem i objął mocniej jej dłoń - trzymaną swoją prawicą - dodając jej otuchy po zasłyszeniu przykrej wieści.

Później, niesprzyjające leśne warunki nie wytrącały go z równowagi. Oburzył się dopiero słysząc przekleństwa pana Thorstena XS MotorFury'ego, względem konieczności obcowania z następną osobą nie zdającą sobie sprawy z wagi ani konsekwencji takich słów. Gardził takim zachowaniem, ponieważ w swej codzienności towarzyszyła mu koncepcja kreacji bytów z każdą rzuconą tego typu klątwą. Bił się w pierś kiedy sam ulegał słabości i wypowiadał okrutne słowa dające życie potworom, jakie dla lepszego efektu pojmował pod człekokształtnymi i rozumnymi postaciami.

Pana Wannę odebrał jako osobnika nieodbiegającego normalnością od innych ludzi. Nie odczuł presji czasu i przyjmował jego tempo terapii, widząc oczami wyobraźni kształtowanie charakterów jako wykuwane przez mistrzów kowalstwa potężne uzbrojenie w formie zbroi, tarcz i mieczy, które potrzebują czasu na precyzyjne wykonanie. Po wejściu do auta mimowolnie nabrał większej pogody ducha wiedząc, że pasażerowie łącznie z kierowcą zapinają pasy.

Zaskoczony sytuacją nagłego rozruchu i rozpędzającej się jazdy samochodem, pierwszym co wypowiedział - utrzymując wzrok na drodze - było głośne zalecenie pięknej dziennikarce, aby złapała się uchwytu w drzwiach. Równocześnie, wykonał tą czynność dając przykład swej wybrance. Ściskał tworzywo sztuczne i skupiał myśli na zachowaniu pana Wanny. Jakkolwiek podchodził do tematu, czy to traktując czyn mężczyzny jako ulegnięcie namowom pana Thorstena, czy zaplanowanym podstępie, efekt nadal wychodził paskudny. Zmarszczył brwi w gniewie i przyjrzał mu się krótko, by prędko wrócić do obserwacji terenu przed nimi, chcąc - w razie czego - ostrzec psychologa gdy tylko zobaczy jakieś zwierzę. Słysząc katusze damy swego serca, głośno do niej zawołał przekrzykując hałas silnika, szorujących po ziemi opon oraz podmuchu wiatru, i zwracając twarz w jej kierunku:

- Również cię kocham, mój kondorku! Płacz do woli, okaż emocje! Później otrzemy łzy! Właśnie poszerzamy naszą streeefę... - pan Wanna ponownie ostro skręcił, czym wydłużył jedną z wypowiadanych przez Jörga sylab. - ...komfortu! To nam pomoże! - po tym odprawił bezsłowną modlitwę, dostarczając sobie inspiracji na dalsze wspólne uczestniczenie z dziewczyną w lekcji. - Jak chcesz, krzycz razem ze mną! - nabrał większego haustu powietrza i zaczął wydzierać formułkę nauczoną przed laty, na sytuacje przestraszenia. - Aaaaa!!!

Xelacient

Xelacient

5. listopada
Post ID: 83655

Otto zaczynał mieć problemy z postrzeganiem siebie w przestrzenii, jednak biorąc pod uwagę jego stan było to zrozumiałe. Przynajmniej wszystko szło po jego myśli, przynajmniej do momentu przybycia Carla. Z trudem utrzymujący przytomność po "piekielnej przejażdżce" chemik nie był w stanie przewidzieć jego zamiarów. W "normalnym" stanie, byłby gotów stanąć do walki razem z Carlem. W końcu inny współpokojowicz był o wiele ważniejszy niż jakieś symulacje komputerowe. Jednak mógł jedynie czekać bezsilnie na wynik starcia, po nim jego świadomosć zaczęła go zawodzić. Później miał tylko przebłyski, niemniej jeśli miał cichą nadzieję, że "pokazowy sąd" nieco opóźni jego męki to się przeliczył... może to nawet lepiej, że tak wyszło? Liczyła się w końcu każda minuta.

Później zaczęła się agonia... i wszystko zaczynało się układać w logiczną całość. Ból był wielki, ale świadomość jego "sensowności", a także tego, że będzie trwał przez ograniczoną ilość czasu. Wiele razy w życiu znosił ból w jakimś celu. Oczywiście ból związany z uczeniem się do późna czy pracą po godzinach był kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset razy mniejszy niż obecny. Jednak i teraz miał do zyskania więcej niż kiedykolwiek wcześniej, zdrowie i życie! Narzędzie kaźni sprawiło, że każdy fragment swojego ciało poczuł wyraźnie jak nigdy dotąd. Jednak był przekonany, że to był ból związany z regeneracją i rzeczywiście został uzdrowiony. Zaskoczyło go to, myślał, że aż do końca symulacji będzie okaleczony, ale po namyślę zrozumiał (czy właściwie wymyślił sobie) dlaczego tak jest.

Przecież jego ciało nie mogło leżeć obecnie na tamtym stole tylko zapewne po podaniu tamtej substancji w skrzykawce zostało gdzieś przeniesiony... do jakiegoś... inkubatora, gdzie była aparatura wspomagająca ich regenerację... aparatura wspomagająca regenerację... połączenie mechaniki i biologi... metalu i tkanki... ślimakoklucze! Tak, wszystko zaczynało się układać w logiczną całość! W trakcie symulacji mieli sobie wizualizować swoje ciała zanurzone w kokona-akwario-inkubatorach. Jednak musieli do tego dojść samodzielnie! Jedną z tych dróg było zapewne założenie tego lateksowego stroju, jednak to była droga zarezerwowana dla tych którzy wykazali odpowiednio wysoką inteligencję poprzez rozwiązanie zagadki.
Za to Otto odkrył inną drogę, poprzez tesserakt. Z jednej strony na nim umierał, z drugiej strony się na nim odradzał. Miało to sens... umierał w "symulacji komputerowej", po to, żeby sie odrodzić w "rzeczywistości"!

Otto zapewne zacząłby się triumfalnie śmiać, ale widok katusz Carla skutecznie odebrał mu radość swojego zwycięstwa. Kamphausen zaczął wręcz odczuwać poczucie winy, że jemu jakoś szło, a Carlowi nie.
W końcu nadeszło wybawienie, czy właściwie przerwanie jego triumfu. Jednak Otto nie narzekał, pomyślał, że być może czegoś mu brakuje do pełnej regeneracji... albo nadzorca symulacji uznał, że musi jeszcze zostać, by pomóc reszcie drużyny.

Przemieszczanie się w ślimakluczowym kombinezonie szło mu ciężko, ale chodzenie w nim sprawiało mu przyjemność. Wyobrażał sobie, że jego "prawdziwe", niemal w pełni zregenerowane ciało pływa w kokono-akwario-inkubatorze i jakby przez sen powtarza właśnie wykonywane przez niego ruchy. Tak jak w tej symulacji jego ciało było dobiciem jego "prawdziwe" ciała tak samo tesserakt był odbiciem jego "kokona-akwario-inkubatora". Nawet to, że znajdował się do góry nogami było sensowne... płód przed porodem ustawia się głową do dołu. On był gotowy do odrodzenia, więc też został ustawiony do góry nogami.

I tak wyruszyli na spotkanie reszty drużyny, niestety z Carlem było coraz gorzej. Jego śmierć odebrała Otto satysfakcję z własnego ozdrowienia. Dlaczego jemu się nie udało? Był za słabo "przygotowany" do katusz na tesserakcie? O ile przy Kostku jakoś Kamphausen sobie wmówił, że to nie była "prawdziwa" śmierć to teraz nie wątpił, że jeden z "pacjentów" zmarł podczas "kuracji".

Cisza przedłużała się, Otto swoimi nowymi zmysłami spoglądał na towarzyszy, zmienionego Anshelma, przemienionego Sørena, obitego Mathiasa. Obojętnie spojrzał na pornograficzne obrazy, były ładne, ale pornografię to mógł sobie kupić za życia w każdym kiosku.

W końcu przemówił do współpokojowiczów. Nie ustami, bo te były zablokowane, lecz za pomocą setek ślimakokluczy. To była upiorna sycząco-mechaniczna parodia jego głosu.

-Uszczy... uszczy... mszy... mszy... uszczyliśmy mszczynutą naszego towasz... towaszczysza! Trzerasz czasz ruszać tszaalej! Mamy wszpólne szadanie... tszo wykokszanania! Cosz jusz zrobszczyliście w tszelu jego wykokszo... wyko.. nsa.. nia.. prawsz.. cza? - przemówił, z trudem.

Co prawda Kamphausen zdążył sobie pomyśleć, ża tak naprawdę ich zadanie nie ma żadnego znaczenia i zostało wymyślone tylko po to, żeby ich zmusić do współpracy i wysiłku, no ale na wszelki wypadek wolał się za nie zabrać.

Tabris

Tabris

6. listopada
Post ID: 83656

-Wybacz młody człowieku to uderzenie, ale zapewniam Cię, że Twój ton był wielce napastliwy. Używanie retoryki jest lepsze niżeli miecza, ale ranić może równie bardzo. Zwłaszcza nieostrożne używanie. Sam pan widział co spotkało Ottona.
~~~
Sam się siebie wystraszył. Swojej reakcji może nie, ale tego co się przebudziło. Po raz pierwszy musiał walczyć z samym sobą, ‘tamtym’ Walterem. Mimo, że łatwo zdominował Altera wyczuł kłopoty. Choć nie pozwolił mu zabić młodego człowieka, spoliczkowanie spowodowało złamanie nosa Mathiasa, czego emeryt kompletnie się nie spodziewał i nie planował. Poniosło mnie. Problem polegał na tym, że chciał też niejako dodatkowo zwrócić uwagę drużyny, także ją przywołać do porządku.
~
Co udało im się osiągnąć? Wstrzymanie czasu wykorzystali na namalowanie bohomazu, odkrycie erotycznych obrazów. Mistyk zaczął jakieś awanse do Erynii co jej się raczej nie spodobało. Carl oddał życie za Ottona, czyli w skrytym przekonaniu Waltera zmarnował je. Być może dlatego bardziej przejął się zakończeniem spowolnienia, niż zgonem współtowarzysza, choć rację zapewne miał Schiast zauważając, że starzec przywykł do śmierci członków drużyny.
~
Zostało im 25 minut. Niecała ¼ czasu jaki dostali. Powoli zmierzali do Zamtuzu Intelektualnego. Z tego co zapamiętał znajdowało się tam wejście do kolejnego pokoju. Znajdowały się tam też prostytutki umysłu, zdolne zaspokajać potrzeby ducha… i ciała. Zważywszy na to, z jak memłającą się drużyną miał do czynienia chyba będzie musiał kurwi pomiot potraktować pistoletem, zanim reszta współpokojowiczów zareaguje. Z drugiej strony napotykali coraz mniej mieszkańców Macicy, co zwiększało możliwość przywołania Schiasta. I czekać na znak. W końcu COŚ się stanie.
~
Niemal w ostatniej chwili przypomniał sobie o ukrytym pokoju. Obraz. Tak, to był ten. Co należało zrobić? Chyba po jego „reperacji” należało albo do niego wejść, albo po prostu uchylić ramę. Postanowił sprawdzić najpierw metodę drugą, potem pierwszą, całkowicie zapominając o tym, że był to przejaw niesubordynacji i brak czasu. Tak dawno nie robił takich rzeczy, że chciał to sobie przypomnieć.
~~~
- Z resztą… To zajmie tylko chwilę…

Garett

Garett

6. listopada
Post ID: 83658

Ciemność i zagłuszony odgłos upadku na ziemię. To właśnie odczuł pierwsze. Ból przyszedł dopiero po chwili, a wraz z nim mieszanka gniewu i pogardy, tak podobna do tej jaką odczuł podczas spotkania z bramkarzem podczas „testu” Janika. Ale było tutaj coś jeszcze. Dziwne uczucie triumfu, spowodowane, że zmusił Waltera do użycia argumentu siłowego, co niejako równało się przyznaniu, iż starzec nie potrafił znaleźć żadnej logicznej odpowiedzi. Kiedy Niema i Lea podeszły go podtrzymać, Student śmiał się i płakał jednocześnie, nawet nie zwracając uwagi na Tuzy.
-Och wybacz – powiedział do Niemej, wciąż śmiejąc się i płacząc. - Wyszło na to, sze pszyganiał kocioł garnkowi, bo mój instynkt samozachowawczy tesz nie jest za dobry. Hej, Panie Wybrańcze, Pan się zna, chciałbym się dowiedzieć jak w tutejszym narzeczu zwie się jednoczesne odczuwanie bólu i przyjemności, żalu i triumfu, nienawiści i radości, bo chyba właśnie doznaję takiego fenomenu. Albo to, albo to uderzenie uszkodziło mi lekko mózg, ale wątpię.

Student wymacał okulary wciąż chichocząc histerycznie. Co prawda ich nie potrzebował, ale i tak odetchnął z ulgą kiedy wyczuł, iż cios Waltera ich nie strzaskał. Sam Piontek coś tam przeprosił, ale... No właśnie, „ale”. W większości przypadków przeprosin nie mają już żadnej wartości po „ale”, gdyż wtedy następuje szereg usprawiedliwień.
-Wal się. Przez ułamek sekundy przed uderzeniem widziałem w twoich oczach żądzę mordu i szaleństwo. Powinieneś z tym chyba pójść do psychologa. W dodatku kompletnie mnie nie zrozumiałeś, bo nie ostrzegałem pszed świadomym twoszeniem, choć i tak jusz zdołałem zmaterializować coś więcej niźli „ziarnko grochu”, a pszed podświadomym. Widziałeś jusz manifestacje psychiki Fuhrera i Anschelma, więc wiesz, isz jest to moszliwe. A groźby mogą wywołać reakcję obronną polegającą na podświadomym stwoszeniu bytu, który upora się z zagroszeniem. Dlatego pszyjmij ode mnie ostszeszenie, powtaszam, ostszeszenie, a nie groźbę: nie odpowiadam za istotę, którą mogłem podświadomie stwoszyć w momencie kiedy mnie udeszyłeś. Weź to sobie do serca, bo ja na pewno mam zamiar uwaszać na potworka jakiego mogła wypluć twoja psychika w przypływie gniewu.

Po wypowiedzeniu tych słów, Mathias całkowicie zignorował Waltera. Pozornie, bo wciąż był na niego wkurzony i miał nadzieję, że w drodze do zamtuzu dziad się potknie i sobie głupi ryj rozwali. Powtarzanie jednak tej myśli niczym mantry przerwało mu pojawienie się Otto w... W sumie trudno powiedzieć czym, wiedział tylko, iż jest to najpewniej stworzone z pijawek. W dodatku biła od niego aura jakby nie z tego świata, nawet bardziej niż od mieszkańców Purgatorium. Zaraz za nim Inkuby przyniosły umierającego Carla. Wspomniały one, iż próbował odbić Kamphausena, ale nie udało mu się i został za to ukrzyżowany jako współwinny. Student miał ochotę powiedzieć, że to idealny przykład na to, iż rozwiązaniami siłowymi za daleko się nie zajdzie, ale nie zrobił tego. I to już nawet nie z taktu, a bardziej ze zdziwienia, kiedy mężczyzna podał mu swój ślimakoklucz. Była to zwyczajna pijawka, więc także i dar był kompletnie bezużyteczny, z rodzaju tych, co najważniejsze są chęci. Był jednak także dziwnie... uroczy? Trudno powiedzieć. Zanim Coldberg otrząsnął się ze zdziwienia, Joanna wyrwała mu ślimaka. No nic, i tak nie potrzebował tego potworka.
Pora wreszcie ruszać do zamtuzu, gdzie Student miał nadzieję stworzyć coś, co da mu przewagę. Wcześniej myślał na zmaterializowaniem idei zniszczenia, ale koncept bólu wydawał mu się teraz bardziej odpowiedni. Zwłaszcza, że dzięki Piontkowi miał teraz świeży punkt odniesienie. Na samą myśl o tym aż go zapiekł spuchnięty policzek, ale kolejne wyobrażenie potykającego się jak głupi Piontka od razu poprawiło mu humor.

Wiwernus

Wiwernus

7. listopada
Post ID: 83659

1 Październik 1991 r., Berlin

Im głośniej krzyczeli, tym głośniejszy był nerwowy chichot karła i szaleńczy śmiech Wanny, coraz bardziej zadowolonego z tego co czyni. Wrzaski zresztą były wyjątkowo groteskowe, bo podskakując na wybojach przerywały się w cyklicznych odstępach czasu. Mechanik, ku zdziwieniu psychologa, zachował jednak względną trzeźwość umysłu i nawet zdobył się na zapewnienie narzeczonej pocieszenia. Co więcej, był na tyle skupiony i bystry w tak nieoczekiwanej sytuacji, że obserwował jednocześnie przebywaną przez nich drogę – trudną, krętą i niebezpieczną, z bardzo ograniczoną widocznością. W pewnym momencie poczuł się niemal jak pilot, który nawigował oddającego się specyficznemu szaleństwu kierowcę, aż do momentu, gdy ujrzał zarys masywnej sylwetki zwierzęcia. Sarna wbiegła prosto pod koła. Z pewnością pojazd uciąłby jej nogi, a stworzenie wpadłoby przez maskę do środka pojazdu, ale przygotowany Pringsheim przestrzegł nauczyciela w porę. Wanna skręcił, hamując długo przez ścieżkę z błota, kałuż i wystających korzeni. Ostatecznie machina zatrzymała się w gęstwinie, z maską wgniecioną w masywne drzewo. Na szczęście nikomu nic się nie stało, ale wstrząs przeszedł kręgosłupy wszystkich, a narzeczeni przypomnieli sobie własne traumy. Jörg był zdolny przywołać w pełni doświadczenie wypadku sprzed 22 lat. Urwane krzyki ojca i siostry, powolna utrata przytomności matki i drugiej siostry...

Pierwszy z pojazdu wyskoczył Wanna, po nim Thorsten, na końcu zaś dopiero narzeczeni. Atmosfera była groteskowa. O ile para była nadal wstrząśnięta zaserwowaną nagle lekcją, o tyle psycholog zdawał się wnikliwie szacować skalę użytej terapii i niezbyt przejmował się stanem pojazdu oraz własnym zdrowiem. Karzeł wyglądał na zadowolonego z ryzykownej przejażdżki, choć wściekły był, że będzie musiał dreptać kaczym chodem przez kilometry grząskiego błota, aby wrócić do zostawionego motoru. Zapalił, częstując wszystkich towarzyszy.

W przypadku mechanika „poczęstunek” był wyjątkowo niechętny. Najwyraźniej nie był głupi i przewrażliwiona natura pozwoliła mu wychwycić, że mechanik nie jest zadowolony z jego towarzystwa. Rozczarowanie było tym większe, że zdawał się pokładać spore nadzieje w oszpeconym mężczyźnie, widząc w nim istotę równie pokrzywdzoną przez los co on sam.
- Chciałbym was szczerze przeprosić za zgotowaną niespodziankę i podziękować za uwagę, Jörg. - Wanna dalej żyjący podnieceniem, wyraźnie odżywający, nawet się nie zająknął. - Planowałem to od początku. Nie macie czasu na małe kroki, do tej rzeki trzeba wkroczyć z przytupem, na główkę i z pluskiem. Następnym razem, na co liczę, Pan Jörg będzie prowadził. W mgle, deszczu i mrokach nocy tych surowych lasów.
- I ja także. - palnęła nagle Joanna, zadziwiona sama swoją reakcją. - A teraz chodźmy już do domu.

Czekała ich długa podróż, aby wyjść z lasu i dostać się na autobus. Mieli czas, aby lepiej się poznać. Karzeł okazał się być swego rodzaju cyrkowcem, który wykonywał niezwykle niebezpieczne sztuczki, ryzykując własnym życiem dla uciechy publiczności, przede wszystkim przy użyciu motorów. Był wstanie dzięki temu utrzymać się, opłacić sobie narkotyki i alkohol, a poza tym wśród innych dziwaków czuł się względnie dobrze. Niestety wulgarna osobowość, długi i ogrom innych problemów sprawiły, że pocieszny imp zamiast bawić, przestał cieszyć się uznaniem i widzów, i pracodawców. Aby konkurować z pełni rozwiniętymi mężczyznami na ich wielkich maszynach, postanowił pójść o krok dalej i wykonać niemożliwą do wykonania sztuczkę. Wanna, zresztą jego osobisty psycholog i swego rodzaju kompan, miał za zadanie wspomóc go w przełamaniu oporów psychicznych. Samobójcza przejażdżka przez las była pierwszym krokiem ku temu.
- Ostatnio dużo chorowałem, wpadłem też w „ciąg” i mało mojego wspaniałego ciałka było na motorku. - przyznał się, poprawiając przemoczoną czuprynę i wspierając się Joannę, dzięki której nie zapadł się w błocie. - Dzięki Wannie znów czuję konie mechaniczne gnające w moim krwiobiegu.
- Kiedy odbędzie się twój pokaz? - spytała dziennikarka. - Mogłabym o nim wspomnieć w „Murze”.
- 23 Października. - uśmiechnął się niewinnie, szczęśliwy z możliwości podjęcia ryzyka. - Zapraszam was serdecznie na pokaz.

Przez moment rozczulił ich mnogością reprezentowanych emocji. Szczęście z możliwości podjęcia wyzwania, nadzieja i mnożące się perspektywy wyjścia z dołka, ryzyko z obietnicą udowodnienia swojej wartości, a jednocześnie pragnienie samodestrukcji i całkowita obojętność na własny los, podsycane przez czuwającego z boku Wannę.

Karzeł, gdy już dotarł do motoru i gotowy był odjechać z wiatrem we włosach, spytał się mechanika czy nie odpicowałby mu machiny. Po tym uruchomił silnik i powoli ruszał, wygrzebując się z błota.
- Pozdrów ode mnie Resel, Wanna. - puścił oczko, rumieniąc się delikatnie.
- Się-się w-w-w-wie. - wydukał. - A-ale liczyć na cokolwiek, t-to-to b-b-bym nie liczył.

Z jego (i swoim!) psychologiem nie mieli wiele więcej kontaktu. Każdy odjechał w swoją stronę. Wanna obiecał, że zadzwoni i zaprowadzi swoich podopiecznych do maszyny, która pozwoli im postawić kolejny krok na walce z lękiem. Zadeklarował, że będą nimi pojazdy, przez które narzeczeni przeżyli swoje traumę. Za nim jednak odjechał, wziął Francuzkę na bok i wymienili się w odosobnieniu uwagami na znane tylko sobie tematy.

...

Wieczór upłynął im nad rozmyślaniem na błahe tematy, przeplatane z luźnymi nawiązaniami do artykułów pisanych dla „Muru Codziennego”. Nie byli jednak zbyt konstruktywni po wstrząsającym przeżyciu. Nawet świadome sny wydały się kobiecie drugorzędną sprawą. Gdy osłabiona zaczęła kichać, pozwoliła przykryć się kołderką i zdrzemnęła się, a drzemka potrwała aż do ranka następnego dnia. Widać było jak bardzo ostatnie dni dały jej się we znaki.
- Ekhem, ekhem. Nie muszę wykonywać testów rzeczywistości. - uśmiechnęła się, gorączkując, gdy oblała się w łóżku herbatą z miodem. - W snach nie chorujesz, nic ci nie spada na ziemie lub nie rozlewa się, nie masz też tak wyraźnych wspomnień. Dobranoc, kochany.

Również udał się do sennej krainy, tym razem obywając się bez koszmarów. Lub... po prostu ich nie zapamiętując.

2 Październik 1991 r., Berlin
Choroba dziewczyny rozwinęła się, ale była wstanie opuścić łóżko. Tęsknota za braciszkiem dodała jej sił. Po szybkim śniadaniu udali się do szpitala, z którego odebrali pełnego życia i energii malca, wprost nie mogącego doczekać się oględzin nowego mieszkanka i warsztatu szwagiera. Już w drodze powrotnej do domu Kondorek nie wytrzymał i wyznała, że zaręczyła się z mechanikiem, co malec przyjął z poważną miną i zadowoleniem bijącym z uważnie obserwujących ich oczu.
- Ale nie będziesz jej bił, prawda? - spytał się Szwagiera, którego wziął na bok, gdy byli już pod mieszkaniem.

Jego nowy dom był mniejszy niż ten w Paryżu i dosyć ponury, ale malec był wniebowzięty, bo mógł w nim robić co tylko zapragnął. Poza tym szybko natknął się na szklane konstrukcje, żyjącą kostkę charonicką czy pocieszną pijawkę. Zauroczony magicznym domostwem oddawał się zabawie, odpoczywając po nudnym pobycie w szpitalu. Jego siostra wyściskała go czule, a jej narzeczony pozostał w domu, aby przypilnować malucha. Zgodnie ze swoją obietnicą zadzwonił do niej, pytając o godzinę. Było to z pewnością dziwne i skrajne potraktowanie testów rzeczywistości, ale skuteczne, dowodzące uczuć mężczyzny, a poza tym po odpowiednim „zaserwowaniu” niemal romantyczne.

Piękność wróciła wcześniej niż się spodziewali, rozchorowana już w pełni. Musiała się zwolnić wcześniej, co rzutowało źle na jej opinii w redakcji – dopiero co się zatrudniła, a już musiała iść na zwolnienie. Padła na łóżko i zasnęła, potem zaś wtulony w nią braciszek dołączył z nią do sennej krainy. Ostatnim śniącym był właściciel mieszkania.

3 Październik 1991 r., Berlin

Dzień jak co dzień. Wstał z łóżka dręczony kolejnymi koszmarami, ale już do nich przywykł. Garland krzątający się po mieszkaniu dodał mu otuchy, choć odrobinę zaniepokoił wzmianką, że w nocy odebrał telefon. Kobiecy głos obiecywał rychłą śmierć, czego na szczęście malec jednak nie zrozumiał. Co więcej, okazało się, że Joanna wymknęła się, zostawiając tylko krótką notkę. Postanowiła udać się do redakcji, aby dowieść swojej pracowniczej wartości i utrzymać posadkę. Zadzwonił do jej biura. Po katarze i podniecającej chrypce nie było nawet śladu. Spytał się jej która jest godzina, a potem udał z małym szwagrem do warsztatu, by trochę dorobić. Uczył dziecko podstaw swojego fachu, zdając sobie sprawę, że pocieszny uczeń wszystko intuicyjnie wie i umie. Zadziwiło go to, ale malec wydawał się być niepowtarzalnym talentem, posiadającym niemal szósty zmysł. Przyjemnie naprawiało się w jego towarzystwie, aż jego ciało przeszła fala pozytywnej energii. Zapragnął podzielić się z nią z innymi. Dzwonił do rodziny, zawsze pytając o zdrowie jej członków i aktualną godzinę. Z rozpędu zadzwonił aż do samego Anshelma Vollblütera, zdając sobie dopiero po wybraniu numeru, że jest to co najmniej dziwne. Ten odebrał i ochrypłym głosem spytał Czego, ale okazało się, że nie miał złych intencji.
- Chciałbym panu bardzo podziękować za ten telefon. - wykazywał się wobec mechanika nienaganną uprzejmością. - Bardzo mnie cieszy, że ktoś w tym ponurym świecie znalazł czas, aby przypomnieć mi jaka jest godzina. Chciałbym przeprosić za ostatnie problemy w naszej relacji. Natychmiast odeślę zbirów, których wysłałem na twoją familię. Proszę złożyć wyrazy uszanowania dla pani Joanny.

I naziście udzieliła się pozytywna energia. Nie pozostało nic innego jak wrócić do domu, w którym niestety jednak zastał gości co najmniej nieproszonych. Naziści przybyli z poczęstunkiem i nie sprawiali problemów, podobnie jak zaskakująco kulturalni członkowie sekty, którzy sami poczęstowali się jadłem z lodówki i międzywymiarowej zamrażarki. Obie grupy dogadywały się wyśmienicie. Wszystkim ochoczo kolejne O'Brieny polewał Ford, a manifestacja głosu kobiety od gróźb (?) podtrzymywała mu rękę, aby nie uronił najmniejszej kropelki. Jörgowi wydało się to dziwne. W zimne, marcowe poranki raczej rozgrzałby się miodem niż podobnymi specyfikami. Przeprosił wszystkich i udał się na bok, aby pomyśleć nad dziwną sytuację. Niestety zmiennokształtny zamknął się w toalecie, nękające Joannę tuzy spały we wszystkich łóżkach, a w korytarzu Janik, Wanna i Kostek palili papierosy.
- My się jeszcze nie znamy. - opryszek z opowieści narzeczonej podał gospodarzowi rękę. - Kostek, do usług.

I wtedy rozległ się dzwonek. Janik otworzył pewnie, zapraszając do środka rodziców Garlanda i Joanny. Dziękowali za gościnę, ale deklarowali, że posiedzą tylko chwilę, bo muszą szybko zabrać swoje dzieci i je pobić. Garland podskakiwał radośnie, dopytując czy tym razem będzie pasem po tyłku, drewnianym kijem po rękach czy może dla odmiany trochę papierosów zostanie zgaszonych na jego twarzy. Mama, w swej wspaniałości, obiecała, że pociecha sama wybierze sobie karę, co jej zresztą straszliwie się spodobało. Chłopczyk wyznał nawet niestosownie, że Pringsheim w ogóle go nie bije, co rodziców zauważalnie zgorszyło.
- Takie zombie jak ty nie może być moim zięciem. - oznajmił teść. - Jak ty w ogóle wyglądasz, że pchasz ręce do takiej piękności, zboczeńcu?

Wymknął się do telefonu, gdy matka pakowała już Garlanda do wora, w czym zresztą pomagali jej podpici naziści i Carl. Kątem oka obserwował jak dziecko wije się w czarnym worze, powoli wykręcając numer do narzeczonej. Za nim oznajmił co się stało, spytał o godzinę. Na jego zegarku była 23:13.
- Jest 21:45. - odpowiedziała i zerknęła raz jeszcze. - Czekaj, 22:55. Jesteśmy we śnie.

Przeszedł go niepokojący dreszcz, jakby znów odczuł efekt zażycia narkotyku. Wszystkie senne postacie znieruchomiały, ale drgały niczym postaci ze starych kreskówek Disneya, z chorym uśmiechem obserwując każdy ruch gospodarza snu. Wór ze szwagierem pękł, aż wylało się z niego setka małych Garlandów i Thorstenów, które zaczęły zalewać mieszkanie. Początkowo po kostki, potem miniatury sięgały już wszystkim do pasa i wyglądało na to, że w końcu utopi się w morzu z małych chłopców i karzełków. Jedynie zmiennokształtny zamknięty w toalecie był bezpieczny. Tylko w niej można było znaleźć ratunek. I w międzywymiarowej zamrażarce.

...

Obudził się zlany potem i z bardzo dziwnym uczuciem. Nie miał czasu jednak rozpamiętywać co ujrzał w zacierającym się w jego umyśle śnie. Garland chichotał, wyśmiewając moczącą się podczas koszmarów siostrę. Było jej bardzo przykro, nie powiedziała jednak słowa i tylko pośpiesznie notowała co sama ujrzała w sennej krainie. Było widać po niej, że choroba jest coraz poważniejsza. Nie miała sił nawet wysiedzieć podczas śniadania. Opiekował się nią jak tylko mógł, ale w końcu otrzymał wezwanie, ważniejsze nawet od niej. Sama zresztą kazała mu nauczyć odpowiedzialności za nią Garlanda i udać się do Kostka, kolejnego dziwnego nauczyciela.

Złapał autobus i udał się do dzielnicy wyższych sfer. Pod właściwy adres trafił bardzo szybko. Prowizoryczna budka znajdowała się po sąsiedzku na wydzielonej strefie w pięknych ogrodach słynnego Aloisa Ferenza. Poczuł się dziwnie, obserwując białe marmury przedsiębiorcy, którego chciwość zrujnowała życie jego rodzinie. Na szczęście nie ujrzał go, najwyraźniej zaszywającego się w obrębie bladych ścian, ale wspomnienie jego win - choć mu wybaczył - miało już na zawsze z nim pozostać.
- Ktoś ty?

Kilka agresywnych drabów z firmy ochroniarskiej nie obeszło się z nim zbyt łagodnie. Ostatnio Aloisa nękano nieustannie, przez co musiał się bronić rękami wynajętych mężczyzn. Na szczęście wszystko się wyjaśniło, a Pringsheim został rozpoznany jako gość Kostka, swego rodzaju prawej (demonicznej!) ręki przedsiębiorcy. Znał plotki o mężczyźnie od Joanny. To on ściągał długi, zastraszał buntujące się ofiary Ferenza i pełnił funkcje swoistego ochroniarza, wyniesionego ponad pozostałych. Człowiek od brudnej roboty. Takim zresztą był, muskularnym oprychem i stałym bywalcem więzień, który miał jednak w sobie żywą inteligencję. Był dziwny, fakt – nawet zęby wymienił sobie na złote. Wobec ucznia był jednak uprzejmy. Jako człowiek konkretny, szybko przeszedł do treningu.

Gościł zresztą niejakiego Fisha, wyluzowanego i pełnego entuzjazmu nauczyciela ze szkoły podstawowej, od którego ciepło i wrażliwość wprost biły niczym zmanifestowana aura. Zupełnie nie pasował do gospodarza, zdając się być jego przeciwieństwem. Mężczyzna przywitał serdecznie Pringsheima.

Dom na wydzielonej działce, obskurny i ponury, został zamieniony na strzelnicę, siłownię oraz miejsce do treningów bokserskich. Mechanik miał poznać w jaki sposób obchodzić się z bronią palną oraz sztukami walki.
- Znam boks biegle. W Pokojach przemiany, w przeciwieństwie do szarych ulic Berlina czy klatek podczas nielegalnych turniejów mieszanych sztuk walki, sztuka ta okazuje się być słabsza od duchowych szkół walk ze wschodu. W Kostce duch potrafi zdominować zwykłą technikę i warunki fizyczne. Sądzę jednak, że lepszy rydz niż nic. - wyszczerzył zęby, zdając sobie powoli sprawę, że Pringsheim jedynie domyśla się o co może mu chodzić. - A teraz chodź no tu na sparing. Zobaczymy co potrafisz.

Opryszek nie oszczędzał ucznia, zręcznie omijając jego gardę i naznaczając jego twarz kolejnymi siniakami. Ręce miał długie i nabite mięśniami, a wyprowadzone przez niego ciosy bolały jak uderzenie młota. Próbował doprowadzić ucznia do furii, drwiąc z jego blizn, Joanny i Carla. Widać było, że czyni to z wyrachowania. Był raczej typem, który może kogoś wrzucić na dno rzeki, ale bez większej przyjemności, nie mniej jednak nawet nie angażując się szczerze w przykre słowa, powodował dyskomfort.
- Ty chyba z tych co się grzali w cieple domowego ogniska i nigdy nie musieli walczyć o przetrwanie na ulicy, nie?- spytał. - Zazdroszczę.

Po kilku podstawach obycia z pistoletami i tajnikami boxu, zrobili sobie krótką przerwę.
- Jeżeli ci to pomoże, to ja odesłałem Aloisa. - wyznał. Próbował zbudować relację z uczniem, bo byli zupełnie z innych światów. - Próbowałem przenieść takiego jednego heroinistę, ale kopnął mi w kalendarz przed czasem, dosyć niespodziewanie zresztą. Musiałem improwizować. Widziałem, że Alois od tych trzech paczek dziennie, starości, problemów rodzinnych i nękania przez jego ofiary jest na granicy życia. Upierał się, że wszystko jest ok, ale ja nie byłem głupi, poznałem gdy miał mikrozawał. Powiedzmy, że podszyłem się pod jego ofiary, dodając mu kilka bolączek. Potem jeszcze podmiana leków i stało się, padł niemal terminowo, dostosowując się do lunarnego zegarka. Początkowo był wściekły, że go przeniosłem, ale musiał współpracować, aby przetrwać. Docenił zresztą to co mu dałem. Poznał się na swojej rodzinie, a w pokojach zaczął od nowa. Ucieszyło go to, bo musiał działać w końcu sam. Berlin, gdzie miał prawie wszystko, już go nudził. Nasze relacje są chłodne, ale profesjonalnie współpracujemy ze sobą. Potrzebuje opryszka do brudnej roboty jak nigdy wcześniej i kogoś kto go wprowadzi do charonickiego fachu.
- Przewieść własnego szefa, który dał ci dom, obdarzył zaufaniem i roztoczył opieką. - gwizdnął Fish. - Obłęd.
- Ty mi nie fisiuj, bo się na macie spotkamy. - parsknął złotozęby. - Szczególnie nie ty.

Uśmiechnął się ponuro.
- Swoją drogą... Te niektóre zniknięcia dziennikarzy czy walczących o swoje prawa ofiar... Ferenz aż taki surowy nie był, właściwie to często była moja samowola, której mógł się jedynie domyślać. - zdradzał jak bardzo jest paskudnym osobnikiem. - Wydaje mi się, że dopiero teraz wkracza w pełni na ścieżkę zła.

Telefon zadzwonił. Mężczyzna wytarł spocone po sparingach czoło i odebrał. Okazało się, że Joanna prosiła, aby jej narzeczony podszedł do telefonu, co też uczynił.
- Kochanie, jest bardzo ważna sprawa. Bawiliśmy się z Garlusiem, ale trochę gorzej się poczułam i zasnęłam. Gdy się obudziłam, mały zniknął. Drzwi są zamknięte, zaś zamrażarka uchylona. Najwyraźniej musiał udać się za pijawką do Purgatorium. Tak się boję. Mam iść za nim? - bała się, ale jednocześnie zdawała się być podnieconą nową perspektywą. - Nie chcę by mu się coś stało. Co robić, kochanie?

Kostek podsłuchiwał, stojąc z założonymi rękami o worek bokserski. Jego mina zdradzała, że jest zadziwiony faktem, iż ktoś miał portal do Purgatorium w sprzęcie AGD.
- Co wy macie w tym domu, świry? - warknął. - O co chodzi?
- Dzieci nie radzą sobie wcale aż tak źle w pokojach przemian. - uśmiechnął się Fish. - Spokojnie, przyjacielu.

Vollblütia

Synchronizacja wszystkich pijawek do łatwych nie należała. Musiał wykształcić na każdej usta, w czym zresztą na szczęście wsparła go przychylność podświadomości Anshelma. Udało mu się, choć w dosyć pokraczny sposób, oddać wyrazy szacunku wobec Carla. Setka głosów wybrzmiała (nie)jednocześnie, a co pijawka to inny głos. Były dziecięce, kobiece, męskie, należące do zwierząt i zjawisk, a każdy wyróżniał się innym tonem. W tym przypadku dźwięk piskliwego chóru chłopców przechodzących mutację i śpiewne kobiece soprany walczyły o pierwszeństwo, ale ostatecznie najsilniejsze okazały się jęki chrapliwych „oprychów”. Wszyscy poczuli się dosyć niezręcznie, słysząc ten bezwładny asynchroniczny pokaz, w pewien sposób poświęcając w szoku pół minuty na uczczenie Pringsheima. Wrócili jednak do porządku dziennego i wznowili szybki marsz do celu swojej podróży.

Nazista, tłumacz, student, emeryt, chemik i przedsiębiorca – najbardziej pragmatyczni i świadomi w pełni upływu czasu – zresztą wyczuli intuicyjnie, że dziesiątki ich myśli poświęconych lękowi przed przekroczeniem limitu manifestują się w pokraczny sposób. Ich wola na moment spętała pozostałych, mniej odpowiedzialnych kamratów, kierując ich do intelektualnego zamtuzu. Nie była to żadna forma dominacji czy bezpośredniej kontroli – kamraci nie zostali opanowani, lecz raczej dali się pokierować. Było to jednak pocieszające, bo przynajmniej czuli, że nawet ich obawy i lęk czemuś mogą służyć. Walterowi potwierdziło to jednak groźbę Mathiasa. Student sam nie był wstanie mu nic zrobić, ale Osiołek nigdy nie miał pewności co naprawdę czuł do niego Otto i Alois.
- Tylko nie przesadzajmy z tą obawą o czas. - zwrócił uwagę Alois półszeptem. - Bo jeszcze wyjdzie jakieś zegarowe licho i nas zacznie gonić.

Na szczęście byli jeszcze dosyć opanowani, aby go nie wykreować, pozostali członkowie drużyny zresztą skupili się na innych sprawach – żałobie po Carlu, wyobrażeniom Zamtuzu, ukradkowym spojrzeniom na dziwną, jeszcze bardziej obrzydliwą formę Kamphausena. Chemik zresztą sam czuł się dosyć dziwnie, ale nabierał wprawy w kontroli nad swoją wijącą powłoką. Tak mocno uwierzył, że po drugiej stronie pływa w inkubatorze, że momentami widział nawet przebłyski sterylnego pomieszczenia, a jego oczy wodziły po sylwetkach opanowanych specjalistów, badających go i czuwających nad jego kuracją. Ujrzał Nadima w sąsiednim akwarium, choć dało się wyczuć, że jego stan jest o wiele gorszy. Miało to sens – jego obrażenia były śmiertelne i gorzej przechodził leczenie, skupiając się raczej na pobocznych aspektach symulacji niż jej kluczowym aspekcie.
- Źle wyglądasz. - rzekł przerażony „zięć”, gdy Otto jednym okiem oglądał białe pomieszczenie, a setką pałac dwóch nazistowskich króli. - Jeżeli mam ci pomóc ściągnąć to obrzydliwe coś... Będę tuż obok.

Tłumacz wrócił do tematu połączenia religii z władzą świecką, znalazł też chwilę, aby wrócić do prób rozszyfrowania lokalizacji obrazu. Nie pamiętał go w Pokoju Narodzin, nie widział go na zdjęciach Tutty i nie przywołał o nim żadnej wzmianki z książki E. Karlsena. Odczuł, że jego pomysły na odnalezienie malowidła znalazły uznanie u samego Psa, który obiecał mu nawet premię punktową za bystrość, nie wiedział jednak czy będzie miało to znaczenie, gdy misja nazistowska (po raz drugi!) zakończy się porażką. I wtedy też Beata, po krótkiej wymianie spostrzeżeń, wpadła na pomysł, aby sięgnął myślą za pośrednictwem Syntezy do zapisu danych i tego gdzie znajdował się obraz w oryginalnej linii czasowej. W tym momencie miał już trop. Dotąd skupił się na krwawej jatce urządzonej drużynie przez mieszkańców IV Rzeszy, Aadolfa Hitlera i spustoszeniach wywołanych przez zarazę. Wybicie drużyny niemal do zera wybiciem do zera, ale ostatecznie polegli przez jedno – brak wiary. Pies zresztą dokładnie im to wytłumaczył, a co inkwizytor ujrzał płynąc wraz z myślami zawartymi w magicznym amulecie. Nigdy nie chodziło o sam obraz, lecz gonienie go. Drużyna miała walczyć o niego do samego końca, konkretnie do ostatnich pięciu sekund. Wtedy obraz magicznie pojawił się w Pokoju Narodzin, pozwalając się zamienić miejscem z malowidłem samego Hitlera. W oryginalnej linii czasowej poddali się. Pochwalił się odkryciem z Tutty, a ta uśmiechnęła się radośnie. Miała zresztą dowód na jego teorię. Na jednym zdjęć dobrze było widać przestrzeń na ścianie w Pokoju Narodzin, która aż prosiła się zagospodarowanie. Wiedzieli już co trzeba uczynić, aby wygrać. Niestety w tym momencie przemówił do jego serca Hades we własnej osobie. Nakazał, aby nie niweczyć próby wiary i nie podzielić się z drużyną zdobytą wiedzą. Jeśli mieli wygrać, musieli sobie na to zasłużyć. Puste zwycięstwo, bez nauczenia się determinacji do ostatnich sekund licznika, byłoby niemal regresją. Hades pragnął drużynę czegoś nauczyć, a jego inkwizytor wyczuł, że pragnienie to, mimo ogromu przywar Mistrza Gry, było szczere.

Dotarli do karocy, do której posłusznie zaprzęgli się inkubi. Odprawić władcę i jego ludzkich kompanów zapragnęło wielu dworzan. Najbardziej gorliwi mężczyźni i kobiety ukorzyli się, aby do środka lokomocji nowy król wszedł na ich plecach. Widział jakim wzrokiem patrzą na złotą muchę. Jego wpływy narastały, a wszystko dzięki oporowi czterech kobiet, które rozgoryczony opieszałością Walter tak uparcie karcił wzrokiem. Ten zresztą potknął się za nim wkroczył do środka lokomocji i bliski był bolesnego zetknięcia twarzy z podłogą. Wspierany o dwie kobiety Student aż zakasłał.
Z uroczystym pożegnaniem przybyli także ambasadorzy z innych pokoi. Byty te były tak dziwne i pokraczne, że niemal zapierało dech Berlińczykom, przypominając, że poznali zaledwie promil kulturowego bogactwa Purgatorium. Żaden nie miał jednak tak szerokiego spojrzenia na sprawę jak Anshelm, który widział, że obce nacje mogę umocnić lub osłabić jego pozycję i zmuszony jest się z nimi liczyć. Wyodrębniał poszczególne państwa, korporacje, kościoły i gatunki, który często rozciągały się po wielu pokojach. Szacował, które są słabsze, a które silniejsze. Z każdą chwilą jednak upewniał się, że ponad wszystkimi różnicami dominuje ta najważniejsza jednostka podziału – filozoficzna. Ludzie pojawiali się w Kostce i szybko ginęli w niej na wymyślne sposoby, rzadko ją opuszczając. Nawet najmniejsi jednak, osobnicy podobni Joannie czy Hansowi, zostawiali po sobie ślad ich wiary i przekonań. Człowiek mógł coś opacznie raz powiedzieć, ale byty niekiedy traktowały to dosłownie i śmiertelnie poważnie przez dziesiątki pokoleń. Jednostka zawsze w końcu przepadła, ale ludzkość trwała w Kostce przez wieki, a wyznawane światopoglądy utrwalały się w ramach Filogildii, stronnictw filozoficznych, które zdolne były powalać całe królestwa. Wiedział, że w przyszłości musi wybrać te, z którymi nawiąże współpracę, przypominając sobie, że jego brat działał już w trzech.

Nazistowski król zresztą miał czas na przemyślenia podczas lotu. Wpakowano go niemal siłą do odosobnionego pomieszczenia w karocy, z którego przez okno oglądał swoją domenę. Bryza muskała jego twarz, orzeźwiając i studząc nadmiar emocji. IV Rzesza była na pewno pokraczna, ale uporządkowana i piękna. Ujrzał ogrom swojego Królestwa, jego cuda i mieszkańców żyjących w ruinach, tropikach, na plaży, dzielnicy pałacowej, erytrocytowym morzu czy w polis, gdzie wydobywano bezcenne nasienie. Spojrzał na posąg aryjskiego człowieka z bliska, niemal na wyciągnięcie ręki. Dopiero teraz ujrzał oblicze i poznał je – miał przed sobą podobiznę samego Stalookiego Seniora. Westchnął. Kult jego rodziny był tutaj ogromny. Jeszcze raz zawiesił wzrok na ludności, która obchodziła jednocześnie żałobę po informacji o śmierci pierwszego władcy, jak i świętowała pojawienie się nowego oraz wyklucie świętego jaja. Tyle emocji. Tutaj było wszystko intensywne do granic możliwości, aż przypomniał sobie własny atak obżarstwa w Pokoju Narodzin czy radość przemierzania tropików po raz pierwszy. Pokochał Purgatorium i swoją egzotyczną domenę, nawet jeśli wolałby, aby bardziej przypominała Valhallę. Powoli jednak musiał wrócić do normalności, Zamtuz Intelektualny był coraz bliżej i czekały go kolejne wyzwania.

Reszta drużyny siedziała w nie wiele mniej eleganckim wagonie olbrzymiej karocy. Rozmawiała, odpoczywała i częstowała jadłem podanym przez osobistych kucharzy Kamehamehy.
- Ten nazistowski szmaciarz to sobie pożyje. - warknął Alois, wyjadając każdy smakołyk, aby Anshelmowi ubyło dóbr. - Nie zasłużył.
- Może powinienem się z nim zakolegować. - zastanowił się głośno Hans, naćpany jak zawsze. - Niech da mi chociaż setną część swojego bogactwa. Trzeba wpakować go w jakieś kłopoty, a potem z nich wyciągnąć, to może mnie doceni. Nie musi mnie poważać, ale wystarczy, że się podzieli. A teraz, panie kucharzu, jeszcze trochę tych bubtyli i nasienia, bo dobre jak mało co.

Kucharz zresztą szybko czmychnął do Króla złożyć stosowny raport, co uczynił padając na jedno kolano i kręcąc sumiastym wąsem.
- Ten piękny człowiek z czapeczką, śpiewnym głosem i przekrwionymi oczami, pozwoli władca, że zacytuję, oznajmił publicznie: Może powinienem się z nim zakolegować. Niech da mi chociaż setną część swojego bogactwa. Trzeba wpakować go w jakieś kłopoty, a potem z nich wyciągnąć, to może mnie doceni. Nie musi mnie poważać, ale wystarczy, że się podzieli. Potem zażyczył sobie bubtyli i nasienia. Sądzę, że jego słoneczność powinna o tym wiedzieć. - uśmiechnął się. - A teraz życzę smacznego.

Kucharz zdawał się nie kłamać. Gdy tylko wylądowali w miejscu, gdzie usta obu kobiet-budynków zetknęły się, muzyk ostentacyjnie rozpychał się łokciami, aby zwolnić miejsce dla Anshelma.

Z zewnątrz intelektualny zamtuz był niemal obietnicą duchowych i fizycznych rozkoszy. Stąpali z radością po rozgrzanym marmurze, kierując się prosto do burdelu, który okazał się być zresztą malutkim pałacem w buziach dwóch ogromnych posągów. Przekroczyli masywne wrota.

Wystrój przypominał starożytną Grecję. Dominowały seksualne czerwienie oraz mnogość rzeź, obrazów, kotar czy waz. Nie zabrakło zieleni paproci, złotych ozdób czy przytulnych brązów, ale to miliony odcieni krwistoognistej barwy znalazły tutaj swój dom. Przemierzali kolejne korytarze pełne drzwi, które prowadziły do pomniejszych komnat pełnych ogromnych łóżek, łaźni czy basenów, w których ze swoimi wybrankami można było oddać się igraszkom i intelektualnej dyspucie. Szybko na przeciw zaczęli wychodzić im zaciekawieni mieszkańcy przybytku. Poznali się bardzo szybko na panującej tu hierarchii, opartej na quasireligijnym podziale - rozkosz ciała i ducha traktowano tutaj jako obrządek.
Westalki niższego rzędu powstałe z woli samego Hadesa trwały tutaj od wieków, zawsze spełniając pragnienia swoich gości. Dzieliły się niczym muzy według specjalizacji w sztukach pięknych i (przede wszystkim) filozofii, choć bystry obserwator zauważałby także nawiązania do Johna Lee i jego teoretycznego podziału miłości na sześć grup. Storge, eros, ludus, mania, pragma i agape – wszystkie również były tu obecne. Te wyższego rzędu, powstałe z pragnień i oczekiwań ludzi, kierowały nimi. Było to dosyć pokraczne, bo wyobrażenia ideału z reguły znikały bardzo szybko ze śmiercią swoich stwórców, rzadko utrwalane przez postronnych ludzi. Przez to symboliczny prymat skupiony był w rękach wąskiej grupy powstałych od niedawna wyobrażeń perfekcji.

Początkowo spodziewali się, że nie rozpoznają kto tu jest ważniejszy, ale rozróżnianie obu grup okazało się być banalnie proste. Hades mimo wszystko tworzył dosyć ogólne wyobrażenia perfekcji, te ludzkie wyróżniały się indywidualnymi upodobaniami i na tle bliźniaczo podobnych ideałów przykuwały uwagę niemal natychmiast. Poznali je zresztą bardzo dobrze. Przedstawiły im się wszystkie na samym końcu świątyni, w momencie, gdy oba tytaniczne posągi ożywione obecnością ludzi w środku, wyjęły świątynie miłości i przybliżyły je do wielkich drzwi na jednej ze ścian. Widzieli z wnętrza zamtuzu ten proces bardzo dokładnie. Ściana na końcu była otwartą dziurą i dopiero po chwili zapełniła się masywnymi drzwiami. Oznaczało to, że zbliżają się do opuszczenia kolejnego pomieszczenia i są na jego końcu.
- Witamy w naszych skromnych progach. - przemówiła jako pierwsza inkubica Anshelma, władcy IV Rzeszy. - Jesteśmy do waszej dyspozycji.

Rozejrzeli się. Każdy miał swoją wybrankę lub wybrankę, co zresztą doprowadziło do serii mniej lub bardziej żenujących, wstydliwych lub uroczych interakcji między ludźmi. Tłumacz i (była) miliarderka zrodzili myślą byty bardzo podobne do siebie. W przypadku reszty jednak nie było to takie oczywiste. Student wykreował Leę o chłodnym, pełnym wyższości obliczu, zaś ta Mathiasa o rysach Waltera, masywniejszej budowie, starszego, bez okularów, dzielący jej kompleks oślich uszu i przede wszystkim dającego się o wiele łatwiej lubić. Joanna również chciała dzielić z kimś kompleks i miała roztaczającego nad nią mężczyznę z podobnymi do jej bliznami, ze skórą niepokojącą przypominającą Nadima. Arab miał kobietę z ciałem Larki, ale usposobieniem i mentalnością Joanny. Walter miał aż dwie inkubice – jedną dla siebie, przypominającą wyobrażenie żony z cechami Lei, a drugą dla swojego alter ego, niemal bliźniaczą kopię matki Lei. Alois, dla równowagi, nikogo. Anshelm – swoją byłą żonę, jak kropla w kroplę. Hans kobietę, której oblicze zmieniało się jak kalejdoskop. W końcu i tak by się nią znudził, bo miłość traktował przedmiotowo, skupiając się na przeskakiwaniu od doznania do doznania. Zresztą jego byt miał niekiedy także męskie rysy, jeszcze komplikując dziwaczność chaotycznego bytu. Podobnym dziwadłem był twór Goebbelsa, który ciało miał podobne lamie, ale twarz jak najbardziej ludzką, taką w której zawierała się uroda Lei, mistycyzm ujmującego go tłumacza, ale i pewna serdeczność Nadima i Anshelma. Otto, największe dziwo, miał dla kontrastu najbardziej pospolitą kobietę, w której nie było nawet najmniejszej cechy jego żony. Niema – swojego brata, a Pies – wspomnienie pierwszej miłości z pokoi, w pełni sprawną na umyśle. Jeżeli byty odbijały istniejące osoby, to zgodnie z prawidłami Kostki, w skrajny sposób. Wszystkie też były niebywałe inteligentne i przynajmniej z symbolicznymi różkami.
- Jest tu żonka Carla? - Hans aż krzyczał z podniecenia, ciągnąc przeznaczony mu byt do jego osobistej komnaty. - Utrwalę ją w swojej świadomości i zaopiekuję nią.

„Żona Anshelma” wymownie spojrzała na kwiat, który wyrósł śmierci w małym ogródku w centrum kolistego pomieszczenia, jeszcze przed chwilą. Długo uwagi mu nie poświęcił, tak samo symbolicznemu cmentarzysku ludzkich pragnień i żądz. Już po chwili zabawiał się, niemal uzależniony od skali doznań. Był pierwszym, który poddał się chuci i za nic w świecie myślał, aby wrócić do wykonywania misji. Drugim był Pies, który jęczał niecierpliwie odkąd znaleźli się w zamtuzu i pozwalał, aby jego rogata kobieta rozebrała go, na co jemu samemu zabrakło zdolności. Alois prawie zwymiotował na widok naznaczonego moczem ubioru chorego psychicznie mężczyzny. Jego miłość wydała mu się szczególnie obrzydliwa.
Beata była gotowa pójść śladem gwiazdora i niemal błagała tłumacza, aby zabrali swoje byty i oddali się radosnej orgii, równie dobrze na oczach wszystkich, jeśli tak sobie zażyczy. Nadim po cichy prosił teścia o przyzwolenie na filozoficzną dysputę, przypominając jego słowa z labiryntu. Sprytnie zresztą przyznał, że musi się wykurować i na duszy, i na ciele, bo „podejrzewał”, że stracił męskość w wypadku. Lea z grona „ulegających” była najbardziej opanowana, ale traciła siły, znajdując w Zamtuzu miejsce do uprawniania wolnej miłości.

O dziwo Goebbels nie oddał się instynktowi. Widzieli, że myślą co prawda począł swojej dziwnej wybrance dziecko po minucie – co zamanifestował wydatny brzuszek - ale na ten moment oddawali się debacie w cieniu feromonowego drzewa, a krew tryskająca z limfocytowego źródełka robiła za tło ich dysputy. On wygłaszał myśli w niezrozumiałej mowie lam, zaś kobieta w jego wyobrażeniu ludzkiego języka, co było zresztą niepokojącym przykładem lingwistycznej doliny niesamowitości, bo Goebbels zdawał się ustami kobiety poświadczać, że zaczyna rozumieć niemiecki. Jego wybranka zresztą poszerzała zasób słów i jego gramatyczny sens z każdą sekundą, co tylko pozwalało im wyobrazić sobie jak bardzo się rozwija. Rozmowa przeprowadzana przez futrzaka zdawała się równie wykładniczo nabierać sensu i szlachetnej wzniosłości. Lama zresztą nie tylko mówiła o swojej naturze, ale i swoich kompanach, przynajmniej wywnioskowali to z głośnych odpowiedzi zwierzęco-ludzkiego bytu. Wyglądało na to, że Anshelm i Nadim dobre lamy, częstują bambus; Student myśli, że mądry, a gadatliwy debil; Walter to despotyczny ojciec i emocjonalny wampir wobec pięknej córuni; Beata dobry łowca, bo dorodna i widać po brzuchu; Tłumacz Pan Wszelkiego Stworzenia. Poza tym chyba lubił zapach ludzi i dosyć niechętnie wspominał włochatych kompanów z zoo, którzy myśleli tylko o jedzeniu.
- Tyś jest fest chop, nie bebla jak chańdowne basoki, lecz dycki beremonty zwalcza, aby się w góryja piąć – pocieszała go dziwna inkubica w gwarze lamioniemieckiego. - Tamtym yno łonaczenie w czerepie, rzadne chachory i chroboki z nich.

I wtedy dosyć niespodziewanie westalki i westale z wyższej warstwy nie „porwani” jeszcze przez nikogo otoczyli Otto, obserwując zimny splot pijawek, który robił za jego powłokę. Najodważniejszy, powstały z woli Lei, rozciągnął żyjący kombinezon, ukazując pozostałym odwróconego do góry nogami staruszka ze śladami po poparzeniach i odmrożeniach. Dla ludzi – obrzydliwy, dla bytów – idealny ponad wszelkie wyobrażenia. Przez chwilę obserwowali czyste piękno w milczeniu, podczas gdy Otto wymachiwał rękami, próbując zatamować wyciek płynu z pojemnika, który widział tylko on. Potem rzucili się na niego, porwali i zanieśli na bok, aby – siłą jeśli trzeba – posmakować go. Napastowali go i ciałem, i swoimi myślami, wypytując o jego poglądy na istnienie demiurga, wolnej woli i moralność.

Niema podbiegła do drzwi i zaczęła wypytywać klamkę co muszą uczynić, aby przejść dalej, byle tylko opuścić coraz bardziej niepokojący zamtuz.
- Symboliczne wyzwanie to powstrzymanie żądzy. Z tym wam się chyba udało. - spojrzała na napastowanego Otto i nacierające na niego westalki, których w tym momencie nie dało się posądzić o intelekt. - Prawdziwe to jednak coś o wiele bardziej zmyślnego. Musicie...

Cisza. Klamka zamilkła. Nie wiedzieli co się dzieje, aż ktoś zauważył zastygnięcie zegarów na okrągłej dwudziestej. Tuzy zmobilizowały się, oddając niespodziewanie pokrętnej, nie do końca zrozumiałej rozmowie.

Jan Sebastian Bach3007: Nie zasłużyli jebance niech zdychaom Żaden nie poświęcił nam uwagi należnej tylko ten pinglarz 25 000 Marek
Adolf Hitler: Ja to bym pomógł ale mi szkoda obola 20 00 Marek
PinglarzMusiUmrzec: Na przekór im zróbmy. Niech się nie poczuwają do niewiadomo czego. Niech ginąą 28 000 Marek

Były jednak Tuzy gotowe dać Berlińczykom szansę, dobrze im życzące czy po prostu lekko podchodzące do wydatku. Umówię się z Hansem, Osiołek Fan, BogatyBoGoStac, Purga Lover, BerlinMerlin, Lolitka, ElisaBraun czy Obietnica, choć żaden nie wygłosił tak wspaniałej przemowy jak WPurgaOdDawna. Berlińczycy nie wiedzieli czego dotyczy rozmowa i tylko spoglądali na Waltera oraz Niemą, którzy nie znali jednak nowej mechaniki. Szybko jednak domyślili się, że Hades wykonał „rzut” na możliwość pojawienia się koła ratunkowego, a potem pozwolił zagłosować Tuzom za umożliwieniem pomocy.

Z nieba spadł ślimakoklucz wielkości słonia zaprzęgnięty do wozu z tygrysiego drzewa, na którym wzniesiona była mała chatka. Przed nią stragan, dziwny i nietypowy jak wszystko inne w pokojach przemiany. Jego właścicielem był Handlarz Szczęść i Nieszczęść, gruby brodacz o ziemistej skórze z wielkim zegarem na plecach, fioletowej brodzie i złotych wąsiskach. Krzątał się między oferowanymi dobrami, doglądając ekspozycji towaru. Za pomoc miał dziewczynę i chłopca, którzy mieli się wyraźnie ku sobie, podobni do ludzi niczym doppelgangery, ale stanowiące raczej ich zmiennokształtne odbicie... z dobrymi cechami.
- Witam, jestem Handlarzem Szczęść i Nieszczęść. Powstałem z woli samego Hadesa kilka sekund temu i bardzo się z tego powodu cieszę. - ukłonił się, zdejmując kapelusz i wymachując nim ku sufitowi, jakby w hołdzie dla Tuzów. Do podobnego gestu ponaglił przygarnięte pociechy. - W moich żyłach płynie czysty obol i nadzieja, bo powstałem z dobrej woli szlachetnych tuzów. Moja rola to zaoferować wam transakcje, w której czas wymieniony będzie na abstrakcje, a abstrakcja na czas. Macie nadwyżkę czasu, a nie chcecie premii punktowej? Nie ma sprawy, obdarzę was moimi „cudami”. Macie za mało czasu? Oh, drobne poświęcenie, a wam go trochę podaruje.
- Chcę obejrzeć twoje towary. - Niema rzuciła formułką, obserwując kątem oka zastygłe liczniki. - Wszystkie.

I pokazał im. Początkowo skupił się na tym co oferował za nadwyżkę – dodatkowe zmysły w Berlińskich ciałach, dobre plony i słoneczną pogodę w całych Niemczech, chore dziecko wracające cudownie do zdrowia, narkotyczną rozkosz, bólospluwy, kombinezony, klucze czy stroje ze skóry zmiennokształtnych. Miał nawet butelkę, która sama zapełniała się alkoholem i nie traciła właściwości poza Pokojami. Szybko jednak wytłumaczono mu, że obchodzi ich tylko transakcja w drugą stronę, ze smutkiem zresztą, bo uświadomił im wcześniej, że oferowane teraz rozkosze z pewnością przepadną – towar był generowany losowo i zmieniał się wraz z misjami.
- Skoro chcecie się poświęcić dla większej szansy, wasza wola. Mam trochę cennego czasu. Widzicie te kotły, a w nich kolorową ciecz? Niech jeden zanurzy rękę w tym, gdzie znajduje się przezroczysta substancja. Już nigdy nie zobaczy ta osoba pomarańczowej barwy, tak jakby zresztą nigdy jej nie widziała, ale wy, wszyscy, zyskacie nieocenione 30 sekund. Chcecie więcej? Co powiecie na 3 minuty? - przywołał chłopca i dziewczynkę o mlecznej skórze. - To jak doppelgangery, ale są dobrym, pacyfistycznym i wrażliwym odbiciem ludzi. Pocieszne, słodkie maluchy, bardzo pracowite. Kochają się. Podpiszcie ten papier, a jedno zostanie wpisane w nurt czasu i będziecie mieli odkąd pamiętacie starszego braciszka lub siostrę.
- A gdzie w tym haczyk? - spytał Alois.
- Nie każdy lubi mieć kolejne rodzeństwo, choćby przez wzgląd na spadek, pragnienie bycia jedynym czy zwykłą obawę jak nadpisana rzeczywistość ich zmieni, ukształtuje na nowo. Szczególnie rodzeństwo idealne. Poza tym, spójrzcie na te wrażliwe mordki. Są zbyt wrażliwe, aby przetrwać rozłąkę z ukochanym. Będą pamiętać skąd pochodzą. Nie wypomną wam tego, bo są zbyt łagodne, ale spójrzcie w te oczy. Każde ich spojrzenie będzie was wiercić niczym uosobienie tęsknoty. - pogłaskał chłopca, a ten ruchem warg błagał, aby go nie rozłączyć z dziewczyną, którą kochał od momentu stworzenia. Trwał nie całą minutę, a dla mlecznoskórej dziewczyny oddałby wszystko. Hades jak zwykle wszystko sprytnie obmyślił. - A ten wielki czajnik? Biały, porcelanowy i gustowny? Co jeśli wasza mama od zawsze nim była? Dam wam wszystkim pięć minut, a mamusia jednego z was będzie tym dwumetrowym, stukilogramowym czajnikiem i nikogo nie będzie to dziwić. Uśmiech rodzicielki, jej troska podczas tulenia do piersi, jej piękno... Znikną, będzie tylko kołyszący was nad dziecięcym łóżeczkiem czajnik, który nawet nie ma rąk. I nikt nie dostrzeże tego absurdu. Nikt. Tylko wy.
- To dalej mało czasu. - Alois zaciekawił się. - Masz coś jeszcze?
- Spójrz na to. - wskazał na album ze zdjęciami przypadkowych mieszkańców Berlina, których łączyło tylko jedno kryterium, drużyna nie znała żadnego z nich. - Wybierzecie sobie jednego, a ten po 30 dniach umrze porażony przez piorun, niestety w dosyć bolesny i nienatychmiastowy sposób. Macie tutaj do wyboru dzieci, kobiety i mężczyzn z różnych sfer. Nie ma tylko starców. O, jest nawet jedno stworzonko z zoo.

Wtrącił się wtedy byt stworzony z myśli lamy.
- Goebbels ne mi dursta babrać w tym ciulstwie udziału, aście utoptacie i sopniecie jinsze zwierzę, to was rozdupczy na amen.
- Ile to będzie minut? - naciskał Ferenz.
- 10 minut. - handlarz zawahał się. - Mam coś jeszcze. Możecie dostać 30 minut, to mój ostatni i najlepszy towar, ale nawet ja bym się dwa razy zastanowił. Ceną jest przyzwolenie na karambol samochodowy w Berlinie. Trzy ofiary śmiertelne, jedna osoba naznaczona kalectwem oraz trzy osoby z traumą. Świadków nawet nie liczę nawet.
- O nie. - krzyknęła Joanna, trzymając się kurczowo „Nadimów”. - Nawet o tym nie myślcie.
- Macie minutę na zastanowienie. Potem transakcja, zegar rusza, a ja znikam, by gra toczyła się dalej.

Klamka dokończyła swoje słowa.
- No, mogę swobodnie kontynuować. - odchrząknęła. - Wasze zadanie to... przekonać mnie do swojego stanowiska na temat wolnej woli.

I tak o to znaleźli się w intelektualny zamtuzie, gdzie muszą zwalczyć pragnienie oddania się żądzy, niezręczności wywołane postaciami bytów, uratować Otto przed fizyczno-mentalnym gwałtem, pokonać retorycznie drzwi oraz postanowić kto gotowy jest na poświęcenie, by zyskać bezcenny czas. Poświęcenie nie zawsze samego siebie.

WPurgaOdDawna: Pozwolę sobie jeszcze na krótki, jednak kluczowy w tej wyjątkowej minucie komentarz. Starając sobie nie odebrać zasług, lekko już zmęczony wrażeniami i kilkoma kieliszkami, które przekładają się na moją słyszalnie złą składnie i błędy ortograficzne, przyznam nieskromnie, że przekonałem Tuzy do oferowania wam wsparcia w postaci Handlarza. Moje serce raduje się z oratorskiego zwycięstwa i powołaniem tych czterech wspaniałych bytów na łono Kostki. Niestety jednak udało mi się uzyskać wsparcie kompanów tylko dzięki jednej wytycznej, która powinna zostać spełniona, jeśli chcecie uzyskać podobne wsparcie w przyszłości. Przyznam z nutką zażenowania, ale nawet mi spodobał się piękny cios wyprowadzony przez Pana Waltera w nos narcystycznego, przemądrzałego okularnika. Och, obszedł się tak łagodnie, a przecież wszystkie tuzy dobrze pamiętają, że jedno z zadań domowych wymusiło na nim naukę Taekwondo, opanowane zresztą wzorcowo. Chcielibyśmy w pełni się zaspokoić. O ile ja powstrzymałbym swoje żądze, o tyle moi kompani nie są do tego zdolni. Dlatego, jakkolwiek brutalnie i wulgarnie zabrzmię, proszę o fizyczną przemoc wobec Sepleniącego Studenta, którego tak się wśród nas nie lubi. Nie żałujcie mu upokorzenia. Dziękuję z góry i pozdrawiam serdecznie, wasz WPurgaOdDawna, przedstawiciel Tuzów. 50 00 Marek

Walter zamyślił się nad konsekwencją swojego ciosu... i taekwondo.

- Młody, zostaw swoją wybrankę i trzymaj lejce, bo nam się ślimak pociągowy zerwie. - handlarz podbiegł do mlecznobiałego chłopca i strzelił go w ucho, gdy ten żegnał się już czule z dziewczynką. - Jeszcze cię nie sprzedali, ale na pewno to zrobią z czystej złośliwości, gdy to bydle się rzuci na tego dziwnego typka z setką pijawek. Już dosyć się nacierpiał, a nie wiadomo co zwierzakowi strzeli do łba. Spójrz jak patrzy na ślimaczego staruszka.
- Tak jest, szefie. - chłopiec przybrał muskularniejszą postać i ukradkiem spoglądał na ukochaną.

...

Limit Czasowy

20:00

Tabris

Tabris

10. listopada
Post ID: 83665

- Poszły won, obydwie. Nie jesteście Heleną, a ja durnym młokosem myślącym jądrami.
~~~
Śmiech jako reakcja pana Coldberga poważnie zaniepokoił Waltera. Mógł oznaczać wiele rzeczy, w najgorszym wypadku transformację tego aroganckiego, a jednak dobrze rokującego młodzieńca, w Psa dwa. Ciekawe co on bełkotałby. Może „nazista”, lub „Walter”. Znowu się z nim nie porozumiał, ewidentnie nadawali na innych falach. Teraz ostrożnie krocząc w kierunku Zamtuza (lekcja po wypadku w Lisiej Norze), zastanawiał się nad przewrotnością losu. Jeszcze w Pokoju Narodzin liczył na sojusz z Wendelinem, Coldbergiem, ten cały Otto pomógł mu po stratowaniu przez Lamę. A finalnie jego najpewniejszym sojusznikiem okazała się Niema, Erynia, Ifigenia. Która z resztą początkowo chciała go zabić. Miał wrażenie błędnego rozegrania tej misji. Może spróbować oswobodzić Ottona? Pijawki reagowały na wolę, więc jeśli dostałyby wystarczająco mocny przekaz by opuścić jego ciało powinno się udać. Jednak mogły też zaatakować bardziej swego więźnia i żywiciela wyczuwając niechęć Waltera do niego. Może potem spróbuje z jedną. Wzajemną niechęć też można wykorzystać do pomocy komuś… Musiał to jeszcze przemyśleć.
~
Widok kurtyzan intelektu nie wywołał na nim takiego wrażenia jak spodziewali się zapewne twórcy Zamtuza albowiem potraktował je jako przeszkody. Początkowo spokojnie zlustrował jedną i drugą domyślając się o co chodzi w ich rozdwojeniu. Obydwie były zbliżone do Heli, ale jedna przejawiała cechy Lei. Widząc je poczuł ponowne mrowienie w kroczu, potem twardnienie członka. Jednak po wizycie u Lisicy ta reakcja kojarzyła mu się, mówiąc delikatnie, negatywnie, finalnie obracając się w atak gniewu. Jeśli byty spróbują go… spowolnić on je… pozabija.

~
Była też kwestia taekwondo. O ile dobrze zrozumiał była to jakaś forma boksu, sądząc po nazwie z Chin, może Japonii. Tuzy chciały przemocy wobec niego na studencie. Cóż póki co celem był kto inny. Potem o tym się pomyśli.
~
Kiedy pojawiła się propozycja szybko postanowił zareagować. Dwojako. Jedną przyjął od siebie, a drugą… Cóż, od początku nie załapał do Aloisa Ferenca sympatią. Bogacz i arogant. W Lisim Domku zdobył na chwilę broń, ale teraz jej nie miał . Należało to wykorzystać. Gdy wykonuje się egzekucje, jeden karabin jest nienaładowany, albowiem ludzie wierzą, że zło choć jest niepodzielne to jednak można rozproszyć. A zatem należy zmusić burżuja by dokonał złego moralnie wyboru, ale dobrego dla drużyny. Niech wybierze czyjąś śmierć, indywidualną, lub/oraz kolektywną. O ile posiadał skrupuły powinny zniknąć, a relacje z Walterem już miał negatywne. Ustawił bólopistolet na maksimum bólu i wycelował w bogacza.

~~~
- Wybieram utensylium… I mam nadzieję, że potrafi robić prawdziwie wschodniopruski marcepan, jak to dawniej bywał. A pan panie Ferenc… Proszę wybrać źle, czyli dobrze. Albo ja wybiorę dobrze, ale źle.

Xelacient

Xelacient

12. listopada
Post ID: 83672

Przebłyski "sterylnego pomieszczenia" ostatecznie przekonały Otto o słuszności jego teorii o całym Purgatorium. Ponadto doszedł do wniosku, że skoro zaczyna się "wybudzać" to znaczy, ze jego "prawdziwe" ciało jest już w pełni zregenerowane.

To czemu jeszcze musi tkwić w tej symulacji?

Być może zespół badawczy "usypia" go z powrotem, po to żeby spędził w tej symulacji "pełny okres przyjętej długości kuracji". Było to logiczne, niewątpliwie całą ta kuracja była pionierskim eksperymentem, zaś jej uczestnicy byli po prostu szczurami doświadczalnymi, a zgodnie z metodyką badawczą, każdy eksperyment powinien być prowadzone przez taki sam okres czasu. Trochę bezduszne, ale w pełni zgodne z metodyką badawczą. Zresztą możliwe, że dzięki dalszemu prowadzeniu kuracji jego ciało jeszcze lepiej się "zregeneruje" i po "kuracji" będzie w jeszcze lepszym stanie niż przed wypadkiem! No i też mógł zwyczajnie pomóc w kuracji Nadimowi oraz reszcie zespołu. Tak, może nie wszystkich lubił, ale nie chciał by ktokolwiek więcej skończył jak Carl!

Otto postanowił zaprzestać "wybudzania się". Przebłyski zaczęły ustawać, dzięki czemu mógł skupić się na opanowaniu swojej powłoki i wykonaniu zadania.

Nie zmieniało to faktu, że od tego momentu był wyluzowany niczym nawalony i naćpany Hans. Kamphausen zaryzykował tą całą "kurację", żeby odzyskać zdrowie. Udało mu się czyli wygrał!

W drodze do karocy już więcej się nie odzywał, tylko cicho do siebie szeptał próbując "zestroić" głosy posiadanych kluczopijawek. W końcu mu się to udało, toteż w karocy mógł wypowiedzieć parę słów do współpasażerów:

- Przyznaję się do błędu... niepotrzebnie groziłem temu inkubowi w ciąży, dlatego uciekłem, żebyście nie musieli za mnie nastawiać karku. Dlatego akcja Carla była niepotrzebna, szkoda, że go nie zatrzymaliście, ale już tego nie zmienimy... wiedzcie tylko tyle, że... znalazłem swoją ścieżkę i osiągnąłem swój cel, toteż nie musicie się o mnie martwić - powiedział enigmatycznie, jakiś dziwny impuls powstrzymał przed wyznaniem "całej prawdy o tej symulacji" - teraz jestem tu tylko po to, aby wam pomagać. W razie problemów możecie mnie zostawić. Skupcie się na sobie.

Co prawda zapewnienia te wypowiedziane głosem chóru oprychów nie brzmiały byt przekonująco, ale przynajmniej komunikat był zrozumiały. Kamphausen więcej się nie odzywał, bardziej skupiając się na postrzeganiu otoczenia setkami oczu oraz sterowaniu swoją powłoką. Widok jego "wybranki" nie był zaskoczeniem, w końcu jaki miał ideał kobiety? Byle jaki! Byle ta kobieta była dobrą żoną, matką i Niemką! Dlatego z uznaniem spojrzał na swój Ideał Bylejakości. Na swój sposób miłość traktował jeszcze bardziej przedmiotowo niż Hans. Tyle tylko, że o ile wybranka tamtego była wszystkim na raz to jego wybranka była uśrednieniem wszystkiego. W końcu zagadał go arab. Der Chemiker przyjął jego słowa z uznaniem, a nawet protekcjonalnie poklepał go po głowie, niespecjalnie się przejmując, że jego "łapa" złożona z pijawek nie jest zbyt przyjemna w dotyku.

- Dobrze kombinujesz Nadim! Ja już mam czwórkę dzieci i więcej nie potrzebuje, ale ty mógłbyś mi jeszcze przysporzyć dwójkę wnucząt, prawda? Toteż potrzebujesz INTENSYWNEJ kuracji, weź swoją wybrankę oraz mój Ideał Bylejakości, ja znam się tylko na naukach ścisłych to nie podyskutuje z nią o filozofii hehe! - zaśmiał się na końcu niczym gang oprychów gotujących się do zbiorowego gwałtu.

I wtedy nagle wszystko się... posypało. Nadim poszedł "dyskutować w trójkącie", reszta współpokojowiczów została pouczona, by mu nie pomagać, toteż nikt nie ruszył na pomoc Der Chemikerowi gdy wyciągnięto go z kombinezonu. Ten bronił się jak mógł i rzucał niczym ryba wyjęta z wody. Nawet łapał powietrze ustami niczym ryba na powietrzu. Znaleźć się w tłumie napastujących i obcych osób, które dodatkowo chcą od Ciebie, byś wypowiadał się na tematy, na których się nie znasz. Tak, to był jeden z podświadomych lęków Otto, toteż dyszał przestraszony, aż w końcu oświeciła go pewna myśl. Być może konfrontacja z takimi problematycznymi rzeczami, była częścią "bonusowej terapii"?

Pokrzepiony tą myślą zebrał się w sobie, by przemówić do tłumu "symulacji".

- Spokój - zakrzyknął - powiem wam wszystko! Wszystko, tylko ułóżcie mnie w normalnej pozycji i dajcie mi trochę przestrzeni bym mógł się skupić! - doda, po czym zebrał się do siadu gdy "westalstwo" nieco go odstąpiło.

- No dobra... chcecie poznać moje poglądy na Demiurga, wolną wolę i moralność - zaczął niepewnie - tak... chcecie... od czego tu zacząć, a tak... najlepiej po kolei... hehe - zaśmiał się niepewnie - no to tak, jakiś Demiurg pewnie istnieje... jest to zgodne z wiedzą naukową... był ten cały Bing Bang, niewiadomo co było przed nim, COŚ musiało to zacząć. Religie nazywają to COŚ BOGIEM! Bogiem - powtórzył, łapiąc dryg w monologu - Jednak według mnie istnienie Boga wcale nie oznacza konieczności istnienia religii. No bo jeśli ktoś był w stanie stworzyć Wszechświat, którego rozmiar przekracza ludzkie pojmowanie to czy kimś takim może zrobić wrażenie jakakolwiek świątynia albo jakikolwiek rytuał!? Oczywiście, że nie! Jedyne co możemy zrobić to udowodnić sobie samemu, że jesteśmy czymś więcej niż zbiorem atomów, które pędzi tam gdzie zostało pchnięte! Tak... pchnięte! - I jedynym sposobem na to jest wolna wola! Wolna czyli jaka? Ano taka, która jest niezależna od czynników zewnętrznych! Zatem nie może być wolnej woli bez myślenia! Krytycznego myślenia! - powtórzył - Tylko kwestionując zastaną rzeczywistość, stawiając sobie pytania i szukając na nie odpowiedzi możemy przełamać wpojone nam schematy, zachowania i instynkty. Moralność jest właśnie takim schematem, dobrym schematem, niemniej tylko schematem. Schematem, który innym się wpaja nie tłumacząc im dlaczego ten schemat jest dobry! Dlatego tak często jest źle pojmowana! Moralność pojmowana jako przyjemność i ból jest bezsensowna, ponieważ staje się subiektywna! Jedyną miarą moralności jest rozwój! Dobre jest to co ten rozwój napędza, a złe jest to co ten rozwój hamuje, czy wręcz cofa. Toteż tak! Demiurg dał nam wolną wolę, abyśmy zgodnie z nią mogli zachowywać się moralnie... dążyć do rozwoju! - dodał na koniec.

Zapadła chwila ciszy, Otto był pod wrażeniem tego jak "popłynął", jego słuchacze chyba też, bo zamilkli.
I wtedy spadł wóz, oczywiście Otto ignorujący "automatycznie" tuzów (zwłaszcza w tak stresującej dla niego chwili) nie znał kontekstu jego pojawienia się, za to mógł wysłuchać uważnie oferty. W sumie za bardzo nie był zainteresowany kupowaniem czasu, bo (w jego mniemaniu) więcej czasu już nie potrzebował.

- Te wszystkie opcje są moralnie złe, bo wstrzymują rozwój - skomentował ze swojej pozycji - czyjeś życie za parę minut?! To jest cofanie w rozwoju! Może częściowy daltonizm nie jest taki zły, ale bez tego nie mógłbym rozpoznawać oranży metylowego i miałbym problem na swoich studiach... toteż to nie dla mnie... Za to ta propozycja przyjęcia rodzeństwa jest w sam raz dla mnie! Wziąłbym jedno i drugie, jeśli można oczywiście, hehe - rzucił ze swojej pozycji do "westalstwa", w normalnej sytuacji spróbowałby jakoś powstrzymać Waltera i Aloisa, ale jego obecna pozycja za bardzo mu na to nie pozwalała.

- Panowie - spróbował zawołać ze swojej pozycji - po co wam więcej czasu? Chcecie zerżnąć więcej tych iluzji? Nie lepiej zostawić ten targ i zająć się od razu klamką? - zapytał, ale nic więcej już nie robił. W sumie to obiecał, że będzie pomagał, a nie przeszkadzał.

Garett

Garett

12. listopada
Post ID: 83674

Czas, czas, czas... Zaczynało już go im bardzo brakować. Coldberg zwątpił by zdołał zmaterializować koncept tak jak planował, nawet z pomocą swojej Westalki (którą, tak swoją drogą, z chęcią by też zerżnął publicznie choćby tylko po to, aby wkurwić Waltera robieniem tego typu rzeczy z bytem o wyglądzie jego córki – no cóż, musiało mu wystarczyć to, że sama Lea wykreowała byt przypominający Studenta). Dowiedział się jednak przynajmniej, że jest coś takiego możliwe, a dowodem na to był kwiat mający być pozostałością po sukkubie Carla, symbol śmierci Pringsheima. Niestety, w toku rozmyślań, szansa całkowicie wypadła mu z rąk, bo znudzone czekaniem byty rzuciły się na Otto, a odciągnięcie ich od niego graniczyło z niemożliwością. Na szczęście, wszystko musi się równoważyć, bo już po chwili usłyszeli chaotyczną dyskusję tuzów, a zegar stanął na 20 minucie. Jak na zawołanie zmaterializował się diabeł, tyle, że nie miast duszami, handlował czasem. A tego im było bardzo potrzeba.
Pierwszy do propozycji „diabła” ustosunkował się Walter. I jak po nim się można było spodziewać, była to reakcja tak żałosna, że nie zasługująca na nic innego jak wyśmianie.
-Naprawdę? Wybierasz mord cudzymi rękoma, aby ci sumienie nie ciąszyło? Doprawdy, wybór godny Charona! - zakpił Mathias. - Co, mosze jeszcze będziesz liczył na to, że uda ci się znaleźć tego biedaka zanim uderzy w niego piorun, aby móc go po jego śmierci wpakować do szklanej trumny i wysłać do Purgatorium?!

Student miał zamiar jeszcze chwilę to ciągnąć, chcąc jak najbardziej podkopać pseudo autorytet Piontka, ale wszyscy nagle usłyszeli niedający się pomylić z czym inny głos Otto. Coldberg po prostu nie mógł się nie roześmiać tryumfalnie słysząc retorykę Kamphausena.
-Nareszcie! - wykrzyknął. - Nareszcie, ktoś kto rozumie! Rozwój i regres, tak jak powiedział Pan Otto, to są właśnie prawdziwie wyznaczniki moralności. I dlatego właśnie sięganie po argumenty siłowe jest moralnie złe, poniewasz prowadzi do regresu. Nasz Osiołek chciał pozostać moralnie czysty zszucając brudną robotę na Aloisa, ale skutek pozostanie ten sam. Tylko czy ktoś się zastanowił dlaczego nasz diabelski handlarz czasem powiedział, sze wahałby się jedynie co do karambolu? Poniewasz we wszystkich innych ofertach znajdują się luki pozwalające właściwie kompletnie wyeliminować czynnik regresywny. Ciecz powodująca ślepotę na kolor pomarańczowy? Zwieszęta widzą inaczej niż ludzie, więc na Goebbelsa to nijak nie zadziała. Czajniko-mama? Wystarczy, sze weźmie ją ktoś, komu matka już umarła, wtedy jedynie jego wspomnienia zostaną nadpisane i co najwyszej zdjęcia. Chłopiec i dziewczynka? Tak jak powiedział Otto, moszna ich wziąć oboje... Acz, tu nie mogę pozwolić na wzięcie ich przez Pana Kamphausena. Skoro zawsze stają się starszym rodzeństwem, to wzięcie ich pszez osobę starszą byłoby zmarnotrawieniem „ludzi idealnych”. W dodatku uczynienie kochanków rodzeństwem byłoby na swój sposób okrutne. Mam lepszy pomysł, ja wezmę do siebie dziewczynkę, a chłopca weźmie... - Student spojrzał się na Leę. - Leo, niekoniecznie musi ci się podobać, sze krytykuję twojego ojca, ale prosiłbym cię, abyś pomimo tego mnie wysłuchała. Najlepszym wyjściem będzie właśnie jeśli ja wezmę dziewczynkę, a ty chłopca, albo na odwrót, bo to właściwie bez rósznicy. W takim wypadku znajdą się w Berlinie będąc w podobnym wieku i będą mogli się ze sobą spotkać oraz nic nie będzie stało im na pszeszkodzie być ze sobą, w pszeciwieństwie do przypadku gdyby jedna osoba wzięła oboje, czyniąc z nich rodzeństwo. Poza tym sama w Pokoju Narodzin i w Lisim Domku naszekałaś a despotyczną matkę, a później w Pałacu Kamehamehy mówiłaś, isz chciała ona mieć kolejne dziecko. Nie uwaszasz, sze gdybyś miała starszego brata lub siostrę, to twoja matka nie tszymałaby cię pod taki kloszem?

Oczywiście, Mathias nie produkował się tylko po to aby zapewnić szczęście bytom. Po pierwsze, dopisując sobie kolejne starsze rodzeństwo pozbawiał największej części spadku swojego najstarszego brata, a tego bufonowatego karierowicza wprost nienawidził. Po drugie, przekonanie Lei do wzięcia bytu jako rodzeństwa namieszałoby w drzewie genealogicznym Piontka. Innymi słowa, sprowadzało się to do małej słodkiej zemsty. Student nie skomentował jedynie wyroków, ale to przez lamę, która im bardziej stawała się inteligentna, tym bardziej była nieprzewidywalna. Pozostawało mu tylko mieć nadzieję, że Alois zrozumie, iż nikt poza zwierzakiem nie będzie mu miał za złe, jeśli skarze na śmierć okaz z zoo.

Pozostawały jeszcze dwie sprawy: namowy Tuzów do pobicia Studenta oraz klamka. O ile to pierwsza postanowił na razie zignorować i pozostawić w kwestii reszty Pokojowiczów (jeśli będą chcieli go pobić, to jeszcze im to wypomni kiedy będą potrzebować jego inteligencji), o tyle nad kwestią klamki jeszcze się zastanawiał. Zasadniczo Otto powiedział to co sam Coldberg planował, ale jeśli to wciąż będzie za mało, to Student wtrąci swoje trzy grosze.
-Poglądy Pana Kamphausena w gruncie rzeczy odpowiadają moim. Co prawda, niektószy biolodzy twierdzą, isz nasza wolna wola jest tylko iluzją i jesteśmy niewolnikami reakcji zachodzących w naszym ciele, tylko... jaki byłby w tym sens? Zostaliśmy pchnięci do działania przez Demiurga, jak to ładnie stwierdził Pan Otto. Ów Demiurg zapewne nam się teraz pszygląda z zaciekawieniem niczym Hades, który jest jego miniaturową wersją. Tylko jaki byłby w tym sens, gdyby miał wszystko z góry zaplanowane? Mosze mieć najwyżej zaplanowaną z góry siatkę albo, że tak powiem, Kostkę, ale to tylko od nas zależy w jaki sposób pokonamy pszeciwności jakie pszed nami stawia. Heh, teraz jak o tym myślę, to rzeczywiście Kostka wydaje się być takim miniaturowym odwzorowaniem wszechświata przy załoszeniu, że Bóg istnieje. Nie chodzi o to co na nas czeka w następnym pokoju, a o to, jak sobie z tym poradzimy. Oczywiście, nasze ciało, jego instynkty, ma jakiś wpływ na nasze działania ale dzięki sile woli możemy zminimalizować te czynniki. W innym wypadku powstszymanie sządz nie byłoby tutaj symbolicznym wyzwaniem. Czym więc jest wolna wola? Czynnikiem, który sprawia, szee nie jesteśmy w stu procentach pszewidywalni, swoistym przedłuszeniem naszej wolnej woli, która pozwala nam działać wbrew schematom oraz tym, co odróżnia nas od maszyn.

Tabris

Tabris

12. listopada
Post ID: 83675

Walter roześmiał się jak ktoś kogo próbowano rzucić zgnitym burakiem, ale tenże chybił.
- Pan się myli panie Coldberg. Moim celem jest by pan Ferenz wybrał mniejsze zło, wariant 10 minutowy, ale zrezygnował z ostatecznego. Bowiem zakładam, że ktoś taki jak on wybierze obydwa z nich. Myślę, że pierwszy wystarczy nam. Skoro bowiem nam wysłana polega na przedłużeniu limitu oznacza to, że mamy go za mało. Tu nie ma przypadków, są tylko znaki. Poza tym, zamiast próbować szczuć na mnie panią Niemą proszę wypytać tego charonitę z którym się co chwila Pan kontaktuje co się dzieje po przekroczeniu limitu.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

12. listopada
Post ID: 83676

Fauny nawet nie drgnęły, kiedy szedł po ich plecach w stronę drzwi karocy. Anshelm nie miał wątpliwości, że były to istoty o dużej tężyźnie fizycznej, a siła zawsze mu imponowała, niezależnie w jakiej formie się objawiała. Na świecie nie ma miejsca dla słabych. Jeśli mają istnieć, to tylko żerując na silnych i wykorzystując ich do podtrzymania swej bezużytecznej egzystencji. Jeśli miał być królem potrzebował silnego społeczeństwa. A mieszkańcy Vollblütii wydawali się silni.
Po przekroczeniu progu karocy odwrócił się w stronę tłumu poddanych. Na placu zebrali się nie tylko przedstawiciele czterech gatunków, ale też tłum najdziwniejszych i najwymyślniejszych istot, jakie potrafił sobie wyobrazić. W różnych kolorach, kształtach i rozmiarach. Wszystkie jednak wydawały się rozumne, a niektóre nawet niepokojąco inteligentne. Stworzenia stały w grupach podobnych sobie istot, przy czym łatwo można było rozróżnić elity intelektualne i religijne oraz zwykły plebs. Anshelm wolał się im wszystkim dobrze przyjrzeć, gdyż domyślał się, że są to przedstawiciele nacji zamieszkujących różne zakamarki kostki, a więc będzie musiał zawiązywać z nimi umowy dyplomatyczne, a może nawet toczyć wojny. Na to, jako król też musiał się przygotować.

Opis podany przez kucharza pasował tylko do jednego pokojowicza. Anshelm postanowił zignorować Bulmę tak, jak robił to przez cały czas pobytu w kostce. Nie sądził, aby ten przygłup był na tyle sprytny, aby „wpakować go w kłopoty”.
Z drugiej dobrze by go było wyeliminować, gdy nadarzy się okazja. Tak na wszelki wypadek. Zresztą Żyda też.

Mimo ładnego wystroju Anshelm nie czuł się wcale dobrze w Zamtuzie. Wspominał słowa daniela, który powiedział mu, że ma tu spotkać swoją żonę, a przynajmniej istotę pod jej postacią. Nogi mu się trzęsły a spocone dłonie były sztywne i zimne, jak kawałki lodu. Do tego gdzieś w głębi czerepu zaczął się rodzić ból głowy. Nie widział żony od kilku lat, ale wcale mu się nie śpieszyło do spotkania jej. Rozstali się w nieprzyjemnej atmosferze. On stając przed wyborem między najwspanialszą kobietą świata, a ideologią, wybrał to drugie. Ona mimo początkowej złości, po odkryciu jego działalności i ujrzeniu oszpeconej twarzy małżonka nie była wściekła. Była raczej smutna. Wiedział, że bardzo cierpiała, ale nie mógł nic na to poradzić. Później nigdy już jej nie spotkał i wolałby, żeby tak pozostało. Nie mógł ponownie spojrzeć jej w oczy.
Kiedy stanął przed rzędem westalek serce mu stanęło.
- Constanze…
Nie wymawiał tego słowa od lat. Teraz kompletnie sparaliżowało mu język. Poczuł suchość w gardle i ustach, jak gdyby imię to niosło ze sobą pustynny wiatr, który ususzył jego jamę ustną na wiór. Nie mógł wydać żadnego dźwięku.
To nie jest ona. To tylko wytwór mojej wyobraźni.
Ona jednak stała dalej. Ubrana w prostą żółtą sukienkę sięgającą kolan ozdobioną czerwonym, kwiecistym wzorem. Falujące złote włosy sięgające łopatek były mokre na końcach. Okalały okrągłą twarz o szerokiej, delikatnie zarysowanej szczęce, wąskich brwiach, pełnych, delikatnie rozwartych ustach i ciemnozielonych oczach. Wyglądała dokładnie tak, jak tamtego dnia, z tą różnicą, że jej twarz wtedy pełna ekspresji, teraz pozbawiona była wyrazu.
To nie jest ona…

Napięcie przerwało przybycie Handlarza.
- Mógłbym obejrzeć ten album?
Anshelm zdawał sobie sprawę, że 10 minut piechotą nie chodzi i liczył, że trafi na zdjęcie kogoś mało wartościowego. Zabicie człowieka wcale mu się nie uśmiechało, ale był gotowy na to poświęcenie.

Fimrys

Fimrys

12. listopada
Post ID: 83677

Guru nie odczuł reakcji kobiety jako porażki osobistej, lecz porażki ludzkiej mentalności. Purgatorium działało na nią zbyt emocjonalnie, toteż nie widziała nieskończonego potencjału i możliwości oświecenia w tym wymiarze. Stwierdzenie "Jesteś tu po raz pierwszy. Nic nie wiesz o pokojach i jego prawdziwych wyzwaniach" mogło wywołać w Abbadonie tylko uśmiech politowania dla niewiedzy. W momencie załamywania się czasów i przestrzeni nawet doświadczenia i wiedza takiej weteranki jak ona wydają się błaha. Søren w obliczy możliwego oświecenia absolutnego średnio przejął się jej postawą. To była jej decyzja, a skoro nie zdawała sobie sprawy z wielowymiarowości (choć może zdawała, lecz blefowała) to nawet nie wiedziała co może stracić bądź zyskać. Inną sprawą było to, że Guru również nie wiedział. Ale skoro nie chciała go zabić, mógł się nią nie przejmować. "Zdradzenie swego Boga" uznał za przejaw niewiedzy, więc to zignorował, gdyż wiedział, że Abbadon wie znacznie lepiej co się stało i może stać. To dało spokój jednej kwestii, która nurtowała go od czasu zabicia Kostka. Teraz lepiej zrozumiał jej nienawiść i żądzę zemsty, więc postanowił ją wykorzystać chociaż do pomyślnego zakończenia misji nie wpisywać jej od razu na listę wrogów inkwizycji.

Inną kwestią był atak Waltera na studenta. Było to niespodziewanym zaskoczeniem, że emeryt wykazał się taką brutalnością. Søren nie widział w tym geście korzyści, ale nie mógł zostawić tej sytuacji bez refleksji ze względu na ujawnienie brutalności w starcu. Czuł w nim dawną siłę, jednakże nie mógł przewidzieć jego dalszych zachowań. Mógł być groźny, ale raczej kierował to przeciwko Mathiasowi i Ottonowi. A wszystko to działo się w akompaniamencie istnej kanonady śmiechów Tuzów. Ten fakt jednak został przyćmiony spotkaniem z Carlem i Chemikiem. Kiedy Kürenberger ujrzał Ottona w pijawkowatej otoczce wręcz przyjął postawę defensywną wobec istoty o bluźnierczym wyglądzie i kurczowo chwycił laskę. Gdyby nie ton głosu, mógłby odetchnąć z ulgą rozpoznawszy Ottona. Inną sprawą był umierający Carl. Guru nie wiedział, czy mają jakiekolwiek moce uzdrawiające, ale nawet jeśli, to już było za późno na wypróbowanie ich. Wskrzeszać nie umieli, a Carl zaczynał się rozwiewać. Zmyślny inkwizytor szybko zaczął łapać prochy zmarłego do buteleczki z resztką purgatoryjskiego spirytusu 98.666%. Podczas minuty ciszy dumał nad jego troszkę głupią, acz poteżną ofiary do grającej w tle mocarnej muzyki Bacha. Buteleczkę traktował jak relikwie i uznał, że jako duchowny musi dopilnowywać kwestii obrządkowych, gdyż każdy symbol ma tu podwójnie niesamowitą moc.

"O modlitwę się nie martw drogi męczenniku. Requiem aeternam dona eis, Domine. Kyrie eleison. Trzeba będzie sprawić ci stosowny pogrzeb w stosownej chwili"

Ważniejszym okazało się dumanie nad obrazem, gdyż z Beatą doszli do zaskakującego konsensusu w kwestii odnalezienia obrazu. Kiedy przemówił do niego sam Hades, poczuł lekką dumę. Zdobył informację kluczową, ale postanowił zgodnie z nakazem nie ujawniać jej w tym momencie. Widział i czuł słuszność działań Władcy, więc posłusznie zgodził się z wyższością celu. Miało to sens dydaktycznej filozofii Purgatorium, w którą wierzył.

W końcu dotarli do celu, jakim był zamtuz intelektualny. Wystrój pasował do do stylu krainy, którego wręcz emanacją były istoty go zamieszkujące. Wszędzie widział spuściznę po ideach filozofów, o których uczuł się jeszcze na studiach. Inkwizytor lustrował krytycznie całą budowlę oraz jej mieszkańców i wszystko, co normalna religia uznałaby za "bluźniercze" było w Purgatorium uduchowione i wręcz należało do sfery sacrum. Postać konkubiny była intrygująca, gdyż łączyła sobie wyobrażenia kobiet idealnych z młodości, a dodatkowo wzięła większość wzięła od Tuttty, jaką pamiętał w Ogrodach Abbadona - naprzemiennie zmieniając płynnie masę z mniej do bardziej pulchnej. Szacunkiem napawała go druga lama, w której widział część swej mistycznej aury, a fakt braku partnerki dla Aloisa trochę go zadziwił, gdyż podziewał się raczej, że bogaczowi dostanie się wybranka ulana ze złota. Widział wręcz błakalną prośbę w oczach Tutty, której nie mógł zignorować. Jeśli pragnęła oddać się miłości cielesnej, miała jego przyzwolenie. Sam miał zamiar zabrać się do tego w inny sposób, gdyż nie pragnął więcej fizyczności (tej wystarczyło mu już w strumieniu krwi w Studni), ale duchowości. Zaprosił byt do wspólnej medytacji, by wspólnie eksplorować choć przez chwilę świat duszy. Radował go fakt, że nawet lama umysłowo podeszła do tego miejsca. Czuł, że więcej korzyści wyniknie z mentalnego połączenia z ideałem kobiecości, gdyż stan medytacyjny jak zawsze sprawi, że czas spowolni się na zewnątrz i lepiej spożytkuje czas w zamtuzie.

Potem jednak nastąpiła konieczność kontynuowania przygody. Obserwował uważnie niemą i klamkę i nagle jego uwaga została całkowicie skupiona na słowach Tuzów. Czuł, że są ważnym elementem rozgrywki, dlatego cieszył się, że nie stał się ich wrogiem jak Mathias a jego "decorum" wywołało w nich śmiech. Co prawda teraz stali trochę oporem drużynie i przypomniało mu się, że Jan Sebastian Bach3007 nazwał go "wybrańcem-zasrańcem". Czekał cierpliwie na działanie Hadesa, zastanawiając się jakie miejsce w religii Purgatorium winien zajmować Panteon Tuzów. W tym momencie zauważył próby oswobodzenia się Ottona i jego dywagacje filozoficzne. Jako iż ten reprezentował swego rodzaju utylitaryzm, postanowił mu pomóc. Spodobała mu się postawa nastawiona na progres i widział w Chemiku człowieka, który może rozumieć rozwojowy cel tego pokrętnego wymiaru. Ruszył prosto i stąpał twardo, silnie uderzając laską o posadzkę, by uzyskać aurę inkwizytorskiej potęgi. Chciał wzbudzić szacunek, a wręcz trwogę by bytu oswobodziły chemika.

-Rozstąpcie się, by mógł przemówić męczennik Purgatorium!

Zastanawiał się nad dobrami handlarza nieszczęść i w tej kwestii był zgodny z zaleceniami studenta, który słusznie rozumowa. Szanował rozumność Mathiasa, więc gdyby inni pragnęli wyżyć się na nim by udobruchać tuzów mógłby mu pomóc. Oczywiście nie powstrzymywałby ich przed przemocą, ale sam by się wstrzymał i służył pomocą pilnując w gotowości do interwencji, aby nie wyrządzili mu większych krzywd. Popierał jego stanowisko i liczył na to, że inni nielubiący się zbytnio z młodzieńcem zwrócili na nie większą uwagę. Kiedy była mowie o matce czajniku najbardziej odpowiedni wydał mu się gardzący relacjami Alois, rezolutnie bezwzględna Niema, bądź Otto uważający to wszystko za fikcję. Kiedy Walter wymierzył w Aloisa strzelbą, zasugerował aby trochę załagodzić sytuację:
-Czy naprawdę musimy używać siły? Jestem pewien, że jesteście się w stanie dogadać

Pozostała jeszcze kwestia klamki, dla której przygotował obrazowe przemówienie filozoficzne.

-Tak jak ludzie rzucają cień, tak sami są cieniem. Spójrzmy, każdy byt trójwymiarowy, jakim jest i człowiek, rzuca w warunkach oświetlenia cień na będącą za nim rzeczywistość dwuwymiarową. Cień ma kształt adekwatny i ruchy jednakie w swej rzeczywistości, jak jego twórca w swej. W tym momencie my również możemy być cieniami istot czterowymiarowych w trójwymiarze, a te cieniami pięciowymiarowych i tak w nieskończonym kręgu. Może się w tej sytuacji wydawać, że wolnej woli nie ma, gdyż wszystko jest determinowane przez wyższe istoty.Ale zapomina się o istocie cienia, który do swej egzystencji potrzebuje światła. W takim wypadku czym jest źródło światła oświetlające byty na każdej płaszczyźnie? Słońcem, których równie dobrze może być nieskończenie wiele, jest właśnie wolna wola determinująca ruchy i kształty całej rzeczywistości. A na co rzuca ona cień? Na absolut.

Wiwernus

Wiwernus

13. listopada
Post ID: 83678

Vollblütia

Otto okazał się być najważniejszym z pokojowiczów podczas lotu w królewskiej karocy, przynajmniej jeśli chodzi o zainteresowanie wywołane u grających. Dopiero od – zresztą już zsynchronizowanych – słów zrozumieli, że jego przemiana nie miała charakteru wyłącznie fizycznego, lecz także, a może przede wszystkim, umysłowy. Biła z niego aura absolutnego spełnienia w Purgatorium, spokoju i opanowania, godnego Hansa zblazowania, a także nie wygaszającej wciąż determinacji, aby mierzyć się z kolejnymi wyzwaniami. Ujął wszystkich pokorą i gotowością do pomagania, nie stanowiąc dla pozostałych ciężaru. Kontrastowało to dosadnie z wybitnymi pokojowiczami jak Mathias, Niema czy Walter, którzy na podobną pokorę i autystyczne wycofanie nie mogliby sobie pozwolić. Jedynym wyjątkiem był równie dobrze odnajdujący się w tej pokręconej rzeczywistości tłumacz, ale on trzymał się na uboczu, pochłonięty zrozumiałymi tylko dla niego problemami. Na nim nawet doświadczona i wzbudzająca pełen trwogi zachwyt Niema nie robiła większego wrażenia. Kamphausen mimo wszystko był bardziej społeczny i choć sam raczej wycofywał się z aktywności lidera, to nieformalnie go do jego roli przywrócono. Im bardziej wycofywał się i był bierny, tym bardziej ujmował pozostałych, upewniając ich tylko w osądzie co do jego osoby.
- Mówisz, że osiągnąłeś swój cel i znalazłeś ścieżkę – odparła Joanna. - Ale czy nie może być ona także naszą?

Kontynuowali podróż w atmosferze dziwnego zafascynowania pokracznym liderem. Osiołek skorzystał z okazji i przesiadł się bliżej chemika, by spróbować wybadać czy byłby wstanie uwolnić go od pijawkowego stroju. Jego osąd okazał się być trafny i byłoby to możliwe. Gdy myślami zwrócił się na jednym ze stworzonek i skupił jego uwagę na sobie, niechęć do Osiołka przeważyła, a byt uwolnił się z powłoki. Wyskoczył i przyczepiony próbował się do niego wgryźć. Bezskutecznie, pancerz stworzony był do większych przeciwników, jednak symboliczny obraz wijącej się w determinacji cząstki Otto dał pozostałym jasny sygnał – lider nie ufa Osiołkowi.

...

I o to znaleźli się w Zamtuzie, gdzie żądze zaczęły przysłaniać im rozsądek. Pierwsi poddali się – z radością zresztą – Hans i Pies, a grono nie wiele bardziej od nich odpornych na ofertę świątyni miłości pokojowiczów tylko czekało na ciche przyzwolenie, aby odegnać upływ czasu i oddać się rozkoszy. Synestezja doznań kusiła jak nigdy wcześniej. Cichą dyspensę, niemal zachęcenie do igraszek otrzymali od lidera, który przyzwolił zięciowi na zabawę. Na początku było co prawda zgorszenie. Chemik wydał się niemal perwersyjny, przyglądając się ze stoicką manierą i cichą aprobatą jak jego ciemnoskóry zięć oddaje się miłości z istotą podobnej jego córce i sprezentowanym ucieleśnieniem osobistego ideału, oczywiście posłusznym wydanemu rozkazowi. Ciemnoskóry nawet nie zauważył, że wzbudza niemałą sensację. Po prostu robił swoje, zaskakując umiejętnościami i techniką, co w końcu uświadomił sobie Der Chemiker. Pozostali zaczęli mu zazdrościć rozkoszy (Tahirowi, nie obserwującemu Kamphausenowi!)

Niestety techniczne talenty ciemnoskórego dowodziły jego potencjału, to wciąż był młokosem bez wystarczającego doświadczenia, przede wszystkim w obyciu z cudownym ciałem. Skończył bardzo szybko, a rozkosz działająca na niego jak kokaina, dała mu po kulminacyjnym momencie ostry zjazd połączony z depresją, wyrzutami sumienia, fizycznym wyczerpaniem i wątpliwościami. Wcale nie czuł się lepiej i tylko obawiał się, że za dużo myślał o purgatoryjskich bastardach, przez co jedna z jego wybranek musiała zajść w ciąże. Wychodziło na to, że tym razem matką miała być nie Larka, nawet nie jej kopia, ale... ideał Otto.
- Cygon i bezkurcyja, dwa fatery. - podsumował Goebbels ustami swojej wybranki i matki jego dziecka. - Sznupa na wierch, karlusie!

Lea poddała się żądzy i oddała imitacji Mathiasa, Joanna – po raz pierwszy zresztą – także. Potem była Beata w czworokącie z jej wybrankiem i ich dwoma myślotworami, ale w ich przypadku miłość miała charakter medytacyjnego transu i kontemplacji na tle wywołującej ogrom emocji świątyni doznań. Doszła do wniosku, że nie chce przyćmić stosunku nad morską rozpadliną jego barwniejszą imitacją, stawiając na przeżycie zupełnie innego kalibru, bardziej społeczne i subtelne. Kolejny kontakt z nią napawał inkwizytora optymizmem co do ewoluującej relacji z kobietą, a poza tym rozwinął go Zamiast narkotycznego odurzenia rozluźnił się i wyciszył, poznając przydatne w przyszłości techniki medytacji, dzięki którym zdolny był sprawniej ćwiczyć otwieranie kolejnych bram.

Anshelm był już bardziej powściągliwy, opierając się pozornie pokusie, ale porażka przyszła w momencie, gdy... wymówił imię kobiety. Po wykładzie Kamehamehy, pełnym zachwytu nad ludźmi, powinien już wiedzieć, że wymawiając imię byłej żony tchnął w byt życie i esencje tak silne, że przyćmiewające nawet względnie rzemieślniczą robotę Mistrza Gry. Szybko pojął swój błąd, ale było już za późno. Przed sobą miał pełen emocji obraz ideału, z ekspresją żalu i smutku po kolejnym odrzuceniu przez nazistę, aż mimowolnie wpadł w jego ramiona. Miał tylko jedną próbę, aby oprzeć się żądzy.

Rzut na akcję: Oparcie się bytowi
Modyfikatory Pierwszorzędne: Siła Woli (+1), Społeczność (0)
Wyniki: 1; 4 -> 2; 4 (po modyfikatorach) + 0,3 (za opis) -> 6,3 / 2 -> 3,15 -> Brak Efektu!

Nie oddał się emocji, poprzestając na intensywnym pocałunku, wtuleniu się w kobietę i kilku pieszczotach, od których w ustach miał mokro, a ciało znów odżyło. Ciężko było jednak mówić o sukcesie, gdy w efekcie podtrzymał idealny wizerunek kobiety i choć nie nękała go ona pragnieniem fizycznej bliskości, zaczęła oferować mu coś o wiele więcej, coś z czym uporałby się mało kto.

- Obiecaj, że wrócisz do mnie. - prosiła słodkim, rozczulającym od ogromu cierpienia i tęsknoty. - Będę cię wspierać na twojej ideologicznej drodze. Jeśli zapragniesz, wydam na świat twoich dziedziców. Będziemy znowu razem, mąż i żona.

I wtedy kątem oka ujrzał reakcję Waltera, chyba najbardziej nietypową, po której podniety pozostałych wydały się błahe. Ten początkowo zachowywał się normalnie, ignorując w ostrych słowach obie damy. Z czasem cień podniecenia zaczął zmieniać się w agresję. ”Jeśli byty spróbują go… spowolnić on je… pozabija.” Kobiety napierały na niego nachalnie, szczególnie ta o cechach łaknącej czułości Lei, przez co zmuszony był wcielić swoją taktykę w życie i użyć siły. Cios wymierzony w kombinezonie zaskoczył nawet jego, a najbliższa z nacierających dam padła na ziemie z roztrzaskaną głową i krwią wypływającą wraz z kawałkami mózgu, jak wszystko co inne tutaj proporcjonalnego i wspaniałego. Na moment pokojowicze zamarli w bezruchu, nawet zaatakowany Otto i jego oprawczynie zastygnęli, tylko obserwując rozwój wydarzeń. Najostrzej zareagowała Lea, jeszcze oszołomiona seksem, na widok swojej podobizny w konwulsjach i pośmiertnych drgawkach. Jedno oko trzęsło się obserwując grymas na pięknej twarzy, drugie zawiesiło się na wyrastającym w ogrodzie kwiecie. Przez moment wydała się niemal szalona i podległa zwierzęcemu lękowi, przypominając raczej Joannę z jej płaczliwego debiutu w pokojach. Jeszcze niedawno postawiła się w roli bytu i nie mogła teraz przejść obojętnie wobec aktu przemocy wobec nich, zresztą poznał dobrze już jej pacyfistyczną część osobowości. W dziwnym kontraście do tej sceny poczuł obojętność na los zabitego bytu, jego druga tożsamość zdawała się mieć za nic los pozbawionego wolnej woli tworu, a szczególnie takiego, który wchodził mu w drogę i narażał na niebezpieczeństwo. Wtedy, podobnie jak z Mathiasem, gotów był użyć kary ostatecznej. Tylko w minimalnym stopniu dało się odczuć, że czuje się niezręcznie, w jakiś pokrętny sposób tęskniąc za utraconą żoną, której iluzoryczna cząstka tkwiła w bycie. Co jak co, ale miłość do Seleny była w nim wciąż silna, silniejsza od tej tkwiącej w Walterze.

Przynajmniej zdezorientowane uśmierceniem ich kompanki sukkubice zdekoncentrowały się na tyle, aby tłumacz zręcznie odegnał je siłą swojej woli, zresztą w pełni talentów umysłowych po krótkim treningu. Chemik, choć obolały i zdezorientowany, oddalił się od napastniczek i zbierał siły do kolejnych akcji, by w końcu wtrącić swoje kilka przemyśleń na temat wolnej woli. Popełnił błędy. Argumentację COŚ musiało to zacząć można było zapętlić i nie robiła na klamce najmniejszego wrażenia. Również argument z krytycznym myśleniem stanowił dla niej zręczne lawirowanie w obrębie tematu, mimo to była pod wrażeniem pełnego emocji wywodu. Mathias był bardziej stonowany, opierając swoje argumenty o to co już osobiście doświadczył, choć nie wnosząc aż tak wiele jak mogłoby się wydawać. Wierzył jednak, że Pies, jako istota wyższa, nie trwałby przy swojej grze, gdyby jego zabawki nie miały wolnej woli, co stanowiło bardzo mocny argument. Guru zaś przedstawił problem obrazowo, wyróżniając się najbardziej ze wszystkich i wzbudzając zachwyt.

Alois oczywiście miał inne zdanie.
- Nie mając wpływu na to z jakimi predyspozycjami i w jakim środowisku się urodzimy, absolut zdolny jest przewidzieć każdy nas ruch, tak jak komputer na podstawie danych zmaga się z prostym obliczeniem matematycznym. Innego systemu zresztą wymyślić się nie da, bo jakby można by zmienić swoje urodzenie czy otoczenie już po tym jak już zostaliśmy ukształtowani? Byłaby to zmiana pozorna, również zdolna do przewidzenia przez Boga. Nie ma w tym jednak nic złego. Wolna wola to raczej trwanie w warunkach, w których możemy realizować się przy naszych predyspozycjach, zaś jej brakiem są warunki, które nie współgrają z naszą naturą. - rzucił do klamki. - Jako, że innego systemu niż z ograniczeniem woli nie da się wymyślić, nie można oczekiwać od Psiny, by łudziła się, że to senne show nie jest przewidywalne. Odgrywamy tylko scenariusz, a przynajmniej odgrywalibyśmy, gdyby to wszystko nie było snem. Dlatego otwórz się i przestań zawracać nam tyłki.

Klamka gwizdnęła z zachwytem, nie odnosząc się do sedna, czyli właściwej odpowiedzi. Ktoś ją przekonał, nie zdradziła kto, po czym drzwi otworzyły się z charakterystycznym skrzypieniem. Mogli zobaczyć zarys bibliotecznego miasteczka skąpanego w szarościach i migotaniu świec, a ich uszy usłyszały warkot turbin, wyładowania elektryczne i niemal futurystyczne dźwięki.

I wtedy w końcu zaczęli wybierać z oferty Handlarza Szczęść i Nieszczęść, co niestety zakończyło się bardzo nieprzyjemnie. O ile Walter dzielnie decydujący się na czajnikową mamę wzbudził pozytywne odczucia, o tyle jego szantaż doprowadził do katastrofy. Nie znaczy to jednak, że moment zgody na pierwszą transakcję nie wzbudził wielu emocji i niemałe zainteresowanie pokojowiczów, tuzów i charonitów. Osiołek zadeklarował swój wybór zresztą dosyć niejasno, przez co do ostatniej chwili połowa obserwatorów nie wiedziała co zaraz nastąpi. Handlarz kiwnął głową z uznaniem jakby chciał powiedzieć wyśmienity wybór, jaśnie panie, a potem pomógł się wspiąć klientowi na wielki wóz-stragan, by dopiąć formalności. Emeryt przejechał dłonią po masywnym czajniku, a sprzedawca kręcił na palcu złote wąsiska, aż w końcu kazał przestać. Porcelana rozgrzała się, a Walter próbował zorientować się czy ma już swój konsekwencje swojego wyboru za sobą...

...

Walter urodził się 1 Lipca 1931 roku we wsi Sziast położonej w południowej części Ostpreußen. Jego rodzicami byli Imbrycza z domu Czajarzy i Adolf Piontek, gospodarze. Wychowywał się jak typowe mazurskie dziecko, może z wyjątkiem braku rodzeństwa. Gdy poszedł do szkoły dowiedział się, że jest Niemcem na odwiecznie niemieckiej ziemi. Z tego powodu nie wolno mu było używanym przez Mazurów językiem – prawdziwi Niemcy takim nie mówili. Mniej więcej tym czasie Sziast stał się Schastem, a niedługo potem wybuchła wojna. Nie wpłynęło to bardzo na rodzinę Piontków, poza pewnymi brakami typu kawa czy herbata. Były one napojami, w których szczególnie rozmiłowana była jego potężna rodzicielka. Nic nie sprawiało kobiecie takiej przyjemności jak bulgocząca w jej pustawym wnętrzu ciecz, ciepłem przyprawiająca o mrowienie bliskie pieszczocie. Jej zamiłowanie przeszło – za równo w wychowaniu, jak i porcelanowych genach – na jedynego syna. Brak ulubionych napojów podczas wojny był cieniem rzuconym na jego dzieciństwo takim, jakby w młodości oderwano go od matczynej piersi, w jego przypadku właściwie ociekającej tłustym mlekiem brodawki na dzióbku czajnika. Gotowanym, a jakże!

Później zabrakło Adolfa - ojca Waltera zmobilizowano w 1940. Pojawił się na dwa tygodnie rok później, by finalnie przepaść walcząc w Rosji. Gdy Walter obchodził dwunaste urodziny doszła do niego i matki wieść o śmierci Adolfa. W depeszy znalazła się informacja, że Rzesza nie zapomni jego poświęcenia, ale wpadła w tak poważne tarapaty, że nie udało jej się okazać wdzięczności. Co więcej, czasy gdy brakowało tylko kawy zaczęto wspominać nostalgicznie. Był już na tyle dojrzały, aby zrozumieć, że Rzesza nie powinna tolerować mieszanej, ludzko-czajniczej rodziny, ale proces umysłowy związany z tym absurdem wygasał za nim doszedł jakichkolwiek wniosków, niczym pod dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Po śmierci swego Adolfa Imbrycza straciła wiarę w jego imiennika, zaczęła przygotowywać suchary, schowała biżuterię zdobiącą dotąd jej uchwyt i gustowną pokrywkę i przeniosła się z synem do miasteczka – Johannesburga. Tam została, jak się potem okazało, wyzwolona. Nie ucierpiała zanadto - swe ciało oddała radzieckiemu porucznikowi niemalże dobrowolnie, toteż zaoszczędzono jej gwałtu, śmierci, a może nawet w pewnym stopniu głodu i chłodu, choć to właśnie głód i chłód objęły w posiadanie Prusy Wschodnie i rządziły tam długo, mimo zmian granic państwowych. W dosyć pokraczny sposób oddanie się wojskowemu stanowiło większą traumę dla komunisty, któremu dobra wola kobiety nie przyniosła zbyt wielu przyjemności. Nie za bardzo wiedział jak zabrać się za ogromne naczynie kuchenne, próbując oralnych wyzwań z jej zakończoną wypustką w postaci dzióbka rurką i bardziej standardowych metod penetracji jej gargantuicznej pokrywy. Napełnił ją nasieniem, potem zresztą starannie zagotowanym.

Na fali tych zmian Schast stał się Szastem, został jednak opuszczony. Johannisburg okazał się Jańsborkiem, a po roku – Piszem. Gdy w końcu w roku 1946 Walter wrócił do szkoły okazało się, że jest Polakiem na odwiecznie polskiej ziemi. Z tego powodu nie wolno mu było używanym przez Mazurów językiem – prawdziwi Polacy takim nie mówili. Prawdziwi Polacy nie mówili także śpiewną, gwiżdżącą mową czajniczego gatunku, którĄ znał od matki, ale do tego był już przyzwyczajony. Nowe władzy oprócz polonizacji wprowadzały też socjalizm, dzięki czemu większość Mazurów przy pierwszej nadarzającej się okazji wyniosła się do Niemiec, jednak nie Piontkowie.

Imbrycza mimo (a może właśnie dzięki) mazurskości znalazła posadę w Urzędzie miejskim w Szczytnie, gdzie zamieszkała z synem. Waltera z racji nazwiska, imienia i akcentu nazywano Niemcem, co dość skutecznie zniechęciło go do Polskości. Jako, że Imbrycza interesowała się Bogiem o tyle o ile, w jej opinii, interesował się jej rodziną, młody Walter został dość szybko ateistę, tylko w największych chwilach słabości sięgając po wsparcie Naczyniowego Panteonu. Ukończył technikum w Szczytnie, a później udało mu się dostać na Wyższą Szkołę Rolniczą w Olsztynie. Gdy i ją ukończył dostał przydział do PGR Klewki, by wkrótce objąć funkcję wicedyrektora. W życiu zawodowym Piontka doszło, jak w całej Polsce, do małej stabilizacji, która przełożyła się na socjalną (M2 ze ślepą kuchnią, jak on kochał kuchnie!), ale nie osobistą – związek z końca studiów zakończył się po dwóch latach przyłapaniem narzeczonej na zdradzie. Zabolało go to szczególnie, bo dotąd przekonany był, że kobiecie do pełni szczęścia wystarczą jego odstające uszy (jedno ukształtowane na podobieństwo czajnikowego uchwytu) i podbródek ulany z porcelany, męski i kwadratowy. Później bywały miłostki i romanse, ale nic poważnego. Czasami snuł wizję romantycznej miłości z fajansową zastawą o jasnokremowej barwie, nigdy jednak na taką nie trafił.

Początek lat 70-tych oznaczał poważne zmiany w życiu Waltera. Najpierw zmarła jego matka, zostawiając mu traumatyczne wspomnienie żółknącej porcelany z narastającą ilością pęknięć, kamieniem i osadem na dnie jej pustych wnętrzności oraz ponurym, chrapliwym gwizdem przypominającym jęk kontrabasu. Pod koniec swojego żywotu leżała już tylko uginającym się pod jej ciężarem łożu, dymiąc krwią i wylewając z siebie gotowaną flegmę. Ostatnich słów Imbryczy nie zrozumiał, przemówiła jedynie obrazem ukształtowanym z krwistych oparów, od których zakręciło mu się w głowie. Pochował ją w jej ulubionych sukniach i biżuterii, wcześniej starannie polerując i ozdabiając, zgodnie z jej życzeniem, pięknymi, ludowy ilustracjami. Na kameralnej stypie wypił łapczywie ogrom ulubionych herbat i kawy. Od tej chwili dręczyły go sny, w których objawiała mu się pod postacią kobiety, co wydawało mu się szczególnie przerażające.

Później zaś pojawiła się możliwość wyjazdu do Niemiec. W zasadzie to ówczesne władze PRL sprzedały Niemcom Zachodnim mniej więcej 100 tys. swych obywateli za kilkanaście milionów marek. Walter jednak znalazł się w NRD. Istniała taka możliwość, ale jedynie pro forma, gdy po raz pierwszy zgłosił się do stosownego urzędu poinformowano go, że procedury nie przewidują takiego wyboru. Piontek nie poddał się, słał pisma, oskarżenia, supliki gdzie się tylko dało, od urzędów przez Partyjne aż po ambasadę NRD. Po ponad roku wywalczył to co chciał. Zakończył swe sprawy w Polsce, nawet wybrał się odwiedzić ruiny swej rodzimej wsi.

Tak oto znalazł się w tych lepszych, nieimperialistycznych i antyfaszystowskich Niemczech, gdzie nikt wciąż nie zwracał uwagi, tak jak on sam, na to jak bardzo różni się od zwykłego człowieka. Te nie wiedziały początku co z nim robić; niemiecki znał średnio, odpowiednich umów nie było, a poza tym co mogło stać za taką gorliwością? Może bycie szpiegiem, albo wręcz lewackie odchylenie? Może działał dla Czajnikowego Imperium, którego położenia nikt nie znał i które tak naprawdę nikogo nie interesowało? Początkowo więc Piontka skierowano do Drezna, gdzie pracował w Dolnosaksońskiej Wytwórni Oleju Rzepakowego na Zimno. Zamieszkał w hotelu robotniczym. Po pierwszej imprezie inni robotnicy nabrali do imigranta moresu: nie dość, że przepił wszystkich to jeszcze rano punktualnie pojawił się w zakładzie. Po mniej więcej dwóch latach stosowne służby doszły do wniosku, że obywatel Piontek jest czysty i Walter znalazł się w Berlinie. Tam dostał nieduże mieszkanie i etat w Ministerstwie rolnictwa. Lata mijały, Piontek został kandydatem, a później członkiem SED. Trochę awansował. W życiu osobistym nie doszło do żadnego przełomu.

Przełom za to wydarzył się w historii. W wyniku przemian w ZSRS i Polsce system zaczął się chwiać. Chwianie owo Walter oglądał z wielkim niepokojem. Kiedy ludzie zaczęli protestować w Berlinie nie miałby nic przeciwko ich pacyfikacji. Gdy demontowano Mur Berliński Piontek jednak nie dołączył do kontrmanifestantów, nie zrobił nic rozgoryczony kierunkiem wiatru historii. Kilka miesięcy później przeszedł na emeryturę. Obecnie z niesmakiem patrzy na aneksję Niemiec Wschodnich i upadek bloku państw socjalistycznych, gwiżdżąc przy tym charakterystycznie.

...

Nic się nie działo. Jego mama zawsze była przecież tytanicznym czajnikiem i kochał ją taką jaka była. Chowała go czasem w swoim wnętrzu, gdzie w ciemności bawił się, uradowany. Czasami spał na jej pokrywie, świeżo po gotowaniu, zaznając ciepła naczynia, jak i ciepła kochającej mamy. Widział jak słabnie z wiekiem, zmieniając swój kształt i kolory, z czasem czyniąc herbaciano-kawowe zamiłowanie w uzależnienie. Nawet gdy musiała nosić okulary wielkości mebla, było jej ciągle zimno i okrywała się plandeką oraz zapałała piromanckimi zapędami, kochał ją, bo była jego troskliwą mamusią. Nigdy nie skarżyła się na swój los, poczuwając się do bycia pełnoprawnym człowiekiem.

I nagle przeszło go takie mrowienie, że nogi się pod nim ugięły i trząsł się niczym galareta. Nagle uświadomił sobie, że tkwił w jakieś pokręconej pętli czasu, miał normalną mamusię, a w przyszłości zmienił ją w wielkie naczynie, aby pozyskać dla siebie i dziwnych kompanów trochę cennego czasu. Poczuł się jakby tańczył na sznurkach siebie samego z przyszłości, jednak po chwili namysłu odczuł, że nie wiele to zmieniło w jego życiu. Jego mama była wciąż kochana i wspaniała, to ludzie w pokojach byli inni. Przejechał dłonią po swoim porcelanowym podbródku i uchu ukształtowanym w uchwyt. Spojrzał na Leę, w której porcelowane geny były wciąż obecne. Jedno oko miała ulane z mlecznej porcelany i musiał przyznać, że z heterochromią była jeszcze bardziej zjawiska. Westchnął i przystąpił do kolejnej transakcji, rękami żyda.

Początkowo oczywiście nikt go nie zrozumiał, bo jego słowa nie miały pozornie sensu. Najważniejszy, Alois, również zdawał się nie łączyć wątków, przytłoczony wymierzeniem do niego z rozkręconej bólospluwy. Za to Niema zdawała się być na drodze do uświadomienia sobie, że skoro Osiołek nie mówi czegoś wprost i zmusza Aloisa do podjęcia decyzji na tle Handlarza, to wybór ten nie może być zbyt właściwy. Po minie kobiety widać było, że nie podoba jej się takie pogrywanie z drużyną, nawet jeśli żyd był jej obojętny. Liczył, że Alois zrozumie co ma zrobić prędzej od niej, lecz nagle zainterweniował Mathias, zdradzając plan Osiołka. Wszystko co powiedział i tak nie miało znaczenia po jednym, bardzo wymyślnym zresztą, zagraniu na emocjach Niemej.

Co, mosze jeszcze będziesz liczył na to, że uda ci się znaleźć tego biedaka zanim uderzy w niego piorun, aby móc go po jego śmierci wpakować do szklanej trumny i wysłać do Purgatorium?!

To co chciał uczynić Osiołek rękami znienawidzonego żyda była aktem tchórzostwa i moralnym zdegenerowaniem, gorszym nawet od przejścia na stronę charonitów. Łodziarze przynajmniej dobierali z reguły moralnie zepsuty element lub osoby zdolne przetrwać i to, aby samemu przetrwać, a Walter chciał wymordować niewinne i przypadkowe osoby dla większej szansy, na tak prostej misji zresztą. Biała skóra stała się momentalnie czerwona, a kobieta zupełnie straciła nad sobą panowanie, rzucając się z kataną na Osiołka. W berserku i niezdolna przez moment do krótkiej choćby wymiany zdań. Towarzyszył jej Goebbels, plujący żrącą śliną i wymachujący kopytami, a myślą także Joanna odwracająca się od emeryta. Stracił ostatniego sojusznika.

Przynajmniej Alois wykorzystał moment jej nieuwagi i posłusznie dokonał transakcji, wpadając na Anshelma, który przeglądał album. Dłoń starca zatrzymała się na pierwszym z brzegu wizerunku. Padło na niewinnego chłopca. Potem zaś mężczyzna jeszcze rzucił samochodem-zabawką w tarczę, zyskując kolejne cenne minuty dla zespołu za cenę śmierci ludzi. Nie pozostało nic innego jak wykorzystać amok kobiety i wymknąć się z Zamtuzu, prosto w kierunku Biblioteki, gdzie znalazł – przynajmniej na ten moment - schronienie.
- A ty nie będziesz decydował kto zasługuje na życie, nie ty. - warknął do Anshelma i na pożegnanie zepchnął go z wozu. - Zawsze chciałem to zrobić , śmieciu.

Dalej nie byli pewni czy mężczyzna poczuwa się w jakikolwiek sposób do odpowiedzialności za swoje czyny i wciąż uznaje wszystko za senną iluzję, niepokojącym było jednak, że czuł dziwny wstręt do Waltera. Nie tylko dlatego, że ten mu zagroził, lecz odebrał mu pełnię konsekwencji za jego niecny czyn, którego i tak chyba chciał się dopuścić. Nie po to przybył do Purgatorium, aby nie nauczyć się odpowiedzialności za swoje niecne uczynki.

Osiołek zrozumiał, że wpakował się w niezłe tarapaty, niezależnie w jaki sposób postrzegał swój wybór. Wyprostował się, lecz wtedy znów przeszło go mrowienie, a świadomość Altera zalała go, wciągając na swoje miejsce. Wił się na czworaka, niezdolny do żadnego skoordynowanego ruchu, niezależnie jak bardzo się starał. Jego druga tożsamość - choć słynąca z okrutności wobec bytów i ludzi narażających jej dumę – nie była okrutna dla niewinnych i postronnych, to czyniło ją zresztą dobrym liderem na tle bardziej okrutnego Blitzkriega czy Stalookiego Seniora. Była zdolna nawet unieruchomić się i dać zabić, byle tylko jej znienawidzone następstwo nie popełniło kolejnych zbrodni. Alter Piontek krzyczał w swojej podświadomości, karcąc Waltera, który zgodził się na mord dla kilku minut na tak prostej, w jego mniemaniu, misji. Krzyczał również do innych pokojowiczów, nakazując zabicie Waltera, dopóki trzyma go w ryzach. Zdawali sobie sprawę, że w tym momencie nie przemawia znany im Osiołek, jego twarz miała mniej zaokrąglone, bardziej ostre rysy i pełne drapieżnej siły, pełne jednak pogardy dla czynu jakiego dopuściła się jedna z jej tożsamości.

I jak Lea nie odbiła się od podłoża!

Jednym susem skróciła dystans, wpadając na Niemą i stykając się z nią katoszablą. Doszło do błyskawicznej wymiany cięć, które postronni widzieli jedynie jako serie błysków i smug przy akompaniamencie jęków purgatoryjskiej stali. Obserwowali pokraczny pokaz i jedynie Goebbels zatoczył koło, próbując dostać się do Altera, ogarniętego coraz większymi konwulsjami.

Osiołek widział jedynie zalążek tańca kobiet, zawieszony niemal całym umysłem w dziwnej próżni. Kupiony mu czas jednak wystarczył, aby zapanować choć w części nad swoim ciałem. Podniósł się, zdając sobie sprawę, że Lea zdołała powalić na moment przeciwniczkę i podobną krzywdę wyrządzić lamie. Przybliżyła do niego kolejnym susem, wprawiając go w niemałe zdumienie swoim talentem. Pomogła mu wstać i obdarzyła go uśmiechem, który przeszył jego serduszko. Przemienił się on jednak w nienawistny wyraz, a potem jej ręka naprężyła się, by wyprowadzić cios. W kombinezonie tak silny, że ogłuszył go natychmiastowo, wybijając połowę zębów i odrywając porcelanowe uszko, zapoznając blisko z podłożem zamtuzu. Ostatnią jego myślą było, że stracił miłość i uznanie córki. Czuł się jakby umierał i w pewnym sensie zmarł od jej ciosu, bo przesiąkł on także jej pogardą dla jego czynu. Zbagatelizował pacyfistyczne ciągoty córki i jej traumę po karambolu, więc musiał zapłacić cenę.

...

Niema wstała, budząc się z amoku – za równo po przegranej rundzie, jak i na widok ogłuszonego starca.
- Zabiłaś go? - spytała, gotowa dopełnić jej czynu. Wydawała się być pełna uznania.
- N-n-nie wiem. - wydukała i sprawdziła tętno „ojca”. Wciąż żył, co uspokoiło ją. - Żyje, ale posłuchaj mnie. Jest szansa odkręcić to co ten... co ten śmieć uczynił rękami żyda.
- Blefujesz?
- Nie, Mathias miał rację. Możemy wpłynąć na bieg wydarzeń. Jeśli będę miał rodzeństwo, a moja matka kolejne dziecko, może w jakiś sposób wpłynie to na Waltera, a w konsekwencji odwróci to bieg wydarzeń.
- Małe szanse, ale spróbuj. Szybko.

Dziewczyna podbiegła do studenta i złapała za rękę, by zaciągnąć do wozu. Cała drżała. Z bliska czuł jej wszystkie emocje – żal do ojca, równoczesny lęk przed zabiciem go, pragnienie uratowania tylu ludzi ilu się tylko dało. I wyczuł coś jeszcze, jego zemsta przelała się także na córkę Osiołka, która najwyraźniej liczyła, że może odkręci swoje pochodzenie od kogoś takiego jak Piontek, a przynajmniej zrobi mu na złość.

Stanęli przed dobrotliwymi sobowtórami, które płakały ze wzruszenia nad zaoferowaną im szansą. Oferta zostania rodzeństwem u chemika była również obiecująca, ale wszyscy jednogłośnie zgodzili się, że plan Mathiasa jest lepszy i dla dzieciaków, i dla ewentualnych ofiar karambolu oraz pioruna. Dziewczynka przypadła pragnącej siostry Lei, zaś chłopiec jej „wybrankowi”. Podpisali umowę adopcyjną, wyściskali swoje rodzeństwo i pozwolili mu się rozwiać, wpływając na ciąg wydarzeń...

...

Imię i nazwisko: Elias Coldberg

Wiek: 20 lat, urodzony 22 stycznia 1971.

Wygląd: Wysoki (1,90m) i szczupły (50kg) młodzieniec z blond włosami o średniej długości. Zielone oczy skrywa za prostokątnymi okularami o czarnych oprawkach, które nosi ze względu na to, iż dodają mu powagi. Ma wręcz chorobliwie bladą cerę.

Charakter: Samotnik i lekki egoista, długo trzyma urazy, szanuje jedynie ludzi inteligentnych, darwinista społeczny, który pod wpływem starszego brata Mathiasa nabrał ogłady i pokory, akceptując częściowo zastaną rzeczywistość i na swój paskudny sposób dając się lubić.

Historia: Elias urodził się w bogatej rodzinie Coldbergów i od dziecka uznawany był za cudowne dziecko, w żaden sposób nieporównywalny jednak do geniuszu jego najstarszego brata. Już w wieku 6 lat był w stanie ograć w szachy własnego ojca, który to za młodu jeździł na zawody. Szybko sobie przyswajał wiedzę i wszystko wskazywało na to, iż czeka go świetlana przyszłość, gdyby nie pewne jego wady... Po pierwsze, miał w zwyczaju kłócić się z nauczycielami i wytykać im błędy. Z reguły miał rację, ale rzadko kiedy dorośli przyznawali się do błędów. Młody Coldberg miał nadzieję, iż chociaż rodzice przyznają mu rację, lecz ci po otrzymaniu wielu skarg na syna zaczęli na niego naciskać. Nic ich nie obchodziło to co miało do powiedzenia ich dziecko. Wtedy Mathias zrozumiał, że twarze jego rodziców to maski, które są tylko na pokaz. I wtedy, w momencie, gdy miał już zamknąć się w skorupie egoistycznego snoba, wsparcia udzielił mu jego ulubiony krewny, Mathias. Młody geniusz parał się nie tylko psychologią i szerokim zakresem nauk, to jeszcze aktywnie działał społecznie, starając się obalić mur oddzielający podzielony naród niemiecki. Może i był uległy wobec rodziców, ale gdy chodziło o dobro bliźniego, nigdy nie ustępował. Może dlatego Elias wydał się przez to mniej problematyczny i jego relacja z familią nie była tak trudna. Nie miał przez to tylu powodów, aby dokonać przemiany, która choć co prawda nastąpiła, była o wiele łagodniejsza.

Elias zawsze zazdrościł bratu, który górował nad nim, ale i dzielił się z nim wiedzą. Zawsze wydawało mu się, że jest on dla niego szczególnie wyrozumiały i wdzięczny. Jako malec snuł zresztą teorię spiskową, że jego idol musi być przybyszem z kosmosu, bo nie myśli jak prosty człowiek i jest nieskazitelnie czysty moralnie. Jestem aniołem-wilkołakiem rzucił raz po pijaku, co zapadło najmłodszemu braciszkowi w pamięć. Pierwsza rysa na ich relacji pojawiła się, gdy Mathias namolnie starał się znaleźć mu dziewczynę, wybierając w łagodnych idiotkach. Nigdy nie zrozumiał dlaczego tak się uparł. Nigdy nie zrozumiał też dlaczego z taką dziwną nostalgią spoglądał na księżyc. I dlaczego w niektóre dni tak chorobliwie chronił go przed ryzykiem. Najwyraźniej geniusz wiązał się z dziwactwem. Trudno jednak było gniewać się na kogoś, kto na wykładach obalał teorie samego Ecksteina.

- Słuchaj, Elias. - zaczepił go 24 Września, gdy świeżo upieczony student zahaczył jeszcze o rodzinny dom. Mathias bronił go jak lew, jeśli chodziło o taśmy. - Ta kobieta chciała cię tylko chronić. Myślę, że powinieneś być z nią. Ma czyste serce. Tyle ode mnie. Teraz znikaj na te zajęcia u Janika. Daj się wyprowadzić w pole, ten jeden raz, bo tak musi się stać. Tak zapisane jest w gwiazdach. Dziękuje ci wszystko co uczyniłeś. Daj z siebie wszystko i wróć z kobietą o oślich uszach. Jej siostra...

Sprawiał wrażenie co najmniej odurzonego, ale cieszył się, bo przynajmniej rodzice zapomną o taśmach, skupiając się na wybryku geniusza.

...

Dziewczę odetchnęło z ulgą, gdy Walter zapewnił ją, że jej matka nie dowie się rozmowie - odetchnęła tak mocno, że Piontek poczuł się aż niezręcznie, najwyraźniej zdając sobie powoli sprawę z tego jak ważną decyzję podjął i jakie jej było znaczenie dla dziewczyny. Lea uspokoiła się, ale nie na tyle, aby z łatwością przejść do niuansików jej fragmentarycznej wiedzy. Najpierw musiała się w pełni otworzyć i wyciągnąć ze swojego krótkiego życia wszystkie traumy, a to nie przyszło jej bez wewnętrznych oporów. Zamówiła odpowiednią, zgodną z jej standardami kawę i dopiero potem zaczęła opowieść. Lubiła te same płyny co on, imponowało mu to.
- Kluczem do wszystkiego – nieśmiało odgarnęła włosy, by odsłonić przydługie uszy. Taksowała go różnobarwnymi oczkami. – są właśnie te dwa ośle narządy słuchu, bo to nimi podsłuchiwałam całe życie z uporem maniaka i to one pchnęły moją matkę do pomnożenia majątku. Najpierw prawie głuche, potem...

Okazało się, że Lea przyszła na świat w warunkach, które sama uznawała za skromne jak na rodzinę bogaczy, nie brakowało jej oczywiście niczego i nigdy nie poznała smaku życia w biedzie, ale musiała przyznać, że tamtego „bogactwa” nijak nie dało się porównać z obecnym i okazało się bardzo problematyczne. Nawet mała fortuna jej samotnej matki nie miała prawa wystarczyć do pokrycia kosztów leczenia – dziewczyna urodziła się z mało poznaną, dziedziczną i wtedy nieuleczalną jeszcze wadą słuchu. Walterowi przybliżone zostało śladowo hipotetyczne źródło choroby, na szczęście jednak był wstanie zrozumieć wywód Lei, bo przypadki takiej samej przypadłości miał wśród krewnych. Oni jednak nie mieli tyle szczęścia co młoda dziewczyna. Jej matka najpierw przetrwoniła majątek na konsultacje z najlepszymi prywatnymi lekarzami, potem zaś jego równowartość w ramach pożyczki straciła na konsultacje, ale już ze znachorami i naciągaczami, byle tylko uratować dziecko.
- W końcu, w niewyjaśniony dla mnie sposób, uciekła widmu finansowego upadku. Do dziś mi nie zdradziła jak tego dokonała, ale nie tylko spłaciła długi, to jeszcze ściągnęła zespół lekarzy z innego kontynentu, stawiając wszystko na jedną kartę. To umożliwiło mi po pierwszym zabiegu częściowo zyskać nowy, nieznany mi prawie zmysł, kolejne zaś pozwoliły mi w pełni doświadczyć wspaniałego świata dźwięku i... tajemnic. - uśmiechnęła się tajemnico - Byłam malutka, ale rezolutna i ciekawska. Matka chyba uznawała, że taka smarkula szybko zapomni co jej opowiadała na noc, dodając otuchy przed kolejnymi zabiegami, prawdopodobnie też liczyła, że nie wiele zrozumiem, za równo przez wiek, jak i wadę słuchu. Ja jednak słuchałam z uwagą tych wspaniałych historii i zapamiętałam ich wydźwięk. Żadnej treści, żadnych szczegółów. Wiem tylko, że przyjaciele mamy robili wspaniale rzeczy. Ty też tam byłeś, dzielny Osiołek. Stalookiego bałam się, zresztą chyba mnie nim czasem mama straszyła, ale ty wzbudzałeś we mnie wiele ciepłych odczuć, mimo że matka raczej unikała wzmianek o tobie. Jesteś dla mnie jak postać z dziecięcej baśni. Moja starsza siostra, z przelotnego romansu mojej matki w młodości, dziwnie zresztą nakręcała mnie na te historie, jakby były one prawdą. Niszczyła jednak ich wydźwięk, zmieniając... nie wiem, w horror?

Walter skrzywił się na wspomnienie starszej siostry. Mimowolnie.

Okazało się jednak, że sielanka rodzinna nie potrwała długo, a pomnożona fortuna nie pozwoliła na utworzenie właściwej relacji między matką i córką. Poróżniły je tajemnice, przede wszystkim związane z tożsamością ojca Lei, ale i paniczny lęk przed ujawnieniem źródła pieniędzy rodziny, traumatyczne noce oraz całkowita izolacja rodziny od świata zewnętrznego.
- W jedne noce moja matka znikała. Wtedy też chciałam skorzystać z wolności. Nie przychodzi mi się łatwo do tego przyznać, ale nie miałam ani koleżanek, ani kolegów, uczono mnie prywatnie, a wszelkie zabawy miały być dla mnie zbyt niebezpieczne, choćby najbardziej niepozorne. Każda aktywność stanowiła coś na wzór zagrożenia do mojego ciała, a w niektóre dni matka niemal stawała na głowie, byle bym tylko nie opuściła łóżka. Miałam pierwsze komputery, najlepsze zabawki i przysmaki sprowadzane z całego świata do mojej samotni, ale dziecko zawsze woli się pobawić w błocie i wspiąć na drzewo niż jeść i udawać zabawę. Nie imponowało mi to. Uspokajała mnie tylko puszczana z gramofonu muzyka, która pomagała mi uwierzyć, że tej właśnie nocy mojej mamy nie będzie. Pomyśl jakim przeżyciem jest nagle obudzić się po wyczekiwaniu w długiej „niewoli” i uświadomić, że matka w końcu zniknęła. Zwiedzałam wtedy wszystkie zakamarki dworku, zaglądając tam, gdzie dotąd mi nie można było. Zakazane, szczelnie zamknięte pokoje zawsze mnie intrygowały. To właśnie w nich znajdowałam tajemnicze listy, zeznania podatkowe, dziwaczne przedmioty, napisane niezrozumiałym językiem broszury i zaproszenia na bankiety, a nawet zdjęcia. Sądzę, że wtedy mogłam odkryć cały sekret. Nie byłam jednak dość rezolutna i bystra, poza tym nie potrafiłam biegle czytać, a co dopiero rozszyfrować te dziwne kody i enigmatyczny język. Ograniczał mnie też czas, bo matka wracała nad ranem blada jak trup i z podkrążonymi oczami, wzbudzając we mnie dziwny niepokój i strach. No i ona, siostra... Jak ją znienawidziłam. Początkowo godziła się na moje nocne wyprawy, bo mi współczuła, ale z czasem jej ta granicząca z obłędem troska nie pozwoliła jej przyzwalać na moje wybryki, tak jakby zaczęła godzić się na moje więzienie. Ona zawsze słuchała się matki, tylko utwierdzając ją w jej chorych poglądach, tak jakby ją rozumiała. Czasem żałuję, że jako małe dziecko wolałam zjeżdżać po poręczy schodów zamiast tylko odkrywać sekrety rodziny. Zmarnowałam wtedy swoją szansę, a większość wspomnień, choć intensywnych, zatarło się.

Odetchnęła głęboko. Dało się wyczuć nutkę zażenowania własną postawą, ale i specyficzną nutkę nostalgii.
- Początkowo matka nie zauważyła, że każdej nocy budzę się i sprawdzam czy zniknęła. Nabrała podejrzeń gdy raz, po swoim nagłym zniknięciu i nie wiele mniej nagłym powrocie, natknęła się na mnie podczas spaceru po posiadłości, czymś wysoce niewskazanym i niebezpiecznym. Przytuliła mnie mocno, jakbym mogła sobie w tym czasie zrobić nie wiadomo jaką krzywdę, potem jednak przebiegle wystawiła mnie próbie. Zainscenizowała swoje zniknięcie, na co się nabrałam, wiesz czyj to był pomysł? Tej suki, tej przebrzydłej, tej...

...

Zrozumieli.

Elias padł na ziemię. Wszystko było już jasne. Jego brat był geniuszem i istotą spoza rzeczywistości, którą jego alternatywna tożsamość wysłała w przeszłość tylko po to, aby dosrać bratu i staremu czajnikowi. Zmroziło go. Wciąż był pysznym, egoistycznym technokratą i wyjątkowo trudnym charakterkiemm, ale dał się lubić, zaszczepiono w nim dobro i był łagodniejszy w obyciu. Uświadomienie sobie, że był pogardzanym przez wszystkich i niezrozumiałym dupkiem zabolało go. Tym razem spojrzał okiem bystrego psychologa na samego siebie, zdając sobie sprawę jak wiele błędów popełnił. Musiał pogodzić się z nowym imieniem i nową tożsamością, a przede wszystkim podziękować Mathiasowi za wszystko co dla niego zrobił – jednemu i drugiemu. I zapoznać braciszka z siostrą Lei.

Eckstein roześmiał się. W inny niż dotąd sposób, przeszywając jego umysł. Tego nie przewidział. Janik próbował już pozyskać jego brata-geniusza jako asystenta, jeszcze za nim został charonitą. Odmówił mu, zresztą obnażając moralne zepsucie specjalisty, a ten zapałał zemstą. W oryginalnej linii czasowej Mathias został wybrany na pokojowicza, bo był geniuszem. Dogadali się w jakiś pokręcony sposób, ofiara i kat, ale teraz ich relacja zbudowana była na czymś zupełnie innym. Eckstein nie zachwyciłby się nigdy Eliasa, widząc talenty jego brata. Fakt, Eliasa był bystry, ale pragnienie zemsty jednak zrobiło swoje. Ich relacje nie były tak ciepłe i jeśli chciał odzyskać najbardziej pomocnego z Charonitów, musiał znów się wykazać.

Przynajmniej Tuzy nie chciały go pobić. Walter co prawda uderzył go, ale spotkał się z o wiele bardziej dosadnym ostracyzmem. Eliasa na swój sposób niektórzy obserwatorzy polubili. I co najważniejsza polubiła go Lea, którą zaczepił o wiele dosadniej, kierując się słowami Mathiasa. Byli już parą, przy paradoksalnie cichej aprobacie Osiołka. Do teraz.

Za równo Walter i Alter znienawidzili Eliasa za jego zemstę. W obecnej linii czasowej wciąż kochali Selenę, ale na romantycznej miłości najstarsza córka, na której tak bardzo skupiała się kobieta, stanowiła miecz wbity w piękną relację. Sobowtór zresztą zdradził swoją tożsamość po tym jak jej matka trafiła do Kostki, nie tylko dzieląc się wskazówkami jak radzić sobie w Purgatorium, ale i przestrzegając kim stanie się Osiołek. W pięknej miłości pojawiła się rysa i odrobina chłodu. Dlatego Walter tak bardzo zapragnął dać kobiecie lepszą pociechą, że... począł je myślą. W tej rzeczywistości Lea była jak najbardziej bytem, którego ukształtowano w nienawiści do jej siostry. Ta oczywiście kochała ją i starała się przestrzec przed pokojami, w których mogła nie tylko zaznać bólu, ale i spotkać ojca, którym miała wzgardzić. Nikt nie przewidział, że gdy Leę więzić zacznie i matka, i siostra stanie się jeszcze bardziej wyzwolona, dzika i przesadnie wrażliwa. Tylko pogłębiła swoje przywary.

Elias zaklął. Kochał Leę, ale trochę inną, a teraz miał przed sobą kogoś jednocześnie przesadnie wrażliwego na krzywdę bliźniego, jak i dzikiego. Poza tym jego miłość wciąż nienawidziła siostrę. Dała jej obietnicę spotkania ukochanego, brata Eliasa, a ta odwdzięczyła jej się w taki sposób.
- Wszystko miało zakończyć się tutaj, na uświadomieniu sobie tej transakcji. - westchnęła. - Ale ja do niej nie dopuszczę! Moja siostra nigdy nie pozna twojego brata, nienawidzę jej.

Na moment zapomnieli nawet, że po cichu liczyli na to, że nie dojdzie do kolejnego karambolu i porażenia piorunem. Niestety jednak Walter stał się jeszcze bardziej zgorzkniały, ukształtowany nie tak perfekcyjną miłością i raz jeszcze dopuścił do tragedii. Znów rękami Aloisa.
- Nie udało ci się. - przyznała Niema i ruszyła do Waltera. - Muszę zrobić swoje.
- Gardził bytami w oryginalnej linii czasu, a w naszej wzgardził jeszcze bardziej, zdając sobie sprawę z intryg mojej siostry. Jednak w końcu przełamał się, tak zapragnął dać mojej matce dziecko, że zgodził się aby było ono Bytem. Może i chciał, abym urodziła się po drugiej stronie muru i dokonała zemsty na sobowtórce, ale w jakiś pokraczny sposób mnie kochał. Dokonał duchowej przemiany. Tak, wciąż zabił to ucieleśnienie ideału, ale na swój sposób naprawił swój błąd. - przyznała, spoglądając na zabitą kurtyzanę, która w tej rzeczywistości miała także rysy jej siostry. Najwyraźniej morderstwo jej miało dość mu satysfakcję seksualną, albo podświadomie pragnął zdominować ją zbliżeniem. Trudno było stwierdzić. - Żal mi... „ojca”, choć nienawidzę go. Początkowo był ideałem, ucieleśnieniem marzenia o tacie. Dla mnie zabił siebie i pociągnął do zaświatów Kostka, byle dać mi szansę i nowe życie. Pragnął mojej przemiany, czuwał nade mną. Pogubił się jednak. Czasem lepiej jest zginąć niż tak się stoczyć, wysługując ludźmi pokroju Ferenza. A ja głupia nie słuchałam siostry. Im bardziej mnie przed nim broniła, tym bardziej mi zależało. Ach, dlaczego nie wykorzystała pełni swojego intelektu, aby uchronić mnie przed śmiercią?
- Aby nie zaburzyć linii czasu? - rzucił Tutta. - Aby mieć dostęp do obiecanej miłości?
- Może. - westchnęła. - Niemo, zabij go. Tylko tyle możemy dla niego zrobić.
- Nie możesz go zabić. - wtrąciła się nagle Beata, wspominająca Waltera czule przez wzgląd na pocałunek i taniec z nim. - Mój mąż naprawiał kiedyś kostkę. Jest wadliwa. Dlatego chociażby jestem tutaj z wami, jako tuz. Myślę, że Walter choć wybrał wolność od dalszej gry i utratę wspomnień, aby nie tęsknić za oddzieloną murem wybranka, nie stracił ich wszystkich. Wciąż w nim tkwiły. Dlatego miał dwie tożsamości. Jest szaleńcem, nie mniejszym niż Pies. Nie możemy go z tego powodu zabić. Kto wie, może da się go uzdrowić.
- A list od Blitzkriega uwolnił jego wspomnienia. - krzyknęła Lea, łącząc kolejne wątki. - Po nim jego ciało zaczęło dziwnie reagować, zauważył, że moja matka go śledzi... Niemo, daj mu ostatnią szansę. Mimo wszystko ratował mnie w jednej i drugiej linii czasu. Uratujemy jego umysł. Daj mi tylko szansę.

I w tym momencie Niema zawahała się, a Osiołek wstał. Widzieli, że odmieniony. Rysy miał ostre i złowrogie. Był Alterem, ale i innym niż którego szczątkowo poznali, pełnym absolutnej nienawiści do Eliasa, który rzucił cień na piękną miłość. Pogarda i pragnienie zemsty jakie żywił wyniesione były poza nirvanę.
- Ten cios, te słowa... Odegnały Waltera w zakamarki mojego umysłu. - wyznał. - Macie przed sobą mnie takiego jakim byłem naprawdę, liderem i przewodnikiem. Okrutnym wobec bytów, pełnym dumy i odmienionym przez traumy pokoi, jednak przysięgam, że nigdy niezdolnym do zabicia niewinnego. Podzielam twoje poglądy, Niemo. Daj mi się uleczyć i naprawić swoje błędy.

Kiwnęła głową, Lea również. To Altera chciała zawsze poznać, nie pozbawioną wspomnień imitację z rozdwojonym umysłem i ciągotami do zła, starszego i osłabionego. Gardziła nim, bała się go jako byt, jednak pacyfizm nakazywał jej dać bliźniemu kolejną szansę.

Wszyscy zaczęli wracać do normalności. Goebbels zanurzył kopytko, a drużyna zaczęła zbierać się do kolejnego pomieszczenia. I rozległa się muzyka.

Mistrz Gry

Tak swój żywot zakończył Zmiennowierca, Ben Zwick, szukający ładu kryminalista, który wychowany jako Katolik, udzielał się w trzech różnych sektach za nim uwierzył bezmyślnie we mnie, służąc jako narzędzie Amfy. Poznając mnie bliżej, odrzucił na rzecz wymyślonej przez Kürenbergera istoty, by ponieść zasłużoną za zdradę karę ręką Niemej. Połamano mu nogi, knuł dzielnie intrygi w Wątrobowym Domku, nikt jednak nie przewidział, że zmiana biegu wydarzeń da Niemej kilka dodatkowych sekund i zmyślnie otruje ona mięso Nadima. Jak dobrze, że herman nie lubi mięsa! Jego śmierć uczy nas, że: „Najmniejsza zmiana może obrócić drastycznie koleje losu, dlatego czasem lepiej pozostać biernym.”

Pamięć zmarłych w Purgatorium obchodzi się przez puszczanie ulubionych piosenek zmarłych. Specjalnie dla was utwór, który dla Zwicka ilustrował potęgę i chwałę jego niebiańskiego stwórcy, który, jak miał nadzieję, wróci i zrzuci mnie w otchłań. Prawda, Syntezo?

Pozostało: 15 Pokojowiczów

Muzyka w tle

Lea złapała się za usta z miną co ja narobiłam? Niema zdawała się być jednak zadowolona i obserwowała reakcje tłumacza. Ostatnim czego się spodziewali było to, że odmienieni Mathias (Elias), Walter i Lea inaczej zachowają się w Lisiej Chatce, dając Niemej szybszą zemstę.

...

Walter zrozumiał jak to jest być uwięzionym w ciemności jako strumień uszkodzonej świadomości. Dalej żył, lecz wycofany w zakamarkach umysłu, czując się niczym intruz, ale i władca zrzucony z piedestału. Na swój sposób podzielił los Abbadona. Zbierał myśli, mając wgląd umysłem Altera do tego co działo się na zewnątrz. Mógł doradzać, mamić, ostrzegać przed wypatrzonymi zagrożeniami, a przede wszystkim ponowić próby przejęcia ciała.

Zaczął zdawać sobie sprawę, że mrok umysłu przekształca się w Pokój, utworzony z jego woli osobisty kąt. Musiał coś wytworzyć, aby nie oszaleć. Wciąż był człowiekiem i mógł kreować.

W Kostce wciąż czekała na niego córka, która choć nienawidziła go, współczuła mu i pragnęła udzielić mu pomocy. I Elias, Elias Coldberg.

...

Limit Czasowy

71:30

...

Elias Coldberg

Moralność: +1

Społeczność: +1

,  dodaj nowy wątek