Matelles i Aspera

1 2 3 4 5 6 7 8
Poprzednia Jesteś na stronie 3. Następna

Była noc. Rozległe, płaskie wrzosowisko spało pod roziskrzoną kopułą gwieździstego nieba. Otaczające je ze wszystkich stron góry wyglądały niczym dekoracje wycięte z najgłębszej czerni i przyklejone niedbale do horyzontu. Gdyby zjawił się tam człowiek, powiedziałby po prostu: "Jest ciemno". Jednak nie było tam ludzi. Dla trojga jeźdźców, którzy właśnie zatrzymali swoje wierzchowce obok samotnej karłowatej sosny, nie rzucający cienia blask gwiazd był światłem, które przedkładali nad lśnienie księżyca, czy żar słońca. Przybysze byli Quendimi.

Zsiedli z koni i nie odzywając się do siebie ani słowem zaczęli rozbijać obóz. Obóz - to może zbyt wielkie słowo. W kilka chwil obok drzewka stanął duży, okrągły namiot. Przed nim w ziemię wbity został rząd siedmiu palików. Do trzech z nich uwiązane były deresze elfów, cztery pozostałe były wolne. Jeszcze tylko składany stół z płóciennym blatem i pięć pasujących do niego siedzisk wniesione do wnętrza przenośnego pawilonu, szklana kula napełniona świetlistym płynem zawieszona u więźby dachu namiotu - praca skończona. Jeden z przybyłych wszedł do wnętrza, pozostała dwójka zajęła się końmi. Wkrótce do ich uszu doszedł odgłos uderzeń kopyt o miękką darń. Nadjeżdżali kolejni elfowie. Przybywali z czterech stron świata.

* * *

Książę Kurubor był wysokim, postawnym elfem. Miał ciemnokasztanowe włosy sięgające ramion, krótką, wąską bródkę zakończoną zawadiackim kędziorem i zakręcone do góry wąsy. Ubrany był od góry do dołu w zieleń. On jeden spośród całej piątki zgromadzonej w namiocie był pośród pierwszych trzech jeźdźców. Wyraźnie poczuwał się do roli gospodarza spotkania.

- Pani, panowie - zagaił - niech mi wolno będzie powitać was na tej naradzie. - Zebrani skinęli mu głowami, jakby lekko spięci. - Uczestniczymy w historycznym wydarzeniu. Oto po raz pierwszy od czasu podziału plemienia elfów na oddzielne szczepy, przywódcy wszystkich głównych odłamów naszej rasy spotykają się przy jednym stole. Czy trzeba było aż tej ponaddwustuletniej wojny, by mogło do tego dojść? - zawiesił głos po czym odpowiedział sam sobie - Widocznie tak... Tak... A my jesteśmy tu po to, by położyć kres tej wojnie. Każdy z nas zgromadził taką armię, na jaką mógł sobie pozwolić. Pora je połączyć. Nie wierzę, by istniała na świecie siła zdolna zatrzymać hufce zjednoczonych Quendich. Tym bardziej, że nikt nie wie, że wystąpimy wspólnie... Nadszedł czas na ostateczny przegląd naszych wojsk. Wasza wysokość zechce rozpocząć - zwrócił się do elfa po swojej prawej rece.

Ilwe pochodził z rodu elfów światła i - jako ich przywódca - miał prawo do tytułu króla wszystkich elfów. Była to jednak od tysiącleci pusta godność. Choć jego, podobnie jak i jego poprzedników, wodzowie innych szczepów tytułowali "wasza wysokość", nie miał nad nimi żadnej realnej władzy. Miał długie jasnoblond włosy zaczesane do tyłu i związane w koński ogon, pociągłą twarz, i fiołkowe oczy. Na jego czole lśniła cienka złota przepaska.

- Wiodę ze sobą całą siłę mojego plemienia - rzekł mocnym, niezwykle melodyjnym głosem - lekką kawalerię, łuczników, procarzy. A także całkiem sporo magów i medyków. Towarzyszą mi także elfowie Vori. Chyba ostatni z tego ginącego odłamu Quendich, doskonali strzelcy i zwiadowcy. Jest też wśród nich kilku naprawdę genialnych strategów. Mogą stanowić trzon naszego sztabu... Pani?...

Indiriel była przywódczynią elfów morskich. Jej długie falujące loki były białe. Nie blond, nie szare, nie srebrne. Idealnie białe. Przy jej ciemnej, oliwkowej cerze wyglądały jakby rozświetlała je wewnętrzna jasność. A może naprawdę tak było? Odetchnęła głęboko i podjęła wątek:

- Nie będzie dla was zaskoczeniem, gdy powiem, że my, morskie elfy, najlepiej na wodzie się czujemy. Jednak tym razem wiem, że suchy ląd jest nam przeznaczony. Moi cieśle nie tylko wszakże statki budować umieją. Jeśli potrzeba zajdzie, machiny bojowe sporządzą z łatwością. Liczniejsi my też niźli inne szczepy elfów, a choć w walce niewprawieni, przecie samą liczebnością naszej piechoty szalę zwycięstwa przechylić możemy.

Siedzący dalej na prawo kniaź ciemnych elfów, Gordil, był niemal całkowitym przeciwieństwem Indirieli. Przy jej pełnych, krągłych kształtach jego sylwetka sprawiała wrażenie jeszcze bardziej chudej i kanciastej, niż była w istocie. Oblicze Gordila było niezwykle blade, oczy wąskie i skośne, włosy tak czarne, że miały niemal granatowy połysk.

- Mam więcej wojska, niż się spodziewałem - powiedział, gdy przyszła jego kolej - nawet dużo więcej. Udało mi się... hmmm... skłonić... dwu pozostałych wodzów elfów mroku do oddania mi naczelnego dowództwa nad ich legionami.

Ilwe wzdrygnął się lekko. Owo "skłonienie" z pewnością wiązało się ze sprawami, o których wolał nie wiedzieć... O których żaden elf nie powinien wiedzieć. Gordil tymczasem kontynuował:

- Główną siłą uderzeniową mojej armii jest ciężka konnica. Mam też niezgorszych szpiegów i czarowników. Potrafią... hmmm... sporo. Tak. Znają tajniki magii niedostępne dla innych elfów. Umieją wykorzystać zakazane uroki i wiedzą, jak się przed nimi bronić. To prawdziwi mistrzowie czarnoksięskiego fachu. Nie musicie ich lubić. Ani oni was. To wszystko.

Ostatnią siedzącą przy stole osobą był Kaiafa, książę elfów bagiennych. Z całej piątki najmniej wyglądał na Quendiego. Gdyby nie pionowe źrenice jego głęboko osadzonych stalowoszarych oczu, można by było z łatwością wziąć go za człowieka. A jednak ten otyły jegomość, o zadartym nosie i krzaczastych brwiach, łysawy, szpakowaty i niestarannie ogolony był czystej krwi elfem. Podobno nawet najstarszym z całej piątki, choć nigdy do swego wieku się nie przyznawał.

- Moje oddziały są najmniej liczne. Mój lud niewielki... Lecz bitny. Przejdziemy przez każdy teren i innym umożliwimy przeprawę. Widzimy we mgle. Walczymy włóczniami: jeśli trzeba konno, jeśli trzeba pieszo. Łuki też nie są nam obce. Czy trzeba czegoś więcej?

Wreszcie zabrał głos i Kurubor:

- Prowadzę moje oddziały, czyli elfy leśne, a także elfy z Av-lee, oraz górskie. Głównie są to łucznicy, choć i innych rodzajów wojska mam trochę pod swoją komendą... - rozejrzał się po twarzach zebranych - No cóż, zgodzicie się ze mną, że dysponujemy razem nie dość że największą, to jednocześnie najbardziej wszechstronną armią na świecie. Wystarczająco potężną, by w końcu wygrać tę wojnę. Jeśli jeszcze uda się utrzymać czynnik zaskoczenia...

- Właśnie - rzucił Gordil - zaskoczenie. Gdy kontaktowaliśmy się za pośrednictwem kryształów, przysięgliśmy zachować wszystko w tajemnicy. Nawet przed własnymi sztabami.

- Tak - odezwał się Ilwe - moi dowódcy wiedzą tylko, że ich marsz tutaj to część jakiejś większej operacji. Do głowy im nie przychodzi, że zawarliśmy aż tak ścisły sojusz. Trzeba będzie ich uprzedzić. Jak nagle zobaczą cztery inne armie...

- Słusznie, ale nie wcześniej niż to będzie absolutnie konieczne - dodał Kaiafa.

- Mądrze mówicie - ciągnął Gordil jadowicie słodkim tonem - ale nasz plan ma dwie luki. Po pierwsze nie tylko my jesteśmy wtajemniczeni. Wchodząc tu zauważyłem jeszcze dwie osoby... Nosiły kaptury więc nie mogłem się im przyjrzeć, ale na pewno nie były ani ślepe ani głuche. Kim są?! Kto ich tu sprowadził i w jakim celu?... I druga sprawa. Boję się niesnasek w tak wielkiej i tak... różnorodnej armii. Niezbyt sobie wyobrażam zgodę pomiędzy moim ludem, a poddanymi Ilwego, czy przyjaźń między wojakami Indiriel i Kaiafy. My, dowódcy, możemy dwoić się i troić, ale w takich warunkach łatwo o niesubordynację, a nawet... zdradę.

- Oba problemy poruszone tu przez Gordila znoszą się wzajemnie - uśmiechnął się Kurubor - a w jaki sposób, do tego zaraz dojdziemy. Tymczasem mam dla was jeszcze jedną ważną wiadomość. Spójrzcie!

Kurubor rozwinął na stole dużą mapę, którą dotąd trzymał zwiniętą na kolanach. Przygładził lekko dłonią odstający róg, po czym zaczął objaśnienia.

- Tutaj są moje wojska... Tu Kaiafy... Tu Indiriel, tu Gordila... I wreszcie tu Ilwego. Spójrzcie na te szerokie doliny... Tędy pójdziemy. Potem tą siecią wąwozów. Aż dojdziemy wszyscy - puknął palcem w mapę - tu! Do tej rozległej kotliny górskiej. Czas jest zgrany idealnie. Dotrzemy tam równocześnie. Ale jest coś, co mnie martwi. Tu - przesunął palec o kilka cali w lewo - w tej bocznej kotlince jest niewielka wioska, o której istnieniu nie mieliśmy dotąd pojęcia. Sam dowiedziałem się tego zaledwie kilka dni temu. Jeden z moich zwiadowców, Matelles, pewnie słyszeliście o nim, zbadał miejsce naszego przyszłego spotkania. I odnalazł tę osadę w jego bezpośrednim sąsiedztwie.

- Matelles? - odezwał się Gordil - słyszałem, a jakże. Toż to chodząca sława! Jeśli choć połowa opowieści o nim jest prawdą, to... A, właśnie! Czy Matelles zwiadowca i Matelles niewiadomego rodu to ta sama osoba?

- Tak - w głosie Indiriel słychać było rozmarzenie - miałam okazję raz go ujrzeć. Nadzwyczaj miły z niego elf. I tajemniczy wielce.

- Dla mnie najbardziej tajemnicze jest jego pochodzenie... - Ilwe zagryzł wargi po czym dodał z rozdrażnieniem - mogę sobie być tytularnym królikiem, ale skoro nim już jestem, to chciałbym wiedzieć, jakie elfy żyją na świecie i składają się na ten mój tytuł! A taki Matelles psuje mi rachubę...

- Nie jesteśmy tu po to, by dyskutować o rodowodach, wasza wysokość! - przerwał mu ostro Kaiafa - Ani o jakimś zwiadowcy. Wróćmy do tematu. Czy ta osada naprawdę stanowi jakikolwiek problem? Lepiej, by wyginęli mieszkańcy jednej wioski, niż gdyby nasz plan miał się nie powieść. Mamy siły stukrotnie przewyższające te, które są potrzebne, by żywa noga stamtąd nie uszła. Nie możemy ryzykować, że jakakolwiek wiadomość o koncentracji naszych sił wpadnie w ręce wroga.

- A kto w owej wiosce mieszka? - zaciekawiła się Indiriel.

Kurubor milczał.

- No?... - ponaglił go Kaiafa.

- Orki... - odrzekł w końcu.

- Orki? Jeszcze jeden powód, by zrównać to miejsce z ziemią! - zawołał porywczo Ilwe.

- Więc postanowione? - zapytał Kaiafa.

- Więc postanowione. - odpowiedział jak echo Gordil.

Zapadła cisza. Po chwili z powrotem zabrał głos Kurubor.

- Pora, bym rozwiał twoje wątpliwości, Gordilu. Dwoje elfów, przybyłych tu wraz ze mną, pomoże nam zapobiec niepokojom w naszej armii. A także zapewnić nam pełna lojalność wszystkich grup i frakcji. Pozwólcie...

Kurubor wstał i zapraszającym gestem odchylił płótno namiotu. Do wnętrza weszła niewysoka kobieta okryta płaszczem. Szeroki kaptur skrywał jej twarz, lecz nie mógł ukryć pałających błękitnych oczu.

- Półkrwi! - syknął Kaiafa w ucho Gordila - i to jeszcze...

- Uspokój się! - odszepnął Gordil - Nie na takie sojusze przyjdzie ci patrzeć w najbliższych tygodniach...

W namiocie pojawiła się kolejna postać: niezwykle wysoki elf, również ubrany w płaszcz. Jego kaptur był jednak odrzucony. Wiekowa twarz przybysza miała w sobie rys jakiejś przedwiecznej szlachetności, siwe wąsy i broda były równo przycięte, włosy gładko zaczesane na boki. W oczach tlił się blask prastarej mądrości. Odruchowo, bezwiednie, cała czwórka zebranych przy stoliku książąt wstała na jego widok, tak nadnaturalny majestat bił od tej postaci. Stary elf uśmiechnął się lekko.

- Jestem Galadon - powiedział cichym, lecz wyraźnym głosem - Galadon z równin, jeden z ostatnich, jeśli nie ostatni, Quendi trzeciego pokolenia. Tak... W niepamiętnych latach mojej młodości widziałem Tych, Którzy Nie Mieli Ojców, Przebudzonych. Chodziłem miedzy nimi i chłonąłem ich zachwycenie tym światem, który był jeszcze bardzo młody w tamtych dniach... Oni byli przodkami was wszystkich. Protoplastami każdego żołnierza w waszej armii. W nich jest wasza jedność. I tę wam przynoszę. Posłuchajcie!

Galadon wydobył z fałd płaszcza coś, co wyglądało jak poskręcany stary korzeń. Czyżby magiczna różdżka? Nie! Ten kawałek drzewa był wydrążony... To był instrument muzyczny! Rodzaj fletu o niespotykanej od mileniów budowie. Starzec przyłożył go do ust i oto w namiocie rozległa się skoczna, wesoła melodia. Była w niej zawarta cała radość istnienia właściwa plemieniu elfów, radość tych, którzy przed wiekami przebudzili się nad jasną wodą pod usianym gwiazdami niebem.

Towarzysząca Galadonowi kobieta także wyciągnęła instrument - lirę. Lirę wykonaną z gładkiego, wypolerowanego do lustrzanego połysku srebra. Gdy uderzyła w jej struny, dobyła z nich dźwięki ciche, lecz niosące się daleko, jakby głosy odległych dzwonów w ciepły letni wieczór. A potem zaśpiewała. Jej głos wznosił się i opadał, gdy powoływała na nowo do życia pradawną pieśń. Słowa w staroelfickim języku zestrojone w całość z melodią i rytmem niosły w sobie potęgę zdolną niemalże poruszyć świat w posadach. Oto uszom zebranych objawiła się najczystsza elficka magia: magia Pieśni Mocy.

Choć żadne tłumaczenie nie jest zdolne oddać nieodpartego uroku tej pieśni, może jednak ukazać zarys treści przez nią niesionej. A była ona taka:

Gdy zeszli ze wzgórz
Gdy nadeszli z pól, lasów
I znad rzek
Deszcz siekł ich i wiatr
Palił upał, ciął szron
I mroził śnieg.
Szli, by zagrał im.
Sny ich mknęły z nim.

Tej melodii dźwięk
Nas dziś wiedzie w dal,
Nuty te wezwały nas.
Idziemy śladem grajka
I tańczymy w świetle gwiazd w ten rytm,
I tańczymy w świetle gwiazd.

Gdzie północ, gdzie wschód,
Gdzie południe i zachód
Szlak ich mknie.
Pragnęli spotkać go,
Jak pokutnik kapłana
Spotkać chce.
On zaś zagrał im.
Sny ich mknęły z nim.

Tej melodii dźwięk
Nas dziś wiedzie w dal,
Nuty te wezwały nas.
Idziemy śladem grajka
I tańczymy w świetle gwiazd w ten rytm,
I tańczymy w świetle gwiazd. *)

Gdy dźwięki pieśni umilkły, cisza, jaka zaległa, stała się tak rzeczywista, że niemal dawała się dotknąć. Dwójka muzyków opuściła namiot. Dopiero po kilku długich chwilach przemówił Kurubor:

- Czy macie jeszcze jakieś obawy o karność, morale lub subordynację naszych wojsk?...

- Nie - odparł Gordil - nie mamy... Nie mamy.

- Jeszcze jedno pytanie - Ilwemu najwyraźniej coś nagle przyszło na myśl - czy ktokolwiek, kogo nie będzie wraz z nami, gdy się już połączymy, wie coś o naszych planach?

- Matelles wie - przyznał niechętnie Kurubor - musiał wiedzieć, jakim celom miał służyć teren, w który go skierowałem. Z kolei szkoda byłoby marnować jego talentów zwiadowczych trzymając go pośród gigantycznej armii. Wysłałem go przodem, ma zbadać sytuację na wrzosowiskach południa... Nie obawiajcie się. Jego lojalności jestem pewien jak swojej własnej.

- Nigdy nie można być dość pewnym - pokręcił głową Kaiafa - a w takiej sytuacji, lepiej, by zginął jeden elf, niż gdyby...

- Zamilcz! Swoje życie ci daję w zastaw za niego! A teraz proszę... Przeglądnijmy nasze plany raz jeszcze. Nawet małe niedomówienie może nas zgubić.

Cała piątka pochyliła się nad mapą. Kaiafa z trudem zmuszał się do skupienia uwagi.

* * *

Aspera pochyliła się nad młodszym bratem. Od paru dni był niezdrów, miał gorączkę. Choć rodzice i dziadek zapewniali ją, że chłopak wyjdzie z tego za tydzień lub dwa, nie mogła się pozbyć nieokreślonego niepokoju... Ziarno kadzidła wtopione w wosk świecy zasyczało spalając się w wonny dym. Pora na następną porcję lekarstwa.

Miejsce na nocleg było zupełnie bezpieczne. Matelles rozdzielił warty i spokojnie ułożył się do snu. O czym śnił tamtej nocy? Choć potem wielokrotnie usiłował to sobie przypomnieć - nie mógł, nie był w stanie. Może o tajemniczej postaci we mgle? Może o zagubionej w górskiej kotlinie wiosce? A może o toczących się po bruku kamieniach?

Ani Matelles, ani Aspera nie przeczuwali, że w tej właśnie chwili wyrok został wydany. Zwoje spirali zdarzeń stawały się coraz ciaśniejsze i obracały się coraz szybciej i szybciej...

==

*) Tłumaczenie z angielskiego. Autor oryginału: Bjorn Ulvaeus.


Poprzednia Jesteś na stronie 3. Następna
1 2 3 4 5 6 7 8