Abara

1 2 3 4 5
Poprzednia Jesteś na stronie 3. Następna

POCAŁUNEK WĘŻA

Abara...

W dzielnicy portowej pachnącej smołą, śniętymi rybami i przyprawami, w odludnym jej zakątku była mała uliczka. Stał tam nieciekawy budynek z szarego kamienia. Znajdował się tam jednak najlepszy klub nocny i burdel w całym mieście. Drinki były porządnie chrzczone, jedzenie, jeśli to coś można tak nazwać, paskudne, a dziewczyny nie grzeszyły jakąkolwiek czystością. Wystrój, a raczej jego brak, był widoczny na pierwszy rzut oka. W pomieszczeniu mieściło się kilkanaście stolików z krzesłami, szynkwas, schody do piwniczki (do pokoi dziewcząt) i rozlatująca się scena.

Był to jednak najlepszy klub. Tę sławę i popularność zawdzięczał tylko jednej osobie. Była nią tancerka o imieniu Resza. Czarnowłosa piękność o śniadej, lekko złotawej cerze, regularnych rysach i wielkich, bursztynowych oczach. Nikt nie wiedział kim była i skąd pochodzi. Wiedziano tylko tyle, że jej tajemniczy uśmiech, przelotne, lecz znaczące spojrzenia i gibkie ciało sprawiają, że nikt kto ją choć raz zobaczył nie może już zapomnieć.

Tańczyła jeden lub dwa tańce późno w nocy. Wszyscy czekali na jej występ z nadzieją w oczach i pożądaniem w sercach. Tak było i tym razem. W tym zaciemnionym i małym pomieszczeniu było zgromadzonych tylu ludzi, że ścisk był prawie nie do wytrzymania. Przez te tłumy pijanych i na wpół żywych marynarzy przeciskała się mała grupka mężczyzn. Jednym z nich był kupiec imieniem Zerjasz. Miał około czterdziestki, był dość przystojny i bardzo bogaty. Zjawił się tu za namową jednego ze swoich przyjaciół po fachu, który bardzo lubił ten bar.

Zerjasz nie cierpiał tego typu miejsc, gdyż napawały go obrzydzeniem. Wszystko w nich było brudne, śmierdzące i wręcz odstraszało swoją szkaradnością. Jednak tym razem zstąpił do tej krainy rozpusty i taniego grzechu, pełen wzgardy, i zdumienia dla samego siebie, że coś takiego robi. Był on bowiem jednym z najbogatszych, najbardziej wpływowych ludzi jacy kiedykolwiek stąpali, a raczej byli noszeni w lektykach, po malowniczych ulicach i deptakach Abary. Nigdy nie zaznał czegoś takiego jak niedosyt, zawsze wszystko miał czego zapragnął. Jego rodzina już od wieków zajmowała się handlem zbożem ze wszystkimi wielkimi miastami świata. Zdobyli na tym fortunę która z każdym pokoleniem podwajała swoją objętość.

Ten król wśród kupców, był wychowywany w otoczeniu piękna i przepychu. Nie przywykł więc oglądać życia biedoty i pospólstwa. Zawsze był od niego oddzielony zasłonką powozu, witrażem w oknie lub przesłaniały mu widok twarze pięknych kobiet.

Jednak dziś opuścił raj swego życia by wpaść w piekielne odmęty plątaniny źle wybrukowanych, ciasnych, portowych uliczek. Zrobił to, by jego przyjaciel i najbogatszy wspólnik, Joram dał mu wreszcie spokój. Od miesięcy za nim chodził i opowiadał niestworzone rzeczy na temat jakiejś tam tancerki. Za każdym razem gdy się spotykali namawiał go, by poszedł z nim do tej nory. W końcu się ugiął pod jego namowami i teraz tego żałował. Chciał się stąd wydostać, by nigdy już nie wrócić, a wszelkie wspomnienia z bytności tu wymazać ze swojej pamięci.

Lecz Joram trzymał go mocno za rękę i przeciskał się do zamówionego stolika przy samej scenie. Pozostali trzej towarzysze podążyli za nimi. Byli to również kupcy i handlarze najróżniejszymi towarami. Wszyscy wielcy i bogaci. Był wśród nich przebiegły Azjasz, sprowadzający niespotykane i niedostępne dla innych przyprawy, milczący Terin władający rynkiem jedwabi, aksamitów i wszelkich szlachetnych tkanin, oraz rozpustny Girjam, handlarz niewolników. Wszyscy oni siedli razem i czekali aż do nich podejdzie stara, szpetna kobieta usługująca przy stołach. Z wielkim śmiechem i podnieceniem grupka mężczyzn zamówiła piwo i zapłaciła za parę kolejek z góry. Zerjasz niczego nie chciał pić w tej obskurnej spelunce. Patrzył tylko jak jego kompani popijają podejrzanie wyglądającą ciecz i modlił się do wszystkich znanych mu bóstw, by to wszystko się wreszcie skończyło.

Szybko przy ich stoliku nawiązała się rozmowa. Każdy niecierpliwie czekał na występ jedynej i niepowtarzalnej tancerki. Zbliżała się powoli północ. Opary dymu gęstniały w dusznym i śmierdzącym powietrzu. Coraz częściej było słychać pijackie śmiechy. Wynikło już kilka kłótni i bójek, szybko jednak tłumionych przez samych klientów bojących się o to, czy występ w ogóle dojdzie do skutku. Czas mijał minuta po minucie, upływając jakby z każdą chwilą wolniej. Zerjasz patrzył i słuchał, tylko czasem wtrącając się do rozmowy.

-Uwierz mi Zerjaszu to najpiękniejsza kobieta jaką było mi dane zobaczyć w życiu.- mówił właśnie Joram - Nie znajdziesz takiej drugiej nigdzie. To naprawdę cud, a nie żywa istota.

-Tak, ta dupeczka, te jędrne cycusie. Ach... palce lizać.- śmiech Girjama rozległ się po całym pomieszczeniu.

-Nie bądź wulgarny! To przecież dama.

-Ależ Joramie nasz przyjaciel ma racje. Ona jest posiadaczką najlepszych piersi w tym mieście, a co za tym idzie na świecie.- wyszczerzył zęby w uśmiechu Azjasz - Mimo to przyznaje, że jest w niej coś z damy. Niewiele, ale jednak.

-Niewiele?! Przecież to kwintesencja wdzięku, harmonii, delikatności...

-...i ciała godnego Lineus, bogini płodności.- wszyscy zaśmiali się na ten przytyk. Nawet cichy do tej pory Terin śmiał się na całe gardło.

-Ale gdy tańczy, wtedy nic i nikt nie zwraca na to uwagi. Najważniejszy jest jej ruch pełen gracji, a nie proporcje jej ciała.

-Tak. Ona ruszać się potrafi. A jeśli ma na sobie jeszcze jakieś zwiewne szmatki to już raj. Bo to ciało, szczególnie w tańcu, nie lubi być zbyt dobrze ukryte. Mam rację Azjaszu?

-Na Hemerjana, mówisz świętą prawdę. Gdy ją widzę to od razu mi staje.- znowu salwa śmiechu.

Zerjasz stwierdził, że muszą już być porządnie pijani skoro zaśmiewają się z takich niewybrednych żartów. Jednak ta rozmowa, choć nie sięgająca nawet do pięt temu co on nazywa uprzejmą konwersacją, zaciekawiła go wreszcie. Zdawało się, że wszyscy naokoło, że cały świat rozprawia tylko o niej. Docierały do niego strzępy opinii i jakby przypadkowo rzucane komentarze od niechcenia. Była opisywana, opiewana wręcz przez wszystkich tu obecnych. Wulgaryzmy i język motłochu rozbrzmiewał w pomieszczeniu, ale dało się też słyszeć czasem bardziej wykwintne i subtelne porównania oraz aluzje, wskazujące na to, że znajduje się tu też trochę szlachty oraz być może uczonych i artystów.

Noc już od dawna panowała na świecie, czas występu się zbliżał, choć zdawało się, że wieki minęły odkąd tu weszli. Zerjasz, choć milczał do tej pory, co nie należało w jego zwyczaju, postanowił wreszcie przyłączyć się do rozmowy.

-Jak ona ma w ogóle na imię?

W około zrobiło się cicho, a wszyscy się patrzyli na niego jak na jakiegoś idiotę.

-To ty nie wiesz?!?- Joram był wstrząśnięty bez mała tym faktem - Przecież mówiłem ci o niej tysiące razy.

-Tak, ale nigdy nie podałeś jej imienia. To jak ma na imię to zjawisko kwintesencji wszystkich kobiecych cnót?

-Resza...- słowo wypowiedziane niemal z nabożną czcią, zostało pochwycone i skandowane przez wszystkich obecnych, tak, że odbijało się jakby echem od ścian i wracało do swego źródła by znów na nowo rozpocząć swoją wędrówkę wokół sali. Przyczyna tego zamieszania od razu stała się wiadoma. Na scenie pojawiła się samotna postać w szarym płaszczu z kapturem nasuniętym na głowę.

Zabrzmiała skądś muzyka piszczałek i bębnów o powolnym, egzotycznym rytmie. Z początku cicha nabierała mocy z każdym wybitym uderzeniem, z każdą chwilą melodia stawała się coraz bardziej zawiła. Działała na zmysły słuchacza, niepokoiła i podniecała.

Tajemnicza postać wyszła z cienia kurtyny na środek sceny, gdy zabrzmiały pierwsze takty. Następnie bardzo powoli zaczęła rozkładać ręce w ten sposób, jakby chciała kogoś pochwycić w ramiona. Odchyliła również głowę do tyłu co spowodowało, że szara materia zsunęła się swobodnie kobiecie po plecach. Jej głowa z kruczymi skrzydłami włosów zrobiła jeden obrót, złoto-brązowe ciało zaczęło kołysać się i drżeć w rytm wybijany przez bębny. Koralowe wargi były rozchylone, bursztyny oczu przymknięte. Brzęczały złote bransolety, naszyjniki i kolczyki. Spod przezroczystej złotawej tkaniny arabskich spodni i ciasnego, kusego stanika prześwitywały fragmenty nagiego ciała. Za mało, by można było dojrzeć wszystko, zbyt dużo by wyobraźnia miała opory przed uzupełnieniem reszty widoku.

Wreszcie natężenie muzyki osiągnęło szczyt i tancerka nagle rozpoczęła swój występ. Zaczęła od obrotu, by już po chwili dać się ponieść melodii. Skomplikowany układ, ze zdawałoby się swobodnymi gestami rąk i ułożeniem palców, przedstawiał jednak małą historie. Miało się wrażenie że ta piękna kobieta właśnie rozpacza po stracie kochanka i rozpamiętuje wspólnie spędzone noce. A wszystkie te doznania wypływały z jej tańca, tak jakby używała swego ciała jako nowego języka, niedostępnego dla innych. Rozpacz, ból i namiętność nierozerwalnie były połączone z każdym jej krokiem, każdym obrotem, każdym skinieniem głowy. Niespodziewanie, w którymś momencie padła na scenę i zaczęła się po niej czołgać jak kobieta wstrząsana falami łez. Wiła się rozdarta między mękami samotności a rozkoszą wspomnień.

Stopniowo wszystko zaczęło przycichać, zwalniać i uspokajać się. Gdy muzycy wreszcie przerwali swoją grę Resza leżała nieruchomo, jak pogrążona we śnie. Podniosła głowę i spojrzała z promiennym uśmiechem na ustach na otaczających ją mężczyzn. To było jak sygnał, który wywołał salwę oklasków i okrzyków zachwytu. Zgrabnie i energicznie podniosła się z podłogi, by natychmiast zniknąć za kurtyną. Wraz z jej odejściem pomruk niezadowolenia rozległ się po sali. Dziś tańczyła tylko raz.

Zerjasz był oniemiały z zachwytu. W życiu czegoś takiego nie widział. A zobaczył już wiele. Wiedział już, że będzie tu codziennie gościem. I tak też się stało. Przychodził i oglądał występ egzotycznej piękności każdego dnia. Z czasem wzbudzała ona w nim coraz większy zachwyt. Piątego dnia obdarzyła go podczas jednego z tańców przeciągłym spojrzeniem, a następnego uśmiechem który sprawił, że zadrżał na całym ciele.

Siódmej nocy Resza była ubrana w obcisłą suknie długą do kostek. Wyszyta była zielonymi i jasnofioletowymi cekinami, tak by te tworzyły fantastyczny wzór na jej ciele. Swoje piękne włosy zaczesała gładko do tyłu i spięła złotą spinką ze szmaragdami. Nie miała na sobie innych ozdób. Fioletowa kropka na czole stanowiła jej cały makijaż. Mimo to była piękna.

Zatańczyła tylko raz. Całą oprawę muzyczną stanowiły fakirskie flety i grzechotki, które brzęczały niespokojnie na granicy świadomości. A ona tańczyła, a raczej wiła się jak wąż. Była niczym zaklinana kobra, próbująca się wyzwolić z zaklęcia melodii. Kołysała się na boki i kiwała by móc ukąsić jej niewidzialnego pana podczas jego nieuwagi. Zdawało się, że wyczekuje odpowiedniej chwili, długiej chodź by na mgnienie oka. Zbliżała się niepostrzeżenie do krawędzi sceny z zamiarem wykonania swej zemsty na kimś z widzów. Lecz muzyka już cichła, każąc jej spocząć, zatrzymać się i skamienieć. Ostatnie nuty fletów przebrzmiały, pozostały tylko grzechotanie. Zrobiło się ciemno. Grzechot z każdą chwilą narasta, by w momencie swego apogeum kobieca postać naprężyła się gotowa do skoku i rzuciła się w ramiona jednego z mężczyzn.

Zerjasz poczuł na swoich wargach miękkie, słodkie usta Reszy całujące jego. Gdy minął już szok wywołany nagłym skokiem, świat zwolna zaczął wracać do normy. Tylko ona jeszcze siedziała na jego kolanach uśmiechając się i patrząc z pod na wpół przymkniętych powiek. Jej bursztynowe oczy rozwarły się nagle i patrzyły na niego z tym dziwnym, hipnotycznym blaskiem, który przeraża i podnieca.

-Czekaj na mnie przy tylnim wejściu za pół godziny. Znam takie miejsce, gdzie łatwiej nawiązuje się bliższe znajomości.- miała dziwny, trochę syczący akcent, ale jej głos wibrował i miał piękną barwę.

-Będę czekał.

Rzeczywiście, gdy przyszedł na tyły już tam była. Niesłychanie powabna i pełna wdzięku. Długa, zwiewna, czarna suknia była związana pod dekoltem tak, że widocznie go uwydatniała. Była całkowicie prosta. Na rękach, szyi, i w uszach miała perły. Włosy zaplecione w warkoczyki były przeplatane sznurami tych szlachetnych klejnotów. Usta w kolorze czerwonego wina uśmiechały się tajemniczo.

-Idziemy?

-Gdzie?

-Na ulicy Nadziei jest restauracja serwująca najlepsze przepiórki w całej Abarze.

-Brzmi znakomicie.

-To idziemy?- ten uśmiech...

-A więc chodźmy.

Restauracja nazywała się niezbyt imponująco, bo Szczypta Smaku. W jej wnętrzu, na samym środku pomieszczenia, znajdowało się okrągłe palenisko, wokoło którego były rozrzucone czerwone poduszki. Nie było krzeseł. Za stoły służyły bloki różowego kwarcu, które w blasku ognia mieniły się i błyszczały. Wszelkie ozdoby były wykonane z tego pięknego kamienia. Wszędzie były rozstawione tropikalne rośliny w donicach. W pomieszczeniu panował przyjemny półmrok, z którego wyłaniały się sylwetki paru postaci. Nadawało to poczucie intymności gościom restauracji.

Usiedli blisko paleniska. Mała i zgrabna kelnerka szybko podeszła do nich odebrać zamówienie. Jedzenie było znakomite, dobrze przyprawione i upieczone. Jedli powoli, nigdzie się nie śpiesząc i rozmawiając.

-Masz wielki talent. Dlaczego więc tańczysz w takiej norze?

-Z przyzwyczajenia.

-Przyzwyczajenia? Chyba żartujesz.

-Nie. Bo widzisz, ta knajpa stała się moim domem, a jej właściciel drugim ojcem. Nie potrafiłabym odejść.

-Jak to się stało, że tam trafiłaś.

-To długa historia...

-Mamy mnóstwo czasu.

-Pochodzę z małej wioski na południu.

-Jak się nazywa.

-To bardzo mała wioska...

-Może jednak ją znam.

-Polimini.

-Chyba miałaś racje. Pierwsze słyszę.

-A nie mówiłam.- zaśmiała się uroczo- To zaledwie parę chat krytych trawą. Nie prowadzi handlu z żadnym z większych ośrodków, bo nie potrzebuje dużego zaopatrzenia. Moja rodzina była bardzo liczna. Rodzice nie mogli jej utrzymać. Gdy skończyłam dziesięć lat miałam siedmioro rodzeństwa, a następne było już w drodze. Dlatego zostałam wysłana w świat. Miałam tam zarabiać sama na siebie.

-W wieku dziesięciu lat? Przecież to bestialstwo. Byłaś stanowczo za młoda na coś takiego.

-Nie prawda. Niedługo miałam skończyć jedenaście lat, w naszej wiosce dziewczyna staje się kobietą w wieku dwunastu, trzynastu. Moi rodzice byli zmuszeni trochę przyśpieszyć ten moment, ale to nikogo szczególnie nie dziwiło, czy niepokoiło.

-A co było dalej?

-Wędrowałam od miasta do miasta, chwytając się różnych prac, aż dotarłam do Abary, gdzie jak widać zostałam. Miałam w tedy dwanaście lat i Nacjo zatrudnił mnie u siebie. Początkowo byłam zwykłą kelnerką, lecz później odkrył mój talent i stałam się zawodową tancerką.

-I tak nie powinnaś tam pracować.

-Ale nikt inny nie zapewniłby mi tak dobrych warunków.

-Słucham?

-Dostaje za darmo wikt i opierunek...

-To powiedz mi w takim razie w jaki sposób nie dostałaś jeszcze skrętu kiszek?- znowu cichy śmiech.

-Jedzenie dla mnie jest sprowadzane z restauracji w mieście. Mogę zamawiać cokolwiek zechce, w zależności od zachcianki. Na dodatek tańczę tylko raz lub dwa dziennie, o takiej porze która mi najbardziej pasuje. Nikt mi nie narzuca programu, rodzaju muzyki, czy konkretnego stroju. To już pozostawia się mojemu wyborowi.

-Jednak możesz znaleźć dobrze płatną pracę, w lepszym lokalu, na podobnych warunkach. To by spowodowało, że byś miała lepszą publiczność i twoja sława jeszcze by wzrosła.

-Na brak sławy i zamożnej klienteli nie narzekam. Sam jesteś najlepszym przykładem. A jeśli chodzi o zarobki, nikt mi nie da więcej. Dostaje od Nacjo jedną czwartą dziennego utargu. To mi wystarcza nawet na bardzo kosztowne zachcianki i pozwala jeszcze trochę zaoszczędzić.

-Jedną czwartą?!? Czy mu się to opłaca?- jej śmiech brzmi jak srebrna kaskada wody.

-Oczywiście, że tak. Gdyby chciał, to za to co zarobił na mnie, mógłby już kupić wille w Szmaragdowej dzielnicy.

-To czemu tego nie robi?

-Sentymenty. On jest już stary. Przez połowę życia pływał na statkach i nie mógłby oddalić się od morza dalej niż na Wielki Bazar. A i tam niechętnie chodzi. Mówi, że gdy nie czuje soli w powietrzu to nie może oddychać.

Rozmawiali jeszcze długo. Następnie udali się do domu Zerjasza. Spędzili razem noc. Rano poszli na śniadanie, a później przechadzali się po mieście. Bogacz nie szczędził pieniędzy na zachcianki i kaprysy kobiety. Obsypywał ją podarkami. Kupował jej stroje, biżuterię, kosmetyki, drobiazgi do jej mieszkania. Zapraszał ją na wspólna posiłki do najlepszych restauracji. Chodzili do teatrów, oper, na wystawy znanych malarzy. W nocy przychodził oglądać jej występy.

Zerjasz żył jak we śnie. Zapomniał o pracy, o wspólnikach, o kontraktach. Żył chwilą jakby tylko to się liczyło. Nie pracował, tylko marzył i śnił na jawie. A ona była zawsze przy nim, piękna, ponętna, pełna gracji. Nie odstępowała go na krok. Byli ze sobą nierozerwalnie złączeni, zawsze razem.

Tak minął kolejny tydzień. Magiczny tydzień. Wrócili właśnie z kolejnego występu Reszy. Było już bardzo późno, służba w domu Zerjasza dawno spała. Wkradli się po cichu do jego pokoju. Jego sypialnia była duża i przestronna. Na samym środku, na podwyższeniu stało łóżko z baldachimem. Jedną ścianę stanowiły, w tej chwili szczelnie zasłonięte, okna sięgające sufitu. Stało tu mnóstwo szaf i komód. Był tu również mały bar, stolik, parę krzeseł i biblioteczka.

Dziewczyna, ubrana w ciemnozieloną, długą suknie za stójką, w rozpuszczonych włosach spadających kaskadą ciemnych loków na plecy, podeszła do baru i nalała im po kielichu wina. Wręczyła mu jeden. Przysiadła się obok niego na łóżku. Rozmawiali popijając co jakiś czas.

-Czas z tobą płynie jakby inaczej.

-Naprawdę?

-Oczywiście,- uśmiechnął się do niej - płynie stanowczo za szybko.

-Też tak uważam, ale to nie powinno cię martwić.

-Czemu?

-Bo gdyby nie ja, to traciłbyś czas na jakieś idiotyzmy, typu kolejne podwajanie majątku. A zemną jesteś przynajmniej szczęśliwy.

-Czuje się jak we śnie.

-To dobrze czy źle?

-Jeszcze nie wiem. Zależy czy dużo na tym stracę.

-Szczęście zawsze kosztuje. Pytanie brzmi ile chcesz ofiarować by je osiągnąć.

-Dla ciebie oddałbym życie.

-Wierze ci.

Uśmiechała się promiennie do niego. Nie rozumiał tego, ale trochę go w tej chwili przerażała. Uznał, że to złudzenie wywołane zmęczeniem. Popatrzył na dno swego kielicha. Zostało tam jeszcze trochę złotawego płynu. Wychylił zawartość srebrnej czary do dna. Skrzywił się.

-Nie uważasz, że wino smakuje trochę dziwnie?

-To znaczy?

-Jest trochę gorzkawe.

-Moje ma dobry smak. Może kielich był brudny.

-Może. Chce ci coś pokazać.

-Co takiego?

-To rodzinna pamiątka. Należała do mojej matki, a przed nią babki i tak dalej. Nie wiem właściwie od jak dawna jest w naszej rodzinie.

-Ale co to takiego?

-Mam to tu, w tym pokoju.

-Może później mi to pokażesz?- popatrzyła na niego znacząco. Zastanowił się przez krótką chwilę. W końcu z oporami, niepewny słuszności decyzji, powiedział:

-To zaraz... Nie zajmie mi dużo czasu szukanie tego. Na pewno ci się spodoba.

-W takim razie powiedz mi co to takiego.

Sięgnął do jednej z szaf i wyciągnął po chwili złotą szkatułę, rzeźbioną w kwiaty kwitnącego drzewa i ptaki. Była piękna i dość duża. Wyciągną skądś mały kluczyk i otworzył ją. Wieko lekko odskoczyło.

-To klejnoty rodzinne. Jest to kolekcja najcenniejszych okazów jakie można spotkać w Abarze.

I rzeczywiście. Klejnoty te były godne bogini. Rubiny wielkości przepiórczych jaj, diamenty które wydobywały z siebie wszystkie kolory tęczy, szafiry w kolorze oceanu. Perły, szmaragdy, ametysty, złoto i srebro, a wszystko kunsztownie wykonane, precyzja i artyzm. Resza chłonęła wzrokiem ten widok. Zerjasz się tylko na to uśmiechał.

-Są cudowne.

-Nie mam siostry, ani żadnego innego rodzeństwa. Dlatego klejnoty staną się własnością mojej żony po naszym ślubie.

-A więc czemu mi je pokazujesz?

-Będziesz moja.

-A gdybym nie zechciała. Co w tedy?

-A czemu byś nie miała chcieć?

-Może nie chce utracić wolności.

-W takim razie zdobyłbym cię w jakiś sposób, przełamał twoje opory. Ale to nie ma najmniejszego znaczenia.

-A to czemu?

-Bo wiem, że mnie kochasz.

-Jesteś tego taki pewien?

Znowu to nieprzyjemne wrażenie, gdy na niego popatrzyła. Jednak tym razem to coś więcej. Zakręciło mu się w głowie, zachwiał się na nogach i musiał się czegoś podtrzymać. Gdy zawrót minął, zamkną skrzyneczkę. Ona znowu się uśmiechała, ale teraz jakby z wyczekiwaniem.

-Widzę, że trochę za dużo wypiłeś.- pomogła mu usiąść na łóżku. Znowu dostał zawrotów.- Odpocznij przez chwilę, a ja zatańczę dla ciebie. Co ty na to?

-Dobry pomysł. Kocham twój taniec.

Nie było muzyki, ale jej to nie przeszkadzało. Szybkie kroki i obroty nadawały żywiołowości temu układowi. Tak jakby to dziewczyna cieszyła się z czegoś. Nie, to za mało powiedziane. Ona odczuwała euforie, niewysłowioną rozkosz z faktu, że spełniło się jej marzenie. Że wreszcie niedługo otrzyma to, na co tak długo oczekiwała. Wirowała w tańcu, z uśmiechem na ustach. Powoli rytm się zmieniał, zwalniał i uspokajał się. Znów stała się tym wężem z przed tygodnia, ale tym razem już nie walczyła o wolność lecz wyczekiwała.

Zerjasz patrzył na to i czuł jak słabnie. Z każdą chwilą zawroty głowy przybierały na sile, pocił się, coraz trudniej mu było oddychać, a obraz się zaczął zamazywać. Wtem usłyszał jak jego kochanka coś mówi. Słowa były ciche, ale wyraźnie słyszalne.

-Czy wiesz skąd się wzięło moje imię? Mówiłam ci?

-Nie...- wychrypiał.

-Koło mojej rodzinnej wioski można spotkać niezwykle rzadki gatunek węża. Jest bardzo piękny. Ma zielone łuski, a przez środek jego grzbietu biegnie zawiły, jasnofioletowy wzorek.

-N... nie rozumiem...- ledwo sam siebie słyszał.

-Mimo swojej urody jest bardzo dziwny. W każdym wzbudza wręcz nabożny strach. Bo widzisz, gdy już wypatrzy ofiarę, zaczyna swój taniec, który ją hipnotyzuje, usypia jej czujność. To niezwykłe zjawisko, spektakl warty każdej ceny, by go obejrzeć. W punkcie kulminacyjnym tego przedstawienia, wąż atakuje i wstrzykuje śmiertelną dawkę jadu. Trucizna działa bardzo powoli, niektóre ofiary umierają nawet tydzień. Ale co to za śmierć? Jad wywołuje halucynacje. Wszystko jest iluzją twojego umysłu. Rzeczywistość odpływa daleko, pozostaje tylko wyimaginowane obrazy i uczucia, które mają nie dopuścić do twojej ucieczki. Czujesz się nieziemsko szczęśliwy. Drapieżca w tym czasie owija się wokół ciała ofiary. Chroni ją przed innymi drapieżnikami i pozwala śnić śmiertelne marzenia. Gdy nastanie koniec ulotnego życia połyka ją w całości. Można powiedzieć że dzięki temu daje jej wieczne szczęście. Sen nieprzespany pełen marzeń, bez bólu i cierpienia.

-Na...nadal...

-...nie rozumiesz? Ten wąż nazywa się Resza, tak jak ja.- podeszła powoli do niego - Och, chciałam ci podziękować za prezent. Nie spodziewałam się go, ale klejnoty są piękne. Dlatego je zatrzymam.

-Resza...

-Jeśli chcesz dokładnie wiedzieć, to w twoim winie naprawdę coś było. Uspokój się i odpręż, to już niewiele potrwa. Tak, już niedługo. Słodkich snów ukochany.- pochyliła się nad nim i pocałowała go - Śnij o mnie.

Zerjasz w ostatnich przebłyskach świadomości widział, jak Resza bierze ze sobą szkatułę i złoty kluczyk, a następnie wychodzi. Służba spała, nikt jej nie widział. Nikt nie wiedział, że tu była. A teraz jeszcze bezszelestnie przemykała się przez dom do wyjścia. Jak wąż. W końcu nie wytrzymał i osunął się w sen.

Abara...


Poprzednia Jesteś na stronie 3. Następna
1 2 3 4 5