Oberża pod Rozbrykanym Ogrem

Gry Wyobraźni - "Purgatorium [Gra]"

Aktualnie w Osadzie: Ognisko jest zgaszone.
Osada 'Pazur Behemota' > Gry Wyobraźni > Purgatorium [Gra]
Wędrowiec: zaloguj, wyszukiwarka
Architectus

Architectus

10. sierpnia
Post ID: 85196

Tuż po powrocie z dworu Hanowerczyk popędził do kuchni, aby przygotować swej wybrance zimny okład do przykładania na zasiniaczone oko. Wróciwszy do niej i wręczywszy kojący opatrunek chwycił ją w talii, uniósł w górę i zatoczył kilka kółek wokół własnej osi, uśmiechając się szeroko. Postawiwszy Kondorka na podłodze, obdarował uśmiechem także Garlanda i pogłaskał go po głowie, doceniając, że wzburzyło go skalanie jego godności. Choć wciąż pojawiały się jakieś trudności radowała go chwila spędzana z ukochanymi. Słysząc ustalenia dotyczące wizyty w zoo, zaproponował wspólne wyjście do najbliższego parku, aby pokazać Garlandowi i Joasi miejsca do których zabierał go jego świętej pamięci tata. Podzielił się z nimi również spostrzeżeniem, iż długi sen przypomniał mu jak spanie jest fajne, gdyż pozwala na jakiś czas zapomnieć o troskach.

Szykując się na odwiedziny rewolucjonistów, przygotował warzywny gulasz wedle francuskiego przepisu. Chciał ugościć przybyłych jak również rozpieścić podniebienia swych bliskich. Każdego gościa powitał z szacunkiem, podziękował za toast i upominki. Otrzymawszy możliwość głosu omówił własne przypadki z warsztatu, w tym jak między innymi poznał Sørena Kürenbergera i Anshelma Vollblütera. Przypomniał o zdarzeniu z Carlem, opiece nad Garlandem i kluczostworkiem, związaniu się z Joasią. Przedstawił pokrótce trwające szkolenie z Anthonym Henrym Fordem, Wanną, Kostkiem i Fishem. Zawarł w tym swe wątpliwości, jakimi wcześniej dzielił się z wybranką swego serca. Opowiedział też o groźnej wizycie w Purgatorium. Na pytanie o tortury, stwierdził, że od wielu lat odczuwa katusze na co dzień, więc kolejnym może się poddać, mimo tego, że może ich nie przeżyć. Podkreślił jak w Pokojach zrozumiał brak swojej niezastąpioności.

Przechodząc do znajomości Purgatorium, upewniwszy się, że Garland nie usłyszy jego wypowiedzi, które mogłyby być dla niego zbyt ciężkie, powiedział zebranym, że nie pojął metafizycznych reguł jakie obowiązują w Pokojach. Nie przypominają mu one opisywanych w książkach zaklęć, chociażby na zasadach używania magii dzięki twórczej wyobraźni, gdyż świetlista włócznia jaka zabłysła mu w dłoni podczas pobytu w katedrze i konfrontacji z ludzko-mechanicznej istotą nie była wywołana celowym nakierowaniem toku myśli. Z pytań o kostkowy wymiar, zaczął od zaskakujących anomalii w widzeniu, jakie zaczął doświadczać po powrocie do Berlina, w postaci człekokształtnych naczyń. Wyraził swe dociekanie, czy są one wywoływane wpływem Purgatorium, jak często one występują i czy miną. Kolejne z nich dotyczyło zagadnienia połączenia wędrującego po pokojach z Kostką, które przyszło mu do głowy zeszłej nocy. Wspomniał, że nawiedziła go paskudna wizja, po której zdecydował, że nie może więcej wchodzić do tego miejsca. Począł wyjaśniać, że jego osobiste uczestniczenie mogłoby doprowadzić do wytworzenia się energii wymazującej życie, a w tym zagłady ludzkości.

W owej wizji, podczas przenoszenia się do pokoi bez własnej woli doprowadziłby do przeklęcia pokoi, którego treści nikt nie usłyszał, gdyż byłoby ono bezsłownym zbiorem emocji, jak w przypadku włóczni. Tylko on znałby obraz rzuconej klątwy. Że gdy mu się nie uda przeżyć, zjednoczy się z pokojami. Z ciężkimi ranami śmiałby się szaleńczo i wezwałby pokoje do pomocy. Wielkie kawały ścian, podłoża i sufitu odrywałyby się od miejsca bytowania i pełzły w jego kierunku, by łączyć się z jego wnętrznościami. Przyoblepiałyby się do jego ciała tworząc skorupę. Jego tors by się rozerwał, kark się skręcił, aż głowa opadła bezwiednie na jego ramię. Wygiąłby się nienaturalnie, żebrami do przodu, które zaczęłyby przypominać pionową paszczę. Powstające beztwarzowe monstrum rosłoby. Ręce i nogi jego ciała wykręciłyby się by przybrać kształt wielkich szponiastych łap. Natomiast na plecach na wysokości serca zacząłby formować się odwłok, jaki po kontakcie z podłożem zaczął kształtem przypominać ciało węża. Ręce i nogi oderwałyby się od pierwotnego ciała i z masą mięsa i kości przesunęły się w dół o jedną trzecią ciała powstającej istoty. Wszelkie ataki na powstającą istotę niszczyłyby jej cielsko, lecz kolejne odłamki pokoi dołączały się do niego, uzupełniając dziury.

Po tych okropnych opisach Jörg westchnął, a następnie kontynuował wyjaśnienia, jakoby moce z Pokoi nie mogły mieć z nim kontaktu i przez to mógł jedynie pomagać drużynie na zewnątrz. Zdaniem mechanika, po przebytych purgatoryjskich doznaniach, rewolucyjny konflikt dostarczy kolejne śmierci i zrodzi następny konflikt, których kontynuacji nie widzi końca. Stwierdził, że nie pójdzie na kompromis, gdyż widzi rozwiązanie jedynie poprzez eliminację, a tego nie zamierza uczynić, ponieważ jego uczestnictwo może się skończyć zjednoczeniem z Kostką i ciągłą destrukcją. Po tym spodziewa się scenariusza ze zbuntowaniem się przeciw innym Kostkom, walką z nimi, bez zważania na ofiary istot żyjących w nich i poza nimi, usuwaniem ich, następnie usuwaniem życia na świecie, a na samym końcu samounicestwieniem - niczym niszczycielski cyklon, którego nie powstrzyma ogień, ziemia ani woda, z otępiającym bólem straty, na tyle silnym, że samemu by ją wywoływał. Byłby apostołem, który równocześnie jest jeźdźcem apokalipsy; aniołem śmierci wśród trzaskających kręgów szyjnych.

Mechanik zważył jak naznaczenie uświadomiło mi, że może pomagać z zewnątrz, z doskoku - nieść pokój poprzez nieuczestniczenie, bo pokoju nie wygrywa się wojną. Głośno rozważył usunięcie się w cień, znając swoje miejsce, gdyż to jest dla niego konieczne, w przypadku kiedy uczestnictwo ze wszechmiar będzie kończyć się źle. Podzielił się poczuciem do czego jest zdolny i nie chce czynić niewybaczalnego. Jeżeli byłoby to konieczne, powróci do samotni sprzed wplątujących wydarzeń, by zgłębiać wiedzy na temat mechaniki pośród Wardburgów i Trabantów do końca swych sprawnych dni - w taki sposób się przysłużyć zebranym, bez bezpośredniego angażowania się. Wypowiadając się o odczuciach wobec zebranych, zauważył, że wśród nich staje się lepszy. Efektywniej brnie przez życie będąc przy kimś: kto mógłby zadziwiać; z kim można by dzielić się własnym ciepłem, a równocześnie kogoś kto spojrzy na niego z zewnątrz, poza jego myślami; kto swoją obecnością doda mu sił w trudnych momentach; kto sprawi, że życie staje się pełniejsze, z większą ilością uwznioślających treści. Dodał także, jako że się tutaj zebrali, to mogą omawiać co uznają za słuszne, ponieważ nie chce ich namawiać do konkretnych wyborów.

Nitj Sefni

Nitj Sefni

16. sierpnia
Post ID: 85216

Po opatrzeniu ran Ottshelm czym prędzej udał się do Zamtuzu gdzie, jak mu doniesiono, mógł spotkać brata.

Kamehameha, mimo słabego charakteru, dominuje w relacji nad swoim partnerem i jeśli przekonam jego, to Ernst nie będzie w stanie się sprzeciwić. Nie powinno być to trudne – król sam twierdził, że ma już dość sprawowania władzy i wolałby oddać się w pełni sztuce. Jednak pozostała jeszcze kwestia dziecka.
Co jeśli mój brat będzie chciał, aby to bachor przejął tron? Teoretycznie mógłbym spróbować go przekonać, że jeśli on sam nie był szczęśliwy w roli władcy, to jego dziecko też nie będzie. Jeśli ma zaznać szczęścia, powinno być od najmłodszych lat wychowywane na filozofa i artystę, nie na króla. Brzmi sensownie. Niestety ten świat nie działa sensownie.

Ja w przeciwieństwie do brata CHCĘ. To już samo w sobie powinno być wystarczającym powodem do przekazania władzy. A ponadto jako człowiek gotowy poświęcić się w całości trudnej sztuce panowania zdecydowanie lepiej sprawdzę się w tej roli.

Kiedy Anshelm spotkał Kamehamehę po raz pierwszy powiedział mu, że ojciec zostawił testament, lecz nie wyjaśnił jaka była ostatnia wola Vollblütera seniora. Teraz mógł to wykorzystać. Jeżeli brat nie zgodzi się oddać władzy , nazista wyciągnie asa z rękawa. Zmyślony testament ojca, w którym przekazuje on władzę nad IV Rzeszą swojemu ziemskiemu synowi Anshlemowi Vollblüterowi. Z wolą ojca nie będzie dyskutował.
Ale to w ostateczności. - Pomyślał Anshelm.

- A tak poza tym trzeba będzie spytać Kamehamehę czy nie słyszał przypadkiem o tym całym Abaddonie.- Mruknął do siebie pod nosem.

Fimrys

Fimrys

24. sierpnia
Post ID: 85237

"Na potęgę Nidh-Perquunosa, czyżby w Nol-Lidlibie siedziało jeszcze pół duszy winnego już być martwym Aloisa?"

Ostatnie chwile Lei były na tyle znaczące, że wszystkie części trójjedynego Sørena skupiły się na nich. Duch zaprzestał budowy świątyni w świecie oniryczno-mentalnym, Pielgrzym na swym ustonogim wierzchowcu żywo dzielił się spostrzeżeniami, a Lunatyk, jak to miał już w zwyczaju w przypadku śmierci,wykonał pentagram inkwizytorską laską w kierunku martwej Lei. Przez trzy sekundy jej agonii nie zrobił nic, zostawiając wszystkie działania widziane przez siebie z przyszłości innym, bardziej z nią związanym członkom grupy.

-Niechaj twa nieśmiertelna cząstka opuści padół przywiązania i niech dryfuje przez Absolut.

Teraz pozostała kwestia równie ważna, od której zależą być może życia pozostałej na szczycie części drużyny. Co więc należy uczynić ze Spalonym? Przedstawił się jako Nol-Lidlib, ale teraz wyraźnie obudziła się w nim cząstka chytrego żyda Aloisa, która ewidentnie nie pała miłością do Inkwizytora i reszty, która skazała go na śmierć w literackim dziele nazisty. A co najgorsze, cząstka ta poczeła tańczyć w celu wezwania sobowstóra. Ale Kürenberger miał już szalony plan.

Spalony zdawał się składać z dwóch części: ludzkiej, zdegenerowanej cząstki świadomości Aloisa oraz bytu w postaci podobnej do Nol-Lidliba. Awersję wobec tłumacza wykazuje żyd, a nie cielesna manifestacja stworzona przez (o ile w tym wypadku można mówić o istnieniu ) istniejącego w zdefragmentowanym umyśle tłumacza Nidh-Perquunosa. Aby kupić sobie czas, a może nawet zapewnić bezpieczeństwo należy te dwie strony skłócić, by w rezultacie Nol całkowicie wyparł słabe resztki osobowości żyda. Gdyby plan wyszedł, może nawet byt ten zyskał by coś z majestatycznej samoświadomości Ruperta. Jakie to miałoby skutki dla drużyny nie sposób przewidzieć, ale Søren był całkowicie gotów podjąć ryzyko by ostatecznie pozbyć się tego niechcianego i uciążliwego już od początku członka drużyny. A w dodatku opcja całkowitego usamodzielnienia Nol-Lidliba była nad wyraz kusząca. W końcu taka cielesna manifestacja jest czymś ponad bezsensowną zabijaczkę i widowiskowość Purgatorium. Tłumacz pokładał dużo wiary w tym planie i za pomocą swej retoryki oraz inkantacji już prędzej opracowanego wyznania wiary - creda starał się wzmocnić walkę wewnętrzną Spalonego przeciw żydowi i dodatkowo nastroić go w kierunku oświecenia.

-Credo in unum Nidh-Perquunos, omnipotentem factorem caelorum et infernorum, visibilum omnium et invisibilium

-Usłysz mój głos, o Nol-Lidlibie. Usłysz wołanie opętanego Nidh-Perquunosem, pierwotną antytezą, negacją negacji, antyabsolutem, twym pierwszym poruszycielem.

- Et in unum Dominum Nol-Lidlib, filium Nidh unifactum. Factum non genitum. Consunbstantialem Nidh.

-Powstań i poczuj strumień nieskończoności, wyzwól się całkowicie z resztek ziemianina pętającego Cię w swej bezmyślności. Wstąp w bezkres wolności, wyzwól się z ograniczeń wymiaru w jakim przyszło Ci bytować i stań się sobą, jedynym, potężnym, współistotnym Nidh-Perquunosowi, Nol-Lidlibem!

-Deum de Deo, Astrum de Astra, Limen de Lumine. Per quiem omnia facta sunt.

-Udowodnij swe pochodzenie i wykreuj swe przeznaczenie. Zamanifestuj się tu, w Purgatorium i ukaż swą majestatyczną odrębność. Zmiażdż bezkresem swej woli nadanej przez Nidh-Perquunosa resztki kalającej twe dostojeństwo chorej osobowości żałosnego żebraka-włóczęgi żerującego na twej chwale. A przez Ciebie wszystko się stanie!

Senne podróże Kürenbergera V

Pielgrzym działał żwawo. Trzeba było wszelkimi metodami wzmocnić wolę Nol-Lidliba i wprowadzić go na drogę oświecenia. Przedstawił całość swego planu boskiej trójcy umysłu Meliasa, licząc na jakieś poparcie i wsparcie. Ta akcja wymagała jaknajwiększych nakładów woli i mocy, a od niej zależało życie drużyny, bo Alois okazał się potężnym graczem i moment nieuwagi i osłabienia w tańcu był jedynym, w którym mogło dojść do jego całkowitej anihilacji.

-Najważniejsze jest zniszczenie resztek osobowości Żyda teraz, inaczej możemy mieć duży problem z walką. Postaraym się wzmocnić Nol-Lidliba, bo ten nie jest bezmyśnym bytem żądnym mordu, a połączenie z Nidh-Perquunosem daje mu znaczną potęgę. Nie mamy pojęcia, co dokładnie stanie się dalej, ale to ryzyko jedt korzystnym wyjściem dla nas. Czy jesteście w stanie w jakiś sposób wesprzeć Nol-Lidliba w walce z Aloisem?

Xelacient

Xelacient

24. sierpnia
Post ID: 85239

"Otto" za bardzo nie "odzywał się". Tak jak Anshelm nie kwestionował jego wiedzy chemicznej tak on nie kwestionował jego politycznego wyczucia. Zachował jedynie czujność, gotów wspomóc... siebie samego w chwili potrzeby.

Przyszło mu o tyle łatwo, że jednak kraina przy drugiej wizycie zrobiła znacznie lepsze wrażenie. Jej mieszkańcy na ogół byli oddani hedonistycznej rozpuście, ale w chwili próby potrafili się zorganizować. Do tego doszło fachowe opatrzenie rany oraz złagodzenie bólu przez obywatelkę tej krainy. Tak, jednak pod pozorem chaotycznej tłuszczy skrywało się całkiem sporo organizacji.

Dopiero na koniec swoich przemyśleń Ottshelm pomyślał sobie (czy właściwie Otto stwierdził do Anshelma), że potomkiem nie ma co się przejmować, bo zanim w ogóle będzie do sprawowania jakiejkolwiek władzy to wszystko może się zmienić. W tej chwili trzeba było się skupić na Kamehamehanie. Była szansa, że trafi do niego emocjonalna (i częściowo racjanolna) argumentacja, że taka podróż będzie dobra dla jego potomka, że da mu szerokie horyzonty, wielką wiedzą oraz wizję tego co będzie chciał robić w życiu.

A jeśli będzie chciał zyskać władzę to cóż... będą się tym martwić później.

Wiwernus

Wiwernus

28. sierpnia
Post ID: 85250

4 Październik
Przemówił, a wszyscy obecni słuchali go z uwagą i zaciekawieniem, pochylając się ku niemu im dalej brnął w zawiłej, ekscytującej opowieści. Wszystko zaczęło się od naprawy auta dla wybrańca oraz odmowy ryzykownej przejażdzki samochodem z bratem i naćpanym Hansem Bulmą za kierownicą. Nie, to zaczęło się jeszcze wcześniej, twoje życie i wybory warunkuje karambol, z którego uszedłeś z życiem pozwolił sobie Janik na odważne stwierdzenie, a Wanna i Ford skinęli głowami. Miał rację, od tego momentu powstał fachowiec jakim go znali - ze wszystkimi natręctwami, nawykami i traumami. Osobnik, który wsiądzie do komunikacji miejskiej i wie wszystko o samochodach, którym poświęci życie, lecz żadnego nie pokiruje, jeżeli musiałby zrobić coś więcej niż wjechać na kanał. Jego życie zdawało się być taką pokraczną formą aktywnego zaniechania i nieustannego wyłamywania się z przewidzianych przez fatum narracji.
- Ford, pozwolę się ciebie o coś spytać. - Janik jako najbardziej aktywny i uważny, zainteresował się wyraźnie zażyłością mechanika i przywódcy Rewolucji. - Wszyscy wiemy, że masz niezdrową fascynację wszystkim co składało się lub składa z kilku osobowościowych elementów, tym co jest rozdarte. Chociażby moim uczniem, Meliasem. Co ty widzisz w Jorgu, że tak cię on porusza?
- Jorg to odpoczynek od tej dycho i trychotomii. Jest niezmienny. Zawsze niesie pomoc, ukłoni się, rzuci do pomocy i przełamie narzucą narrację, aby cię wesprzeć. Kostek wyciągnął broń i strzelił mi w twarz, a kule przelatywały centymetry nad Joanną. Pringsheima to nie interesowało i jego priorytetem było go opatrzyć, gdy zraniłem tego bandziora… a raczej on zranił się o mnie. – wskazał dzierżącą łyżkę z gulaszem ręką na gospodarza i swojego przyjaciela. - Jest jak skała utkana z białego nurtu, niewzruszona na inne. Sądzę, że jako apostoł bieli ma szczególną rolę do wypełnienia w Purgatorium.
- T-t-tylko, że on nie chce znów się po-po-po-pojawić w P-p-pur-pur... - wtrącił Wanna.
- W kostce. - pomógł Janik.
- W kostce. - skinął Wanna. - Pomoże nam tylko z zewnątrz.
- Albo aż. - zauważyła Zwierzak. - On już raz był w Kostce, my zresztą też nie wiele dłużej od niego. Czy my do niej wróciliśmy? Nie, więc dlaczego mielibyśmy wymagać tego samego od niego? W Rewolucji powinna panować wyrozumiałość.
- Nikt nie mówił, że chcemy brać udział w Rewolucji. - Janik wciąż wahał się i zwrócił się do Sutary. - Chcemy?
- To twoja decyzja, kochanie. - małżonka ważyła słowa. - Nie decyduj ze względu na wybrańców, lecz przez wgląd na wiarę we własne siły.

Mechanik zauważył, że Garland podsłuchuje z zaciekawieniem niejasnej mu rozmowy, a poza tym jest markotny, odrobinę przerażony dziwnymi osobnikami oraz potrzebuje pomocy przy zaśnięciu, które zalecił mu „szwagier”, nie chcąc, przestraszyć chłopca swoją niewiedzą co do reguł Purgatorium. Dziecko kojarzyło jedynie Forda, którego lubiło oraz szybko załapało kontakt z Zwierzakiem, reszta wydawała mu się jednak dziwna. Jorg poczuł, że musi wesprzeć dziecko w zaśnięciu. Zamknęli się w jego sypialni i uspokoił Garlanda swoją obecnością, pozwalając mu udać się do krainy snów.

Ciszę, która na moment zapadła, przerwał dzwonek. Joanna podeszła do drzwi, jakby spodziewała się jeszcze jakichś gości. Chwilę krzątała się na korytarzu, przyjmując podarki i pozdrowienia od przybyłej grupki. Po chwili powróciła do pachnącego gulaszem salonu. Zgraja jaka jej towarzyszyła była co najmniej niecodzienna.
- Jorg, poznaj moich przyjaciół. - wskazywała kolejno na kompanów. - Otto. Walter. Melias. I Soren, we własnej osobie.

O spotkaniu, które tego dnia miało miejsce można było powiedzieć wiele. Pokojowicze znali się nawzajem lepiej niż jacykolwiek berlińczycy mogli znać siebie, dotąd jednak ich kontakt z charonitami był ograniczony, więc rozpoczęła się seria interakcji i wzajemnego poznawania. W pokoju dało się wyczuć wyjątkowego rodzaju napięcie, które szybko gospodarz oddalił swoją nietypową manierą i obyczajami. To nie Kurenberger załagodził spór, lecz mechanik.

Od tej chwili zaczęto snuć o wiele bardziej dalekosiężne plany, doprowadzając misterny plan obalenia Psa i podobnych mu demiurgów do bardzo precyzyjnej formy. W konspiracji knuto tak wiele i w tak metaforyczny sposób, że momentami mechanik czuł się obcy w tym środowisku, jakby nie do końca rozumiał mechanizmy stojące za rozgrywką w Purgatorium. Na szczęście miał Joannę, która dopowiadała mu co nieco, gdy wyrażał na twarzy wątpliwość, choć często opuszczała gości, aby zerknąć jak śpi jej braciszek. Tego nie zbudził ani dzwonek, ani następujący po nim hałas związany z kolejnymi przybyszami.

Nowoprzybyli wyrazili zresztą zainteresowanie dzieckiem, które stanowiło źródło 95% aktywności kobiety podczas jej pobytu w pokojach. Niektórzy nawet chcieli zajrzeć dyskretnie przez uchylone drzwi do sypialni, kobieta jednak nie pozwoliła nawet nikomu na niego spojrzeć. Po pierwsze, nie chciała go budzić, gdy w końcu zasnął snem twardym i spokojnym, którego tak mu brakowało. Po drugie, wolała dziecku oszczędzać wszystkiego co związane z pokojami. Uznała, że przelotne poznanie charonitów to i tak za dużo, błąd.

 Na pytanie o tortury, stwierdził, że od wielu lat odczuwa katusze na co dzień, więc kolejnym może się poddać, mimo tego, że może ich nie przeżyć. Podkreślił jak w Pokojach zrozumiał brak swojej niezastąpioności.

To stwierdzenie spotkało się z odpowiedzią Forda, gdy ten zaprosił mechanika i Waltera na papierosa w kuchni Pringsheima.
- Jorg, wiesz, że cię lubię jako mało kogo i zdaję sobie sprawę, że mówisz szczerze, ale te słowa jeszcze ci staną w gardle. – uśmiechnął się gorzko. – Potrafię manipulować aparaturą Kostki i wyłączać dostęp do wizji z waszych oczu Hadesowi oraz Tuzom, ale wszystko spotyka się z uwagą Hadesa. Cóż, obecnie czuję, że zajmuje się swoim prywatnym życiem i jego myśli kierują się w inne rejony niż rozgrywka, ale nie umknie mu zniknięcie jego „ulubieńców” i kolejna awaria, mało prawdopodobne, że przypadkowa. Ty od naznaczenia bielą jesteś jego oczkiem w głowie i na pewno ci nie odpuści. Możesz zresztą porozmawiać o torturze, która cię czeka z Walterem. Już raz go Archanielica Michała sprawdziła. Musi to robić, aby nie wyszło, że współpracuje ze mną. Cierpiał… ale i stał się jednością.

Ford zmarszczył brwi, jakby i z zachwytem, ale i wyrzutem. Emeryt również nie przeoczył jego utraty zainteresowania swoją osobą po staniu się jednością. Wymieniali się jeszcze długo uwagami, a mechanik nadstawił ucho, aby podsłuchać rozmowę Joanny i Otto stojących niedaleko. Odmieniała imię Nadim przez wszystkie przypadki, wypytując jak ten się ma, czy jest zdrowy i czy wciąż ma ją w swoim sercu tak jak ona jego. Darzyła przemilczanego dotąd mężczyznę, nigdy nie wspominanego, uczuciem równie silnym co mechanika, choć innym. Mechanik zresztą wszedł w interakcję z chemikiem i mógł go wypytać o co tylko zapragnął, także o tajemniczego ciemnoskórego.

Podobnie było z tłumaczem, wyraźnie odmienionym od ich ostatniego spotkania, od którego dało się wyczuć graniczący z szaleństwem geniusz - i to jeszcze wtedy, gdy mężczyzna był w wyjątkowo słabej dyspozycji! Ford zdradził dyskretnie, że ostatnio zapanowało między nim, a wybrańcem niezgoda. Klinem wbitym między niego, a tłumacza była kobieta, niejaka Beata. Kobiety komplikuję wiele wspomniał Ford, obejmując i całując w czoło swoją egzotyczną piękność. Miał rację, Joanna jeszcze długo robiła mu wyrzuty, że zdecydował się wspierać, nawet jeśli z zewnątrz, Rewolucję. Pozostała przy treningach opartych na formule Kota – na wszelki wypadek – ale nie chciała ryzykować, a jej entuzjazm do Forda opadł zauważalnie. W tej chwili liczyło się dla niej tylko bezpieczeństwo Garlanda i przełamanie jego traum.

Zaś Melias… Cóż…

Szczyty Dondoryjońskie

Śmierć Lei wywołała spore zamieszanie, które z perspektywy tego czym stał się Alois/Nol-Lidlib było co najmniej niepokojące - Walter i (M)Elias mogli zareagować nieprzewidywalnie, Elektra rzuciła się w jego kierunku za profanację "zwłok" (jakikolwiek był sens działania tej impulsywnej istoty), a Hitler odleciał. Bezpiecznym było wykorzystanie atutowej karty, o której egzystencji przypomniał pełen radości w tej tragicznej chwili sobowtór. Spazmatyczne, nerwowe pląsy Spalonego zatrzęsły całą górą, mobilizując Tłumacza do przejęcia inicjatywy.

Rzut na akcję: Przerwanie tańca Spalonego i rozdzielenie go
Modyfikatory Pierwszorzędne: Siła Woli (0); Charyzma (+2)
Modyfikator Drugorzędny: Inteligencja (+1)
Wyniki 6; 1; 7 -> 6; 3; 8 (po modyfikatorach) + 0,2 (bonus za opis) -> 13,2 / 2,5 -> 5,28 -> Większościowe Powodzenie!

Podjął ryzyko, kierując Nol-Lidliba ku samoświadomości oraz próbując skłócić z żydem, doprowadzając do jego wyparcia. Stosował retorykę, inkantację i ogrom łacińskich zwrotów budujących poważny nastrój, a muzyka po śmierci Lei wpasowała się do jego wywodów i posępnej aury jaką emanował. Był świadomy, że Nol-Lidlib został przywołany nie tylko przez Aloisa jako jego alter ego związane z przejściem z wiarę w gnozy w nihilizm oraz efekt wielu cierpień natury fizycznej oraz psychicznej. Także przez Leę (której wpływ na byt zanikał po jej śmierci) oraz samego tłumacza, był więc wstanie lepiej zrozumieć naturę Bytu, choć nawet wtedy liczył na wsparcie od (M)Eliasa.

Otrzymał je ze strony Elektry. Wbiła się swoim chudym ciałem w ogromne cielsko kochanka i ćwiartowała je, przyprawiając stworzenie o przypominający o egzystencji ból.

Taniec przerodził się w spazmatyczny amok i wymachiwanie mackami w losowych kierunkach, a zakończył gdy te skierowały się ku sobie, zaczynając rozdzieranie własnej powłoki fizycznej i jej permutowanie. Autodestrukcyjny spektakl zakończył się wyłonieniem z mięsistej, obłej brei dwóch sylwetek - oparzonego boleśnie Aloisa oraz Nol-Lidliba, w postaci podobnej Abbadonowi w jego formie szarańczy.
- Ja byłem pierwszym i ostatnim. - amulet zawibrował. - On powstał jako drugi i podobnie jak ja, powstanie po raz kolejny, jako przedostatnie z dzieł.

Alois nie został wyparty czy unicestwiony - za równo ze strony Nol-Lidliba czy siebie samego. Uświadamiając sobie - dzięki słowom i rytuałowi Guru - jego dwoistą naturę, zaczął walkę próbując udowodnić swoje (nie)istnienie. Nie ma znaczenia czy miał rację czy nie - pochłonięty walką o utrzymanie się jako jedność wyrwał się z amoku i (częściowo) szaleństwa, wyodrębniając się z ciała potwora. Dowodząc swojego (nie)życia poczuł, że naprawdę żyje. I dalej kwestionował wszystko wokół z przymrużeniem oka traktując sen lub niebyt w jakim się znalazł, ale bez przekonania, które nabył po traumach w pokojach wewnętrznych. Spojrzał z nienawiścią na tych, którzy go spalili i sięgnął ku kuszy (mniejszej, tej zdobytej jeszcze w Pokoju Narodzin). Chwilę celował w tłumacza, gardząc nim najbardziej ze wszystkich swoich oprawców, jednak powstrzymał się przed wystrzeleniem. Czysta czerń nurtu pochłaniająca wszystkie kolory i ciepło niczym czarna dziura objęła go niczym całun przez kilka sekund. Nienawidząc i pragnąc zemsty, czuł, że żyje. I chciał żyć, więc nie miał zamiaru pozbyć się źródła swoich cierpień. Zresztą, chciał zaznać jeszcze więcej, a poza tym Elektra zainteresowała się transformacją kochanka, jakby ten zaskoczył ją kurczowym trzymaniem się życia. Zadany przez nią ból zresztą był nie gorszym argumentem za egzystencją Aloisa od wywodów i czarostwa tłumacza w myśl zasady, że śmierć nie jest żadną karą dla podmiotu doznającego, który po niej doznawać nic nie może.
- Jesteście bezmyślnymi gojami. Nienawidziliście mnie od samego początku, próbowaliście zmusić do okropnego czynu i pozbawiając mnie pełnej odpowiedzialności za niego, a potem próbowaliście spalić. Gardzę wami wszystkimi razem, jak i każdym z osobna, a w szczególności tym starym pierdzielem, nazistą i tobą, inkwizytorku wraz ze swoją grubą suczką. Cieszę się, że ta porcelanowana wywłoka zdechła i teraz gnije gdzieś w piekle.

Po tych słowach rzucił się do ucieczki w kierunku drzwi, przez które jeszcze niedawno wymknęła się Niema, dalej ignorowane. Wskoczył do środka i za nim zareagowali, zniszczył przejście prowadzące do niego od wewnątrz. Bał się wewnętrznego świata, bał się kryjącej w nim Niemej, ale zdawał się być znów silny i pewny siebie - Soren odrodził go, choć nie do końca takie były jego intencje.
- Zignorujcie go. To jakby nie patrzeć cząstka mnie. - Nol-Lidlib zdawał się być przywiązany do swojej ludzkiej iteracji i rozejrzał się po obliczach Bytów, które podobnie jak on stawiały pierwsze kroki na drodze ku samoświadomości: Elektrze, Schiastowi, Wokulskiemu czy Ottonowi. Nerwowo zakasłał, plując zieloną krwią i z paskudnym grymasem na obliczu. I wtedy przemówił w mowie Purgatorium. - "..."

Tłumacz zrozumiał go!

IV Rzesza
Zdecydował się spotkać z Kamehamehą. Anshelm czerpiąc energię z pragnienia władzy na moment całkowicie zapanował nad ciałem będącym pod władaniem trójosobowego jestestwa. Zresztą Ojciec zdawał się go wspierać w jego ambicjach, a Otto nie zamierzał wchodzić mu w kompetencje i ingerować w sprawy, na których się nie znał. Krótko podziękowali za medyczną pomoc i udali się w kierunku Zamtuzu, po drodze napotykając się na kolejne świadectwa żywiołowej klęski i ignoracji Kamehamehy względem cierpień ludu. Dało się zauważyć pierwsze inkuby rozwieszające na tropikalnych palmach informacje z królewskim nakazem okazania wsparcia i zapewnienia bezpieczeństwa Nadimowi oraz Joannie.

Jest świt zauważył dopiero Ottshelm, przypominając sobie pamiętne, jak się teraz okazało przewrotne słowa Daniela i jego wymagania.

Do świątyni rozkoszy ciała i umysły w ustach dwóch wielkich posągów Ottshelm dostał się, używając czekającej już na niego karocy ciągniętej przez najbardziej sprawne fizycznie inkuby. Po raz kolejny spojrzał na kolosa ukazującego jego prawdziwego ojca, poprawił muchę - w końcu dowód jego pochodzenia - oraz ułożył sobie w głowie po raz ostatni argumentację.

Znów poczuł przyjemne zapachy i ujrzał seksualne odcienie udekorowanego w antycznym stylu przybytku. Mijał pierwszych strażników i pomniejszych gości, wzbudzając ogromne poruszenie i zdziwienie, by w końcu wkroczyć do miejsca, gdzie znajdowały się drzwi domagające się wywodu dotyczącego wolnej woli. Lokacja przepełniona była dworskimi dostojnikami, członkami rady, westalkami niższego i wyższego rzędu oraz przede wszystkim licznymi gośćmi Kamehamehy ze wszystkich pokoi i reprezentantów sojuszniczych filogildii. O ile ci ostatni jak na swoje mentalne standardy i preferencje zachowali względny spokój, o tyle cztery rasy wprost oszalały.

W średnim wieku, jednym okiem błękitnym i jednym stalowym (jak u Kamehamehy!), wyższy, ze wszystkimi bliznami Otto i Anshelma, złotą muchą i choć początkowo przypominający raczej chemika, to z czasem nabierający cech nazisty - Ottshelm intrygował. Wydawał się być niezrozumiałym, niezwykle pięknym zjawiskiem. Kilku pobliskich satyrów i nimf zaczęło go całować po rękach, starając się objąć rozumem skale jego "piękna" i oddać mu należny hołd. Pobudzony i nabierający odwagi, rozejrzał się po komnacie, szukając sojuszników.

Nacja obowiązku sprzeciwiała się oddaniu władzy i w tym zakresie była bardzo radykalna, aczkolwiek mało liczna (jak i niezbyt liczne były myśli Kamehamehy o panowaniu) i nazistę raczej przyjęła ciepło - był sygnałem, że duch Anshelma symbolicznie przetrwał, nie jest źle i trzeba wrócić do pracy. Nacja artystycznej wolności, byty utworzone z pragnienia spokoju i rozrywek Kamehamehy, zdawała się kurczowo trzymać myśli, że Ottshelm jest dobrym materiałem na drugiego władcę, oczywiście jeśli przymknie się oko i skupi na jego symbolicznym znaczeniu niż jako rzeczywistym Anshelmie. Ten prosty podział jednak nie wyczerpywał wszystkich niuansów i grupek, które powstały na dworze i wśród poddanych.

Wyraźnie zarysowały się formacje, które pragnęły w tych ciężkich chwilach reform, a swojego wymarzonego władcę upatrywały w jego krwi i pochodzeniu. Z tymi było gorzej niż z bytami powstałymi z woli "..." braciszka. Te wolące mieć władcę w postaci kogoś ich gatunku preferowały półinkubiego Kamehahę i jego szarego namiestnika, zaś miłośnicy czystej krwi zdawali się być rozczarowani jej rozrzedzeniem przez połączenie z chemikiem oraz jakąś dziwną manifestacją bytu z czarnego nurtu o wyczuwalnie ojcowskim charakterze. Ottshelm zdał sobie sprawę, że polaryzujące się społeczeństwo nie było wcale chętne kompromisowi w postaci dwóch władców i nie pragnęło ustępstw.

Z legalistami było niewiele lepiej i to za równo tymi interpretującymi "najstarszego syna" jako pierwszego i poczętego w Berlinie, jak i dłużej egzystującego oraz zrodzonego w pokojach przemiany. Na tych drugich mówiono często, że są motywistami, gdyż niekiedy podkreślali, że zrodzony z czystej woli (i lędźwi) Kamehameha nie powstałby bez żądzy Stalookiego Seniora, zaś co do Anshelma nie można mieć nigdy pewności. Poza tym, wyczuwali, że w Ottshelmie mało zostało z krwi ich Pierwszego Króla (nawet jeśli nigdy nie panującego) i tych przekonałby tylko testament rzucający nowe światło na zapisane na podstawie lakonicznych słów Kamehamehy, domysłów i interpretacji prawa opartego na tradycji.

Z czterech gatunków wyraźnie przeciw Ottshelmowi były ogniotaury i inkuby. Płomienie nadal miały za złe ambaras związany z Carlem i jego ratunkiem, zresztą jak się okazało od jego młota ugaszeni zostali dwaj wielcy przedstawiciele tego gorejącego gatunku. Powietrzny żywioł zaś podburzony był przez Ersta.

Źle? Było jeszcze gorzej niż początkowo uznał. Najwyraźniej doszły do IV Rzeszy pierwsze plotki o rewolucji Anshelma, którą zakończył tak szybko jak zaczął i to jeszcze wyprowadzony w pole przez niejaką Amelię. Wywołało to ogromny dysonans poznawczy. Nie rozumiał do końca w jaki sposób dowiedziano się tak szybko za równo o jego porażce, jak i obietnicy złożonej literackim bytom oraz rewolucji oficjalnie rozpoczętej przez Kota. Wiedział jednak, że wyprowadzenie w pole przez "pisarską córkę" mści mu się.

No i pozostały jeszcze trzy filogildie, u których Kamehameha był frakcjorem. Dozniarze uznawali jedynie doświadczenie za źródło poznania, a przede wszystkim zmysły, uznawali zaś przyjemność za równoznaczną szczęściu i cel każdej istoty. Anshelm do ich filozofii pasował, zresztą nie raz dawał wyraz zadowoleniu, gdy przemierzał IV Rzeszę, choć Otto był niczym kotwica, która blokował entuzjazm filogildii względem Ottshelma jako ten bardziej pragmatyczny i oziębły. Instynkciele zdawali się traktować wieloiteracyjność Anshelma za sprzeniewierzenie się narzuconej przez przeznaczenie roli i zestawowi cech, którymi kierując się, byłby spełniony. Syn i Ojciec mieli być dla Pisarza przeszkodą. Byłoby to szczególnie zabawne, że podobny rozdział osobowości wykazywał Melias i ten był swego rodzaju bożkiem odłamu tej dziwnej filogildii, a nikt nawet nie podejrzewał, że czystość jego działań wywodzi się z chaosu w jego trójdzielnej jaźni. Zresztą Instynkciele wypytywali o Meliasa i utworzoną z nim relację, co mogło zaważyć na ich poparciu dla Ottshelma. Chaosyści mieli inny pogląd, zmienność istoty, którą oglądali, zachwyciła ich. Dla tej grupy porządek był stanem nienaturalnym i wymuszonym, a wszystko zawsze wracało do stanu pierwotnego - nieuporządkowanego i niekontrolowanego chaosu. Ottshelm mógłby stanowić jego symbol, przynajmniej według jednej z interpretacji.

Gnozyci i inne filogildie

Już miał podejść do zastygłego w bezruchu Kamehamehy, gdy ujawniły się nowe nabytki na barwnym dworze - filogildia Gnozytów. Niegdyś potężni w schyłkowym antyku i wczesnych wiekach średnich stali się cieniem swojej potęgi, by teraz - wraz z rozwojem nowych technologii - zaczęli wracać do łask. Odkąd w pokojach pojawił się Otto i Nadim ich wzrost przyśpieszył. Grupa ta wierzyła, że kwestionowanie rzeczywistości jest celem człowieka, aby przejrzał, że znajduje się w swego rodzaju śnie, który stanowi więzienie dla jego ducha. Egzystencja w nieistniejącym i fałszywym świecie miała tłumaczyć jego niedoskonałości, zepsucie i zjawiska przeczące logice, także te paranormalne. Otto i Anshelmowi pachnęli oni Walentynianami i Manicheistami, ale w odświeżonym i współczesnym wydaniu, z nadmiarem sennej symboliki. Jak wszystkie filogildie w obrębie dworu była ona zmienna i ewoluowała w oczach. Pod wpływem Otto, byty przemieniały się w ich nowoczesne formy przekonane, że ich więzieniem nie jest sen zesłany przez osobowego demona, lecz wirtualna symulacja. Teoria Otto zresztą przybierała wiele postaci i to takich, których dotąd nie brał pod uwagę.

Co jeśli Berlin również był kolejną warstwą symulacji, trochę bardziej uporządkowaną, bo bliższej oryginalnemu światu, a oświecenie miało polegać na przełamywaniu kolejnych światów? Miało to sens, bo przecież symulacje mogły mieć własne symulacje. Według prawdopodobieństwa było to zresztą możliwe. Jeżeli dało się utworzyć sztuczny świat, choćby jeden, to dałoby i wytworzyć kolejne, a w ich obrębie kolejne i kolejne, nawet jeśli mniej zaawansowane. Od pierwotnego świata niczym drzewo rozrastała się niekończąca liczba wariacji kolejnych uniwersów. Nieprawdopodobnym byłoby wtedy trafić akurat na ten prawdziwy. Otto byłby więc skazany na niekończące się oświecenia i zbliżania do źródła. O ile możliwym byłoby przeniesienie się głębiej.

Jak wskazywali mu Gnozyci, bardziej prawdopodobne było, że stanowił jedynie program, tak jak oni stanowili program względem jego i innych ludzi, symulację niższego rzędu - co zresztą byłoby zabawne, bo w ten sposób członkowie tej filogildii byli pierwszymi kwestionującymi swoje jestestwo, nawet jeśli mechanicznie i bez własnej (jeszcze) świadomości, o której tak napastliwie mówili. Otto oponował w pierwszym odruchu, ale byty było przygotowane na jego argumenty. Trudność w skali symulacji? Żaden problem, bo istniała tylko ziemia. Kosmos to zmyślna holograficzna projekcja, która wgrywała się na bieżąco, gdy ktoś opuścił planetę lub obserwował inne, z terenami generowanymi losowo. Paradoks Fermiego rozwiązany. Na przykład, według argumentacji gnozytów, tam gdzie nie ma ludzi, przestrzeń generowana jest w niższej jakości (dla oszczędności w mocy obliczeniowej), i tak dalej, i tak dalej. Tłumaczyło to również nieprzekraczalność stałych fizycznych, np. prędkości światła.

Co więcej, filogildia nie dawała jednej odpowiedzi. Był wariant najprostszy, czyli związany z gnozją duchową, w której przełamywało się tylko jedną iluzję demonicznego demiurga przysłaniającego prawdziwą rzeczywistość i Boga, najbliższy wyobrażeniom Aloisa. Jedna ze szkół tej doktryny głosiła, że uznanie za wartościowego do prawdziwego życia następowało po śmierci w symulacji (prawo do narodzenia się poprzez test osobowości?) i przejściu licznych prób, druga zaś wskazywała możliwość obejścia ograniczeń na drodze oświecenia.

Były warianty związane z technologicznym gniazdem wirtualnych światów. Te prawdopodobnie nie miały końca, ludzkość to tylko SI i nie da się wyjść poza swój własny świat. "Wgranie się" wyżej (inżyneria wsteczna względem generującego świat komputera?) jest niemożliwe, a nawet jeśli - nie ma sensu, bo kto wie czy obecny świat nie jest lepszy od bolesnej prawdy lub trafienia na pesymistyczny i bolesny wariant rzeczywistości. Sny w snach. Nie wszyscy jednak zwolennicy doktryny technologicznej myśleli podobnie, wskazując, że zasady symulacji - dla oszczędności mocy obliczeniowej - mogły zabraniać tworzenia kolejnych. Umożliwiało to udowodnienie istnienia w wirtualnym świecie, gdy powołując własny, niewytłumaczalne zjawisko blokowałoby proces twórczy.

Wskazywano również, że udowodnienie własnej egzystencji w symulacji jest ryzykowne, mogąc godzić w problem badawczy i podważając jego sens, doprowadzając ostatecznie do jego skasowania. Celem uświadomionej jednostki byłoby więc podtrzymywanie pozostałych w niewiedzy, dla dobra całego uniwersum.

Byli też tacy, którzy uznawali zupełnie odwrotny kierunek podróży, bo nie z Purgatorium do Berlina i z Berlina jeszcze dalej, lecz na odwrót - z Berlina do Purgatorium, a z Purgatorium do innych, abstrakcyjnych wymiarów. Tylko na drodze symulacji możliwym było osiągnięcie oświecenia i poznania abstrakcyjnych, niemożliwych normalnie walorów rzeczywistości. Ottshelm usłyszał zresztą ciekawy jego przykład - rzeczywistość pięciowymiarową, gdzie dochodził kolejny wymiar przestrzeni. Nie dało się go nawet wyobrazić, ale komputer... on nie miał problemu dołożyć kolejnej zmiennej. X, Y, Z i dodanie U - żaden problem. W symulacji można było więc wejść na zupełnie wyższy poziom abstrakcji, który pozwalał umysłowi osiągnąć niebywałe możliwości. Nic dziwnego, że SI z opowieści Kota przerosły ludzkość o mile. Otto, jako część symulacji, mógł dzięki tej teorii poznać zupełnie nowy wymiar jaźni, zakładając oczywiście jej prawdziwość. Wyższy wymiar intelektualny dzięki specyfice komputerowego świata, jak i szybszy rozwój, tak jak szybsze są światłowody od neuronów, a poza tym świadomość tkwiąca w procesorze jest... cóż, bardziej ekologiczna, bo nie trzeba żywności i przestrzenie dla wirtualnej istoty zauważył jeden ze zwolenników tej teorii, tłumacząc, że symulacje to przyszłość.

Teoria ta była bardzo optymistyczna z tego względu, że nie pozwalała tylko na rozwój przy użyciu wirtualnych światów, ale i opierała się na wierze w wolną wolę bez której to symulacja, zakładając jej naukowy charakter, nie miałaby sensu, podobnie zresztą jak powiedział to Otto do klamki, która właśnie teraz się do niego uśmiechała.
Niektórzy byli w swoich poglądach tak cyniczni, że uznawali, że skoro istnieją w symulacji, to nie ograniczają ich prawa moralne i można czynić wszystko co tylko się zapragnie.

Jak zauważył Ottshelm, co do zasady Gnozyci umotywowani naukowo i na gruncie duchowym niezbyt się lubili, raczej tolerowali. Racjonalny umysł chemika bliższy był mimowolnie pierwszej grupie, choć świadom był, że atrakcyjny wymiar pierwotnej gnozy jako ogólny i metaforyczny równie trudno było uargumentować, jak i podważyć. Umysł Kamphausena jednak łatwiej przyjmował tezę, że ograniczenia ludzkiej pamięci co do szczegółów wynikają z ograniczeń obliczeń procesora i superkomputera niż zacierającego rączki, trzęszącego szatańską dupą demiurga.

Gnozyci nie lubili się z Instynkcielami, którzy działając zgodnie z "kodem" nie mogli uzyskać samoświadomości i zaznać oświecenia, gardzili też Dozniarzami, którzy lubowali się w prostych i fałszywych przyjemnościach nieistniejącego ciała, nie mających odzwierciedlenia w tym czym są prawdziwe doznania. Chaosystów tolerowali, dostrzegając nieprawidłowości symulacji i jej wadliwą konstrukcję. Bliżej im było filogildii, które Ottshelm poznał dopiero teraz i w opowieści Gnozytów. Mieli swego rodzaju sojusz z Soloistami, wierzącymi w solipsyzm - istnienie tylko jednego podmiotu poznającego, gdyż nie ma żadnych dowodów na rzeczywistość otoczenia i pozostałych jednostek. Wszystko opiera się na egzystencji jednej istoty, prawdopodobnie ciebie samego lub ewentualnie kogoś innego, względem którego jesteś tylko wyobrażeniem podobnym bytowi, prawdopodobnie Boga. Grupa ta zresztą pełna miała być indywidualistów, którzy przekonani byli o swojej boskości i wyjątkowości oraz generalnie byli strasznymi dupkami. Nie tylko byty miały być wytworami ich umysłu, ale i pozostali pokojowicze oraz tuzy, których komunikaty były szeptami podświadomości. Wsłuchaj się, wasze umysły przypisują syntezatorowi mowy z czasem inne barwy głosy dla konkretnych bogaczy. To tylko aspekty waszej jaźni.

Gnozytom blisko było również do Nic'istów (niczego nie da się poznać, nic nie ma sensu, nie ma żadnych wartości moralnych, a w ogóle to prawdopodobnie nic nie istnieje; poglądy zbliżone do obecnego Aloisa) oraz Wolnych (prawo do dysponowania sobą, swoją własnością oraz do wolności gospodarczej jest najważniejsza jako wartość sama w sobie, nawet jeśli miałaby mieć miejsce kosztem bezpieczeństwa oraz utworzyć brutalny, oparty na hierarchii, jednak sprawiedliwy system kapitalistyczny). Ottshelm wiedział już, że jeśli skieruje swoje myśli w kierunku nowopoznanych mu konceptów, w przyszłości pewnie pojawią się w IV Rzeszy.

Gnozyci ze swoimi teoriami dobrze radzili sobie jako wytłumaczenie praw rządzących Ziemią, ale i samym Purgatorium. Procesy poznawcze Otto przyśpieszały w odpowiednich momentach, pozwalając chociażby pojąć długi i niepotrzebny nikomu wywód gnozytów w chwilę, tak aby i on posiadł potrzebną, wywołaną podświadomością wiedzę, jak i Tuzy się nie zanudziły, otrzymując uproszczony przekaz. W realia Czyśćca pasowała również mitologia związana z Kotem, który miał być inkarnacją jakiegoś mesjanistycznego bóstwa działającego przy użyciu cudów wstecznej inżynierii i znającego "kody" do rzeczywistości. Podobno istniały inkantacje, które pozwalały manipulować rzeczywistość niczym czary i to nie na drodze woli, lecz jako zwyczajne komendy.

- Anshelm... to ty? - Kamehameha nerwowo strzelił slipkami i podbiegł do braciszka, by uścisnąć go. Gnozyci oddalili się usłużnie. - To ty? Nie było melodii. Nie było, ale...

Faktycznie nie było, leciała za to w tle melodia Lei, właściwie identyczna co ta Carla. To stanowiło dowód na to, że Pies nie traktuje nazisty jako ostatecznie straconego, ale to była tylko jedna z wykładni. Dozniarze i Instynkciele wskazywali, że i zmysły, i przeczucie wskazują na to, że Ottshelm jest daleki od bycia Anshelmem.

Kamehameha podzielał ten pogląd. Kilka siwych włosów zdobiących jego pompadour pomnożyło się, a w jego oczach pojawił się szczery żal, aż wpadł w objęcia ukochanego, który z nienawiścią spoglądał na Otto.
- Wasza... wasza miłość jest piękna... - Kamehemaheha był wzruszony zażyłością między chemikiem i nazistą. Wydawali mu się mieć na tyle wiele podobieństw i lustrzanych różnic jednocześnie, że wszystko w jego umyśle składało się kupy. Otto byłby nawet zadowolony z obrotu sytuacji, gdyby nie fakt, że tak jak bardzo Kamehameha pragnął zapewnić bezpieczeństwo Nadimowi i Joannie, tak postokroć żądał kary dla zabójcy jego braciszka. - Kto ci to zrobił? Kto doprowadził mojego braciszka do takiego stanu?! Będzie cierpiał katusze.

Kamehameha opadł na moment na jeden ze stołów zastawionym jedzeniem. Taksował Ottshelma z wyraźnym podnieceniem jego fizjonomią, smutkiem po stracie ukochanego braciszka i żalem, że to co z niego zostało, znalazło sobie ojcowskie zastępstwo w abstrakcyjnym i obcym bycie. DerNazi Chemikera zresztą - oprócz połowy dworu - taksowały również manifestacje ideału Otto oraz Nadima, przy czym ta pierwsza gładziła swój ciężarny brzuszek i rozmawiała o czymś z nie mniej błogosławionym abstrakcyjnym ideałem Goebbelsa.
- Musimy pójść na stronę i porozmawiać o sukcesji. - przejął kontrolę Ojciec, mając dość napięcia.

Kamehameha kiwnął głową, pocałował ukochanego i pociągnął za sobą Ottshelma do epatującego seksualną pomieszczenia, w którym skryli się za zasłoniętymi kotarami. Dopiero wtedy dał upust swoim emocjom i rozpłakał się, całując jednocześnie nazi-chemika w jego usta. Namiętnie. Gdy w końcu oderwał się od brata, wysłuchał argumentacji Anshelma. Dziecko Kamehamehy dziedzicące jego cechy i pragnienie wolności miałoby nie być szczęśliwe, jak ojciec, w swojej roli. Lepszym było wychowanie pociechy na artystę. Do tej myśli Król przychylał się. Anshelm (Ottshelm) lepiej nadający się i pragnący roli władcy? Tak, z tym też Kamehameha się zgodził.
- Masz rację, nie mówię, że nie. - westchnął. - Ale nie jesteś już Anshelmem. Nie w całości, tylko jego cząstką. IV Rzesza przyjmie albo czysty byt, albo krew mojego ojca. Nic więcej, choćby sam Demiurg zapragnął objąć tu stery.
Wyszli z pomieszczenia i gdy znaleźli się znów w zasięgu dworu, Ottshelm sięgnął do kieszeni, próbując zmaterializować testament.

Rzut na akcję: Powołanie Testamentu do Egzystencji
Modyfikatory: Inteligencja (+2); Charyzma (+2); Siła Woli (+1); Artyzm (0); Społeczność (0)
Wyniki: 2; 5; 2; 1; 3 -> 4; 7; 3; 1; 3 (po modyfikatorach) + 0,3 (bonus za opis) -> 18,3 / 5 -> 3,66-> Brak Efektu!

Zanurzył dłoń, penetrując kieszeń niczym pozbawioną dna studnię. W pierwszym odruchu spocił się, wyczuwając bezmiar pustej przestrzeni. Kręcił dłonią, tworząc swego rodzaju wir i z przymkniętymi oczami wywołując fizyczną postać oraz treść ostatniej woli jego ojca. Pomiędzy palcami przepływały mu płyny, wyczuł obecność dziwnych gazów oraz przedmiotów i zjawisk wszelkiego rodzaju, jednak nie odnajdywał nawet najmniejszego skrawka papieru.
W końcu, gdy zauważano jego dziwny amok, pochwycił postrzępiony kawałek papieru i wyrwał go siłą z próbującej go zassać otchłani, czując jak własną wolą spisuje karmazynowym atramentem treść na dokumencie.

Podniósł triumfalnie rękę i ukazał postrzępiony, pożółkły i spisany krwią pergamin. Słabo zachowany i zniszczony, ale dający się odszyfrować. Nie zdążył nawet rzucić okiem na treść, którą utworzył i nie był wstanie oszacować jak powiodło mu się w fałszerstwie. Kamehameha przechwycił testament, przeczytał i puścił w obieg, pozwalając zapoznać się z jego treścią wszystkim w pokoju. Po twarzach członków dworu dało się wyczytać, że są co najmniej zmieszani i... nieprzekonani. Kwestionowano treść testamentu - jego autentyczność i jednoznaczność w przekazie, a poza tym wciąż nie wierzono w to, że Ottshelm to przede wszystkim Anshelm, który był wybranym na dziedzica Stalookiego Seniora. Trudno było się spodziewać, że ten przewidzi egzystencję istoty takiej jak Ottshelm i uzna ją godną swojej spuścizny. Kamehameha był wykończony sytuacją, przed którą stanęli, widać było jednak, że pragnie porażki i uznania praw przyrodniego brata. Wiedział jednak, że przy całym filozoficznym dorobku swojego narodu nie przeskoczy statku tezeusza jakim było jestestwo Anshelma w obecnej formie i nie uwiarygodni go.
- Przykro mi, "Anshelmie", ale jesteś tylko echem mojego brata. - westchnął przy słabym entuzjazmie tłumu. - A ja mam obowiązki. Mam obowiązki. Mam obowiązki. Mam powinność. Mam...

Chwila amoku władcy i krępującej ciszy dworu. I wtedy tłum uaktywnił się, wiedząc w jaki sposób rozwiązać problem, przed którym ich postawiono. Wybory! Wybory! Wybory! Demokracja! krzyczano, a chemik składający się z populacji pochłanianych przez nazizm pijawek swego rodzaju odbił się w trójumyśle niczym czkawka, niby rozbawiony. Wybory, w których musieliby udowodnić kim są. Wybory, w których ich główny rywal chce przegrać. Wybory, w których głos zdobywa się w łożu, co zwiastowało przed nimi niekończącą się orgię wyborczą. Ogrom stronnictw, gatunków i filozofii. Wszystko to z kampanią wyborczą, podczas której Ottshelm będzie przebywał w Berlinie, podczas gdy Kamehameha będzie miał dwa razy więcej czasu na działanie.
- Na następnej misji cztery żywioły pójdą do urn. Każdy może zgłosić swój udział. - ogłosił Kamehameha. - Niech wygra najlepszy.

Szara Eminencja była dziwnie zadowolona z obrotu sytuacji, a jej chytry uśmieszek zwiastował kłopoty w wyborach, których przegrać się teoretycznie nie dało.

?
Senne koszmary, w których mógł wyobrazić sobie chociaż cień synestezji Purgatorium przerwała klepiąca go mocno po plecach Joanna. Potrząsała nim i próbowała niemal wyrwać z łóżka, choć jej nadludzkiemu przyrostowi siły wywołanemu przerażeniem nie towarzyszyła utrata kontroli nad sobą – była opanowana jak nigdy wcześniej. Położyła palec na ustach i zaprowadziła ukochanego do kuchni, gdzie na krześle siedziała już kobieta w karmazynach, pojawiająca się znikąd, będąca wszędzie i nigdzie. Nosiła się tak samo po męsku jak zawsze, ale jej maniera zmieniła się na o wiele bardziej oschłą i złowrogą. Przypomniał sobie słowa Waltera o torturach z nią. Ona musiała grać zaangażowaną obrończynię reżymu. A władcy Purgatorium byli niezwykle przewrotni i szczwani. Nie mogła wykazać się mniejszą niż zwykle bezwzględnością, ale nie mogła by też większą, bowiem nadgorliwość była równie – o ile nie więcej – podejrzana co ociąganie się. Sytuacja była więc podwójnie złożona.
- Czy Rewolucjonista kontaktował się z tobą, Pringsheim? - spytała tonem jeszcze chłodniejszym niż dotychczas, zdawało się to być zresztą niemożliwe. – W jaki sposób dostałeś się do Purgatorium? Z którymi pokojowiczami, charonitami, tuzami i bytami nawiązałeś kontakt? Kto jeszcze bawi się w ruch oporu? Jaka w tym wszystkim rola Joanny?

Wiedział, że zostaje wystawiony na bolesną próbę. Kobieta taksowała go przeszywająco, zerkając co jakiś czas na charonickie trumny oraz sprzęt AGD, w którym nie mogła jednak dopatrzeć się żadnych nieprawidłowości. Joannę nawet jej milczenie zaczynało łamać, a gdy czerwone ślepia spod karmazynowych lenonek zatrzymały się na sypialni, w której drzemał Garland, francuzka spociła się mimowolnie.
- W tym pokoju śpi twój mały braciszek, prawda? – spytała retorycznie. – Mogę go odwiedzić?
- Zostaw go. – poprosiła Joanna z łamiącym serce wzrokiem. – On niczemu nie jest winny. Nie wie nic ani o Rewolucji, ani o Stagnacji. Podobnie jak ja i Jorguś.
- Nie ma żadnej Rewolucji i Stagnacji. Purgatorium zawsze była złamaniem codziennej rutyny. Jest antytezą stagnacji, gdyż bunt wymierzony przeciw Hadesowi ma na celu przerwanie tego, co stanowi definicję zmienności i ewolucji na poziomie mentalnym i duchowym. Wpadasz w semantyczne sidła. – uśmiechnęła się i wstała, robiąc dwa kroki ku sypialni. Splotła ręce za plecami i pochyliła się delikatnie. – Doskonale wiem o działalności Kota. Nigdy nie pomyśleliście, że mogę być wtyką Psa, a nie jego grubego odbicia? Że jedynie pozyskuję zaufanie, przekazując tylko te informacje, które przekazać mogę i czynię to dla korzyści Hadesa? Nie dostrzegaliście, że zdrada nie miałaby sensu i racji bytu, gdy inne istoty mego rodzaju zostały anihilowane?
- My nic nie wiemy. Raz nas nawiedził swoją obecnością Ford w Córze Anarchii, gdy czekaliśmy na przyjaciela, ale zbyliśmy go. Odurzył mojego ukochanego. To podły stwór. – szła w zaparte Joanna, choć stała się już całkiem otwarta na wszelkie wątpliwości względem Forda. – To wszystko co nas z nim łączy. Przysięgam na życie mojego brata. On ma jakąś tam siatkę kontaktów, chwalił się co to nie on, ale my nie wiemy nic.
- Słodkie kłamstwa. – Michała zrobiła krok ku sypialni. – Nazwiska z sieci kontaktów. Informacje o projekcie: PostCzłowiek.
- Eee… Hans Bulma. – zdecydowała się Joanna.
- Hans Bulma wybrał stronę miłościwego Hadesa. Podobnie jak Nadim i Alois. Żaden z nich nie zadziałał przeciw demiurgowi. – zwróciła się ku Pringsheimowi. – Ciekawe, nieprawdaż? Człowiek, który zabił ci na dobre brata, jednokrotnie twoją ukochaną oraz prawie to samo uczynił z małym Garlandem, który jest dla ciebie jak syn. Człowiek, który jest dla Konkorda równie bliski co ty. I człowiek, który przez zaniechanie pozbawił cię rodziców i dwóch sióstr, a potem uczynił wszystko, aby zamieść sprawę pod dywan, by nie psuć sobie wizerunku. Cóż, nie dziwię się, że wybrałeś Kota. Zresztą, ty i tak wybaczysz wszystkim. Taki jesteś. Jeszcze ich przeprosisz i się pokłonisz. Nie jesteś zdolny do niczego wychodzącego spoza schemat. Biel, która ma stanowić twoją siłę, jest twoją największą słabością. Kwestionowałeś w ogóle kiedykolwiek czym jesteś?
- Nie mąć nam w głowach. – warknęła Joanna.  Dlaczego nie zostawisz nas w spokoju?

Postać w czerwieniach znów skierowała wzrok na drzwi prowadzące do sypialni, wywołując względem nich niemal fizyczną presję. Wydźwięk tego gestu był równie niepokojący, co oczywisty i jasny. Sięgnęła do kieszeni, wyjmując dwa zapakowane w oleistą folię cukierki.
- Wydacie nam nieuchwytnego Kota. Spotkacie się z nim w Córze Anarchii, aranżując spotkanie, gdzie przygotowana już jest na niego pułapka. Trzeba tylko przynęty w waszej postaci, która buntownika w nią wciągnie. I nią jesteście wy, jego ulubieńcy. W innym wypadku Garland zginie w mękach. Macie 24 godziny. - rzuciła po cukierku dla każdego zdrajcy. - Ssijcie je przed jego przybyciem. Gdyby chciał w ostatnim odruchu coś wam zrobić, nie zdoła. Wasze zadanie to tylko go wydać i czekać. My się zajmiemy resztą.

Po tych słowach zniknęła. Joanna rzuciła się do sypialni, sprawdzając czy wszystko w porządku z jej braciszkiem. Ten spał w najlepsze.

Ford przybył godzinę później, z rutynową i dosyć krótką wizytą. Bał się zdemaskowania, więc ograniczył swoje wywody, choć i tak skończyło się na ekspozycyjnym słowotoku, w którym tak był rozmiłowany. Najwięcej mówił o zbliżających się torturach ze strony kobiety w czerwieniach i podtrzymywał mechanika na duchu, jednocześnie nie zdając sobie sprawy, że ta nawiedziła już mieszkanie Pringsheima.
- Co wy tacy dziwni dzisiaj? - wydusił, zauważając, że nie skupiają się, gdy mówi o swojej nowej miłości. - Jesteście zieloni.
- Tato - niespodziewanie zwróciła się do Kota. - Mamy pewien pomysł związany z Rewolucją. Plan. Obgadamy go wieczorem, gdy sobie wszystko przemyślimy?
- Jesteś obecnie ostatnią osobą, po której spodziewałbym się wsparcia w zakresie ruchu oporu. - parsknął Ford i poprawił okulary. - Niech będzie. Przyjdę z moją dziewczyną. A gdzie?

Naciskał, więc Joanna zamknęła się w sobie, nie mogąc nawet wydusić nazwy znanego już jej lokalu. Zrobiła się czerwona i próbowała nie dać po sobie poznać, że uginają się pod nią nogi - tak bardzo bała się zdemaskowania jej prawdziwych intencji.
- Przyjdę wieczorem i razem udamy się do tego lokalu, cokolwiek wybierzecie. - Ford machnął ręką. - Ja w sumie też chciałem wam coś ogłosić. Dużo się zmieniło. Powiem tylko tyle - zwyciężymy. Od początku mówiłem, że wygrana rewolucji jest pewna, ale gdy jest już ona o krok, to po prostu chce się "człowiek" podzielić związanymi z tym uczuciami. Zrozumiecie na miejscu.

Uścisnął Joannę, uścisnął jej wybranka i ruszył do wyjścia, znikając tak szybko jak się pojawił. Kondorek upewniła się, że zniknął, zamknęła starannie drzwi i osunęła się wzdłuż nich.
- Jorguś... Kochanie... Musimy go wydać. Anielica to wtyka Psa. Rewolucja nie ma szans, a wszystko było kłamstwem. - schowała twarz w dłoniach. - Zgadzasz się ze mną? Tu chodzi o Garlanda.

Tabris

Tabris

4. września
Post ID: 85260

-Panie Schiaście… czy zna pan jakieś metody… by przetransportować ten przeklęty obraz możliwie szybko? Jakieś tajne przejścia, ukryte pokoje… cokolwiek. Albo sposób by wytropić tego strupa?
~~~

1940
Mój młody syn mnie pyta: czy mam się uczyć matematyki?
Po co, powiedziałbym. I tak spostrzeżesz, że dwie kromki
chleba
To więcej niż jedna.
Mój młody syn mnie pyta: czy mam się uczyć francuskiego?
Po co, powiedziałbym. To państwo upada.
Pocieraj ręką brzuch i jęcz,
A już będziesz zrozumiany.
Mój młody syn mnie pyta: czy mam się uczyć historii?
Po co, powiedziałbym. Naucz się głowę chować w piasek,
A może się uratujesz.
Tak, ucz się matematyki, powiadam,
Ucz się francuskiego, ucz się historii!


~
Walter zawsze cenił sobie twórczość Brechta – był on ostatecznie także komunistą i to takim prawdziwym. Jego wiersze potrafiły poruszyć Piontkiem. Nie był on oczywiście zbyt poetycki i w ogólne kulturalny, ale właśnie z tego względu chropowate, szorstkie wiersze Bertolda Brechta tak dobrze do niego trafiały.
~
Lea umarła, została pamięć i poezja. Cienka ich warstwa musiała przykryć ból i gorycz, które stanowiły w tej chwili jądro Waltera. Choć sam poemat nie miał nic wspólnego z elegią stanowił pewną dość prawdę istotną dla emeryta - różnice międzypokoleniowe między nim a córką były nie do przeskoczenie. Pokolenie Waltera pamiętało wojnę, cały czas ją przeżywało, można nawet powiedzieć, że nadal w nich trwała. Jednak to pokolenie zamiast przekazywać swe doświadczenia młodszym generacjom zrobiło dokładnie na odwrót. Powstający z ruin dbali by ich sposób myślenia nie skaził młodszych od siebie. Walter nie wiedział jak było z tym w zachodnich Niemczech, ale w NRD było to ważne. Finalnie choć młode pokolenie dorastało bez traum i nacjonalistycznej propagandy było jednak nieodporne na wydarzenia zmuszające do bezwzględności.
~
Gdy tylko poznał Leę uwidoczniło się to – jej poszukiwania kawy w zagraconym mieszkaniu Waltera trwały tak długo, bo było zagracone. A zagracone było ponieważ emeryt miał ewidentny problem z wyrzucaniem przedmiotów. Nigdy też by nie wpadł na to, że można szukać miejsc gdzie można kupić kawę jak najdziwniejszą. Jak najtańszą – to co innego. Dostawszy pieniądze od Blitzkriega Walter nic z nimi nie robił, choć jego pierwsza myśl była taka by je gdzieś schować. Jakby czerwonoarmiści, lub szabrownicy mieli przyjść i przeprowadzić rewizję w każdej chwili.
~
W Pokojach ta różnica między Walterem, a młodszymi uczestnikami po raz pierwszy zamanifestowała się w momencie w którym drużyna odrzuciła bezwzględną decyzję Waltera, by zmusić Aloisa do wyboru zabójstwa jednej osoby, ale też uniknięcia śmierci większej liczby osób. Paradoksalnie chyba Ferenc zniósł ją lepiej niż młodsi współuczestnicy wyzwania, bardziej przestraszyło go to, że Walter może go zastrzelić. Przykład Lei to potwierdzał. Jak można było pragmatycznie dać się zabić? Dla jakiejże idei? Z empatii? Ten stosunek do życia był Walterowi całkowicie obcy, jego instynkt przetrwania był tak silny, że niemożliwe wydawało mu się nieposiadanie go.
~
W głowie Waltera nadal trwała szalona gonina myśli wywołana próbą uratowania córki. Coś musiał zrobić. Lea nakazała Hitlerowi uciekać, a jemu zachować się spokojnie, bez szaleństw – po coś wspomniała o pragmatyzmie Piontków. Oczywiście fakt, że Walter zabije Adolfa był oczywisty, przede wszystkim był on kimś kto miał niebezpieczny wpływ na otoczenie. Lea początkowo nie sprawiała wrażenia osoby, która miałaby myśli samobójcze, ani też takiej która ma pretensje do zbawiania świata. No i była w połowie człowiekiem i bytem. Jednak zaczęła utożsamiać tylko z jedną stroną swego jestestwa. Walter nie wątpił, że był to wpływ tego czegoś, za pomocą nurtów udawało mu się wpłynąć jakoś na inne osoby. Tak jakby osobistą wolność wywalczał zabierając ją innym. Piontek wolał nie myśleć co stanie się gdy ten osobnik zacznie działać w Purgatorium. Tym niemniej istniała pewna możliwość aby mu się przeciwstawić…
~
Elektra. Młodsza córka Waltera i tylko Waltera. Urodzona w czerni. Ona również była bytem, ale innym. Powstałym z bardzo silnych, negatywnych emocji. Dobrze zatem oddających to co czuł Walter do mordercy swojej córki. Postanowił zatem określić tą więź, poznać jej stosunek do siebie. Ciekawe co się stanie gdy dostanie jakieś nowe polecenie? Ale najpierw musiał dać przykład swego pragmatyzmu, pokazać kim jest Walter Piontek. Spokojnie wezwie Cień by dopomógł dokończyć zadanie. Na żałobę będzie miał 29,5 dnia. A Elektra tyleż by ścigać Hitlera.
~~~
- Elektro… Nie wiem co sobie myślisz o tych wydarzeniach. Czy chcesz pomścić swoją siostrę, czy też zniszczyć po prostu ten dziwny byt… Ale co zamierzasz zrobić? Zostać człowiekiem? Pozostać człowiekiem?

Nitj Sefni

Nitj Sefni

19. września
Post ID: 85301

Ottshelm odwrócił się plecami do brata, spoglądając w twarze zebranych w Zamtuzie ogniotaurów, inkubów, nimf i satyrów. Chciał swoją postawą dać wszystkim do zrozumienia, że nie mówi teraz do króla, dworu czy rozmiłowanych w filozofii elit. Mówi do ludu. Do obywateli IV Rzeszy. A mówił głosem donośnym i nieznoszącym sprzeciwu.
- Obywatelki i obywatele! Nie ukrywam, iż raduję się z obrotu spraw. Żeby być dobrym władcą trzeba być w zgodzie z poddanymi. A nie ma lepszego wyznacznika zgody niż podjęcie decyzji o sukcesji przez naród. Przez was właśnie! Liczę na to, że kierując się dobrem Rzeszy oraz miłością zarówno do niej, jak i do swoich sąsiadów, przyjaciół, rodziców, dzieci, kochanków… podejmiecie dobrą decyzję. Dla dobra nas wszystkich!

Ottshelm był świadomy uzasadnionej krytyki wobec jego nowej „formy”. Zarzucano mu, że zostało w nim za mało Anshelma. Musiał się do tego odnieść w swojej przemowie i spróbować przekonać nieprzekonanych.
- Wielu z was myśli zapewne, że nie jestem już sobą – księciem Anshelmem. Tak myślicie? A więc mylicie się. Teraz, złączony z mym najbliższym Ottem, jestem sobą bardziej niż kiedykolwiek! Ja, ego, Ich – jestem, który jestem! Jestem Anshelm Michael Vollblüter – syn Stalookiego. I wreszcie jestem sobą w pełni.

Vollblütanie dowiedzieli się też o nieudanej rewolucji przeprowadzonej przez Anshelma w Bibliotece Losu. Sprawa była kontrowersyjna i nikt nie wiedział o niej zbyt wiele, więc była idealnym tematem do szkodliwych wizerunkowo plotek. Nie można było tego tak zostawić.
- Słyszeliście już zapewne iż mam plany wobec Biblioteki Losu? Nasza IV Rzesza, choć piękna i bogata w surowce, jest zbyt mała i homogeniczna. Wy, szlachetni mieszkańcy Rzeszy, obdarzeni mądrością, siłą i wolnością o jakiej inni mogą jedynie pomarzyć, jesteście Überbytami! Ale w sąsiedniej Bibliotece żyje lud równie szlachetny i godny, lecz znacznie słabszy. Tak słaby, że od niepamiętnych czasów zniewolony przez paskudną rasę Szczurów. Zepchnięty do slumsów, gnijący w ubóstwie i brudzie, podczas gdy szczury pławią się w zrabowanym bogactwie. Ten dumny naród oczekuje wyzwoliciela! Kogoś, kto da im nadzieję i zapewni potrzebną siłę do wyrwania Biblioteki z rąk szczurzej rasy. Ja stałem się w ich oczach takim wyzwolicielem o podczas mojego pobytu w Bibliotece przygotowałem grunt pod rewolucję. Jeśli zostanę królem, to po uregulowaniu spraw w naszej ojczyźnie i uczynieniu jej znowu silną, będę dążył do powiększenia naszego państwa, naszej przestrzeni życiowej o ziemie Biblioteki Losu i uwolnienie bratniego narodu postaci literackich. Tak, aby utworzyć wielkie, potężne imperium, które przetrwa wieki. Imperium pięciu ras. Inkubów, ogniotaurów, satyrów, nimf i postaci literackich!
Liczę na waszą dobrą wolę. Liczę na wasz głos!

Książęco-nazistowski aspekt Ottshelma nie miał zamiaru wdawać się w filozoficzne dysputy z filogildiami. Mając na głowie politykę, wolał to pominąć lub zostawić aspektom Kamphausenowskim.

Xelacient

Xelacient

20. września
Post ID: 85304

Otto, czy właściwie Ottshelm wraz z innymi wybrał się w odwiedziny do Joanny. Jako upominek przyniósł dobrej jakości perfumy, jedyna rzecz na której się znał dzięki swojemu zamiłowaniu do chemii i która była adekwatnym podarkiem dla Joanny. Oczywiście jako starszy człowiek, który już niedługo zostanie dziadkiem wykazał żywe zainteresowanie Garlandem. Próbował również zerknąć na chłopca, ale uszanował wolę Joanny na tyle, że szybko odpuścił.

Zresztą było, aż nadto do omawiania z pozostałymi gośćmi. Dyskusja była ożywiona, ale niezbyt owocna... przynajmniej wedle Ottshelma przekonanego, że ciężko opracować skuteczny plan w zmiennym środowisku Kostki, mimo to starał się rzeczowo zabierać głos w dyskusji.

Pod koniec między Otthelmem a Joanną rozmowa zeszła na bardziej osobiste tematy, inżynier chemii kurtuazyjnie odpowiadał na wszystkie pytania zgodnie z prawdą, ale w końcu coś go tknęło. Może to w końcu wszystkie zasłyszane historie o Jorgu ułożyły się w jego głowie, a może widok "dyskretnie nasłuchującego" mechanika go tknął?

Nieważne, ważne było to, że nagle Kamphausen zmarszczył czoło i walnął pięścią w ścianę. Było to dość teatralne, ale dzięki temu Joanna (jak i reszta współpokojowiczów Otto) wiedziała, że chemik chce powiedzieć coś ważnego, i niekoniecznie miłego.

- Wiesz co Joanna? Co prawda parę razy wyraziłem aprobatę relacjii między Tobą i Nadimem, dlatego, że widziałem, że oboje jej chcecie i dobrze ona na was wpływa. Ponadto jeśli dobrze pamiętam, to zasugerowałem, że "po wszystkim Ty i Twój brat będziecie potrzebowali czyjegoś wsparcia"- zacytował sam siebie z pamięci - no i tak było, tylko że otrzymaliście kogoś znacznie lepszego! Podsumowując zasłyszane historie... kiedy ty umierałaś ze strachu o Garlanda ten był bezpieczny pod opieką naszego gospodarza, którą roztoczył również nad Tobą, gdy tylko wróciłaś z... "kuracjii" - Otto wciąż używał tego łagodnego eufenizmu, pozwalało mu to oswoić traumy związane z Kostką - zatem otrzymałaś od niego znacznie więcej niż ja i Nadim od swoich rodzin razem wziętych! Ja to po powrocie... ech, szkoda gadać – wtrącił niedbale machając ręką jakby odganiał muchę - Niemniej, Jorg Ci dał wszystko co sie dało, a Ty teraz w jego domu, w jego obecności pytasz się o obcego mężczyznę?! Że rozumu nie masz to wszyscy wiemy, ale miej chociaż godność człowieka! - zadeklamował na koniec Kamphausen.

Zapadła kłopotliwa cisza, piękność nie mogła odmówić piwoszowi racji, ale i tak sielankowy nastrój spotkania, nawet jeśli kruchy i fałszywy uległ zburzeniu. Toteż dyskretnie się od niego odsunęła, dzięki czemu Ottshelm i Jorg mogli wejść w interakcję. Co chemik skrzętnie wykorzystał, by wypowiedzieć kolejne słowa burzące porządek, choć mogące zmienić rzeczywistość na lepsze. W końcu nie bez powodu wybrał Rewolucję!

Inżynierk chemik po znalezieniu się w kuchni zajrzał do garów z mieszaniną drobnomieszczańskiego wścibstwa oraz chemicznej ciekawości, po czym zaczął mówić do mechanika niespecjalnie dbając o to czy ten chce go słuchać. Cynicznie obrócił jego największą siłę przeciwko niemu samemu. W końcu przez (a może dzięki?) swojej Bieli Jorg nie mógł mu powiedzieć, żeby zamknął mordę, po czym wykopać ze swojego domu.
- Zadziwiasz mnie Jorg - zaczął z dziwną dla niego bezpośredniością – jesteś jakby lepszą wersją mnie gdy byłem w Twoim wieku... czy wręcz ideałem do którego starałem się dążyć... ideału, który w końcu odrzuciłem, bo uznałem go za błędny i kłamliwy. Jednak masz w sobie coś, przez co chce Ciebie utwierdzić w Twojej postawie zamiast burzyć Twoje przekonania. Jest to wbrew mojemu pragmatyzmowi, ale skutecznie grasz na moich emocjach… nawet jeśli robisz to nieświadomie – dodał z założonymi rękoma opierając się o blat stołu – bo wbrew pozorom, mam kilka słabości… przez, które nie zabije trójki swoich dzieci i nie wyślę ich do Purgatorium mimo, iż są takimi porażkami ludzkimi, że pobyt w Kostce może je zmienić tylko na lepsze… albo dać znacznie lepszą śmierć niż ta, którą na siebie ściągną… bo kocham je, swoją marną, żałosną ojcowską miłością – dodała ze słabym uśmiechem – Tak samo nie chciałbym, żebyś Ty Jorg wkraczał do Purgtorium. To miejsce pokazałoby Ci prawdę i zmieniło na lepsze, ale… nie chciałbym, żebyś przez to wszystko przechodził… choć gdybyś to zrobił – dodał z wahaniem – to będę miał moralny obowiązek Ciebie chronić… twój brat Carl poświęcił się dla mnie, nawet jeśli zrobił to głupio i niepotrzebnie to czuje ten dług i w razie potrzeby będę musiał go spłacić.

Zapadła cisza, Ottshelm był nieco zawstydzony swoją deklaracją, ale stwierdził, że przy Jorgu może pozwolić sobie na wszystko. Toteż z mieszaniną ciekawości szalonego naukowca oraz sadomasochistyczną szzeroscią prowadzącą do katharsis.

- Zatem chciałbyś wiedzieć kim jest Nadim? – zapytał retorycznie, bo i tak zamierzał ciągnąć wywód, bez względu na odpowiedź – zatem wiedz, że jest to ciemnoskóry arab, brudas narodzony w rodzinie imigrantów. I największym osiągnięciem życiowym tego brudasa, było skuteczne spuszczenie się do środka pięknej i życzliwej córki pewnego starego i bogatego Niemca. Akurat tak wypadło, że ja byłem tym Niemcem. Jako miły i dobrotliwy tatuś nie miałem serca zasmucać mojej córki poprzez wykopanie tego brudasa na zbity ryj, tylko stwierdziłem, że jakoś tego brudasa trzeba ogarnąć na przyzwoitego ojca moich wnuków. W trakcie tego ulegliśmy wypadkowi i obaj trafiliśmy do… Purgatorium – wtrącił z trudem – tam razem wiele przeszliśmy… jednak można powiedzieć, że to ja prowadziłem go przez całą drogę, ale gdy ja będąc u celu zawiodłem ten brudas odratował mnie czym zyskał sobie mój dozgonny szacunek. W międzyczasie Nadim i Joanna nawiązali ze sobą bliską więź. Pomimo jego związku z moją córką aprobowałem ich wzajemną fascynację… bo to było dobre, dodawało im sił do walki. Było to chwalebne zachowanie na tle reszty… uczestników, którzy potrafili sobie rzucić się do gardeł bez powodu! – dodał krzywo się uśmiechając na wspomnienie bójki „trzeciej drużyny” – jednak misja w Purgatorium się skończyła. Nadim ma moją córkę, Joanna ma Ciebie, nie ma sensu tego dalej ciągnąć i to właśnie powiem temu brudasowi. Brudasowi, który stał mi się bliższy niż dwóch rodzonych synów. Jest mężczyzną toteż niczego mu zakażać nie mogę, ale powiedzieć mu mogę co chcę, a nawet przekazać wiadomość od Ciebie – dodał na koniec.

***

Ottshelm stał w zamtuzie otoczony rozgorączkowanym tłumem, który był dodatkowo pobudzony jego przemową. Na chwilę część Otto wzięła górę, przez co Der NaziChemiker uśmiechał się krzywo. Demokratyczne wybory, nawet jeśli opierającej się seksualnej korupcji były bliższe przyzwyczajeniom Otto niż dynastyczne roszady w monarchii. Choć z drugiej strony demokratyczne wybieranie króla, mocno śmierdziało polactwem i jego wolną elekcją. No ale, cóż, w razie niepowodzenia zawsze zostaje Biblioteka Losu oraz opcja przeprowadzenia z niej Blitzkrieg na to miejsce.

Jednak dla aspektów Kamphausenowskich polityka bladła, wobec podstawowych pytań o egzystencję. Otto od chwili zjednoczenia z Anshelmem zaczął uznawać Purgatorrium za „realne”, a przynajmniej za coś więcej niż symulację, która może zniknąć jeszcze szybciej niż została stworzona. Jednak przyszedł czas na zdefiniowanie tej „realności”.

Ze wszystkich filogildi Ottshelm wobec Soloistatów był najbardziej krytyczny. Powód tego był bardzo prosty, Ottshelm był chodzącym dowodem przeciwko ich filozofii. Jako połączenie Otto i Anshelma mógł z całą pewnością i to podwójnie, potwierdzić, że istnieje więcej niż jeden podmiot poznawczy. Obaj byli pewni swojej prawdziwości, bo mogli się porównać do Ojca, który był fałszywym podmiotem poznawczym. To znaczy, udawał, że jest „prawdziwy”, ale szybko został zdemaskowany. Otto i Anshelm mimo animozji byli zgodni, że obaj są „prawdziwi”, w przeciwieństwie do ojca.

Jednak to i tak była pomniejsza frakcja, ważni byli Techno-gnozyci. Pod ich wpływem Ottshelm gładko zaakceptował teorię, że istotnie całe jego życie w Berlinie (i reszcie Niemiec) mogło być symulacją. Jednak w jego nowej perspektywie to, że coś jest symulacją (wyższego lub niższego) rzędu nie czyniło tego czegoś czymś gorszym. Zatem jak można było ocenić wartość danej symulacji? Właściwie były dwa czynniki, pierwszy to była trwałość symulacji. Oczywistym było, że lepiej egzystować tam gdzie twój dorobek nie rozpadnie się nagle w nicość. Wedle tych kryteriów życie w Kostce mogło być bardziej „wartościowe” niż w Berlinie, choćby dlatego, że Berlin mógłby zostać zniszczony bombą atomową, podczas gdy Kostka dalej by trwała. Drugim kryterium byłaby zdolność do samorealizacji w danej symulacji. Czyż życie Anshelma jako króla w tej dziwnej krainie pod wieloma względami nie będzie lepsze niż hersztowanie bandzie neonazioli? I to mimo tego, że Kostka była teoretycznie „symulacją niższego rzędu”. Przy takim rozumowaniu, „podróżowanie” nie powinno polegać na jednorazowym obraniu drogi w „górę” lub „dół” w symulacjach, lecz znalezienie takiej, która pozwoli na samorealizację. Dlaczego samorealizacja była taka ważna? Bo tylko samorealizowanie się przy udziale wolnej woli ma sens w symulacji! Gdyby celem symulacji były tylko doznania to wtedy stworzono by bezwolne byty, które nieustająco odczuwałyby ekstazę albo agonię! I wtedy żadne tworzenie pozorów wolnej woli nie miałoby sensu!

Kto wie? Może cel tych symulacji polegał na tym, że w „świecie zero” nie było dość zasobów, by każda jednostka mogła się w nim samorealizować, więc te symulacje miały dawać im namiastkę tego? Owe jednostki mogły być demiurgami poszczególnych symulacji. I tu powstawała jedna teoria mogąca jednoczyć gnozytów religijnych i technicznych. Symulacje mogły być prowadzone przez superkomputery, potężne, acz pozbawione świadomości kalkulatory, zaś pieczę nad nimi byłby sprawowane przez samoświadome jednostki, demiurgów właśnie. Zatem teoria matematycznej symulacji i istnienia osobowego demona zsyłającego majaki mogły się wzajemnie uzupełniać. Zresztą czy nie było właśnie tak, że Purgatorium to symulacja generowana przez jakąś Kostkę, nad którą funcie demiurga sprawował Pies, zaś Kot chciał go zastąpić?

Jednak to wszystko nie zmieniało faktu, że Kamphausen pozostał przy swojej starej moralności. Nawet jeśli to wynikało tylko z tego, że jego „kodeks etyczny” po prostu był „lepiej punktowany” w symulacji w której aktualnie przebywał (a przynajmniej tak mu się zdawało). Pytaniem czy gdyby trafił do symulacji premiującej palenie i gwałcenie to czym tym równie ochoczo się zajął już nie zawracał sobie głowy.

Teraz zostało mu tylko czekanie na Nadima i Joannę, w międzyczasie mógł agitować tłum oraz dzielić się swoimi przemyśleniami z filogildiami.

Garett

Garett

30. września
Post ID: 85325

CIAŁO

”- Jesteście bezmyślnymi gojami. Nienawidziliście mnie od samego początku, próbowaliście zmusić do okropnego czynu i pozbawiając mnie pełnej odpowiedzialności za niego, a potem próbowaliście spalić. Gardzę wami wszystkimi razem, jak i każdym z osobna, a w szczególności tym starym pierdzielem, nazistą i tobą, inkwizytorku wraz ze swoją grubą suczką. Cieszę się, że ta porcelanowana wywłoka zdechła i teraz gnije gdzieś w piekle. „

Melias nie zrozumiał ani słowa z tego co powiedział Alois. Nie musiał. Słowa są tylko nośnikami dla intencji, a te Ciało wchłaniało jak gąbka. Dlatego w momencie w którym Żyd to powiedział, skorupa Coldberga doskonale wiedziała co to za sobą niesie i wpadł w czystą autystyczną furię. Usłyszenie (a może poczucie?), że ktoś cieszy się ze śmierci jego Bogini Matki było dla niego absolutnie niewybaczalne, i nawet pomimo tego, że nie myślał (albo nie wiedział, że myśli), to jednak na swój prymitywny sposób czuł, iż nie może tego puścić płazem. Ignorując wszelki ból, przeszkody i inne niedogodności, skoczył na Aloisa który właśnie znikał za drzwiami do wewnętrznego pokoju. Oczywiście, nie zdążył go dostać, gdyż Żyd zniszczył przejście od środka. Nie mając innego sposobu na dopadnięcie go ani na wyrzucenie swojej furii, skorupa Coldberga zaczęła się trząść w spazmach i miotać czerwono-czarnymi piorunami na wszystkie strony, zupełnie jakby miały one w te sposób jakoś dosięgnąć Ferenza...

ELIAS

Elias patrzył bezsilnie jak Lea rozpada się na białe cząsteczki. Nie mógł nic zrobić, zarówno metaforycznie jak i dosłownie. Przez chwilę poczuł się niczym Melias, nie będąc w stanie nawet myśleć, po prostu patrzył jak jego miłość rozpływa się w Absolucie.
-Mylisz się... – wyszeptał kiedy się już nieco otrząsnął. -Czy raczej, źle to zrozumiałeś. Łatwo może zmienić ludzkie zachowanie, ale nie oznacza to, iż można tak samo łatwo zmienić ich prawdziwą naturę. A w Purgatorium to właśnie ich prawdziwa natura wychodzi na wierzch. Twoje poświęcenie może zmienić to jak ja i Walter będziemy się zachowywać, ale nie zmieni tego kim jesteśmy. Żeby osiągnąć coś takiego, musiałabyś zmienić cały przebieg całego naszego dotychczasowego życia. I to bardzo drastycznie. Zauważ, że nawet po zmienieniu rzeczywistości na taką w której masz siostrę, to nie stałaś się nagle kimś innym. Dlatego to co zrobiłaś zrobi jeszcze mniej. Bardzo łatwo można manipulować zarówno jednostkami jak i tłumami, ale żeby zmienić same ich jestestwo? Nawet największe traumy nie zawsze czymś takim skutkują. Przykro mi...

Wiedział, że go nie słyszała. Nie mogła go słyszeć, teraz, w po rozpłynięciu się w Białym Nurcie. Nic po niej nie zostało. Gdyby nie wspomnienia i idea która tak bardzo starała się przeforsować, to równie dobrze mogłaby nigdy nie istnieć...
Dopiero śmiech Sobowtóra całkowicie go otrząsnął z mentalnego paraliżu. Całkowicie o niej wcześniej zapomniał. Po prawdzie, to przez te wszystkie zawirowania czasoprzestrzenne, wydawało mu się, że Lea, przez awersję do siostry nie podpisała cyrografu z Doppelgangerem, ponieważ podświadomie wyczuła, iż ich prawdziwa natura jest zbliżona. Dopiero kiedy przywołała ja w czasie walki zdał sobie sprawę, że się mylił, ale i tak po chwili o tym zapomniał, skupiając się wraz z Mathiasem na manipulacji Nurtami. Nie mógł jednak jej teraz tak zostawić. Chociaż osobiście uważał, iż poświecenie Lei nic nie zmieni, to jednak nie mógł pozwolić by Sobowtór „zbezcześcił” jej znaczenie poprzez zbrukanie pamięci o niej. I chociaż Byt już znikał, a Elias wiedział, iż szansa, że zdoła coś zrobić była minimalna, to i tak sięgnął po fragment bieli pozostawionej przez Leę i spróbował wpleść go w strukturę znikającego Doppelgangera, aby chociaż minimalnie zmienić jej nikczemną naturę. W sumie, to na tym właśnie polegała różnica pomiędzy ludźmi na Bytami. Ludzkie zachowanie można zmienić łatwo, ale ich prawdziwą naturę już nie do końca, natomiast w przypadku Bytów, zmiana prawdziwej natury jest właściwie dosyć łatwa jeśli wie się jak, podczas gdy ich zachowania nie da się zmienić bez zmiany ich natury, ponieważ zawsze zachowują się zgodnie z nią.
Coldberga całkowicie pochłonęła to właściwie skazane na porażkę przedsięwzięcie, więc nie zauważył furii w jaką wpadło Ciało. Albo nie chciał zauważyć i milcząco pozwalał by rozpętało tu piekło, bo może jednak jakimś cudem dosięgnie to Aloisa.

MELIAS

-(Przypomina ją...) Kolejny człowiek będący wcieleniem niemalże czystej Bieli? – wtrącił Melias kiedy Piontek skończył dawać rady Jorgowi odnośnie przesłuchania. Czasami zdawało się jakby na głos Studenta nakładał się drugi, identyczny, który cichutko, niemal na granicy słyszalności mówił to samo, ale mając na myśli zupełnie coś innego. - Pamiętaj tylko, że czyste dobro również może przynieść cierpienie, zarówno tobie jak i twoim bliskim (nie, jednak nie jest do końca jak ona, on potrafi zaakceptować istnienie zła). Pozwól więc, że dam ci radę, skoro dotknęło cię Purgatorium: zawsze kwestionuj rzeczywistość która cię otacza... Nigdy nie możesz być pewien, że następnego dnia którego się obudzisz, nie okaże się, że ktoś podjął w Purgatorium decyzję, która drastycznie odmieniła przebieg twojego życia. Normalnie nigdy nie miałbyś szans by sobie to uświadomić, ale teraz, po swoich własnych przeżyciach, musiałeś stać się na to nieco bardziej wyczulony. Uważaj, bo może się nagle okazać, że obudzisz się jako ktoś kim nie jesteś (tak jak my...).

Wiwernus

Wiwernus

4. października
Post ID: 85328

Szczyty Dondoryjońskie

Ludzka sylwetka schodząca po górskim zboczu nawet dla najbardziej uważnego obserwatora byłaby niewidoczna, tak wielka była naturalna (?) forma ukształtowania terenu, na której tle osobnik wydawał się być nie wiele znaczącym pyłkiem. Jego mechaniczne, uporządkowane kroki sprawiały, że mógł wywołać niemal wrażenie doliny niesamowitości. Momentami prześwitywał lub deformował się niczym hologram wzburzony zakłóceniem wywołującej go aparatury, w ryzach jego jestestwo utrzymywały tylko przebłyski srebrnego nurtu nadające mu swego rodzaju indywidualności i szczątków odrębności. W oczach innej istoty trudno oszacować byłoby czy jest człowiekiem, bytem czy manifestacją nurtu (nurtów), on sam również nie miał pewności co do swojej natury.

Był jednak na tyle świadomy własnej egzystencji, że silny wiatr i negacja swojego istnienia nie rozwiały go. Miał cel. Wspierać swojego ciało, a to bezduszna logika nakazywała mu w jedyny sposób – chroniąc ryjoknury eskortujące obraz, doprowadzając do zakończenia misji nazistowskiej. Niemal beznamiętnie ignorował hałas zniszczonego miasta nad nim, przeplatający się z tonem znajomego, słyszanego już kiedyś utworu, od którego mimowolnie przeszła go gęsia skórka.

Doszedł do prostego i oczywistego wniosku, że oderwany od „źródła” powinien przenieść się jeszcze dalej, bliżej umykających ku wyjściu stworzonek, a droga powrotna zdaje się być poza jego prowizorycznie, dosyć nagle ukształtowane ciało. Kaleczył się o kamulce, walczył z napierającą grawitacją i zimnem, ignorował uparcie rzęski i coraz gorszą pogodę, z czasem tracąc coraz więcej i więcej sił. Gdy upadł po pierwszy ze skalnej pułki zignorował cierpienie ciała, kierując się uparcie w dół bez chwili wytchnienia. Kolejny upadek, w okolicach jednego ze zniszczonych miast, sprawiło, że nie podniósł już się. Leżał, a spod jego ciała spływała krew zdobiąca czerwienią oraz drobinki nurtów indygo oraz srebrnego. Zastanowił się czy nie powinien wrócić do „źródła”, zdawał się jednak trwać nadal w swoim okaleczonym ciele, spętany niczym więzień. Skierował swoje myśli ku pomocy, dając wyraz woli przetrwania nie jako emocji, lecz jako naturalnemu następstwu własnej egzystencji i porządkowi rzeczy, które muszą nastąpić. To nie przez strach czy determinację ściągnął z najbliższej okolicy „pomoc”, lecz samym faktem myślenia.
- Tu jest. Miałem dobre przeczucie. - usłyszał dziwnie znajomy głos oraz ujrzał obcą sylwetkę, która zwróciła się do niego po chwili namysłu. - *Dobry Wieczór. Przykro mi, że pan również jest w podbramkowej sytuacji.*

Dwaj mężczyźni wspięli się – z ocierającym o kicz profesjonalizmie – po zawieszonej lince zakończonej hakiem zaklinowanym w wystającym kamulcu i wyciągnęli pogruchotane ciało z zaspy w rozpadlinie. Mniejszy osobnik był młodym mężczyzną, niemal nastolatkiem, wywołującym przyjemne skojarzenia i intrygującym dziwną kombinacją akcentów. Jego dominujący kompan był rosły, silny i przystojny, ucieleśniał męskość i piękno. Mathias spojrzał na jego ciemne, egzotyczne rysy i wsłuchał się w jego głos, który przypominał mu o czymś co już przeżył, dziwnie zakłócany, podobnie jak ciało Mathiasa – jeszcze nie w pełni ukształtowane – zakłócało się niczym projekcja na wietrze. Ten starszy dziwnie reagował na lecącą w tle melodie, jakby przez ciąg skojarzeń wywoływała u niego osobiste, przykre doświadczenie wpojone mu w niezrozumiały dla niego sposób.
- Miałeś sporo szczęścia. - rzucił do niego jeden z „ratowników”. - Ratowaliśmy dziś tyle osób, że ciebie mogliśmy przeoczyć.

***

Lea odeszła raz na zawsze, a wraz z nią zmieniło się wszystko, choć Walter przystanął – pozornie – niewzruszony i nie okazywał żadnych uczuć. Czerń i karmazyn rozerwały się niczym jądro atomu, wywołując eksplozję, której destrukcyjne efekty powstrzymał formułując cienką, jednak stabilną i mocną jak diament ścianę z czystego indygo. Cząsteczki nurtów połączył w przypominającą plastry miodu strukturę, tworząc dwuwymiarowe, jednak niezwykle silne zabezpieczenie przed karmazynem i czernią. Pragmatyzm oraz powojenne doświadczenia nakazywały mu działać. Na żałobę miał jeszcze przyjść czas, którego w tej chwili tak bardzo im brakowało.

Zupełnie inaczej postąpił Melias. Jego wybuch emocji był równie czysty, ale nieposkromiła go żadna siła. Wydobył z siebie elektryczną energię i wystrzelił nią w uciekającego przez niszczone z drugiej strony drzwi Aloisa, który w ostatniej chwili uratował się przed usmażeniem na miejscu. Pozostający na dondoryjońskim szczycie nie mieli tyle szczęścia i nie chodziło bynajmniej o pokojowiczów – Walter wydawał się być niewzruszony pokazem, podobnie Inkwizytor, Beata zaś była odporna na fizyczne szkody – lecz liczne, zyskujące świadomość byty. W trosce o ich życie, kierując się swego rodzaju ostatnią wolą Lei zainterweniowała Beata, przygniatając pokaźnym ciałem do podłoża (M)Eliasa i napierając na niego wzmocnionym dzięki grawitacji cielskiem. Wsparła się krótkimi ramionami i zaparła nogami o ziemię, nie dając rozszalałemu wyznawcy Bogini Matki się wydostać, a co za tym idzie emanującej od niego energii. Wykorzystując jego osłabienie użyciem nurtów i samemu emanując czystą bielą, pełnej miłosiernego żalu za Leą uspokoiła go na tyle, by powoli z niego zejść. I ocenić, że choć jej samej nic się nie stało, pogruchotała liczne kości drobnego młodzieńca i poważnie go poraniła.

Dzięki interwencji byłej miliarderki drużyna i towarzyszące jej byty zostali uratowani, a reakcja Coldberga największe szkody wyrządziła paradoksalnie sobowtórowi Lei. Za nim Tutty sprowadziła studenta do parteru, Elias zdołał skupić biały nurt na doppelgangerze. Wykorzystał pozostawiony po zmarłej miłości, swój własny oraz rozpacz Beaty. Energia spajająca całe uniwersum jedynie musnęła wymykający się byt, ten nawet nie zdał sobie z tego sprawy, dokonała się jednak symboliczna przemiana. I była to szkoda nie tyle co nieświadomego bytu skupionego na swojej przyszłości i wolności, lecz Waltera, który zdawał sobie sprawę, że ułagodnienie imitacji jego córki może namotać w percepcji Seleny i jej starszej córki, doprowadzając do tego, że traktowałoby złudną kopię jako oryginał.

Emeryt nie miał czasu na dalsze rozważania, nawet względem Elektry, o której przypomniał sobie podczas krótkiego wywodu myślowego o następstwach działań (M)Eliasa. Ta nie odezwała się słowem, emanując wciąż silnym żalem po utracie siostry, wyraźnie nią zainspirowana. Nie wiedział czy zamierzała zapolować zgodnie z jego wolą na Hitlera, udała się jednak bez słowa w jego kierunku, choć jej niepewny kroki długich nóg były powolne i ospałe. Za nim zniknęła w śnieżnej wichurze, odwróciła się po raz ostatni i posłała ojcu krótkie spojrzenie wrażliwych, emanujących ludzką empatią oczu.

Potem nie było już żadnych rozważań, lecz jedynie powrót z góry na dół. Skupiony na celu Walter z Schiastem, odmieniony Soren z Abbadonem i Nol-Lidlibem po bokach, Beatą kroczącą ciężko za nimi i z śpiącym (M)Eliasem na rękach, Goebbels, Wokulski i osamotniony Otton – wszyscy bez słowa, w pośpiechu ścigali się z czasem. Zmagali się z pogodą, lękiem wysokości, zagrożeniem ze strony tutejszej fauny, groźbą lawiny czy zwyczajnym zimnem, głodem i zmęczeniem. Im dalej byli od szczytu i kakofonii zniszczonego miasta, tym na więcej komentarzy pozwalały sobie oniemiałe tuzy, szczególnie chcący dobrze OsiołekFan i zmieniająca (za obfitą sumkę oczywiście) pseudonim kobieta tytułująca się od teraz OślicąFanka, wcześniej NiemaFanką i innymi identyfikatorami. Jedynie WPurgaOdDawna miał dość inteligencji, czułości i taktu, aby swoim zwięzłym komentarzem dodać drużynie woli do działania.

W ten sposób przetrwali do spotkania z obozowiczami, drugą częścią drużyny berlińskiej, która zbierała siły przed ostatnią ścianą i opiekowała się przemarzniętym Mathiasem oraz Hansem. Nadim i Joanna – aby rozgrzać się, jak i w przebłysku namiętności – oddali się miłosnej sztuce, choć bardziej pettingowi niż właściwej penetracji, aby nie stracić z oczu celu i nie popaść w szaleństwo. Była to sztuka miłosna, której chemik przyklasnąłby ochoczo, bo miała wymiar praktyczny, w obliczu zagrożenia i w kontrze do konfliktów międzyosobniczych spajało parę i dodawała jej sił. Poza Nadimem i Joanną były też liczne ryjoknury z obrazem oraz wyobrażenie Jorga oraz Garland. Francuzka obawiała się o swoje życie i braciszka tak mocno, że ukształtowała go sobie jak ten przybywa jako wsparcie dla mężczyzny, którego jedynie słyszała – J. Pringhsiema. Wyidealizowanego połączenia Nadima oraz Carla ze starszym, całym i zdrowym Garlandem u boku. Tahir nie przelał w ekipę ratunkową nawet cząsteczki nurtu, choć można było się spodziewać, że kiedyś nadałby mechanikowi cechy swojego teścia. Teraz jednak był już wolny od niezdrowego przywiązania do chemika, z planem jak przejść po pionowej ścianie. Pewny siebie, wyobcowany i markotny, ale zdeterminowany i męski. Jorg-byt przyglądał mu się ukradkiem, gdy ten miłosnym aktem rozgrzewał i pocieszał przerażoną Joannę.

Po przejściu ściany, zestresowany i ponaglani przez zegar dotarli do drzwi.
- O, kogo my tu widzimy? - spytały się retorycznie, a oczy klamki wodziły po twarzach zebranych gości. - Wspaniale! Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, że w drodze powrotnej staniecie przed kolejnymi wyzwaniami! Macie za sobą jedynie połowę przygody. Nie, nie martwcie się. Mistrz Gry przygotował kilka mechanizmów, które pozwolą wam nadrobić stracony czas, ale to wszystko kosztuje. Posłuchajcie uważnie...

4 Październik

Chemik wygarnął Joannie co trzeba, wywołując kłopotliwą ciszę i na moment zmuszając kobietę do oddalenia się z kuchni, gdzie w tej właśnie chwili biło serce towarzyskiego spotkania. Zauważył jej wzburzenie, ale i błysk w oku sygnalizujący, że przyjęła jego bolesne słowa i rozumiała ich znaczenie, może nawet przyznając rację chemikowi. Dotąd opiekował się nią i na swój sposób kibicował jej, ale nie wchodził w nią w bezpośrednią interakcję. Uświadomiła sobie, że zawsze widział ją jako dopełnienie dla Nadima, którego swoją obecnością miała wesprzeć, a co za tym idzie dać przykład grupie, że można oddać się czemuś innemu niż kolejne osobowe konflikty.

Otto w rozmowie z mechanikiem dał wyraz nie tylko szacunku i wdzięczności za poświęcenie jego brata, ale i dosyć jasno nakreślił gdzie jego zdaniem kończyć powinna się zażyłość araba i francuzki. (M)Elias i Walter zresztą również pozwolili sobie na kilka ważnych słów, które ukształtowały Pringsheima. Tak, przez moment gospodarz wydawał się być lekko przytłoczony, a przynajmniej zdawał się pragnąć przemyśleć sobie to, co usłyszał oraz skonsultować z Joanną co mógłby przekazać ciemnoskóremu. Piękność gotowa była do współpracy, podzielała również poglądy Otto, nawet jeśli jego dosadność zraniła ją boleśnie i wciąż czuła coś do ciemnoskórego.
- Zrobiłeś się ostry. - rzucił Ojciec do Otto.

Dopiero po chwili zrozumiał, że podsumował go głos w jego głowie, jak i „Ojciec”, bo tak powinien tytułować Kota, który kazał tytułować się od nazwy fobii, traum i kamieni węgielnych osobowości, które kształtowały jego rozmówców. Udał się na kanapę, aby przemyśleć kilka spraw, odezwał się jednak kolejny głos, należący do nazisty. Dotąd nadprogramowe osobowości traktował raczej jako pozostałość po pobycie w Purgatorium i jako swego rodzaju błąd, ale z każdym dniem stawały się mu coraz bardziej rzeczywistymi istotami, a także nim samym. Rozciągnął się na siedzisku i mógł rozpłynąć w nienawiści Anshelma, która niczym cichy, drugi głos w muzycznej strukturze wcale nie darzyła araba ojcowską, przyjacielską miłością. Muzyka pomyślał mimowolnie o skojarzeniu jakie wysnuł jego trójdzielny umysł, a momentalnie zaczął snuć kolejne aspekty związane z melodyką, rytmiką, artykulacją czy kolorystyką dziedziny, która tak ostatnio go pochłonęła. Przypomniał sobie ostatnie próby i związane z nimi uczucie przepływania sztuki przez jego ciało. W jaki sposób miał utrzymać rytm, gdy nazista przyśpieszał, a ojciec budował destrukcyjny, posępny i smutny nastrój? Skierował wzrok na swoich wieloosobowościowych kompanów. (M)Elias rozmawiał z Janikiem, o ile można było nazwać rozmową pogadankę, w której niczym echo dało się usłyszeć zupełnie inny komunikat, choć wypowiedziany tymi samymi słowami przez Mathiasa. I nie tylko, były też wyrywki osobowości Ecksteina, która utrwaliła się w jaźni studenta. Ten jakby przewidywał co powie jego mentor za nim ten w ogóle zebrał myśli, czasami nawet odpowiadał za niego lub odpowiadał bezpośrednio na nie zadane na głos pytanie.

Jesteście tacy sami usłyszał Ojca i odrobinę nerwowo sięgnął po gulasz. Tym razem wzrok skupił się na tłumaczu. Wybraniec stał w kącie i palcami sunął po powierzchni amuletu ogarnięty dziwną tęsknotą. Zdawał się być w tym momencie wszędzie i nigdzie, a Der NaziChemiker mógł jedynie szacować po jakich liniach czasu snuje się Kurenberger.

Do kompletu brakowało już jedynie Waltera, który choć pogodził dwie strony swojej osobowości i stał się całością, wciąż wiele wiedział o tym jak to jest być rozbitym na części. Okazało się, że ten siedział tuż obok, co chemik przeoczył. Zdezorientowało go, mimowolny odruch nieufności względem emeryta przetrwał. Osiołek zdawał się go jednak ignorować skupiony na swojej żałobie i pragmatycznych planach. W tej właśnie chwili spoglądał jak lekko zdezorientowany ilością gości mężczyzna o rysach cherubina – jakże go lubili! - przyłącza się do pogawędki Janika i jego studenta, ku niezrozumiałej dla pięknego mężczyzny niechęci psychologa. Pochwalił się, że zostanie ojcem, a w oczach Waltera przez moment pojawiło się coś na wzór emocji. Do momentu interwencji.

Chwilę psychicznej nieobecności Joanny i jej wybranka wykorzystał Kot. Zebrał do stolika Chemika, Emeryta, Studenta i Tłumacza, a w ręku zmaterializował wódkę, którą chciał podzielić się z ulubieńcami. Raczej symbolicznie niż dla upicia, łącząc drużynę jeszcze bardziej. I doprowadzając – ostatecznie, jak oczekiwał – do rozmowy między nimi.

Raz... i dwa... i trzy... i cztery... pomyślał Ottshelm.

Biblioteka Losu

Znaleźli się w literackiej krainie, na tle Dondoryjonu niemal tropikalnej. Wilgotne podziemia się być egzotyczną przygodą, na którą jednak nie mieli teraz czasu. Wykorzystali, że szczurza społeczność ograniczyła się do obserwacji ich posunięć, pamiętając o przepowiedni swojego Króla. Dotarcie do Muru Sentencji było niemal formalnością, paradoksalnie o wiele bardziej czasochłonna okazała się być druga strona Muru. Nie tego się spodziewali, tak samo jak nie spodziewali się, że bezczelna klamka oszuka ich co do „zadań” powrotnych.

Najpierw natknęli się nietypową parę kryjącą swoje oblicza pod kapturami i czarnymi płaszczami. Jedna sylwetka była chuda i wysoka, druga niemal gargantuicznych rozmiarów i górująca niczym olbrzym nad książko-kamienicami. Co to do cholery jest Wokulskiego zwiastowało, że nawet on nie zna dziwnych bytów, zaś kurwa jego mać Hansa – bliższe pokojowiczom – co zaraz nastąpi. Gigant wydobył ukształtowany w swastykę topór i okazał go pokojowiczom. Okazało się, że spotkali duet Mścicieli. Chuda, wysoka kobieta była swego rodzaju wariacją Niemej, powstałą gdy ta zaczęła określać się jako Adahn, budując w pokojach drugą tożsamość dla zacierania śladów. Była łagodniejsza, ale równie sprawna i mściwa jak swoja twórczyni. Nie podobało jej się, że ktoś wykreował ją swoimi słowami, nielicznymi, a przez co tak silnymi. Nie chciała odpowiadać za grzechy Niemej, szczególnie gdy tą ścigały szczury i nie kryła wściekłości, gdy zdradzili jej, że Niema kryje się gdzieś w wewnętrznych pokojach. Drugi mściciel – Obietnica – powstał, gdy Anshelm zobowiązał przeprowadzić rewolucję w literackiej krainie. Jeżeli ten nie wypełni deklaracji, stwór zabije go. Prosty, klarowny układ. Adahn przeklęła raz jeszcze na wieść o zniknięciu Niemej, zaś Obietnica zignorował ludzi, gdy nie zauważył wśród nich Anshelma, uznawanego za niego przez martwego.

Amelia obserwowała ich z oddali, jednak nie weszła w żadną interakcję z grupą. Najwyraźniej również wypatrywała swojego stwórcę.

- To moment rozstania.

Wokulski zdecydował, że jego drogi z ludźmi rozchodzą się. Po stracie ukochanej drużyny i Lei, swojej drugiej wielkiej miłości czuł się złamany, ale gotów był przystąpić do działania, zainspirowany córką Waltera, którego zresztą wyściskał i życzył mu szczęścia. Oznajmił, że wspiera stronę Kota i zamierza powołać do życia swój Gang raz jeszcze. Już teraz zbierali się do niego tłumnie nowi członkowie, zaciekawieni jego przygodą i przesłaniem od Idei. Wśród słuchającej go zgrai pokojowicze dopatrzyli się wielu sław: Aloszę Karamazow, Draculę, Jonasza (bohatera książki E. Karslena) czy L❤Ę, bohaterkę książki Coldberga z przyszłości. Ta ostatnia była dowodem nie tyle co miłości, która musiała przetrwać w Coldbergu, ale i zwiastunem tego czym ten się stanie (a czym ten musiał się stać, skoro takim dziwem była L❤A!) oraz dowodem na jego przemyślenia dotyczące obecności książek z przyszłości w pokoju, którą przewidział wcześniej.

Tłumacz jako jedyny pozwolił sobie na drobne interakcje. W Dondoryjnie milczał przez całą drogę na górę i milczał przez całą drogę w dół, teraz było podobnie, ale przynajmniej wykonywał jakiekolwiek aktywności. Prawdopodobnie, wydawało im się, że widzą także jego iteracje z przeszłości czy przeszłości, które powstały po jego rozdzieleniu i trudno było im ocenić co właściwie czyni i czy oryginał w ogóle jeszcze istnieje. Wydawało im się, że jest conajmniej trzech tłumaczy rozsianych po teraźniejszości, przeszłości i przyszłości, a co za tym idzie wszędzie i nigdzie. Obecność – nawet jeśli niestabilnego – Mathiasa była dowodem, że Guru również mógł się rozdzielić.

Zauważyli, że w zupełnie inny sposób podchodzi do języka odkąd zrozumiał słowa Nol-Lidliba. Ważył je, wydobywając niczym szlachetną broń z niebywałym szacunkiem. Używane względem niego pytania (głównie Bytów) traktował dosłownie, niczym żywe wytknięcie nielogiczności ludzkiego języka pełnego dwuznaczności i potocznych wyrażeń. Jeżeli o coś go poproszono, spełniał prośbę dosłownie i tylko w takim zakresie do jakich ograniczały się słowa. Używał w odniesieniu do swoich rozmówców takich samych określeń co do zjawisk jak oni, nie zastanawiając się z czego one wynikały. Trudno było ocenić na ile była w tym wytknięta lekcja co do tego jak zawiły i momentami nieprecyzyjny potrafi być ludzki język lub na ile stał się „dzieckiem/głupcem”, w każdym razie oświeconym, ale po drugie stronie koła geniuszu, o którym namiętnie mówił Kot, kręcąc tłustym palcem w powietrzu.

Gdy raz jeszcze spotkał drzwi, które wymagały by je rozśmieszył, tym razem nie opowiedział dowcipu, lecz... pogilgotał je, doprowadzając do łez. Wszedł do Młotu na Czarownice i wrócił z nich z delikatnym błyskiem w oku, pozwalając tylko snuć domysły co zastał w środku. Odwiedził również zarys swojej Świątyni, którą próbował wcześniej (nieudanie) powołać do życia oraz książkę E. Karslena i Ewangelię Jajogłowego, nigdy nie ukończoną. Również milczał co do tego, co w nich zastał.

IV Rzesza

Zamieszanie. Przyłączenie Biblioteki Losu do IV Rzeszy zwiastowało imperialne zapędy Anshelma, ale dosyć nieoczekiwanie dotarła do czterech żywiołów myśl, że zmiana statusu quo wcale nie musi być zła, a Czerwona Kraina zasługuje na więcej. W Kostce jednak było wiele sił i organizmów quasipaństwowych, których sama obecność napawała strachem Szarą Eminencję. Ta mimo ambicji znała swoje miejsce, a w obliczu wyklucia potomka była szczególnie wyczulona na ryzykowne posunięcia. Konflikt zaostrzał się z każdą chwilą, choć słowa ważono zgodnie z demokratycznymi zasadami. Pojawiały się pierwsze, spontaniczne hasła i wizje programu wyborczego.

Otto, jak to Otto, oddał sprawy polityczne kompanowi i sam zajął się rozmyślaniom o naturze rzeczywistości, które osładzały mu czekanie na Nadima i Joannę. Debatował z Gnozytami, uświadamiając sobie, że w wirtualnych światach mogą stosowane być zupełnie inne systemy chemiczne, przekładające znaną mu rzeczywistość na zupełnie nowy sposób. Snuł wizje prawa okresowości z nowymi pierwiastkami, które mogłaby zobrazować wizualnie nie dwuwymiarowa, lecz trójwymiarowa (i więcej!) struktura. Doszukiwał się już analogicznych do praw triad i prawa oktaw reguł. W takiej rzeczywistości mógłby się realizować, przeniósłby do niej rodzinę i byliby w niej bezpieczni, a przynajmniej bezpieczniejsi niż w Berlinie czy Purgatorium. Rozważania przerwały dwa wydarzenia.

Po pierwsze, zapanował niepokój, gdy jajko z królewskim potomkiem naznaczyło się rysą, od momentu usłyszenia pieśni pożegnalnej Lei, tej samej która towarzyszyła Carlowi. Zwiastowało to coś niepokojącego i dziwnego.

Po drugie, pojawiła się reszta drużyny – przemęczona, w chorobliwym pośpiechu i wyraźnie odmieniona. Nadim pewnie podszedł do Ottshelma i obdarzył go krótkim, ale silnym i pełnym ciepła uściskiem. O ile chemik był z niego dumny, o tyle nazistę przeszły dreszcze od samej jego obecności. Ciemnoskóry wywoływał – w jednej i tej samej chwili – zupełnie sprzeczne wrażenia względem kandydata na Króla, stanowiąc dla niego wyznacznik czegoś, czego Ottshelm nie potrafił nazwać. Nie wiedział czy nienawidzi czy kocha Tahira, na pewno jednak przy nim czuł, że żyje, bo aż drżał.

O obietnicy względem pary pamiętano. Joanna i Nadim dostali osobistą eskortę, która niosła ich na swoich barkach i dbała o ich komfort. Nikt nawet nie podejrzewał, że arab odpowiada za śmierć Ottshelma i tylko czujność Otto sprawiła, że Anshelm nie palnął czegoś niestosownego, choć władały nim silne, mimowolne odruchy. Jedno zdanie mogło skazać na śmierć zięcia Kamphausena, jak i ściągnąć na araba ogrom zaufania i serdeczności ze strony Szarej Eminencji.

Tym czym był Nadim dla Ottshelma, Ottshelm był dla Ottona. Ten kochał swojego „pana”, zlepek dwóch najważniejszych istot w jego życiu. I pamiętał o obiecanym stanowisku, z miejsca niemal angażując się w wybory i zmyślnie snując kolejne hasła. Uświadomił sobie, że IV Rzesza wie o nieudanej Rewolucji w Bibliotece Losu i przekuwał ją w sukces. Za porażkę obwiniał żydostwo oraz snuł imperialistyczną wizję wspaniałej, dostatniej krainy, promując przy okazji samego siebie. Oznajmił, że pod nieobecność Ottshelma będzie prowadził kampanię wyborczą i czeka na ostatnie instrukcje jej dotyczące.
- Tato, uważaj na siebie. - Nadim wykorzystał skupienie tłumu na Ottonie i wziął teścia na stronę. Przemawiał do jego prawej strony, lewą uważając za gorszą i odpowiadającą Anshelmowi. Lewa ręka była do podmywania się, dlatego musiała przejść pod kontrolę Anshelma, który teraz miał dbać o szacowne cztery litery chemika. Gdy ciemnoskóry przemówił do nazisty, patrzył tylko w lewe oko i klepał wyłącznie lewy policzek. - Jedno słowo za dużo i powołałeś w Bibliotece Losu do życia manifestację obietnicy. Uważaj na siebie. I rób co możesz, aby rozpłatający cię gigant nie zranił mojego teścia.

Zauważono jego śmiałe zachowanie, uwaga dworu przeszła z Ottona na ciemnoskórego, który natychmiast wziął sprawy w swoje ręce. Wskazał palcem na matkę swojego byt-dziecka oraz Goebbelsa, którym chciał zapewnić dostatek i byt na czas swojej nieobecności.
- Dzieci powołane w sposób podobny waszemu władcy są szczególne. Obdarzajcie ich matki opieką i wsparciem, a opatrzność wynagrodzi wam podwukroć, insha allah!
- Insha Allah! - odpowiedziano mu bezmyślnie.

Ciemnoskóry i lama nie potrzebowali poświęcenia Lei, aby być gotowym ponieść konsekwencje swoich działań i uznać potomstwo, które miało urodzić się w Kostce, za swoje i pełnoprawne. W prywatnym rozmowie z matkami-westalkami obiecali im czułość i wszystko co najlepsze, choć tylko Lama okazywała bytowi odrobinę miłosnych uczuć, zapowiadając, że po żałobie związanej z utratą Lei mogłaby nawet związać się z westalką i matką jego dziecka.

Po tym jak Kamehameha rozpłakał się na pożegnanie w ramionach przybranego brata, ruszyli do wyjścia z pokoju, przemierzając mokradła i zniszczone naturalną katastrofą domostwa. Zmagali się z ciepłem, silnym wiatrem, wilgocią, a także gruntem podmokłym czy piaskiem, które utrudniały bieg. Widzieli pierwsze świadectwa agitacji wyborczej i demokratycznej gorączki oraz wywoływali niemałe zamieszanie, szczególnie gdy rozpoczęli swego rodzaju maraton w ekstremalnych warunkach, którego dystans wydłużał się i skracał w zależności od odniesionych ran i kondycji psychicznej. Ottshelm najlepiej znał ten stan, więc miał już cenne doświadczenie, nie pomogło to jednak uchronić drużyny przed desynchronizacją ich ruchów, przez co ludzie zdawali się być rozsiani wszędzie i nigdzie, dostrzegani jako cała grupa i jako pojedyncze jednostki w zupełnie różnych miejscach. Najgorzej miał się osłabiony wykorzystaniem nurtów (M)Elias przejęty w końcu przez Goebbelsa z rąk Beaty.

Pokój Więzienny

Najpierw był zachwyt nad planem Mathiasa. Wypalenie roślin uratowało ich. Widzieli, że demoniczne paprocie odrodziłyby się, co sygnalizowały zielone ogniki manifestujące w powietrzu, nie były jednak wstanie tknięte ogniem samego Guru. (M)Elias bezmyślnie przesiąkł skierowanymi do niego spojrzeniami i wymachiwał słabo młotem, zaś Mathias był równie zaangażowany w rozwój wydarzeń jak wyjątkowo apatyczny hologram pogrążonej w depresji, samoświadomej paproci i tylko neutralizował cyklicznie klątwę obrazu.

Sobowtóry za kratami, wyraźnie mniej liczne po sukcesie doppelgangera Psa i Lei, wydawały się być wyraźnie zaintrygowane stanem drużyny. Zaczepiały Schiasta trzymającego się blisko Waltera, niekiedy śmiejąc się, że ten nie ma szans, skoro Waltera nie osłabiła nawet śmierć własnej córki. Oko Króla Sobowtórów skupiło się zaś na studencie oraz Guru, który również wymienił z nim spojrzenia... oraz kilka słów w purgatoryjskim.

A potem nagle Herman!

Wpadł na nich, sunąc niczym pocisk. Początkowo nawet nie zdał sobie sprawy, że zderzył z Goebbelsem i był bliski wstrząsu mózgu. Przerażenie jakie go ogarnęło zabrało mu rozum. Trząsł się, bełkotał i ledwo składał zdania. Dopiero po chwili przywrócono go do stanu, który pozwolił im na wymianę informacji z muzykę. Ten dowiedział się – mniej, więcej – co spotkało jego kompanów. W szczególności skupił się na zmarłych, w tym Lei, której skuteczne samobójstwo wstrząsnęło nim dogłębnie. Nie wiedzieli czy zainspirowało go czy odstraszyło od jego czynu. On zaś poinformował jak zakończyła się krótka sielanka w Wątrobym Domku.

Inkwizytor w skupieniu wysłuchał o bolesnej, nagłej agonii otrutego Jajogłowego, który w ostatnich chwilach dokonał duchowej przemiany i zmarł w ramionach lisoelfki. Gdyby na tym jej żałoba zakończyła się, byłoby dobrze, bo potem stało się najgorsze. Wpadła w szał i zaczęła kompulsywnie walić w pokryte barierą drzwi, aż straciła całe ramię. Herman opowiadał o jej amoku z taką sugestywnością i takim zapałem, że czuli się jakby byli z nim w zamkniętej przestrzeni z kobietą tracącą zmysły i odczuwali ten sam strach co on. Muzyk zwrócił się do Otto i przestrzegł go, że zostanie teraz rozliczony z jego obietnicy. Nikt nie miał zginąć, a zginęło wielu, w tym jeden w wątrobowym sanktuarium, gdzie nikogo nie mogła spotkać krzywda.
- Zobaczysz na własne oczy miejsce, w którym pierwszy raz nawiązała z tobą kontakt moja siostra. - rzucił do mechanika Garland. Dotąd raczej racjonalizacja "z bratem wszystko dobrze, przetrwa i dożyje stania się wspaniałym facetem, który mnie ochroni" posługiwała się wyłącznie lakonicznymi, wyrwanymi z tego okresu historii kinematografii puentami z filmów kina akcji. Tego z mięśniakami i posługującym się silnym niemieckim akcentem Arnoldem. - Jak się z tym czujesz? Co zrobimy z potworzycą?
- Hmh. - spojrzał na Joannę w ramionach Nadima. - If it bleeds we can kill it!

Chwila ciszy. Znaleźli się przed drzwiami prowadzącymi do wątrobowego domostwa. Słyszeli szloch przeplatany ze zwierzęcymi wrzaskami, od którego trząsł się nie tylko domek lisoelfki, ale i połowa nazistowskiego bunkra. Od pogrążonej w żałobie i destrukcyjnym szaleństwie istoty dzieliło ich tylko dotknięcie klamki. W pośpiechu zrodziła się swego rodzaju presja na Otto, aby ten przejął inicjatywę, jakby był odpowiedzialny za cokolwiek. Goebbels zastanawiał się czy nie powinien zawrócić, aby związać się z sobowtórami kontraktem, tak jak zresztą w drodze powrotnej go teraz prosiły, podobnie zainspirowany jego pomysłem Herman. Każde wsparcie było cenne.
- A tak poza tym... - zawahał się na moment Herman. - Nigdy nie byłem najmądrzejszy, ale czuję, że coś zmieniliście. Coś się stało w pokojach. Który z was powołał do życia „Walheimów” i ukształtował moje... „fantazje”? Chcę z nim zamienić KILKA SŁÓW.

Limit Czasowy

5:45